Tu można wszystko. Nowy Dziki Zachód nazywa się Metaverse

Porozmawiaj z ludźmy pracującymi w branży VR a usłyszysz zdanie: „To jest nowy Dziki Zachód. Tu można wszystko”. Można to rozumieć na wiele sposobów. Czy to nowa wyspa szczęścia na oceanie upadłej cywilizacji? Ziemia niczyja dla awanturników? Oaza luksusu dostępna dla każdego? Być może wszystko naraz. Jedno wydaje się być pewne — nikt bez namysłu nie wydaje 650 tysięcy dolarów na projekt wirtualnego jachtu w Metaverse. Wirtualny świat ze stajni Facebooka to dziś temat gorący. Według firmy konsultingowej McKinsey, korporacje, inwestorzy venture capital i private equity zainwestowali 120 miliardów dolarów w Metaverse od stycznia do maja 2022 r., ponad dwukrotnie więcej niż 57 miliardów zainwestowanych w 2021 r.

Nowy dziki zachód. Metaverse
Cztery główne platformy składające się na Metaverse to: The Sandbox, Decentraland, Cryptovoxels i Somnium Space. Żródło CNN

W świecie wirtualnym, dostępnym za pomocą okularów VR, firmy deweloperskie działają na tych samych zasadach jak w świecie realnym. Firma deweloperska Metaverse, wcześniej znana jako Republic Realm, otrzymała do tej pory 66 milionów dolarów finansowania i jest wspierana przez takie gwiazdy, jak The Weeknd, Will Smith i Paris Hilton. Jej luksusowe projekty znalazły się na pierwszych stronach gazet. W listopadzie 2021 r. Everyrealm kupiło 792 działki The Sandbox (odpowiednik około pięciu kilometrów kwadratowych) za 4,3 miliona dolarów — wciąż rekordowy zakup. Mniej więcej w tym samym czasie sprzedał się superjacht Metaflower za 650 tysięcy dolarów wraz ze stanowiskiem DJ-a, lądowiskiem dla helikopterów i wanną z hydromasażem.

Zobacz także: Film dokumentalny „Korporacja” z 2003 roku to pozycja obowiązkowa dla osób zainteresowanych poznaniem ukrytych praw rządzących współczesną ekonomią i gospodarką.

Nazwa „metaverse” pochodzi z powieści science fiction „Snow Crash” z 1992 roku. Jest połączeniem słów „meta” i „universe”. W 1999 r. książka pojawiła się w Polsce pod tytułem „Zamieć”. Metaverse to nic innego jak sieć trójwymiarowych wirtualnych światów generowanych komputerowo. Całość zakłada integrację przestrzeni tak wirtualnych, jak i fizycznych, włączając w to wirtualną gospodarkę, która jest bardzo zainteresowana rozwojem technologii VR.

Tu można wszystko. Metaverse
Warto zauważyć, że budynki i nieruchomości projektowane dla inwestorów z Metaverse, nie muszą podlegać zasadom grawitacji, wiec np. sufity mogą być bardzo duże. Ściany mogą „wisieć” w powietrzu. Żródło: materiały prasowe

Skoro świat wirtualny chce naśladować naszą rzeczywistość, to musi być trójwymiarowy, a to wymusza stosowanie specjalnych okularów. Możliwości związane z nową technologią mają być przełomowe — czaty, praca zdalna, wideokonferencje, rozrywka i filmy w 3D oraz wiele innych. Nie będziemy musieli wstawać o 8 rano i przedzierać się przez uliczne korki, żeby zdążyć do pracy — po prostu rano zaparzymy kawę, włączymy metaverse i założymy okulary.

Metaverse nie da się zawłaszczyć. Nie ma właściciela, nie jest kontrolowany przez rząd, są tylko współtwórcy. Dlatego to tak wielka szansa dla firm i przedsiębiorstw, chcących zaistnieć w nowym środowisku. Można nawet zaryzykować porównanie do czasów powstania internetu. Czy metaverse to następca dzisiejszego internetu? Wygląda na to, że tak. Wszystko jest powoli wprowadzane i testowane. Nagle może się okazać, że już istnieje, działa i zaczyna dominować tradycyjny internet. I wszyscy chcą tam być.

Żródło: CNN

Zmierzch wolności. Więzienia bez ścian. Cyfrowa dyktatura

Zmierzch wolności. Więzienia bez ścian

Chiny to jedno z najważniejszych państw świata, które jako pierwsze rozwinęło na niespotykaną skalę system monitoringu i inwigilacji. Komunistyczne władze nazwały go „systemem zaufania społecznego”, który ma służyć poprawie bezpieczeństwa obywateli. W praktyce polega on na tym, że każdy człowiek jest śledzony przez miliony kamer CCTV, a jego zachowanie jest punktowane przez odpowiednio zaprogramowane algorytmy.

Im więcej punktów karnych, tym mniej przywilejów, np. zakaz podróży samolotami. Inne kraje (USA, Australia, EU) również są zainteresowane wdrażaniem własnych systemów inwigilacji na wzór chiński. Dobrze omawia ten temat francuski film dokumentalny „Cyfrowa dyktatura”, który jest wiarygodnie zrealizowanym materiałem, poruszającym najważniejsze kwestie utraty wolności i ograniczania swobód obywatelskich.

Dzisiaj człowiek jest pod ciągłą obserwacją instytucji państwowych. Wszystkie działania rządu podejmowane są (teoretycznie) w trosce o bezpieczeństwo obywateli. Łączą się jednak z utratą prywatności. Mogą tworzyć zupełnie nowe problemy oraz skłaniać rząd do nadużywania władzy. Dlaczego? Z powodu lęku przed przegranymi wyborami i utratą źródła dochodów.

Szokujące jest to, że koszmarna wizja Orwella jest realizowana pełną parą w Chinach, a Chińczycy liczą na to, że swoje technologie inwigilacji i kontroli sprzedadzą innym krajom, zdawałoby się wysoko rozwiniętym. Czym stał się współczesny świat? Oazą wolności, wspieraną przez nowe technologie, czy więzieniem bez ścian (no wall prison) bez możliwości wylogowania.

Zmierzch wolności. Emoralni
Na zdjęciu: jedna z wielu kopuł w Menwith Hill, prawdopodobnie używana przez system Echelon — globalną sieć wywiadu elektronicznego. System powstał przy udziale Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii w ramach porozumienia AUSCANNZUKUS i jest zarządzany przez amerykańską służbę wywiadu NSA. Żródło: Wikipedia

Zobacz także: (…) gdyby nie było policji i wojska — o ile bylibyśmy bogatsi jako społeczeństwo? Armie potrzebują wojny, policja potrzebuje przestępstw

W obozie państw autorytarnych zainstalowanie i używanie systemów totalnej inwigilacji jest przesądzone. W Chinach to ponura rzeczywistość już od kilku lat. Inaczej sprawa cyfrowej inwigilacji społeczeństw wygląda w tzw. wolnym świecie. Obywatele sprzeciwiają się temu.
W 2013 roku 562 pisarzy z całego świata, m.in. z Polski, podpisało list otwarty dotyczący inwigilacji amerykańskich służb specjalnych.
Wśród sygnatariuszy apelu znajduje się 14 noblistów, jak: Günter Grass, Elfriede Jellinek, Olga Tokarczuk czy J.M. Coetzsee oraz autorów bestsellerów, jak: Umberto Eco czy Henning Mankell. Apel podpisali też m. in. Ignacy Karpowicz, Beata Stasińska i Witold Szabłowski.

Zmierzch wolności. Cybernetyczna dyktatura
„Im bardziej społeczeństwo odejdzie od prawdy, tym bardziej będzie nienawidzieć tych, którzy ja znają” G. Orwell

Człowiek objęty inwigilacją nigdy nie jest wolny; szpiegowane ciągle społeczeństwo nie jest już demokracją czytamy w apelu, który ukazał się w dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i 30 gazetach na całym świecie. Nietykalność człowieka jest jednym z fundamentów demokracji, a wszyscy ludzie mają prawo do swobodnego wyrażania swoich myśli w piśmie i w rozmowach bez obserwacji z zewnątrz. To prawo człowieka jest deptane, ponieważ państwa i koncerny nadużywają do swoich celów najnowszej technologii — piszą literaci i wiedzą, co mówią. Skandal gospodarczy związany z firmą Cambridge Analytic (nieuprawnione pozyskanie danych 87 mln użytkowników facebooka) pokazał, że obywatele EU mają poważne powody do troski o swoją nietykalność osobistą.

Zmierzch wolności

Wszystko zaczęło się od systemu szpiegowskiego Echelon, Pegasus, a w szczególności od takich postaci, jak Julian Assange i Edward Snowden. Przed nimi zachodnia opinia publiczna właściwie nie miała pojęcia o tym, co się wyprawia w kwaterze głównej NSA w Fort Meade. Dzięki poświęceniu i odwadze sygnalistów wiemy, że podobnie jak z katastrofą klimatyczną, i w tej kwestii jest dużo gorzej niż myśleliśmy. Tak. Życie człowieka przestało być anonimowe. Mówił o tym Edward Snowden i ostrzegał, że stopień zaawansowania oprogramowania szpiegowskiego używanego przez agencję NSA jest bardzo wysoki.

Zmierzch wolności - Emoralni
Na zdjęciu: graffiti w Londynie z 2008 roku, przypisywane Banksy’emu. Źródło: materiały prasowe

Snowden ujawnił, że agenci NSA przy użyciu oprogramowania PRISM potrafią bez problemu przeczytać email każdego człowieka na Ziemi i nagrać każdą rozmowę telefoniczną.
Jak na taki news reaguje zwykły Kowalski? Nie robi nic. Intelektualiści przynajmniej wykazali się inicjatywą i napisali list protestacyjny do Komisji Europejskiej. Tymczasem przysłowiowy Kowalski ciągle nie widzi jak niekontrolowana cyfryzacja wpływa na jego życie. Pewnego dnia oprogramowanie szpiegowskie (monitorujące) zostanie zainstalowane na komputerach w każdej powiatowej komendzie policji oraz każdym wojewódzkim kuratorium oświaty i być może wkrótce codzienne życie Kowalskiego będzie podlegało punktowemu systemowi monitoringu państwa. Oczywiście, wszystkie urządzenia do funkcjonowania tego systemu zostaną zakupione w Chinach.

Widział to wiele razy. Jego mieszkanie przypominało skłot

Victor Ficnerski Cyberpunk

Miał za sobą 4 wizyty w zakładzie psychiatrycznym, 3 próby samobójcze, sznyty na ramionach i chude, wymizerowane ciało. Przyszedłem go odwiedzić gdzieś w trakcie 2. lockdownu, w okolicy premiery Cyberpunka 2077. Spytał mnie jak leci. Powiedziałem, że pewnie tak, jak wszystkim. Budzę się z myślami samobójczymi, idę biegać i potem mi przechodzi. Powiedział, że u niego właśnie to samo. Byle skończyć tę cholerną grę. Potem może się zawijać.

Zobacz także: znajduję się we Friedrichshain. W dzielnicy, w której ciężko odróżnić modela od lewicowego aktywisty. [PROZA]

Jego mieszkanie przypominało skłot. Prawdziwą melinę. Widziałem to już w tak wielu różnych miejscach. Tylko gamingowy laptop i monitor były czyste. Resztę pokrywał lepki kurz. W kuchni nie było światła, lodówka nie była podłączona, w salonie walała się elektronika i przewodniki do papierowych RPG. Resztki śmieciowego żarcia, butelki po piwie, butelki po energetykach. Odpalił tę cholerną grę i mówił coś o remoncie, o nowych meblach, o swojej kobiecie z dzieckiem, z którą się rozstał. Powiedziałem, że mogę mu pomóc ze sprzątaniem. Powiedział, że z jego kobietą to był chyba błąd, bo nie było różowo, ale przynajmniej nie miał depresji. Wypiłem chyba dzbanek herbaty, a on wypił kilkanaście piw. Powiedział, że pojedzie na Connewitz po białe. Zasugerowałem, żeby został przy piwie. Potem pojechałem do domu.

Tłukąc się tramwajem myślałem, że ciężko komukolwiek pomóc.
Potem pomyślałem, że Cyberpunk 2077 jest przereklamowany.
Victor Ficnerski — eprawda

Victor Ficnerski (1990) — publikował w Wyspie, Fabulariach, EleWatorze, Afroncie, Arteriach, Cegle, Czasie literatury, Ricie Baum. Fragmenty mikropowieści w książkach “Dzieci wolności. Antologia przełomu” i „Przewodnik po zaminowanym terenie 2″. Debiutuje tomikiem “W tym mieście” (Wydawnictwo papierwdole, 2022). Mieszka we Wrocławiu.
Więcej: Patronite.pl | Papierwdole | Instagram.com
Grafika: r/AdultColoring

Artyści i prowokacje. Rozmowa z historyczką sztuki

MARTA MOTYL -- wywiad

W życiu najważniejsza jest wolność, miłość i sztuka, dlatego naszą kolejną znakomitą rozmówczynią jest Marta Motyl — pisarka i historyczka sztuki. Artyści i prowokacje. Normy i zakazy. Sens tworzenia. Cielesność i seksualność. Dlaczego artyści wywołują skandale? Dlaczego buntują się przeciwko władzy? Jak odnieść komercyjny sukces w sztuce? Zapraszamy do lektury.
[Na zdjęciach: Marta Motyl źródło: archiwum autorki]

Marta Motyl
Marta Motyl - wywiad
Marta Motyl -- wywiad
Marta Motyl -- wywiad
Marta Motyl -- wywiad
Marta Motyl -- wywiad
Marta Motyl
Marta Moty -- wywiad
Marta Motyl -- wywiad
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Który twórca w dziejach sztuki był Twoim zdaniem największym prowokatorem? Czy był nim poszukiwany za zabójstwo Caravaggio?

Myślę, że gdyby Caravaggio potraktował zabójstwo w kategorii dzieła sztuki, wtedy moglibyśmy o nim mówić w takim kontekście. A przecież popełnienie morderstwa przynależy do sfery jego życia, a nie do sfery jego sztuki. Owszem, Caravaggio przeprowadzał rewolucje w malarstwie, np. strącając świętych z piedestału, choćby poprzez malowanie im brudnych stóp, co było wtedy niedopuszczalne, czy stawiając w obrazach na silne kontrasty światłocieniowe. Tym zabiegiem dodawał dramatyzmu kompozycjom, co przejęli od niego inni malarze.

Wracając do Twojego pytania: na pierwszym miejscu pośród artystów-prowokatorów umieściłabym Marcela Duchampa, ponieważ on zachwiał samą definicją sztuki. Jednak miejmy na względzie również to, że działał w zupełnie innych warunkach niż Caravaggio. W czasach między nimi miało miejsce wiele przemian, zarówno artystycznych, jak i społecznych. Artyści już dawno nie tworzyli głównie dla kościelnego i arystokratycznego mecenatu, lecz zyskali nowe, szersze grono odbiorców — mieszczaństwo. Zdążyli się bardziej rozzuchwalić w rozmaitych izmach, np. impresjonizmie, postimpresjonizmie, fowizmie, ekspresjonizmie, kubizmie. Dlatego Duchamp korzystał z zupełnie innej schedy niż Caravaggio. Rzucił inny rodzaj wyzwania.

Odwrócony pisuar zatytułowany „Fontanna”, który sygnował — nazwiskiem producenta, nie swoim — z rozmysłem wysłał na wystawę, żeby w taki sposób uzyskać dla obiektu status dzieła sztuki. Potrafił obrócić na korzyść swojego planu nawet odrzucenie „Fontanny” z wystawy, ponieważ umożliwiło mu ono zdobycie większego rozgłosu dla przedmiotu. Ba! Skorzystał na tych zarzutach, żeby mocniej naświetlić słuszność swoich racji, i nadal nie pod swoim nazwiskiem.

MARTA MOTYL -- wywiad
Na zdjęciu: Marcel Duchamp „Fontanna” 1917. Źródło: materiały prasowe
Bulwersował „Fontanną” zarówno wtedy, czyli w 1917 r., jak i dziś, przynajmniej niektórych. Do tego działał z ironicznym humorem, właściwym dadaizmowi, w przestrzeni sztuki, którą zwykło się traktować z pełną powagą, porównywalną do religii. Można by powiedzieć, że Duchamp obalił, na swój sposób, patetyczny kult sztuki.

Postawił pod znakiem zapytania również tradycyjne funkcje sztuki, polegające na ubogacaniu odbiorców, czy to estetycznie, duchowo, czy finansowo, bo przecież i rynek sztuki musi się kręcić. Zaproponował sztukę biedną, wziętą z najniższych stopni codzienności, a tym samym bezinteresowną.
Okazało się, że jego sztuka, jeśli służy odbiorcom, to służy im prowokacją właśnie.

Czy we współczesnych czasach można jeszcze raz zachwiać definicją sztuki na taką skalę, jak w czasach Duchampa? Myślisz o czymś konkretnym, gdy stykasz się ze współczesnymi prowokacjami artystów? Jak to robi np. Ai Weiwei… Mam wrażenie, że obecnie największą prowokacją może być atak na reżim, na cenzurę, na prześladowania polityczne. Wszystko w naszych czasach jest polityczne, prawda? Europa już dawno utraciła swoją niewinność.

Według mnie do kolejnego poszerzenia definicji sztuki doprowadziły performanse. A propos Caravaggia i morderstwa, o którym mówiliśmy, przypomina mi się pewien performans Chrisa Burdena z lat 70. W ramach tej akcji asystent artysty miał strzelić w jego ramię z pistoletu. W założeniu miał go zaledwie zadrasnąć, jednak zadał mu o wiele poważniejszy postrzał. Kiedy artyści używają jako tworzywa sztuki własnych ciał, otrzymują jeszcze większe pole do przekraczania granic, w tym granic wrażliwości odbiorców. Dlatego też, z takimi współczesnymi prowokacjami artystycznymi, skojarzyła mi się sztuka performansu właśnie.

Jednak wychodzenie poza granice własnej wytrzymałości fizycznej i psychicznej, mające przynieść performerowi oczyszczenie, nie jest współczesnym odkryciem. Przypomnijmy sobie misteria dionizyjskie czy misteria średniowieczne, z których czerpie performans. Zresztą odnoszę wrażenie, że najbardziej obrazoburcze performanse miały już miejsce.

Jeżeli chodzi o Ai Weiwei’a, to jego kwestia ciekawie nam się łączy z Duchampem. W stulecie wystawienia „Fontanny” Ai Weiwei miał wziąć udział w wystawie pokazującej prace współczesnych artystów, inspirowane „Fontanną”. Pragnął zbudować instalację z klocków Lego, lecz producent nie zgodził się mu ich dostarczyć, ponieważ nie życzył sobie ich użycia w celu politycznym. W końcu Ai Weiwei zaprezentował na tej wystawie fotografię klocków Lego spłukiwanych w toalecie… Lepiej nie zadzierać z artystą!

ROA — street art
JOAN CORNELLA — grafika
PATRICIA PICCININI — rzeźba
TOMASZ A. MORRIS Izrael
C. GRETKUS Zakazana roślina. Konopie indyjskie
Szymon Brodziak -- fotografia
Formatowanie społeczeństwa. ZBIGNIEW SAJNÓG Cyfryzacja
PAWEŁ TROJNACKI -- proza
RON MUECK — rzeźba
Roa

STREET ART | ROA

JOAN CORNELLA

GRAFIKA | CORNELLA

PATRICIA PICCININI

RZEŹBA | PICCININI

Izrael

REPORTAŻ | TOMASZ A. MORRIS

Zakazana roślina

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

HISTORIA. FAKTY. MEDYCYNA

Szymon Brodziak

FOTOGRAFIA | BRODZIAK

ZBIGNIEW SAJNÓG Cyfryzacja

ARTYKUŁ | Z. SAJNÓG

FORMATOWANIE
SPOŁECZEŃSTWA

PAWEŁ TROJNACKI

PROZA | PAWEŁ TROJNACKI

Biegam wzrokiem po twarzach ludzi,
którzy przyszli na pogrzeb

Piotr Pasiewicz

PASIEWICZ | MALARSTWO

Nie ma nic stałego

RON MUECK

RZEŹBA | RON MUECK

Opętanie hiperrealizmem

previous arrow
next arrow

Wracając jeszcze do Twojego pytania. Owszem, prace, nazwijmy je, polityczne, rozgrzewają opinię publiczną do czerwoności. Z tym, że prowokacja w sztuce zwykle działa najmocniej w czasach, w których powstaje.

Sądzę, że dzieła polityczne starzeją się najszybciej ze wszystkich dzieł sztuki.

Weźmy pod uwagę chociażby prace polskich artystów z lat 80., właśnie również krytycznie odnoszące się do reżimu, cenzury i prześladowań politycznych. Kolejne roczniki widzów nie odbierają ich w równie silny sposób, jak świadkowie tamtych czasów. Dla nowych pokoleń to są już prace muzealne. Zaobserwowałam, że żeby dzieło trafiło do kanonu historii sztuki, w tym do kanonu dzieł prowokujących, musi wykraczać poza bycie tylko dokumentem swoich czasów.

Uważam, że prowokacja w sztuce powinna otwierać kolejne drzwi. Może teraz nie mamy pojęcia o ich istnieniu, może pojawi się nowe objawienie twórcze i wtedy zobaczymy, co kryje się za tymi drzwiami? Inaczej musielibyśmy smętnie stwierdzić, że wszystko już było…

A łączenie sztuki z polityką ogranicza twórczość w takim sensie, że izoluje artystę w więzieniu tematów, które zostają mu niejako narzucone przez kontekst. Dla mnie bunt oznacza również sięgnięcie do wewnętrznych, rozległych przestrzeni, które następuje wbrew wszystkiemu, co dzieje się na zewnątrz. Myślę, że to pomaga ocalić tę najgłębszą, najintymniejszą wolność.

Z drugiej strony, każda innowacja w sztuce może zostać odebrana jako akt wymierzony przeciw władzy, czyli jako prowokacja wymierzona w nią, jeżeli tylko władza jest nieprzychylna jakiemukolwiek nowatorstwu, które w jej mniemaniu zagraża bezpiecznej propagandzie.

Weiwei tak bardzo naraził się chińskim władzom, że go aresztowali na kilka miesięcy. Do krytykowania władzy trzeba większej odwagi, niż dorysowanie Matce Boskiej wąsów. Wydaje mi się, że w naszym kraju dość łatwo jest sprowokować publiczność, bo jesteśmy krajem katolickim, zbudowanym w zasadzie na pruderii, martyrologii i kłamstwach historycznych. W Polsce łatwo zwrócić na siebie uwagę mediów, gdy ma się odwagę osobistą i swoistą bezkompromisowość. Przykładem jest Katarzyna Kozyra.

Tutaj wchodzimy w taką kwestię, że odwaga artystów — zresztą nie-artystów również — objawia się nie tylko w sprzeciwie wobec władzy politycznej. Odważne jest także postawienie się władzy norm społecznych i kulturowych. Wydaje mi się jednak, że naciskanie na śmiałość w sztuce wiąże się ze… zniewalaniem twórców poprzez wskazywanie im, w jaki sposób mają działać. Pamiętajmy, że to artysta ponosi konsekwencje represji ze strony władzy, czy konsekwencje atakowania go w mediach, mające wpływ na jego zdrowie fizyczne i/lub psychiczne. Wcale nie musi się z tym mierzyć i może obdarowywać odbiorców innymi wartościami niż własny heroizm.

Co do Katarzyny Kozyry, zaznaczmy, że zasłynęła z odniesień do tego, co osobiste: cielesności, płciowości, starzenia się, choroby, śmierci. A tabu nad nimi wisi nie tylko w polskim społeczeństwie. Ponadto akurat Kozyra miała z mediami nie lada problem. Po wybuchu skandalu z „Piramidą zwierząt”, media bez zgody artystki upubliczniły, że leczy się onkologicznie, ingerując w jej prawo do intymności w przeżywaniu choroby. Odpowiedzią na to była jej instalacja „Olimpia”. W niej Kozyra specjalnie ekshibicjonistycznie pokazała swoją chorobę, m.in. pozując do fotografii wystylizowana na Manetowską „Olimpię”, jednak z ogoloną głową i prezentując nagranie wideo dokumentujące przyjmowanie przez nią kroplówki. Jak przekornie stwierdziła w jednym z wywiadów: „Chcecie mnie takiej, to macie, nawet gdyby okazało się to niesmaczne”.

Jak silne są nasze normy społeczne i kulturowe? Czy byli twórcy, którzy je łamali w sposób bezpardonowy? Jak wiadomo, istnieje coś takiego jak Kodeks prawa karnego i można aresztować każdego człowieka na ulicy za np. „obrazę obyczajów”. Ciekawe czy artyści zdają sobie sprawę z tego, że prawdziwa, absolutna wolność w realnym świecie jest nieosiągalna.

Myślę, że nie tyle same normy są silne, ponieważ działają dopiero w zetknięciu z danym człowiekiem, ile to, na jak podatną padną osobowość — jaka będzie siła ich działania zapobiegającego naginaniu czy łamaniu tychże zasad. Oczywiście byli tacy twórcy, o których pytasz, zupełnie nie zważający na normy. Często mieli na celu wprowadzenie do sztuki nowych tematów albo wymierzenie policzka hipokryzji, polegającej na opowiadaniu się za danymi normami tylko w teorii, bez stosowania ich w życiowej praktyce.

Tutaj chciałabym wrócić do „Olimpii”, ponieważ od razu przyszła mi na myśl, tyle że w oryginale. Manet pokazał, w 1865 r. w Salonie Paryskim, prostytutkę rozpostartą na łóżku w swoim buduarze, w pozie właściwej dotąd malowanym boginiom. Wyciągnął na światło dzienne temat, którego do tej pory nie zwykło się prezentować w malarstwie, a do tego ujawnił profesję modelek pozujących do postaci bogiń.

Marta Motyl -- wywiad
Na zdjęciu: Édouard Manet „Olimpa”, obraz po raz pierwszy zaprezentowany w 1865 roku na wystawie w Salonie paryskim. Źródło: materiały prasowe

Odwiedzający Salon, oburzeni takim zuchwalstwem artysty, nieraz atakowali obraz czym tylko mogli, np. parasolami. Ostatecznie przewieszono go z miejsca na klatce schodowej w bezpieczniejsze. A przecież wielu z tych oburzonych spędzało czas w towarzystwie prostytutek. Z tym, że publicznie wypadało im okazać wyłącznie postawę deprecjonującą, a tym samym sprzeciw wobec „Olimpii” i jej twórcy.

Manet zarzekał się, że nie zamierzał wywołać skandalu. Po prostu był malarzem życia nowoczesnego w Paryżu, a prostytucja była dość istotną jego składową. Właściwie każdy artysta, który pokazywał dotąd przemilczaną prawdę, w tym prawdę ciała, należy do grona tych, którzy łamali normy społeczne i kulturowe.

Weźmy jeszcze pod uwagę choćby twórców odważnych aktów, związanych z oficjalnie pruderyjnym, a przecież nieźle rozbujanym w zmysłowo-delirycznym walcu, Wiedniem przełomu wieków. Mam na myśli Gustava Klimta i Egona Schielego, którzy ujawniali damską seksualność, np. przedstawiając kobiety masturbujące się czy splecione w lesbijskim uścisku. Schiele, który malował odważne akty lolit, został oskarżony o uwiedzenie nieletniej, aresztowany, a na procesie pokazowo spalono jedną z jego prac. Oskarżenie koniec końców oddalono. Malarz nie poddał się i dalej tworzył w swoim stylu. Akty jego autorstwa zyskały sławę i prowokują do dziś. Albo właśnie, „Lolita” Nabokova, zahaczmy o pole literackie. Mimo że zakazywano rozpowszechniania tej powieści, była nielegalnie kolportowana, a tekst przetrwał każdą zawieruchę i ciągle jest wznawiany. Chociaż ci, którzy powierzchownie odczytują powieść Nabokova, najchętniej znowu by zakazali jej wydawania.

Rzeczywiście na ulicy niektóre rzeczy nie przejdą. Podam przykład z naszego podwórka, lata 80. XX w., Ewa Partum na wernisażu swojej wystawy „Samoidentyfikacja” — pokazującej fotografie jej nagiego ciała za pomocą fotomontażu umieszczonego pośród grup przechodniów na ulicach — pojawiła się zupełnie rozebrana. Wybiegła tak z galerii, żeby tym razem realnie wmieszać się w tłum. Musiała zdawać sobie sprawę z ryzyka. Po interwencji milicji jednak zawróciła.

Mimo zderzania się z murem zakazów, artyści często kontynuują działanie w kontrowersyjnym stylu. Na korzyść wielu twórców działa również czas. To, co zakazane dzisiaj, nie musi być zakazane jutro. Poza tym, jak już wspominałam, istnieje wolność wewnętrzna, której pole określa tylko artysta. Przecież myśli nikt nie zakaże, nikt nie zaaresztuje.

Tadeusz Kantor uważał, że wolność wcale nie jest zależna od władzy. To nie ona ją nadaje. Natomiast o wolność trzeba walczyć przede wszystkim z samym sobą, w swoim wnętrzu, w cierpieniu i w samotności. A wiedział, co mówi, ponieważ tworzył w czasach okupacji, a potem PRL-u i udawało mu się wtedy realizować awangardowe pomysły.

Nie odnosisz wrażenia, że konserwatywną publiczność najczęściej obraża prezentacja ludzkiej seksualności, nagości, intymności oraz „profanowanie” rzeczy „świętych”, czyli atak „lewackich sił” na religię, jak w przypadku spektaklu teatralnego „Klątwa” oprotestowanego w całej Polsce przez środowiska ultra-katolickie. Wydaje mi się, że łatwiej odbiorcę obrazić niż wzruszyć. Zastanawiałaś się kiedyś, czego naprawdę chcieli i chcą uznani artyści? Jaki jest główny powód tego, że istota ludzka pragnie stworzyć dzieło sztuki?

Ujmowanie cielesności i seksualności w kategorii grzechu na pewno wpływa na taki bieg spraw. Do tego dochodzi wzmacnianie podziałów, ciągłe nastawianie jednych przeciw drugim, w tym w mediach, również społecznościowych. Jeżeli dane dzieło godzi w cudzą wrażliwość, nie znaczy to, że trzeba odgórnie zakazać pozostałym jego poznawania. Przecież nikt nikomu nie każe go oglądać. Wygłaszam truizmy, ale wygląda na to, że nigdy dość ich powtarzania…

Dostrzegam tutaj szersze zjawisko polegające na tym, że niektórzy ludzie pragnęliby, żeby inni kierowali się takimi samymi wartościami jak oni, ponieważ w przeciwnym wypadku czują zagrożenie dla porządku, który sobie zbudowali. Nagle on staje pod znakiem zapytania, skoro okazuje się, że można inaczej.

Jednak z podobnymi, cenzorskimi zapędami spotykałam się po obu stronach ideologicznej barykady. Pewien portal, który należy do „postępowych”, nie dopuścił do tego, żeby przy wywiadzie ze mną, dotyczącym „Sztuki podglądania”, czyli mojego zbioru esejów o erotyce w sztuce, jako jedna z ilustracji pojawił się obraz „Pochodzenie świata” Gustave’a Courbeta, realistycznie ukazujący kobiece łono. I to pomimo tego, że sporo pytań odnosiło się akurat do dzieła Courbeta, a wywiad został obwarowany dostępnością tylko dla pełnoletnich (co również stanowiło rodzaj nadgorliwości).

„Postępowe” media społecznościowe to następni współcześni cenzorzy. Za opublikowanie linku do programu telewizji Arte o „Pochodzeniu świata” Facebook zablokował pewnemu francuskiemu nauczycielowi konto. Właściwie w przypadku prób cenzury ze strony kościelnej mamy spójność poglądów i działań, a w przypadku takich prób ze strony social mediów — grę w ruletkę i hipokryzję. Prawda o ciele, którą każdy albo prawie każdy zna albo pozna, jest w nich zakazana, a soft porno selfie celebrytek, mające sprzedawać różnego rodzaju towary, jest jak najbardziej dopuszczalne.

Z kolei czytelnikami „Sztuki podglądania” jest wiele osób „konserwatywnych” i chwaliły one książkę! Ba, dopingują mnie do dalszej twórczości. Używam cudzysłowów, dlatego że te szufladki „postępowy”, „konserwatywny”, okazały się nieprzystające do rzeczywistości. Kiedy lepiej poznamy danego człowieka, przestają do niego pasować, ponieważ jego osobowość jest zbyt złożona.

W kwestii wyjaśnienia głównego powodu tworzenia dzieła sztuki odeszłabym od uznanych artystów. Dlatego że oni bardzo często albo pochodzili z kraju, w którym łatwiej było zostać gwiazdą sztuki, np. ze względu na artystyczną tradycję, albo obracali się w odpowiednim środowisku i mieli szansę zawrzeć przydatne dla rozwoju kariery znajomości. Do tego kierowała nimi ogromna ambicja, nakazująca sięgać wyżej i wyżej, być lepszym, nowocześniejszym od innych twórców — weźmy pod uwagę choćby Picassa.

Natomiast artyści prowincjonalni, nazywani prymitywnymi czy naiwnymi, którym dotarcie do centrów, do uniwersytetów, do galerii, uniemożliwia choćby brak komunikacji publicznej, wydają mi się być bliżsi „czystej sztuce”, czyli bardziej bezinteresownej. Ich dzieła nie są znane szerokiej publiczności. Ryzykują, że nigdy nie będą, a jednak chcą je tworzyć! Do tego w swoim otoczeniu wcale nie są obiektem podziwu, wręcz przeciwnie — ono musi się z nimi oswoić.

Czytałam wywiady z jednym z takich artystów spoza centrum, Stanisławem Poskrobko. On żyje, żeby malować, bez tego ani rusz, taką ma silną potrzebę wyrażania siebie.

Maluje również po to, żeby utrwalać piękno i energię swojego otoczenia — podlaskiego pejzażu — rozchmurzyć odbiorców, pozostawić „iskrę życia własnego”, jak sam przyznał. Ten ostatni powód wydaje mi się ważny w przypadku twórców różnych dziedzin.

W związku z tym przypomniało mi się, jak jedna znajoma napisała mi, że tak bardzo boi się śmierci, że swoją pasję uczyniła ze sztuki, będącej dziedziną stanowiącą błagalny krzyk o życie i zapamiętanie. Może w jej myśli zawarte jest sedno tworzenia? Jednak, znowu, trudno mi jest generalizować.

Dlaczego Ty tworzysz? Dlaczego piszesz książki?

Początkowo zajmowałam się pisaniem powieści, w których główne role odgrywały psychika i erotyka. Zależało mi na przełamywaniu tabu, z jednej strony związanego z trudnymi stanami psychicznymi, m. in. zaburzeniami odżywiania, samookaleczaniem, toksycznymi związkami, a z drugiej strony z seksualnością, tak w związkach damsko-męskich, jak i w damsko-damskich. Pragnęłam rzucić światło na kwestie kryjące się w cieniu, w tym w cieniu rozumianym jako ciemna strona osobowości i seksualności, ponieważ w prozie podejmowałam także temat prostytucji.

Jednak później na dobre pokierowałam się, zresztą zgodnie z wykształceniem, ku pisaniu zbiorów esejów poświęconych sztuce. Tutaj upatrywałam szansy na podzielenie się z czytelnikami historiami związanymi ze znanymi dziełami i artystami, przybliżenie im poprzez nie sztuki jako takiej i/lub poszerzenie spojrzenia na nią. Zresztą sama je poszerzam poprzez zdobywanie kolejnych informacji czy zgłębianie głównych motywów w pracach plastycznych i zestawianie ich z dziełami literackimi i muzycznymi, wyrażającymi analogiczne wątki, lecz innymi środkami. Bardzo mnie to ciekawi.

Uważam, że dobrze jest, kiedy dana osoba dzieli się ze społecznością swoją wiedzą i umiejętnościami. Skoro posiadłam je w dziedzinie historii sztuki, czy, ogólniej, humanistyki, postanowiłam się nimi podzielić. A nuż obudzi to w kimś pasję, wzbudzi refleksję albo przyniesie chwilę oderwania od codzienności?

Staram się stosować język przyjazny każdemu odbiorcy, żeby wyjść ze sztuką również do „początkujących” i ośmielić ich do kontaktu z nią. A jeżeli jesteśmy przy kwestii języka, pisanie daje mi pole do gier i zabaw ze słowami, żartów, ale także do budowania własnego stylu, własnego rytmu.

Czy udało Ci się odkryć tajemnicę sukcesu dzieła sztuki u odbiorców? Dlaczego jedne dzieła sztuki stają się niezwykle sławne i stoją wysoko na aukcjach, a inne nie?

Miałam okazję wysłuchać wykładu prof. Marii Poprzęckiej, podczas którego wskazała, że ludziom najbardziej podobają się dzieła, na których oglądają naturę w sielskim wydaniu, budzącym w nich przyjemne wrażenia i skojarzenia. Niestety nie pamiętam, jakie dokładnie badanie wówczas przytaczała. Mówiła o tym w kontekście wystawy
„Jak to widzisz?” w Muzeum Pałac Herbsta w Łodzi, ponieważ w ramach wydarzeń organizowanych wokół niej odbywał się wykład. Dzieła, które wyeksponowano, owszem, pochodziły z kolekcji tego muzeum, lecz wskazali je sami widzowie poprzez głosowanie w specjalnym plebiscycie. A najwięcej ich głosów zdobył obraz „Żurawie” Józefa Chełmońskiego, przedstawiający stado ptaków w szuwarach ujętych na tle nieba podczas wschodu słońca. Dlatego też prof. Poprzęcka posiłkowała się taką tezą.

Na zdjęciu: „Żurawie” Józefa Chełmońskiego — jednego z najważniejszych przedstawicieli polskiego realizmu w malarstwie. Źródło: materiały prasowe

A więc landszafty górą? Jednak przecież rekordy popularności, w tym na aukcjach, biją również dzieła awangardy. Myślę, że często liczy się więc nie tyle dane dzieło sztuki, co legenda z nim związana, na przykład bazująca na skandalu, który ono wywołało. Taka legenda często podbija wartość dzieła tak symboliczną, jak materialną.

Przykładowo, afera z usunięciem „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z ekspozycji sztuki XX wieku w Muzeum Narodowym w Warszawie, w ogóle wpłynęła na podwyższenie cen dzieł artystki. Ba! Chętni sami zgłaszali się do portalu Artinfo.pl, gotowi zapłacić bardzo wysokie, jak na polskie standardy, kwoty za fotografie autorstwa Natalii LL.

Z innych kwestii, liczy się także nazwisko autora dzieła, a właściwie marka, którą się stało zarówno w wyniku zdolności artysty, jak i jego szczęścia, polegającego na urodzeniu się w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie i trafieniu wtedy na odpowiednich ludzi, jak już wspominałam. Istotne są również pewne trendy panujące na rynku sztuki.

Tak czy inaczej, popularność dzieła bazuje jednak na pewnym wpisaniu się w moment historyczny i oczekiwania odbiorców (pamiętajmy, że niektórzy z nich oczekują złamania reguł i innowacji).

Jak bardzo życie osobiste sławnych artystów odbiega od ich oficjalnego wizerunku serwowanego nam w szkole i w mediach?

Oficjalne przekazy przemilczają o wiele mniej kwestii związanych z życiem twórczym niż z życiem osobistym. Zapewne każdy człowiek ma swoje za uszami, jednak pamiętajmy, że w przypadku części gwiazd sztuki sprawa zasadza się na tym, że krzywdziły innych ludzi, korzystając ze swej dominacji nad nimi.

Dramatyczne wydarzenia związane są m.in. z Paulem Gauguinem i Pablem Picassem. Ci malarze gwałcili swoje modelki, a dzisiaj oglądamy ich ofiary na obrazach. Odbiorcy czasem nie wiedzą, a czasem wypierają, z kim i z czym mają do czynienia pod płaszczykiem tzw. wielkiej sztuki. Ta wielkość wiele przesłania… A przecież nie bez przyczyny w dziełach Picassa nie ujrzymy szczęśliwych kobiet. Unieszczęśliwianie ich wręcz napędzało jego twórczość. Możliwe, że deformacje kobiecych sylwetek i twarzy, których dokonywał, wynikały z tego, że posiadał zdeformowany obraz kobiet w umyśle. Uważał, że albo są boginiami, albo wycieraczkami, z tym, że potrafił i swoją dotychczasową boginię zamienić w wycieraczkę.

Jednak o ofiarach takich psychopatycznych artystów mówi się coraz częściej i coraz głośniej. Pytanie brzmi, czy niektórzy twórcy nosili skłonności sadystyczne od zawsze, czy właśnie ich powołanie i powodzenie sprawiło, że stwierdzili, że wszystko mogą i za to nie odpowiedzą. Do dzisiaj zresztą słynnych artystów uważa się za stojących ponad innymi, a w takim rozumieniu mogą pozwolić sobie na więcej nie tylko w sztuce, ale i w życiu. Więcej im się wybacza.

Nie opowiadam się za tym, żeby wykluczać dzieła twórców spod ciemnej gwiazdy z kanonu czy z wystaw, ale opowiadam się za tym, żeby nie pomijać trudnych kontekstów w ich życiorysach, co się zdarzało i nadal zdarza. Odbiorcy powinni wiedzieć tak o jasnych, jak i o ciemnych kartach biografii, żeby zyskać pełen obraz.

Kto jest twórcą spod ciemnej gwiazdy?

Miałam na myśli wymienionych powyżej artystów, a także, ogólniej rzecz biorąc, tych twórców, którzy zadawali niemałe cierpienie innym, w tym bazując na swojej przewadze społecznej nad nimi. Wątki związane ze złym traktowaniem kobiet przewijają się także w biografii Rembrandta, Gustava Klimta czy Egona Schielego. Dodam, że pod znakiem zapytania stoi rodzaj relacji Schielego z młodszą siostrą — możliwe, że była relacją kazirodczą.

Marta Motyl -- wywiad
Na zdjęciu: Stanisław Feliks Przybyszewski (ur. 7 maja 1868 w Łojewie, zm. 23 listopada 1927 w Jarontach) – polski pisarz, poeta, dramaturg, nowelista okresu Młodej Polski, skandalista, przedstawiciel cyganerii krakowskiej i nurtu polskiego dekadentyzmu. Źródło: materiały prasowe

Z polskiego podwórka, lecz literackiego, określeniu „twórcy spod ciemnej gwiazdy” idealnie odpowiada Stanisław Przybyszewski, z którym nieszczęśliwe historie przeżyło mnóstwo kobiet. Odchodząc od tematu prywatnych kontaktów z artystami, ale ciągle kierując się Twoim pytaniem, wspominaliśmy o morderstwie dokonanym przez Caravaggia — ono również świetnie komponuje się z byciem twórcą spod ciemnej gwiazdy.

Bycie artystą spod ciemnej gwiazdy to także zażywanie narkotyków. Jak dużą rolę odgrywały w powstaniu wybitnych dzieł sztuki środki odurzające i zmieniające percepcję?

Kiedy postawiłeś to pytanie pomyślałam, że bycie artystą spod ciemnej gwiazdy można by rozciągnąć także na zadawanie krzywdy samemu sobie, na autodestrukcję, a zatem także na wszelkiego rodzaju uzależnienia.

Jeżeli chodzi o narkotyki, sztandarowym przykładem ich wielbiciela jest Witkacy, który na tworzonych przez siebie dziełach zapisywał, co zażywał podczas pracy. A jeżeli chodzi o alkohol — Vincent van Gogh, Henri de Toulouse-Lautrec, Edgar Degas i inni malarze tworzący w drugiej połowie XIX w. uważali, że natchnienie przynosi im zielona wróżka, czyli absynt. Dwudziestowiecznym artystą, którego łatwo odnaleźć po haśle „alkoholizm” jest Jackson Pollock.

Jednak nie przeceniałabym roli środków odurzających w tworzeniu, choćby sami artyści mówili inaczej. Zdolności nie potrzebują takiego wspomagania, a popadnięcie w nałóg ogranicza kreatywność. Przysparza więcej problemów niż twórczych wzlotów. Iain Smith, psychiatra, uważa, że koncepcja o dawaniu przez narkotyki i alkohol wyjątkowego wglądu i potężnych doświadczeń artystom jest iluzją, ponieważ doświadczenia te przy próbie ich uchwycenia często zamieniają się w nonsens.

Skąd się wziął widoczny w popkulturze mit, że sławni czy znani artyści to dziwkarze, utracjusze, imprezowicze i ogólnie seksmaniacy, urządzający codziennie dzikie imprezy.

Mit ten pochodzi z romantyzmu. Z tym że już renesans wpłynął na zmianę w postrzeganiu roli artysty. Przestał on być wyłącznie umiejętnym rzemieślnikiem, a położono nacisk na jego zdolności intelektualne. Albrecht Dürer, Leonardo da Vinci, Michał Anioł, to humaniści, myśliciele, intelektualiści. Od epoki renesansu status artysty tylko rósł, aż właśnie w romantyzmie pojawił się mit artysty jako jednostki ogarniętej boskim bądź szatańskim szałem. Zatem jednostki kierowanej innymi mocami niż zwyczajni śmiertelnicy. Mit ten przejęła bohema i do dzisiaj artysta uważany jest za osobę, która może pozwolić sobie na więcej, bo… jest artystą. Z drugiej strony, twórcy przypisuje się zachowania stereotypowo kojarzone z (hiper)męskością, takie jak pójście za zewem pragnienia i przygody, ryzykowanie, życie na krawędzi, bycie niebezpiecznym.

Warto dodać, że publiczność przyzwyczaiła się do wizerunku znanego twórcy jako skandalisty, dlatego że o wiele lepiej sprzedają się wątki związane z hedonistycznym stylem życia czy innymi kontrowersjami, niż te związane z codzienną, nieraz mrówczą pracą, która tym samym pozostaje w cieniu. O niej nie słucha się, nie czyta równie interesująco.

Jacy są współcześni artyści? Jak byś ich określiła. Do wyczynów estradowo-słownych Jima Morrisona z lat 60/70. dużo im brakuje, prawda? Mam wrażenie, że współcześni artyści są niewolnikami swojej publiczności, bo to ta bezosobowa, wielomilionowa publiczność, a nie królowie i władcy, ma moc dawania i odbierania — sławy i pieniędzy.

Niechętnie uogólniam artystów i każdą inną społeczność, ponieważ wewnątrz tych grup znajdują się różni ludzie. Jednak, jeżeli już miałabym powiedzieć o artystach, jako grupie, cokolwiek, podkreśliłabym, że działają z pasją, z wiarą w sens tworzenia (wymagającą odnawiania, co jest niełatwe), a także z samozaparciem — takich akurat poznałam. Z drugiej strony i dawni artyści posiadali analogiczne cechy.

Natomiast sam talent niełatwo się broni i to zresztą w różnych grupach zawodowych. Często ręka rękę myje, to znaczy warto znać odpowiednich ludzi, którzy powiedzą o danej osobie innym odpowiednim ludziom. A kto nie ma ochoty uznawać tego typu hierarchii, zwykle może pożegnać się z karierą na większą skalę.

Powiedziałabym więc, że część twórców jest zależna nie tyle od szerokiej publiczności, co od liczących się kuratorów, krytyków, galerii.

Niemniej jednak zawsze istniała zależność artystów od otoczenia. Przez wieki walczyli o mecenat kościoła bądź arystokracji, żeby móc tworzyć. Wydaje się, że bardziej niezależna sztuka powstawała dopiero w XIX w. — wydaje się, ponieważ wówczas publiczność zdemokratyzowała się, stała się publicznością mieszczańską, o czym wspominałam. Owszem, twórca mógł głosić bunt przeciw burżuazji, ale za kilka czy kilkadziesiąt lat i tak właśnie burżuazja kupowała jego zbuntowane dzieła. Nawet artyści-skandaliści uzależnieni są od publiczności w taki sposób, że oczekuje ona od nich kolejnych skandali. Twórca niejednokrotnie staje się niewolnikiem swojego dzieła, swojego wizerunku, do którego przyzwyczaja odbiorców.

A jak historia sztuki oceni 2022 rok? Trudno mi wyrokować, ponieważ historia sztuki ocenia z dość dalekiej perspektywy. Zjawisko, na którym skupiamy się dzisiaj, może być za kilkadziesiąt lat uznane za nieistotne.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Martą Motyl rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
24.02.2022

Marta Motyl — pisarka i historyczka sztuki. Autorka zbiorów esejów „Sztuka podglądania” (2020) i „Sztuka prowokowania” (2021), artykułów poświęconych sztukom wizualnym oraz wstępów do katalogów wystaw. Stworzyła również powieści, w których rządzą eros i psyche: „KochAną” (2012), „Odcienie czerwieni” (2016), „Moc granatu” (2017) i „Kolekcjonerkę” (2019). Od czasu do czasu wycina i wykleja kolaże.
Linki do księgarni online: „Sztuka podglądania” | „Sztuka prowokowania”
Foto w sliderze: Maciej Zienkiewicz Photography i wydawnictwo Lira.

Więzienia bez ścian. Cyfrowa dyktatura

Chiny to jedno z najważniejszych państw świata, które jako pierwsze rozwinęło na niespotykaną skalę system monitoringu i inwigilacji. Komunistyczne władze Chin nazwały go „systemem zaufania społecznego”, który ma służyć poprawie bezpieczeństwa obywateli. W praktyce polega to na tym, że każdy człowiek jest śledzony przez miliony kamer CCTV, a jego zachowanie jest punktowane przez odpowiednio zaprogramowane algorytmy.

Im więcej punktów karnych, tym mniej przywilejów — np. zakaz podróży samolotami. Inne kraje (USA, Australia, EU) również są zainteresowane wdrażaniem własnych systemów inwigilacji na wzór chiński. Dobrze omawia ten temat francuski film dokumentalny Cyfrowa dyktatura,który jest wiarygodnie zrealizowanym materiałem, poruszającym najważniejsze kwestie utraty wolności i ograniczania swobód obywatelskich.

Dzisiaj człowiek jest pod ciągłą obserwacją instytucji państwowych. Wszystkie działania rządu podejmowane są (teoretycznie) w trosce o bezpieczeństwo obywateli. Łączą się jednak z utratą prywatności. Mogą tworzyć zupełnie nowe problemy oraz skłaniać rząd do nadużywania władzy. Dlaczego? Z powodu lęku przed przegranymi wyborami.
Bardzo łatwo wyobrazić sobie państwo, które za pomocą inwigilacji i systemów sztucznej inteligencji, w brutalny sposób zmusza obywateli do konkretnych zachowań. George Orwell opisał taką dystopię w swojej słynnej powieści 1984. Opisał taką dystopię, gdzie ludzie są sprowadzeni do roli niewolników karanych więzieniem za każde nieprzepisowe zachowanie. Szokujące jest to, że koszmarna wizja Orwella jest realizowana pełną parą w Chinach, a Chińczycy liczą na to, że swoje technologie inwigilacji i kontroli sprzedadzą do innych krajów. Czym stał się współczesny świat, w którym żyjemy? Oazą wolności wspieraną przez nowe technologie czy więzieniem bez ścian (no wall prison) bez możliwości wylogowania się z niego.
Będziemy o tym pisać przez cały tydzień.

Cyfrowa dyktatura
Reżyseria: Sylvain Louvet
Montaż: Ludo G.
Zdjęcia: Christophe Astruc
Produkcja: Francja, Niemcy

Zobacz także: (…) gdyby nie było policji i wojska — jak bardzo bylibyśmy bogatsi jako społeczeństwo — wystarczy przeczytać ogólnodostępne dane o wydatkach na zbrojenia, nie mówiąc o tych ukrytych, niedostępnych dla społeczeństwa. Wiele przestępstw by nimi nie było — choćby te bez ofiar (victimless crime) — a te, które są teraz za nie uważane, byłyby rozwiązywanych na zasadach sprawiedliwości naprawczej i konsultacji pomiędzy stronami. Armie potrzebują wojny, policja potrzebuje przestępstw (…) czytaj dalej

JEDEN PROCENT, KTÓRY RZĄDZI ŚWIATEM

JEDEN PROCENT, KTÓRY RZĄDZI ŚWIATEM — film

Temat jest niezwykle kontrowersyjny — pieniądze, czyli życie bogaczy i biedaków. Ludzi uprzywilejowanych i pogardzanych. Film, który przedstawiamy, jest ciekawy z powodu jego twórcy — dziedzica fortuny jednej z najbogatszych amerykańskich rodzin — Johnsonów (korporacja Johnson & Johnson). Jamie Johnson — bo o nim mowa — wyprodukował Jeden procent, który rządzi światem (ang. The one percent) z własnych środków. Premiera miała miejsce na Tribeca Film Festival 26 kwietnia 2006 roku. Dokument składa się z kilkunastu wypowiedzi ważnych osób powiązanych ze światem najbogatszych elit finansowych Ameryki, stanowiących osławione 1% najbogatszych ludzi świata, kontrolujących już w 2004 roku ponad 42% globalnego bogactwa.

Dyskusja na temat bogactwa i biedy toczy się od wieków. Ludzie w wyniku wielkich, powolnych przemian społecznych stworzyli znany nam dzisiaj system monetarny, który z jednej strony daje nam możliwość działania, rozwoju, a z drugiej nas zniewala, ponieważ ilość posiadanych pieniędzy stała się najważniejszym miernikiem wartości człowieka — jego miejsca w społeczeństwie. Gromadzenie kapitału staje się celem życia. Mamy obecnie całe elity miliarderów, co rodzi olbrzymie nierówności społeczne, ponieważ najbogatsi mieszają się do polityki i kontrolują gospodarkę. Jaka jest nasza cywilizacja oparta na pieniądzach i władzy — wspaniała czy żałośnie prymitywna?
Jedni uważają, że świat nie może być sprawiedliwy, ponieważ przyroda taka nie jest, gdzie w efekcie istnienia łańcucha pokarmowego, silniejszy (bogaty) zjada słabszego (biednego). Inni uważają, że człowiek jest rozumny, a więc ma obowiązek tworzyć bardziej sprawiedliwy świat, gdzie nie ma miejsca na ubóstwo i cierpienie. Jak już wspomniano wcześniej, spór na ten temat nie został nigdy rozstrzygnięty.

Jeden procent, który rządzi światem
Reżyseria: Jamie Johnson
Produkcja: Jamie Johnson, Nick Kurzon
Premiera: 29 Kwiecień 2006 (USA)

Niewyparzona pudernica. Wiejska blogerka

Wiejska blogerka. Niewyparzona pudernica

Nie ma idoli i zawsze jest sobą. Nie wyrzuca jedzenia i segreguje śmieci. Wystąpiła w kilku programach telewizyjnych. Rozpisywała się o niej prasa. Uwielbia mówić i pisać. Od kilku lat prowadzi popularnego bloga. Nie narzeka i lubi swoje życie. Wioletta Pyzik — bardziej znana jako Niewyparzona Pudernica, przez media nazywana często wiejską blogerką — u nas w rozmowie o karierze, szczęściu, edukacji seksualnej, imprezowaniu i żarciu — szczerze, bez cenzury i politycznej poprawności.
[Na zdjęciach: Wioletta Pyzik żródło: portfolio]

Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Niewyparzona Pudernica
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik z
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Nie będę Cię pytał czy chcesz być znana, bo już jesteś [śmiech]. Widziałem Cię w Internetach i opadła mi lekko szczęka. Gdzie się nauczyłaś tak dobrze pisać?

Tak? Może trochę. Panie w Biedrze mnie rozpoznają. I może kilka innych osób, bo trochę się pałętałam po śniadaniówkach i innych różnych mediach.
Z tą szczęką, to trzeba do stomatologa się wybrać, albo do chirurga szczękowego. Chyba że masz sztuczną, to nie wiem do kogo z tym się idzie.
Kolorowa to ja się urodziłam. Pisać się nauczyłam w wieku jakichś pięciu lat. Moim pierwszym słowem była „hmura”. Przez samo „h”, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest jakieś inne „h”.
Od razu z pierwszym słowem założyłam pierwsze czasopismo. Nazywało się jakby inaczej, „hmura”. Miałam do dyspozycji kredki, zszywacz i kartki. A potem było już z górki. W pierwszej klasie zamiast pięciu zdań o swoim zwierzątku zapisałam cały szesnastokartkowy zeszyt w trzy linie.

Jestem samoukiem. Śmieję się, że urodziłam się z defektem mózgu i te metafory same tak ze mnie płyną.

Zawsze lubiłam pisać, bawić się słowem jak ksiądz siusiakiem. Nie wiem, czy piszę dobrze, nie mnie to oceniać, ale lubię to, co piszę i jak piszę. Mnie się podoba. Miło, że innym też.
Zawsze dużo mówiłam. Żeby nie zanudzać ludzi wokół, zaczęłam pisać w necie. Jak teraz czytam, to co pisałam siedem lat temu, to łapię się za głowę. Jestem jeszcze z pokolenia analogowego. Co prawda Amiga na chacie była, ale internet, to jednak nowy wynalazek. Ręcznie pisać umiałam, ale wiesz, że na początku pisaniny internetowej nie wiedziałam nawet, że stawia się spację po znaku interpunkcyjnym? Poważnie [śmiech]. Teraz też nie mogę w to uwierzyć, ale nikt mi tego nie uświadomił. W pewnym momencie ogarnęłam, że coś mi wizualnie nie pasuje.

Jak to jest wystąpić w telewizji? Siedzieć w studio i mówić mądre rzeczy. Pytam, bo nigdy nie byłem. Trzeba się chyba pilnować, żeby niczego nie palnąć. Na przykład hasła roku — 8 gwiazdkowego ***** *** albo ulubionego słowa suwerena na k.

Jak łaziłam po śniadaniówkach, osiem gwiazdek jeszcze nie było na topie. Teraz by mnie korciło. Zresztą byłam tylko kilka razy i nie uważam, żeby to było jakieś wybitne osiągnięcie. Nie zesrała mi się kura ani nie przebiłam nikomu ręki gwoździem. Idąc do telewizji, starałam się przekazać jak najwięcej rzeczy w krótkim czasie. Szłam tam trochę z misją, żeby przekazać mój punkt widzenia w danym temacie, Trochę też dla lansu, trochę dlatego, że uwielbiam kamery. Nigdy nie czułam stresu. Stresowałam się, zawsze się stresuję, jak mam rano wstać. Nienawidzę wstawać rano i zawsze boję się, że zaśpię. Jak to jest być w telewizji? Fajnie. Lubię to. Szczególnie w programie na żywo. Nie trzeba się przygotowywać, rozmyślać. Po prostu idziesz i odpowiadasz na pytania. Jesteś sobą.

Wioletta Pyzik (Niewyparzona pudernica) -- wywiad
Na zdjęciu: Wioletta Pyzik w programie telewizyjnym „Dzień dobry TVN” w październiku 2017 roku. Źródło: materiały pracowe

Śniadaniówka od środka to jak fabryka produkcyjna. Wpadasz, dają Ci kawę, herbatę. Potem na fotel. Makijaż, fryzjer. Podpinają Ci mikrofon. Czekasz na swoją kolej. Siadasz na kanapę. Wokół stado ludzi ciągle biega. Wloką za sobą kamery, jakieś kable. Ciągły młyn. Kilka ogromnych kamer, a Ty po prostu siadasz i udajesz, że nie widać tego rozgardiaszu i sobie gadasz. Byłam w obu stacjach. Teraz już do tvpis bym nie poszła, zresztą nikt by mnie nie zaprosił. Pewnie jestem na jakiejś czarnej liście. Zarówno w reżimówce, jak i u konkurencji studia są malutkie, chociaż na ekranie wydają się przestronne. Ludzie, których spotkałam w obu stacjach, byli dla mnie mili. Czułam się tam dobrze. Chętnie wrócę, ale nie do tvpis. A z drugiej strony, mogłabym pójść i coś odjebać, ale i tak mnie nie zaproszą, bo najpewniej mnie czytają.

Do tvpis i polityki jeszcze wrócimy. Widać, że jesteś zwierzęciem medialnym i nikogo nie udajesz — w przeciwieństwie do większości artystów w Polsce, którzy nie są w stanie powiedzieć wprost w wywiadach, że chcą się wybić. Zawsze lawirują, gdy pada pytanie, czy chcą być sławni i mówią, że np. „chcą przekazać ludziom coś ważnego”. Ja uważam, że fejm jest dobry, bo oznacza, że coś się podoba publiczności. Artysta wchodzi na scenę i albo jest oklaskiwany, albo wygwizdany. Nie ma innej możliwości, prawda? Oczywiście, można coś skrobać tylko dla rodziny i znajomych, ale wtedy to jest hobby, a nie tworzenie dzieł sztuki. Zgodzisz się z tym, że to zazdrośnicy rzucają takimi hasłami jak „parcie na szkło”, „komercja”, „celebryci”? Taka fałszywa, podwójna moralność — coś im nie wychodzi, więc mieszają to z błotem, ale po cichu o tym marzą. Ty jesteś wiejską blogerką [śmiech]. Na wsi chyba ciężko udźwignąć sławę influencerki?

Bo w Polsce nie można być szczęśliwym, bogatym, spełnionym. Nie można osiągać sukcesów. Nie można mówić, że jest super. Ma być źle. Masz narzekać, że boli Cię kręgosłup, że pensja chujowa, że kiedyś, to byli czasy, tera, to ni mo czasów. Jesteśmy narodem narzekaczy, męczenników i nieudasiów. Dzieciom wtłacza się do głowy, że nie są dość dobre, że Kasia dostała lepszą ocenę. Rodzice, zamiast chwalić ganią, narzekają. Kiedy powiesz, że jesteś szczęśliwym człowiekiem, kiedy uśmiechasz się, idąc chodnikiem, ludzie patrzą na Ciebie jak na wariata. Jak komuś się powodzi, dobrze zarabia, układa mu się w związku, życiu, jak jest pozytywnie, to zaraz jest gadanie, że pewnie ukradł, ma sponsora, wybił się na czyichś plecach, udało mu się. Niektórym pewnie się udaje, niektórzy może i mają łatwiejszy start, jednak większość ludzi na to, co ma, zapierdala latami. Inni widzą efekt finalny, dopisują swoją historię, umniejszają takiemu człowiekowi. Czasami z zazdrości, czasami z lenistwa, bo samemu nie chce im się robić nic, ale jak ktoś inny robi to, zamiast brać z niego przykład, wolą się gapić i gadać. Jak ktoś coś osiągnie, często nie potrafi o tym mówić, bo boi się oceniania, więc woli powiedzieć, że „no może i zarobiłem na mercedesa, ale wątroba mnie boli, pogoda kiepska i z reguły nic mi nie wychodzi”.

Taka mentalność, takie rzeczy wynosimy z domu. Mama od małego powtarzała mi, że jestem ładna, mądra i zdolna. No, przecież rodzona matka by mnie nie okłamała! Mam solidne fundamenty, mam silny charakter. Nie muszę udawać. Nie muszę przepraszać. Jestem ładna i chuj. Mądra też. Zdolna i owszem. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Nic mnie nie boli. Czy chcę być sławna? A dlaczego nie? A co w tym złego? Czy chcę być bogata? Urodziłam się milionerem! Kasę ogarniam, jestem na dobrej drodze. Czy jestem szczęśliwa? Niesamowicie! Chodzę i się uśmiecham. Ludzie patrzą jak na pomyleńca i wiesz co? I mam to w dupie. Nikt za mnie życia nie przeżyje. Owszem, też chcę przekazać coś ważnego. Uważam, że skoro mam zasięgi, to oprócz heheszek fajnie jest przekazać też swój punkt widzenia na ważne tematy, komuś pomóc bezinteresownie, bo dzisiaj ja pomogę komuś, kiedyś ktoś pomoże mi. Nie liczę na to, robiąc coś dobrego, ale karma wraca.

Staram się być dobrym człowiekiem. Nie uznaję żadnych podziałów, oprócz jednego — albo ktoś jest chujem, albo dobrym człowiekiem. I tyle i koniec. Nie czuję się ani lepsza, ani gorsza od kogokolwiek. Jestem sobą. A dlaczego w tym wszystkim nie chcieć dobrze żyć? Ja chcę dobrze żyć! „Pieniądze, to nie wszystko, ale wszystko bez pieniędzy, to hój”, cytując klasyka. Co złego jest w fejmie? Nic. Oczywiście, niektóre znane osoby robią zły PR fejmowi, są zakłamane, zdobywają popularność byle jak, byle zdobyć. Ludzie lubią ładne obrazki. Ludzie lubią historie z Pudelka, cycki na Insta. Tak fejm można zdobyć najłatwiej. Pytanie, na jakim fejmie nam zależy. Mnie zależy, żeby ktoś powiedział, że dobrze piszę, a nie klikał, bo wrzuciłam sweet focie.

Wioletta Pyzik (Niewyparzona pudernica) -- wywiad
„Blogująca-praktykująca. Widzę, słyszę, piszę. Uroda i lifestyle niewyparzonym językiem. Wchodzisz na własną odpowiedzialność!” — głosi opis fan page’u Wioletty Pyzik, którą obserwuje ponad 26 tys fanów na Facebooku. Źródło: materiały prasowe

Jakbym chciała pisać tylko dla siebie, to pisałabym do szuflady. Lubię mieć odzew. Lubię dyskutować z ludźmi. Lajki, to tylko lajki, liczby mam w dupie. Ale za każdym lajkiem stoi człowiek i ja tych ludzi szanuję. Nie są dla mnie głupim lajkiem. Cieszy mnie, że ludzie chcą czytać, to co napiszę, że komentują, opowiadają swoje historie. Nie piszę dla lajków, piszę dla ludzi. I dla siebie, bo ja kocham pisać. Jeśli mam mieć z tego fejm i kasę, to dlaczego nie? Kto nie chciałby zarabiać na tym co lubi?

Z tą wiejską blogerką, to są jaja. Kiedyś gdzieś tak napisałam, że jestem wiejską celebrytką, wiejską blogerką, przy okazji jakiegoś wpisu. Potem podchwyciły to Wysokie Obcasy, mój artykuł poleciał u nich, potem wywiad, potem podłapał to TVN i tak ta wieś się za mną ciągnie. Lubię wieś, bo na wsi się wychowałam, od 8 lat mieszkam w Krasnymstawie, małym, powiatowym miasteczku. Chyba od 8, bo nie liczę. Dlaczego bycie influencerką, w mieście mniejszym niż Warszawa, miałoby być ciężkie? Bo ludzie gadają? To niech gadają! Bo barwne postacie są na językach? To dobrze! Najgorsza jest obojętność, jak ktoś mnie lubi albo nienawidzi, to zajebiście. To oznacza, że wywołuję emocje. Zawsze lubiłam się wyróżniać — kolczyki, tatuaże, kolorowe ciuchy. Nikomu krzywdy nie robię, a ja lubię tak żyć. Moje życie jest po prostu fajne, bo żyję po swojemu.

Skąd u Ciebie tak dojrzałe obserwacje i przemyślenia? Do tego, co mówisz, niektórzy ludzie dochodzą latami, a Ty jesteś młodą kobietą i pewnie cały czas imprezujesz. Skoro w Polsce nie można być szczęśliwym i bogatym, to co robić? Wyjechać na Seszele?

Nie wiem skąd u mnie takie przemyślenia, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Nie wiem, czy to dojrzałe rozkminki, czy nie, są po prostu moje. Taka młoda dupa to nie jestem, kilka dni temu zostałam Jezuskiem — 33 pykło jak jeden dzień. Czaisz „Czterdziestolatka”? Jego żonka w filmie miała 32 lata. Ciężko uwierzyć. Ostatni raz w klubie byłam 5 lat temu. Wypiłam jednego drinka, popatrzyłam na tych najebanych ludzi i poszłam zamówić sobie wodę. Do rana obserwowałam pijanych i naćpanych klubowiczów i odechciało mi się chodzić w takie miejsca. Co chwilę jakiś typ podbijał do mnie z ubogim podrywem, jakieś przypierdolki. Zamiast potańczyć i się pośmiać ciągle ktoś się przyczepiał. Na dodatek goście byli tak rozgarnięci, że jednemu wcisnęłam kit, że piję wodę, bo na drugi dzień będę pilotować samolot. Uwierzył (facepalm). Wolę posiedzieć na kanapie z przyjaciółmi, dobrze zjeść, wypić lampkę, tudzież pięć wina, albo dobrego krafta. A nie, przepraszam, skłamałam. W zeszłym roku byłam z ziomeczkami w gejowskim klubie. Jeśli do klubu, to tylko do takiego. Nikt nie zagląda Ci w cycki, nikt nie jest nachalny. Możesz być sobą i czujesz się bezpiecznie.

WIOLETTA PYZIK (Niewyparzona Pudernica) — wywiad
Na zdjęciu: Roztocze — kraina geograficzna łącząca Wyżynę Lubelską z Podolem, wyraźnie wypiętrzony wał wzniesień, szerokości 12–32 km i długości około 180 km, przebiegający z północnego zachodu, od Kraśnika, na południowy wschód do Lwowa. Roztocze oddziela Wyżynę Lubelską i Wyżynę Wołyńską od Kotliny Sandomierskiej i Kotliny Naddniestrzańskiej. Źródło: Wikipedia

W Polsce można być szczęśliwym i bogatym! Ja nie narzekam! Na szczęście nie narzekam, nad bogactwem pracuję, ale trzeba mieć grubą skórę, twardą dupę i wyjebane na ludzkie gadanie. Na Seszele też można. Czemu nie? Chociaż wolałabym gdzie indziej. Kocham Grecję! Kanary są świetne. Chce mi się też na Dominikanę, do Czarnobyla, na chwilkę do Azji. Uwielbiam podróże, zwiedzanie, pyszne żarcie, poznawanie ludzi i innych kultur. Docelowo taki dom w Grecji byłby spoko opcją, ale drugi chcę mieć na moim ukochanym Roztoczu. Tak, tu gdzie Kora miała ranczo. Mój Krasnystaw jest nazywany Wrotami Roztocza, chętnie strzeliłabym sobie domek w Guciowie, to akurat przez las do Kory. Strasznie żałuję, że już nigdy nie zdołam jej poznać osobiście… Pamiętam jak umarła. Siedziałam sobie na Peloponez, było zaćmienie księżyca, a od strony Cyklad grały cykady. Czyż nie wymownie?

Ty masz 33 lata? Chyba żartujesz. Wyglądasz na 25. Rozwalił mnie Twój ostatni post na fb na temat gry firmowanej przez Ministerstwo Edukacji i Nauki „Godność, wolność, niepodległość”, związanej z tematyką dziedzictwa kulturowgo Jan Pawla II. Cytuję: wiadomo, że jak wybierasz papieża, to masz najłatwiejsze misje, dziwki, koks i tajski boks. Generalnie zero funu. Leżysz w Watykanie, raz w tygodniu wygłaszasz monolog do zgromadzonych”. Co Ty robiłaś na lekcjach religii, że ośmielasz się drwić z naszego świętego Kościoła katolickiego, który jest Domem Boga.

Nie żartuję. Przecież mówiłam już, że jestem ładna, mądra, zdolna i do tego bez botoksu [śmiech].
Nie wiem, co robiłam na religii. W sumie to religia podwyższała średnią na świadectwie i był czas na pisanie ściąg na chemię. Nigdy nie chodziłam do kościoła, poza białym tygodniem po komunii, bo wszystkie dzieci chodziły. Potem zrobiło mi się słabo w kościele i więcej nie poszłam. Chodzę tylko na pogrzeby, wesela i inne takie imprezy, ale to z szacunku dla bohaterów wydarzenia. Nie muszę drwić z Wielkiego Kościoła, oni sami z siebie robią komedię, ja to tylko relacjonuję.

Wróćmy na chwilę do polityki. Popierasz gniew postępowego ludu skierowany od jakiegoś czasu przeciwko ekipie rządzącej spod znaku PiS?

Chyba każdy myślący człowiek popiera. Ludzie nie są głupi. No, przynajmniej część nie jest. I właśnie ta część, która widzi coś więcej niż daniny z dupy, widzi, że w państwie źle się dzieje.
Wiesz, ja nie jestem ani politologiem, ani socjologiem, ani żadnym logiem, ale tu nie trzeba być specjalistą, żeby postawić diagnozę – ten kraj jest chory. Ludzie się buntują, bo co mogą zrobić zrobić?
No wiem, wiem, mogą iść na wybory. Ja chodzę na wszystkie, chociaż nie do końca wierzę, że są uczciwe, ale chodzę.

Co myślisz o walce kobiet o swoje prawa? Często czytam o tym, że Polska to kraj od wieków patriarchalny. Kobiety gorzej zarabiają i nie zajmują wysokich stanowisk. Kościół i prawica tylko ten patriarchat pogłębia. Co chwila wybuchają jakieś afery z mobbingiem i molestowaniem. Kilka naszych topowych felietonistek nie potrafi napisać nawet jednego zdania bez wstawek o dziadersach, o tym, że Polska to ciemnogród, gdzie kobieta ma siedzieć w kuchni, rodzić dzieci i być posłuszna mężowi. Masz w sobie coś z aktywistki czy Cię to nie interesuje?

Mam aż za dużo z aktywistki. Jak coś robię, piszę, protestuję, to na maksa. A potem się zastanawiam czy jak wyjdę na miasto, to mi ktoś kulasów nie poprzetrąca [śmiech].
Ale myślę, że nie będzie tak źle. Czasami sobie myślę, że po co ja się pcham w jakieś aferki, protesty, nic z tego nie mam. Najwyżej się naczytam, jaka ze mnie suka, idiotka i pół dnia banuję trolli, ale potem ktoś mi napisze, że dziękuje, że się angażuję, że komuś pomogłam, że komuś dodałam otuchy i jestem szczęśliwa. Jeden powie, że marnuję czas, że jestem nikim, małą internetową pchłą, nikt mnie nie zna. A drugi przyjdzie i mi powie: dziękuję. I ja dla tego lepszego jutra i dla tego „dziękuję”, angażuję się w różne sprawy. Czuję, że muszę, że chcę, że mój głos, to mała cegiełka, a dużo cegiełek może stworzyć dużą podwalinę pod jutro. Brzmi to strasznie górnolotnie, ale tak jest. Przecież zamiast kłapania mordą, mogłabym siedzieć cicho, reklamować byle gówno i trzepać hajs. Tylko że ja nie umiem stać i tylko się przyglądać. Kasa jest super, te wszystkie współprace, ale cholera… ja chcę czegoś więcej. Zamiast kilku stów chcę słyszeć, że dobrze piszę. Może kiedyś spieniężę to pisanie.

Rozumiem, ale nie odpowiedziałaś na pytanie, czy tu jest ciemnogród i czy po ulicach chodzą sami dziadersi. Kobiety w Posce mają o co walczyć?

Chciałabym powiedzieć, że nie, bo jakiś sentyment mi w genach płynie, patriotyzm, czy coś. Ale prawda jest taka, że żyję w bańce, otaczam się normalnymi, myślącymi i dobrymi ludźmi. Czarne owce szybko wykluczam. Kiedy wychylę nosa, widzę, że dziadersów nie brak, a ciemnogrodu też jeszcze dużo do wyplewienia z chwastów. Nie można powiedzieć, że mamy całkowity ciemnogród i samych dziadersów, ale jeszcze jest sporo do naprawy w tej kwestii.

WIOLETTA PYZIK (Niewyparzona Pudernica) — wywiad
Miejsce pochodzenia nie ma znaczenia — mówi Wioletta Pyzik, do której przylgnął nick „Wiejska blogerka”. Źródło: materiały prasowe

Czy kobiety mają o co walczyć? Wszyscy mamy o co walczyć. Chyba każdy chciałby żyć normalnie? Normalnie, czyli po prostu spokojnie. Bez stresu, że uczciwie pracując, wystarczy na rachunki, jedzenie, czasem na kino. Bez nerwów, że zabraknie na dentystę, a zagrożona ciąża będzie wyrokiem .
Z dostępem do lekarza, bez strachu o przyszłość. Chciałabym móc założyć rodzinę, chciałabym, żeby moi przyjaciele LGBT nie bali się trzymać za rękę. Kurwa! To nie są chyba jakieś wielkie marzenia? Mamy 2021 rok! To powinno być normalne. Chcę normalności. Po prostu!

Kończąc ten wątek — nie myślałaś o karierze polityczki? Nie pociąga Cię zmienianie rzeczywistości w Sejmie? Mogłabyś zrobić karierę polityczną jak Jachira albo Kukiz.

W bagno się nie pcham. Kiedyś miałam propozycję startu w wyborach na radną powiatu, ale nie wyobrażam sobie chodzenia w chujowej garsonce i przecinania wstęg z proboszczem.
Nope. Ja się nie mam zamiaru do nikogo i niczego dostosowywać, to nie ja. Ja jestem szczera, a może i wyszczekana, takie rzeczy w polityce to samobój. Polityka to łgarstwo, podporządkowanie, uległość, kompromisy, przymykanie oczu na pewne sprawy i włażenie w dupę. Nie wyobrażam sobie, żebym miała się do czegokolwiek i komukolwiek podporządkować. Nie. Nigdy. Nie chcę I nie potrafię.

Która postać z życia publicznego Ci imponuje i dlaczego. Kogo szanujesz? Wspominałaś o Korze. Ona była Twoją największą idolką?

Opowiem Ci taką historię. Byłam chyba w piątej klasie, kiedy nauczycielka — swoją drogą katofanatyczka — kazała wyjąć karteczki i napisać kto i dlaczego jest naszym idolem, kto jest naszym wzorem cnót wszelakich i dlaczego chcielibyśmy być tą osobą.
Wiesz, co napisałam? Że lubię być sobą, zawsze chcę być sobą i nie chcę być nikim innym, nie chcę nikogo naśladować. Dzieci napisały, że ich ideałem jest ich ojciec, kuzyn, jakiś aktor. Jedna dziewczynka napisała, że papież i jako jedyna dostała piątkę. Mnie nauczycielka kazała przyjść z Mamą, bo coś ze mną nie tak, takie indywiduum to dziwactwo. No i przyszłam z Mamą. Mama wyśmiała nauczycielkę. Nauczycielka przez kolejny rok mi dokuczała, a potem dokuczała mojemu bratu. I tak było warto.
Ale do meritum — nie mam konkretnych idoli. Wiadomo, do niektórych ludzi mam większy sentyment, lubię, w jakiś sposób zgadzam się z ich postawą, wypowiedziami, stylem życia, ale nie potrafię powiedzieć, że ten i ten jest moim idolem. Nie potrafię wskazać konkretnej osoby. Lubię natomiast ludzi mądrych, odważnych, nietuzinkowych. Do Kory mam sentyment. Mama słuchała winyli Kory, Lombardu, Lady Panku, Perfectu i innych popularnych wtedy zespołów. Wychowałam się na tych winylach, a potem na taśmach magnetofonu szpulowego. Kiedy dorosłam, trochę zagłębiłam się w to, co Ci ludzie mają do powiedzenia poza sceną. Kora była niezaprzeczalnie ikoną. Mądrze i bez zadęcia wypowiada się Skiba. Maria Czubaszek była taką równą, bezkompromisową i wyluzowaną osobą. Szanuję dużo osób, ciężko mi teraz wymienić konkretne. W ogóle nie lubię takich wyliczanek, bo mi głupio, że o kimś zapomnę.

Kto jest autorytetem dla młodego pokolenia? Dla Twoich followersów. Pytam, bo od czasu wynalezienia Internetu i social mediów, świat stanął na głowie. Teraz wszystko jest możliwe i każdy może próbować robić karierę.

Nie wiem, jak jest z młodym pokoleniem, bo dla takich piętnastolatków, to ja już nad grobem stoję [śmiech]. Nie ogarniam, co teraz jest w trendzie.
Jeśli chodzi o moich Lubiczy, to nie podejrzewam ich, że lubują się w silikonowych awatarach z Instagrama, bo mam bardzo mądrych i fajnych obserwatorów.
Obstawiam, więc, że mają dobre wzorce i autorytety. U mnie nie ma głupich ludzi, tacy nie ogarnęliby tego, o czym piszę. Za dużo u mnie metafor, sarkazmu, mieszania faktów z moim floł i bajania. Żeby rozumieć o czym piszę, trzeba mieć większą rozkminkę. Część tekstów jest dosłownych, ale czasami odlatuję I trzeba się skupić, żeby wyłapać “co autor miał na myśli”.

Jesteś proekologiczna? Żeby wyprodukować jedną parę butów, potrzeba ponad 2 tys. litrów wody, której niedługo zacznie brakować, jeśli nie dokonamy rewolucyjnych zmian w naszym życiu. Problemów ze środowiskiem naturalnym jest tak dużo, że nie wiadomo, od czego zacząć. Marnotrawstwo żywności, zaśmiecone oceany, wszędobylski plastik, wycinanie lasów, wymieranie gatunków, mordowanie zwierząt przez tych psychopatów — myśliwych. Zastanawiasz się nad tym, jaki los czeka planetę, na której żyjemy i co się stanie z ludźmi za kilkanaście, kilkadziesiąt lat?

Nie lubię się określać. Nawet nie potrafię. Od zawsze dbałam o rzeczy. W słoikach po miodzie trzymam zioła z własnego ogródka. W opakowaniach po mandarynkach z takich drewienek trzymam warzywa. Segreguję śmieci. Lubię chodzić do second handów. Ubrania, w których nie chodzę, a są w świetnym stanie, oddaję do domów dziecka. Nie wyrzucam jedzenia, staram się ze wszystkiego coś wyczarować. Nie kupuję niczego nadmiernie i kompulsywnie. Nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że tak mam i już. Wiesz, była kiedyś taka akcja, żeby nie kupować plastikowych słomek, a ja nigdy żadnych słomek nie kupiłam, bo nie widzę sensu ich używania. I strasznie chciało mi się śmiać z tej wojny na plastikowe słomki.

Wioletta Pyzik (Niewyparzona Pudernica) -- wywiad
Na swoim blogu Niewyparzona Pudernica publikuje wiele memów. Źródło: Fan page

Laski na instagramie wojowały tymi słomkami, pieprzyły o ekologii, a jednocześnie co dwa dni pokazywały nowe kosmetyki w plastikowych opakowaniach. Kupowały i dostawały to na tony. A ja? Owszem, czasem mam zachciankę, kupię zbędną parę butów. Zdarza mi się, ale patrząc na świat wokół, to raczej nie przeginam. Najśmieszniejsze, że ja nie zdawałam sobie długo sprawy, że to jak żyje, jest mocno eko. Ja to po prostu wyniosłam z domu. Dla mnie to jest normalne, a nie jakieś górnolotne słowa. Nie latam do Pepco, bo jakieś pierdoły są na promce. Ja śmieci nie potrzebuję. Mam zajebistą szafę, a w niej zamiast plastikowych organizerów, skarpetki posegregowane w kartonowych pudełkach po czymś tam.

Edukacja seksualna w Polsce. Pamiętam taki obrazek z telewizji: młoda, ładna dziewczyna z mężem i dzieckiem mówi do kamery, że „jest przeciwko edukacji seksualnej w szkołach, ponieważ to powinna być prywatna sprawa rodziców”. Pamiętam też taki cytat z internetowego forum, z ust mężczyzny w średnim wieku: „jak zrobią tą edukację [seksualna], to córka będzie mi się puszczać z byle kim i przyjdzie do domu z brzuchem”. Jak wygląda twoim zdaniem sprawa edukacji seksualnej w naszym kraju i dlaczego władza oraz Kościół katolicki jest przeciwny wprowadzeniu jej do szkół.

O, stary. Temat rzeka. Nie mam tyle wkładu w długopisie, żeby to opisać. Edukacja seksualna jest niezbędna, a w Polsce nie ma jej niemal wcale. Bardzo często poruszam ten temat. Dlaczego KK jest przeciwny? Bo kler jest pojebany. A dlaczego władza jest przeciwna? Bo boją się kleru.
Osobiście znam laskę, która zakopała dziecko za stodołą, znam taką, która przysypała noworodka gnojem. Takich historii jest mnóstwo! A o ilu nie wiemy! To wszystko się wiąże ze sobą. Naprawdę nie mam już siły maglować tego tematu, bo wyć się chce. Edukacja seksualna w Polsce jest niezbędna. Trzeba zacząć od podstaw i edukować. Edukacja to podstawa. Tylko głupi będzie przeciwny.

Co sądzisz o dziewczynach, które pracują w branży erotycznej? Nie chodzi mi o aktorki porno, bo to jest dla ludzi hardcore, ale o tancerki w nocnych klubach czy striptizerki. Dlaczego jedne kobiety nie mają z tym problemu, a inne wolą pracować w korpo albo na kasie w Lidlu. To kwestia braku moralnych zahamowań?

Póki nikomu przez to nie dzieje się krzywda, to nie mam nic przeciwko. To nie moja sprawa. Jeden pracuje w Lidlu, drugi na kopalni, trzeci w korpo. Podobno żadna praca nie hańbi, a wstyd to kraść i z cudzej baby spaść, czy jakoś tak. Bardziej niemoralne jest wciskanie drogich garnków i pościeli z wielbłąda starszym ludziom? Wszystko jest dla ludzi, byle nikomu nie szkodzić. Tancerka w klubie nie szkodzi, pani na kasie nie szkodzi, za to oszuści, którzy wciskają garnki za 7 tysięcy starszej babuleńce z małą rentą, to bezczelni złodzieje bez serca I to jest niemoralne, a nie dziewczyna, która sobie tańczy.

Pamiętasz ten słynny magazyn, który już upadł — „Playboy” i jego roznegliżowane sesje fotograficzne? Swojego czasu wszystkie liczące się aktorki chciały tam zaistnieć. Zgodziłabyś się na sesję fotograficzną w Playboyu? Czy kobieta ukazująca swoje nagie, piękne ciało jest niemoralna?

Pamiętam. Nie. Na ten moment nie, ale tylko krowa poglądów nie zmienia, więc nie będę się zapierać, może za 30 lat Playboy powróci, to będę chętna? Wolałabym jednak publikacje w miejscach, gdzie mogłabym się wyżyć literacko. Dupę każdy ma, nie ma się czym ekscytować, szczególnie że teraz i tak wszystkie zdjęcia są grubo obrabiane. Nie mam na myśli konkretnych tytułów, tak tylko gdybam. Wiesz, ja serio lubię pisać. Marzy mi się książka, tylko nie mam kiedy jej pisać. Na co dzień pracuję w copy, ogarniam też kryptowaluty, tokenizację, inwestycje, generalnie niebabskie zajęcia i dużo trudnych słów [śmiech]. Mam też na głowie dom, koty, pranie, sprzątanie, gotowanie, jak wszyscy. No i moje social media, blogowe przyjemności, które też zabierają czas. Ja to wszystko uwielbiam, ale doba ma tylko 24 godziny, a przecież mam jeszcze przyjaciół i rodzinę. Czasami chcę pozamulać na Netflixie, a jak jest ciepło, to gdzieś wyjść, pojechać i wyczilować. Żeby pisać książkę, musiałabym rzucić copy. I właściwie rozważam to, ale kasa z nieba mi nie spadnie. (Nie liczę tego, co mam z kryptowalut, bo jestem raczej hodlerem). Koło się zamyka. Albo mam na żarcie, albo piszę książkę [śmiech].
 

Wioletta Pyzik (Niewyparzona Pudernica) -- wywiad
„Lubię balansować na granicy kiczu – może czasami nawet jestem nad przepaścią” — powiedziała Niewyparzona pudernica Wysokim Obcasom. Źródło: materiały prasowe

A kobieta, która ukazuje swoje ciało i sprawia jej to przyjemność, nikt jej nie zmusza, nie przeszkadza jej to, niech to ciało ukazuje tam gdzie jest na to miejsce. W sensie — na Insta cycki są zakazane i git, taki regulamin, chociaż chyba laski mają to gdzieś. W Playboyu proszę bardzo, po to jest, a właściwie był.

Co to za książka? O czym? A tak przy okazji — chciałabyś otrzymać propozycję pracy jako dziennikarka?

To będzie żółta książka, bo lubię żółty. Jak napiszę, to Ci powiem. Na razie nie ma o czym dyskutować.
Zależy jaka dziennikarka i gdzie miałabym pracować. Jak dobrze płacą, to why not. Jak kiepsko, to wolę patrzeć jak Bitcoin rośnie. I tak w różnych miejscach trafiam na moje teksty, ale piszę „z ghosta”. Od paru lat działam jako copywriter. Od opisów materiałów na nagrobki, przez opisy AGD i broszurki dla hodowców pszczół, po teksty na różne portale. Dużo już przerabiałam. Kiedyś nawet trafiłam na moje teksty u kilku blogerek — dość znanych — co to zawsze głośno krzyczą, że one wszystko piszą i prowadzą same samiuteńkie. No jednak nie.

„U innch blogerek”. Co masz na myśli? Skopiowały Twoje posty?

Nieeee, kupiły je na legalu w agencji, dla której milion lat temu pisałam. Ja pisałam jako ghostwriter, puszczałam do agencji i miałam w dupie gdzie to trafia, bo hajs się zgadzał. Jak sama zaczęłam blogować świadomie, to dałam znać, że mogę pisać wszystko, ale nie dla blogerów, bo jakieś to dla mnie nieetyczne.

Widzę Cię nie w gazecie, ale w TV, prowadzącą własny programy telewizyjny, lekko skandalizujący, może o zabarwieniu life-stylowym. Jesteś wygadana, masz charyzmę i dobrą aparycję. Pytanie, jak się dostać do telewizji. Nie wydaje Ci się, że w naszym kraju bez koneksji trudno dostać pracę marzeń? Mam wrażenie, że u nas wszystko funkcjonuje po znajomości.

O tak, uwielbiam być w telewizji. Zero stresu, zero przejęcia, siadam i jadę z tematem. Jak się dostać do telewizji? Do śniadaniówek dostawałam się łatwo. Bez znajomości. Po prostu dostawałam propozycje. Nigdy nie wiadomo kto nas czyta. Czytają i producenci. Ale żeby dostać się do czegoś więcej? Jak się dostanę to Ci powiem.

Co do znajomości. No wiesz, to wszędzie pomaga. W social media, w pracy, na co dzień. Ale ja nie umiem sprzedać się za lajki. Znajomości, koleżeństwo, stawiam ponad to. Miło mi, jeśli ktoś wspiera mnie sam z siebie, ale prędzej mi trzecia ręka wyrośnie, niż wykorzystam znajomość, żeby się wybić.

Sprawa wygląda tak, że znajomości, kasa i szczęście to większa część sukcesu. Talent, praca, pomagają, ale nie oszukujmy się, to nie zawsze działa. U mnie znajomości odpadają, milionerem nie jestem. Talent myślę, że mam, pracuję nad sobą. Myślę też, że mam szczęście i tego się trzymam.

Teraz koniec przynudzania. Teraz mi opowiedz jak imprezujesz. Liczę na pikantne szczegóły i anegdoty z nocnego życia na tasie Krasnystaw — Warszawa.

[Śmiech] Ja i imprezowanie? Moja ulubiona forma to dresy, przyjaciele, dużo żarcia i wino, prossecco, albo dobry kraft. Jestem okropnie nudna. Kiedyś to były czasy i kluby, ale to było lata temu. W czasach sprzed zarazy były jeszcze jakieś iwęty dla blogerów lub kryptowaluciarzy i Chmielaki raz do roku. Teraz nie ma niczego. To znaczy są domóweczki starych ludzi i tyle. Na wyjazdach piję dwa piwa, opcjonalnie dwa drinki i po balu panno lalu. W domu pozwalam sobie na więcej, bo nie muszę wyglądać, a do łóżka blisko. Łeb mam twardy, ale nie głupi, więc nie robię z siebie błota.

Ciekawostka jest taka, że niektórzy mają obraz baby ze wschodu, co na śniadanie pije szklankę bimbru. Szalona imprezowiczka taka. A mi się nawet w życiu film nie urwał, nigdy się nie narąbałam. Owszem, czasem tam podpiłam, ale nigdy do przesady. Jestem za imprezowaniem z głową. Nikt i nic nie będzie miało nade mną kontroli, a tym bardziej jakiś głupi alkohol. Nienawidzę pijaków, chlania i ćpania na umór. Wszystko jest dla ludzi, ale wszystko z umiarem.

Jak imprezują Twoi rówieśnicy? Sodoma i Gomora czy grzecznie jak na szkolnej dyskotece.

Różnie. Ciężko uogólniać. Są tacy co imprezują, są tacy co mają gromadkę dzieci, są tacy, którzy wyjechali, zostali, są szczęśliwi i nie. Ilu ludzi, tyle opinii. Ja żyję w bańce. W mojej bańce moi przyjaciele podróżują, zwiedzają, wspólnie piją winko na kanapie, grillują, cieszą się życiem. Boją się o przyszłość, ale nie żyje się nam źle. Wśród bliskich znajomych nie mam raczej szalonych imprezowiczów. Szaleństwem było jak nam się grill zapalił, a ogień sięgał po dach domu i do tego siedzieliśmy do 4 rano. Szał taki, że potem 2 dni odsypiania [śmiech]. A jeszcze naście lat temu mogłam balować do 4 — a o 6 wstać do szkoły. Pójść do tej szkoły, wrócić do domu i znowu na imprezę. Zaprawdę powiadam Wam młodzi! Bawcie się póki czas, bo potem się nie chce. Ja się czuję wybawiona. Niczego w życiu nie żałuję i myślę, że jeszcze dużooo przede mną. Byle mi nie kazali siedzieć do 4 rano i żebym nie musiała rano wstawać.

Dwa dni temu napisałem post o marihuanie [link]. Lubisz?

Nie, bo potem chodzę cały dzień rozkojarzona. Ostatni raz paliłam grubo ponad 10 lat temu. Swego czasu paliłam, ale to nie dla mnie. Zdecydowanie wolę żryć? Żarcie to życie. Ale jestem za legalizacją. Przecież i tak kto chce, to kupi trawę od ręki. Nawet nasze koty ogarnęłyby blanta w pół godzinki. O czym my mówimy? 18 lat temu, na wsi, nie miałam problemu, żeby ogarnąć. Teraz miałby to być problem? Tylko że 18 lat temu trawa nie była niczym żeniona, teraz strach palić, bo nie wiadomo kto i czym nasączył susz. Legalna trawa to też badania, atesty, nikt nie wciśnie szitu. To, że ja nie palę, nie znaczy, że jestem przeciwna.

Męskie towarzystwo też lubisz, żeby nie „żryć” w samotności? Będziesz miała męża i dzieci?

Bardzo lubię mądre towarzystwo. Męskie, żeńskie i mieszane. Mam Niemęża od ponad 15 lat, może kiedyś zalegalizujemy. Na razie za krótko się znamy, trzeba się dotrzeć? Dzieci nie wykluczam, jeśli sytuacja będzie w miarę stabilna.

Masz jakieś ważne przesłanie do ludzi, dla świata? Co byś wykrzyczała do kamery telewizyjnej, wiedząc, że ogląda Cię i słucha miliard ludzi na całym globie (albo chociaż 65 mln jak Meghan I Harrego podczas wywiadu u Ophry).

Eeee, nie wiem. Jebać PiS.

Dziękuję za rozmowę i życze wielu sukcesów.

Z Wiolettą Pyzik rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
24.03.2021

Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Emoralni, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).

Wioletta Pyzik — blogerka i influencerka pisząca pod pseudonimem Niewyparzona Pudernica. Blogująca – praktykująca. Widzę, słyszę, piszę, mówię. Czasami widzę za dużo, słyszę za wiele, piszę za ostro, mówię za szczerze. Zamiast lukru, chleb ze smalcem i cebulą. Zamiast Moeta, kraftowy browar. Zamiast delikatności, prawda między oczy. Zamiast słit fotek i barwnych stories, rzeczywistość i podśmiechujki. Kocham pisać, kocham się uśmiechać, kocham zwiedzać i kocham jeść. Święty spokój, to mój ulubiony stan. Marzy mi się własna książka i mały domek w Grecji, i święty spokój oczywiście. Nie umiem pisać o sobie, bo jestem nudziarą z końca świata, a jednak ludzie są mnie ciekawi. Paradoks!
Więcej: Facebook | Instagram | Niewyparzonapudernica.pl

Emoralni*