Architekt o północnym sercu. Północ jest kobietą

Od zawsze twierdzi, iż tej krainie należny jest szacunek. Nieokiełznana przyroda, skrajne warunki, gwałtowna natura, to cechy które tworzą z Północy kapryśną Królową. Czy właśnie bliskość jej surowego majestatu sprawia, iż z całą pewnością Północ Anity Horowskiej nie jest „męską przygodą”? Choć przecież chciałoby się odpowiedzieć, iż ta kraina „nie ma w sobie nic z kobiety”. Zdaje się jednak, iż autorka ma w tej sprawie zupełnie inne zdanie… Wyrabiane przez lata, w seriach intrygujących autoportretów, przywołujących świat kobiecych emocji, tajemnic i pytań. Czy to one pomogły przetrwać czas północnych prób i słabości, by z rosnącym podziwem utrwalać to, co okazało się najważniejsze, Jej Północ?
[Foto: Anita Horowska źródło: portfolio]

ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
ANITA HOROWSKA
previous arrow
next arrow

Świat Anity Horowskiej składa się przede wszystkim z najbliższych jej ludzi i pasji.. Architekt o północnym sercu, kolekcjonerka przeżyć i kadrów z Arktyki, uczestniczka wypraw polarnych, od 6 lat bierze udział w ekspedycjach letnich i zimowych na Spitzbergen. Autorka projektów fotograficznych, prezentowanych na wystawach (m.in. „Proste historie”, Galeria w Rotundzie), portalach fotograficznych, artystycznych oraz podróżniczych (m.in. „Billefjord Anity Horowskiej”, Narval). Zawodowo jest laureatką nagród w konkursach architektonicznych. Prywatnie mieszkanka Tarnowa Podgórnego, zakochana w swoich Najbliższych ale także w najdalszych krainach Północy.

Teksty: Witold Horowski & Szymon Kantorski
Całość wystawy „Jej Wysokość Północ” można obejrzeć od 29.11.2019 w Atelier Stowarzyszenia Łazęga Poznańska, Poznań, ul Święty Marcin 75. Wstęp wolny.

Jej Wysokość Kokaina

Łukasz Czeszumski

Fragment książki Biały szlak

Przechowuj liście z wielką miłością i kiedy odczujesz żądło smutku w sercu, głód w swoim ciele i ciemność w swej duszy, weź je do ust i lekko, miękko wysysając jego ducha, który jest częścią mnie, znajdziesz ukojenie twojego bólu, najedzenie i światłość w swojej duszy. Listki tańczące na wietrze dadzą ci odpowiedź na wszystkie twoje żądze. — fragment „Pieśni o liściach koki”, indiańskiej legendy o powstaniu i działaniu koki, przekazywanej z pokolenia na pokolenie przez Keczua i Ajmarów.

Mała boliwijska wioska z chałupkami z suszonej w słońcu cegły, wszędzie wkoło zbocza gór. Na horyzoncie czapy śniegu na szczytach sześciotysięczników.
Stary Alejandro sięga pomarszczoną ręką do woreczka i wyciąga małą garść podsuszonych liści. Bierze je po kolei, pojedynczo, do ust. Obrywa twardą łodyżkę, wkłada do ust poskręcany liść. Jeden za drugim, aż wypełnią usta. Nie połyka, a żuje. Długo i dokładnie ugniata zębami listki, a potem językiem upycha w przestrzeń między dziąsłem a policzkiem. Przeżuta koka, pod wpływem śliny i grubych ziaren popiołu, którą jest zaprawiona, wypuszcza sok. Gdy pojawia się zielony, gęsty sok o gorzkim smaku przełyka go. To w tym soku jest moc. Po kilku minutach odczuje się jego działanie. Alejandro, jak i jego ojciec, dziad, pradziad, jest przekonany, że sok ma magiczną moc. To pokarm od pachamamy, matki ziemi.

Stara legenda Keczua i Ajmarów, przekazywana z pokolenia na pokolenie, i spisana po raz pierwszy dopiero w latach 20. XX wieku wyjaśnia, skąd według wierzeń Indian wzięła się koka. Opowiada o umęczonym przez zimno, głód i trudy nieszczęśniku. Bóg ulitował się nad człowiekiem i jego pobratymcami, bo wzruszyła go szlachetność ich dusz, ich pracowitość i pokora. Nakazał człowiekowi, aby wyruszył w wędrówkę na wysoką górę, a tam czekać miała nagroda.
Indianin wspiął się na górę i znalazł tam roślinę. To był krzak koki. Koka miała być dla jego ludu pożywieniem, ratunkiem i łaską. Miała być tym, co zamieni ich życie w bardziej znośne. Tak jak w mitach cywilizacji europejskiej Prometeusz dał ludziom ogień, tak Indianom bezimienny bohater przyniósł kokę. Lecz koka była darem i łaską, a ogień Prometeusza — łupem zdobywcy. Również w mitach widać różnice między cywilizacjami.

Alejandro łyka gorzki i cierpki sok, od którego drętwieje język i gardło. Wkrótce zaczyna odczuwać nadprzyrodzoną moc. Znika głód i zmęczenie. W starcze kończyny wstępuje energia do działania. Serce zaczyna bić szybciej, a w głowie zamiast trosk i zmartwień cudownym sposobem rodzi się radość i optymizm. Uczucie to nie jest gwałtowne ani silne, nie uderza jak piorun; jest ulotne, delikatne jak mgiełka, unosi jak sen, a potem niezauważalnie znika. Dopóki trwa, znieczula na trudy ciężkiej pracy, na męki wspinaczki po górskich zboczach, na uderzenia lodowatych wichrów.

Łukasz Czeszumski
Na zdjęciu: drzewko koki, której liście zawierają więcej wapnia niż mleko i więcej fosforu niż ryby, roślina ułatwia pobieranie tlenu, pomaga pokonać chorobę wysokościową i wspomaga trawienie, a mimo to jest rośliną zakazaną. Wszystko przez jeden procent kokainy, który zawierają liście koki – świętej rośliny Inków. Źródło: Wikipedia

Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda zbadali skład liści koki, aby przekonać się o ich wpływie na organizm. Oprócz toksycznych alkaloidów kokainy wywołujących krótkotrwały efekt stymulujący odkryto, że liście zawierają wiele składników odżywczych. Aż 20% białek i 44% węglowodanów. Koka jest źródłem wapnia, fosforu, żelaza i witaminy A. Odkryto, dlaczego popularność koki w Ameryce Południowej wiąże się ściśle z życiem w wysokich górach — koka stymuluje płuca do większej absorpcji tlenu, co ułatwia dostosowanie się organizmu do dużych wysokości.

Stwierdzono, że liście koki są istotnym źródłem mikroelementów i witamin dla niedożywionych Indian. Wyniki badań naukowcy nie omieszkali opatrzyć informacją, że wszystkie pozytywne substancje zawarte w liściach ulegają zniszczeniu w procesie ich przerobu na kokainę.

Używanie koki jest prawdopodobnie tak stare, jak prekolumbijskie cywilizacje. Większość dawnych ludów kontynentu znało kokę. Liście znajdowano w Andach, w żołądkach mumii i na stosach ofiar w grobowcach, mających 4 tysiące lat. Od zawsze koka wiązała się z wierzeniami i używana była w ceremoniach religijnych. W czasach Inków wszystkie uprawy koki mogły należeć wyłącznie do klasy władców — Dzieci Słońca. Koka była darem od Bogów, nie mogli tej świętości brukać ludzie z pospólstwa. Plantacjami opiekowali się kapłani i były one umiejscowione w okolicach świątyń słońca. Podobno najlepsze gatunki rosły na terasach świętego miasta — Machu Picchu.

Gdy do Ameryki Południowej przybyli konkwistadorzy, na początku zadziwiły ich właściwości rośliny. Siła i moc tych narodów nie tkwi w nich samych, to moc rośliny Coca, to dzięki niej mogą iść całymi dniami bez jedzenia — napisał w swojej kronice konkwistador Cieza de Leon. Konkwistadorzy i duchowni podejrzewali, że koka i efekty jej działania są sprawką diabła. Europejscy osiedleńcy niechętnie jej używali, szczególnie że ciężko im było przezwyciężyć niechęć do gorzkiego smaku liści.
W wieku XIX koka znalazła jednak zastosowanie w Europie. Angelo Mariani zaczął produkować we Francji wino i tonik na bazie liści koki. Wino zdobyło wielką popularność ze względu na orzeźwiające działanie, został mu nawet nadany złoty medal przez papieża Leona XIII dla najlepszego produktu. Od roku 1886 zaczęto z kolei produkować napój gazowany − Coca-Colę, której jednym ze składników była właśnie sprowadzana z Andów koka. Dzisiejsza coca-cola pozbawiona jest tego składnika, gdyż jako taka byłaby nielegalna.

U schyłku XIX wieku po raz pierwszy wysublimowano kokainę. Zaczęła robić ona zawrotną karierę jako składnik leków znieczulających. Nad jej pozytywnym działaniem na stan psychiczny rozwodził się doktor Zygmunt Freud. Freud był pierwszym kokainistą świata zachodniego. Eksperymentował z nowym lekiem na rozmaite sposoby i traktował własne ciało jako królika doświadczalnego, jednocześnie pisał swój traktat „O kokainie”. Miało jednak minąć jeszcze sporo czasu, nim kokaina opanuje serca i opęta umysły świata Północy. Przez ponad trzy lata mieszkałem w Boliwii, kraju koki. Na całym świecie tylko tu i w sąsiednim Peru posiadanie liści koki jest legalne, o ile nie przekracza granic „tradycyjnego użycia”. Na niemal każdym targowisku w tych krajach jest uliczka ze stoiskami z koką. Zawsze piętrzą się tam te same, pięćdziesięciokilogramowe worki z niebieskiego lub czerwonego plastiku. Zapach koki przesyca powietrze. Kokę sprzedają też w Boliwii sklepy spożywcze i popularne budki monopolowe. Liście można dostać dosłownie wszędzie. Obyczaj żucia, uznawany za nieco staroświecki i „wsiowy” w dużych miastach, na prowincji jest powszechny. W Boliwii rolnicy czy robotnicy nie wychodzą do pracy bez woreczka z liśćmi. Kokę żują kierowcy autobusów i ciężarówek, by nie męczyła ich senność na długich nocnych trasach.
— Co, gdyby nie było koki? — zapytałem raz górników z kopalni Cerro Rico w Potosi. Roześmieli się, usłyszawszy taką niedorzeczność.
— Wtedy nikt by nie zszedł do pracy w kopalni — odpowiedział jeden. — Bez koki nie ma pracy.
W Chile, Ekwadorze czy Kolumbii liście koki są oficjalnie zakazane, lecz w odciętych od świata górskich wioskach Indianie wciąż ich używają. To część ich odwiecznej kultury. Element życia tak naturalny jak narodziny i śmierć. Tradycja o wiele starsza niż władza białego człowieka.

Ze świeżą koką w ustach i cierpkim sokiem spływającym do gardła można ciężko pracować przez cały dzień bez żadnego posiłku. Nie spać nocami. Maszerować godzinami naprzód, z umysłem jasnym i radosnym.

Koka to świętość.

Indiański wróż rozrzuca garść koki i z układu liści odczytuje przyszłość. Ceremonie z użyciem liści to element każdego ślubu, pogrzebu, spotkania rodzinnego i uroczystości wśród wiejskich rodzin. Gdy wędrując przez Andy spotkasz Indianina, tradycją jest poczęstować go koką. Ty dajesz mu garść liści ze swojego woreczka, on daje ci garść ze swojego. Mama Koka. Niczym matka odżywi i pokrzepi. Na chwilę zmieni świat na trochę lepszy.
Liście koki zawierają od 0,75 do 1,5% czystej kokainy. Do krwiobiegu dostaje się maksymalnie do połowy jej zawartości ze względu na wolniejsze wchłanianie i neutralizację przez kwas żołądkowy. Jednak to, co podnieca, dodaje energii i optymizmu, to, co stworzyło jej sukces i sławę to właśnie ten drobny składnik liści — kokaina.

Gdy w czasach kolonialnych konkwistadorzy pytali wyczerpanych morderczą pracą indiańskich niewolników, co wolą, kokę czy jedzenie, ci nie mieli wątpliwości. Wybierali kokę. Podczas gdy pod zamglonymi szczytami Andów, w ubogich wioskach i w górniczych miastach pobratymcy poczciwego Alejandro żują spokojnie kokę, kontynuując tym wielowiekową tradycję, daleko od nich, w najbogatszych krajach świata biały proszek stał się jednym z problemów współczesnego świata. Kokaina to środek elitarny i drogi. Jeden z najdroższych dostępnych narkotyków. Do dziś nie odkryto sekretu, jak wyprodukować go syntetycznie.

Kokaina w krajach Północy jest tak droga, bo nie da się jej wyprodukować domowymi sposobami, np. w szklarni (jak marihuanę), w kuchni (jak amfetaminę), ani nawet w wannie (jak kompot ze słomy makowej). Główny jej surowiec to liście koki, które rosną tylko w strefie tropikalnej i których potrzeba bardzo dużo (300 kg liści na jeden kilogram produktu finalnego). Kokę produkują niemal wyłącznie trzy kraje andyjskie: Kolumbia, Peru i Boliwia. Inne kraje Ameryki Łacińskiej, w drodze do Stanów Zjednoczonych lub Europy, służą do tranzytu gotowego narkotyku.

Łukasz Czeszumaki
Na zdjęciu: jeden z plakatów z lat 80′ reklamujący w USA przybory do spożywania kokainy. Źródło: materiały prasowe

Kokainy używają różne klasy społeczne — czysty proszek dla zamożnych, tani crack lub basuco dla biedoty. Biały proszek w złotych latach 70. stał się klejnotem ekskluzywnych imprez, tak zaczęła się jego oszałamiająca kariera. Jest estetyczny, czysty, trendy. Akcesoria kokainisty — metalowe lusterko, złota karta kredytowa, zwinięty w rulonik banknot studolarowy kojarzą się z sukcesem i bogactwem; życiem pięknych, młodych i bogatych. Kokaina dodaje sił i energii, nie zmula, nie zamienia w narkomana. Żadne eleganckie przyjęcie w Los Angeles i Nowym Jorku nie może się obecnie obyć bez kokainy, którą podaje się w małych porcjach, tak jak Dom Pérignon i kawior Beluga. Niektórzy gospodarze serwują ją na srebrnych tacach, obok kanapek. Częstowani goście doznają dzięki niej poczucia potęgi, pewności siebie i energii — pisał w 1977 roku „Newsweek”. Finansiści wciągają „ścieżkę” w przerwach w negocjacjach. Artyści i copywriterzy twierdzą, że „śnieg” pobudza wyobraźnię, że pozwala im dotrzeć do granic geniuszu. Jedni biorą kokainę okazyjnie, inni w weekendowe imprezy, jeszcze inni stają się wyznawcami białego proszku — uzależnionymi. Wielu wierzy, że to naprawdę boski dar, który nie ma żadnych efektów ubocznych.

Tam, gdzie pojawia się kokaina, natychmiast pojawia się bogactwo, tak nagłe i obfite, jakby za sprawą czarów. I zawsze potem kokainowe królestwo ogarnia przemoc i zmywa dolarowy deszcz krwią.
Teraz każdego roku padają tysiące zabitych w narkotykowych strefach Meksyku, Kolumbii, Brazylii i Peru. Każdego dnia organizacje przestępcze i pojedynczy ryzykanci rzucają los na szalę w grze, w której stawką jest przegrana lub bogactwo. Największe policyjne akcje przejęcia narkotyków i aresztowania kluczowych graczy tylko przyhamowują biznes, który i tak zaraz zaczyna kręcić się dalej. Tego mechanizmu, napędzanego przez miliardy dolarów zysku, nic nie może zatrzymać. A tam, gdzie bije serce kokainowych interesów − w biedzie, desperacji i strachu najbardziej zakazanych rejonów Ameryki Łacińskiej − padło tyle trupów, że nikt nie jest w stanie ich zliczyć. To ukryty świat, do którego łatwo wejść, ale z którego niewielu wychodzi.

Kula zabijająca człowieka w Kolumbii została kupiona za działkę kokainy w którymś mieście w USA — jak to ujęła Robin Kirk, wieloletnia dyrektor Human Rights Watch na Kolumbię. Pojedynczy przemytnicy i małe grupy przewożące kilogram kokainy w kapsułkach w żołądku czy kilka kilogramów za podwójnym dnem walizki to tylko czubek góry lodowej. W Ameryce Łacińskiej całe tereny są wyłączone spod władzy państwowej. Dżungle kontrolowane przez rebeliantów i slumsy kierowane przez gangi to miejsca, w których uprawia się kokę i handluje białym proszkiem na masową skalę i w warunkach powszechnej amnestii.

Ta wojna rozgrywa się każdego dnia. Nie ma frontu ani terytorium, obejmuje ona co najmniej kilkanaście państw (nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale wszędzie tam, gdzie przechodzą szlaki przerzutowe białego proszku), a strzelaniny, egzekucje i akty terroru trafiają do mediów tylko wtedy, gdy są wyjątkowo spektakularne, i rzadko z odniesieniem do całości zjawiska.

Pięćset lat temu biali ludzie bez większego trudu podbili indiańskie imperia i wgnietli ich kultury w ziemię. Teraz zaklęty w niewielkich listkach duch zamienia ich potomków w niewolników. Przewrotność historii? A może zemsta zapomnianych bogów, którzy podarowali swoim wybranym magiczne ziele, nie dopuszczając do niego niegodnych?
Zastanawia ostatnie zdanie „Pieśni o koce”:
Gdy ten, co przybywa z północy, biały konkwistador, poszukiwacz złota, gdy on tego dotknie, znajdzie w tym tylko truciznę dla swego ciała, szaleństwo dla swej duszy, zniszczenie dla swego serca ze żelaza i stali…
 

Był to fragment książki „Biały szlak” Łukasza Czeszumskiego

ŁUKASZ CZESZUMSKI Biały szlak — zamów książkę

Łukasz Czeszumski (1980) — autor książki „Biały szlak” — zbioru reportaży o kulisach wojen kokainowych w Ameryce Łacińskiej. Podróżnik, autor reportaży z Afganistanu, Pakistanu i Ameryki Łacińskiej. Więcej: Portfolio|YouTube|Facebook

Reportaż z brudnego świata wojny narkotykowej w Meksyku

Łukasz Czeszumski

Łukasz Czeszumski Nie ma bohaterów

Gdy Luis budzi się każdego ranka, przed świtem, niczym za wojskowych czasów, wściekłość nie pozwala już zasnąć. Ogarnia go nagłymi atakami, które odpuszczają na krótko, a potem wracają, wiele razy każdego dnia.

Kiedy Luis budzi się, zza okna dobiegają go odgłosy zwierząt mieszkających na jego farmie. To skromny, lecz ładny dom, na pustyni Teksasu, otoczony ogrodem i kaktusami. Słyszy oddech żony, śpiącej obok i dwuletniego synka w łóżeczku, w rogu pokoju. To taki sielski obrazek. Większość ludzi na jego miejscu żyłaby spokojnie, ciesząc się tym co mają — rodzinnym szczęściem, farmą w Teksasie — zwyczajnym życiem w zamożnym kraju.

I jest głos rozsądku w jego głowie, który mówi, aby się tym wszystkim cieszył. To takie komfortowe życie. Może je wieść spokojnie, pracować, cieszyć się każdym dniem, wychowywać dzieci, żyć w spokoju aż do śmierci.

Wie, że tak by było dla niego najlepiej. Ale choćby bardzo chciał, nie oszuka swojej natury.

Dlatego budzi się codziennie przed świtem i razem z nim budzi się jego wściekłość. Wie, że już nie zaśnie, więc musi się czymś zająć. Wstaje z łóżka tak, by nie obudzić śpiącej żony ani synka, wychodzi przed dom. Zanosi jedzenie dla konia, ziarno dla kur, karmi psy. Podlewa drzewa, które są jeszcze młode i które by uschły błyskawicznie w teksańskim słońcu, gdyby nie dawać im kilkunastu litrów wody każdego ranka i każdego wieczora. Na śniadanie wypija kubek mocnej czarnej kawy.

Farma wymaga dużo pracy. Kupił ten dom po ucieczce z Meksyku. Dom był stary, zaniedbany. Samodzielnie pomalował go, naprawił dach, zrobił remont w środku i postawił ogrodzenie dookoła, zagrody dla zwierząt, magazyn. Kupował zwierzęta, aby samotność i brak zajęcia nie doprowadziły go do szaleństwa. Zbijał drewniany płot i sadził drzewa.
Rok takiego życia powinien go uspokoić, ale wściekłość nie opuszczała go żadnego dnia. Ona rwie jego duszę falami od momentu przebudzenia i nie odchodzi mimo wypicia dwóch piw przed snem.

W końcu zrozumiał, że prawdopodobnie nigdy nie odczuje ulgi.

Gdy Luis budzi się przed świtem, widzi twarz człowieka, którego nienawidzi. Nic w życiu nie sprawiłoby mu większej przyjemności, niż strzelić w tę głowę. Nigdy nie spotkali się twarzą w twarz, ale są zaprzysięgłymi wrogami na wojnie, na której nie bierze się jeńców.

To twarz jednego z najbardziej poszukiwanych przestępców świata — zwykłego prostaka, który zapewne ku swemu zdziwieniu, wyrósł pewnego dnia na przywódcę jednego z głównych karteli narkotykowych Meksyku.

To człowiek, który w swoim rodzinnym stanie nigdy nie jest wymieniany z nazwiska, ani nawet po pseudonimie. Tam wszyscy mówią o nim tylko z szacunkiem — El Señor — Pan. I każdy wie, o którego señora chodzi. Mówią też o nim, niczym o muzułmanie o Allachu, że jest wszędzie i nigdzie jednocześnie. Opowiadają tyle historyjek o jego numerach, że trudno tak naprawdę powiedzieć, w jakiej części jest człowiekiem, a w jakim legendą stworzoną przez plotkarzy.

Luis wie, że jego największy wróg jest tylko człowiekiem, i to wcale nie nadzwyczajnym. I, że być może to jest największą ironią losu. Tym, który trzęsie fundamentalną częścią świata kokainy, nie jest jakiś niesłychany gieroj, lecz wiejski prymityw umiejący jednak do perfekcji korzystać z dwóch rzeczy — okrucieństwa i przekupstwa.

Ten kryminalista, to tylko symbol narkotykowej przemocy, jeden z jej wielu elementów. A cały kartel to mechanizm, który morduje co roku wiele tysięcy ludzi i zastrasza miliony. Macki jego organizacji sięgają krańców obu Ameryk. Powiązane z nim gangi działają w Kolumbii, Peru i Panamie. Dokonują morderstw i porwań w Nowym Jorku i Phoenix, w Sydney i w Jakarcie. Ten wiejski bandyta musi być dumny, że urósł do takiej wielkości.

Najpotężniejsi przywódcy meksykańskich karteli narkotykowych, schwytani przez służby specjalne i policję, m.in. Joaquín "El Chapo" Guzmán, Servando Gómez Martínez (La Tuta),  Omar Treviño Morales,    Benjamín Arellano Félix, José Díaz Barajas,    Iván Cazarín Molina, Beltrán Leyva. Foto: materiały prasowe
Najpotężniejsi przywódcy meksykańskich karteli narkotykowych, schwytani przez służby specjalne i policję, m.in. Joaquín „El Chapo” Guzmán, Servando Gómez Martínez (La Tuta), Omar Treviño Morales, Benjamín Arellano Félix, José Díaz Barajas, Iván Cazarín Molina, Beltrán Leyva. Foto: materiały prasowe

I tu każdy mógłby się zastanowić — jak tak duży i rozwinięty kraj, jakim jest Meksyk, mógł dać się zastraszyć i kontrolować bandom przestępców? To jest najbardziej tragiczne, bo twarz zbrodni w Meksyku, to nie twarz szefa kartelu, ale innego drugiego największego wroga Luisa − twarzy Polityka.

To twarz, która śni się Luisowi w jego koszmarach. Twarz, w którą potrafiłby tłuc pięściami, aż by zamieniła się w krwawą miazgę, a to i tak by nie ugasiło jego wściekłości. Polityk cieszy się wieloletnią karierą w różnych państwowych sektorach. To człowiek bez skazy, wykształcony i dobrze wychowany. Lubi fotografować się z prostymi ludźmi — zawsze robi wtedy starannie przećwiczoną minę człowieka, który rozumie ich problemy, starszego brata, w którym znajdą oparcie. To jedna z tych sztuczek, jakie zawsze działają na otumaniony naród.

Dowody na współpracę Polityka i Bandyty posiadają wszyscy zainteresowani, twierdzi Luis. Policja Federalna, rząd centralny. Ale nikt go nie ruszy, nikt nie powie jednego słowa. Nikt nie potrzebuje kłopotów. Ludzie, którzy za bardzo interesują się tymi sprawami, znikają.

W tych czasach nie opłaca się być bohaterem.

To Luis pewnego dnia nie wytrzymał. Ma żelazne nerwy w akcji, w walce, ale w życiu codziennym jest impulsywny i gwałtowny. Nie potrafi udawać. Nie potrafi grać. Luis nie wytrzymał podczas dużego wspólnego spotkania oficjeli z wojska, policji i władz stanowych. Kolejna z narad o tym, jak zwalczać przestępczość narkotykową, która pożera kraj. Znowu te same przemowy pełne patosu. Tu słowa o poświęceniu dla ojczyzny, a tam, w tym samym czasie kolejne miliony dolarów idą na konta numeryczne w Panamie. Każdy grzecznie gra swoją rolę w „kokainowym teatrze”.

Luis patrzył w twarz Polityka, tak gładko recytującą swoją przemowę. A przez jego umysł przelatywały obrazy rzeczy, które sam widział — leżące na pustyni głowy obcięte przez bandytów piłami spalinowymi. Poszatkowane kulami zwłoki. I ten straszny obraz, który zawsze powraca — ten jeden bandzior — a w istocie, gdy się zastanowić, przecież zwykły biedak, który poszedł do kartelu, bo chciał uszczknąć sobie kilka łyków z narkotykowej rzeki. Gdy Luis go dopadł, chłopak ranny i pokrwawiony krył się pod podwoziem samochodu i wrzeszczał histerycznie do swojej mamy, aby go ratowała. Jego matki tam oczywiście nie było. Byli za to liczni koledzy z gangu, pozabijani już w zasadzce żołnierzy rządowych.

Te sekundy ostatniej akcji wracały mu przed oczy ciągle i ciągle. Luis nie ma serca z kamienia, ale rozkaz to rozkaz. Łzy ciekły mu z oczu, gdy składał się do karabinu M-4 i naciskał spust, a pociski przebijały podwozie, pod którym chował się skomlący młodzieniec. Luis strzelał raz za razem i myślał tylko o jednym, by w końcu nieszczęśnika dobić, żeby go w końcu uciszyć.

Czasem to ten wrzask mamo ratuj! budzi go z otchłani snu w ciemnościach przedświtu, w bezpiecznym Teksasie, i nie daje już zasnąć.

I wtedy podczas tej narady otworzył oczy i napotkał spojrzenie Polityka, który stał w swoim eleganckim garniturze, wyperfumowany i z powagą na twarzy recytował z pamięci formułki o konieczności walki z przestępczością, o nadludzkim wysiłku, o lepszym jutrze — to nie był człowiek, który widział kiedykolwiek widok rozszarpanych ciał, który słyszał wrzaski umierających młodych ludzi. Polityk, a jednocześnie kamrat od interesów przywódcy kartelu.

Luis wyszedł na środek sali i wskazał na Polityka palcem. Ten przerwał mowę w środku słowa.
— Jesteś zwykłą kurwą kartelu — powiedział Luis. — Wszyscy to wiedzą i któregoś dnia zapłacisz za to.

Potem Luis wymaszerował z sali.
Wiedział, że klamka zapadła, ale wiedział też, że lepiej być sobą, niż do końca życia kulić głowę. Mina Polityka gdy usłyszał wyzwisko wystarczyła mu za całą satysfakcję.

Tydzień potem pierwszy raz próbowali Luisa zabić.

2.

Od dziecka marzył o wojsku. Gdy tylko nauczył się czytać, pochłaniał książki o walkach Azteków z konkwistadorami, o rewolucji meksykańskiej i życiu w dawnych wiekach. O drugiej wojnie światowej i szaleństwie nazizmu.

Z portretu na ścianie w rodzinnym domu spoglądał na małego Luisa człowiek, który nie znał strachu − José Arango, znany jako Pancho Villa, przywódca rewolucji meksykańskiej. Kowboj, który przez noce pił, rankami prowadził bitwy, a wieczorami odwiedzał nowe kochanki. Prawdziwy wojownik, człowiek który nie klękał przed nikim. I mały Luis chciał pewnego dnia być taki jak on.

Ruszył za swoją militarną pasją i wstąpił do akademii wojskowej. Żelazna dyscyplina szkoły wojskowej z internatem, potem ambicja, która prowadziła go dalej — od pozycji podporucznika w oddziałach piechoty, przez selekcję do oddziałów spadochroniarzy. A potem jeszcze trudniejszy cel, dostać się do elity armii, do „najlepszych z najlepszych” — sił specjalnych.

Wielomiesięczny kurs komandosów, podczas którego ani razu nie wyszli z dżungli. Musieli na przykład przez tydzień nie spać, jedna za drugą dobą na okrągło i bez przerwy wykonywać zadania. Mimowolnie zapadali w nieprzytomność, ale wymyślili sposób — łapali w dżungli jadowite mrówki i w chwilach słabości pozwalali im kąsać się w szyje. Jad wywoływał uderzenie adrenaliny i odpędzał senność. Przeszedł przez to wszystko, bo wiedział, że droga do wymarzonej formacji otwarta jest tylko dla ludzi niezłomnych.

Lata płynęły na ciągłej aktywności. Morderczy trening był tylko przygotowaniem do właściwej służby. Poligony, treningi, skoki spadochronowe, patrolowanie pełnego przemytników pogranicza z USA. W końcu pierwsze prawdziwe akcje.

W 2006 roku prezydent Calderón ogłosił rozpoczęcie wojny przeciw kartelom narkotykowym. Wojsko z entuzjazmem zabrało się do realizacji planu bezpieczeństwa. Podwyższono żołdy, zwiększono uprawnienia, na arenę wojny przeciw kartelom trafiły pojazdy humvee, helikoptery i mnóstwo amerykańskiej broni.

Meksykanski prezydent Felipe Calderon podczas spotkania dwustronnego z prezydentem Obamą w Białym Domu. May. 2010 rok. Foto: materiały prasowe
Meksykański prezydent Felipe Calderon podczas spotkania dwustronnego z prezydentem Obamą w Białym Domu. Maj. 2010 rok. Foto: materiały prasowe

Luisa wysłano do samego serca konfliktu. Ten stan był od dłuższego czasu areną najgłośniejszych walk pomiędzy władzami i dwoma konkurencyjnymi kartelami. Jeden z karteli był słabszy, a drugi silniejszy – wyrastał na monopolistę. Mówiło się o silnych powiązaniach między lokalną władzą i większym z karteli. Ten układ władzy i przestępczości ustalił się w wielu rejonach Meksyku.

— To działa tak — objaśnia Luis: Gdy wybierany jest nowy gubernator, prawie zawsze jest on człowiekiem kartelu. Kartel sfinansował jego kampanię wyborczą, pomógł wynieść go na pozycję. Nowy gubernator ma pod sobą prokuratorów i policjantów, aby wykonywać ich rękami brudną robotę. To są ludzie, którzy od lat dostają, jak to się mówi, „dwie pensje”, jedną od rządu i drugą od kartelu.

Wojsko miało uderzyć niczym żelazna pięść rządu i zaprowadzić porządek. Świat oczekiwał wyników tej potyczki. Skutki okazały się tragiczne. Ogień przemocy buchnął pod niebo, a kartele dalej rosły w siłę. W pierwszym roku po ogłoszeniu działań wojskowych zginęło prawie trzy tysiące ludzi. W kolejnych latach liczba ofiar miała tylko rosnąć. Kartele zaczęły stosować terroryzm. Zaczęły się zabójstwa wysokich funkcjonariuszy Policji Federalnej, masakry cywilnej ludności, egzekucje domniemanych konfidentów i świadków. Wskutek wzmożonych działań armii schwytano bądź zabito wielu szefów półświatka, lecz nie osłabiło to na dłuższą metę żadnego z wielkich karteli. Coraz częściej zaczęły się pojawiać głosy twierdzące, że kartele napuszczają na swoich konkurentów policję lub wojsko, rękami funkcjonariuszy wyrównując porachunki.

— W stanie działa duży kartel, który ma powiązania z urzędem gubernatora i policją. Gdy do stanu wkracza wojsko, ma walczyć z kartelem. Ale jak to zrobić? Gdzie szukać trafikantów? Jedyne co ci zostaje, to uzyskać informatorów w konkurencyjnym kartelu.

Mniejszy kartel chce bowiem odzyskać dawną pozycję, ale nie ma wystarczającej siły, aby tego dokonać. Wystarczy jednak wystawić transporty lub ludzi dużego kartelu siłom specjalnym, a one zajmują się resztą.

— Uderzasz, osłabiając duży kartel. Ty wypełniasz swoją robotę, a zyskuje inny kartel.
— A więc celem rządu nie jest zniszczenie wszystkich karteli? — pytam.
— Rządowi nie chodzi o wojnę z narkotykami. Celem rządu jest utrzymanie równowagi, zabezpieczenie sobie bytu. Osłabianie największych karteli, aby żaden nie wyrósł zanadto, aby nie osiągnął monopolu, gdyż wtedy stałby się zagrożeniem dla całości państwa.

— Wojna Calderona okazała się burdelem. Do tej pory było wiele ofiar narcos, a teraz było ich jeszcze więcej. Wojna trwa od lat, na miasta graniczne puszczono wojsko, ale ostateczny wynik jest taki, że korupcja zniweczyła wszystkie wysiłki. Bandyci wobec agresji działali coraz bardziej zajadle. Jeśli bandyta wie, że za to, że jest w kartelu będzie zabity albo osadzony na wiele lat, przestaje się krygować. Będzie mordował na lewo i prawo, będzie zabijał potencjalnych świadków, będzie strzelał do policjantów, bo wie, że kara i tak czeka go taka sama.

Wojna z narkotykami okazała się tak krwawa, że rząd zaczął w końcu fałszować statystyki dotyczące liczby ofiar, aby nie budzić paniki w kraju. Jak bowiem walczyć z przestępczością, która jest wrośnięta w tkankę całego społeczeństwa? Stereotypowy obraz kartelu to zamaskowani w kominiarki zabójcy albo pokazywani w telewizji bieda-przemytnicy, stojący pokornie obok paczek zarekwirowanych narkotyków. Ci ludzie to tylko mięso armatnie.

Tak trudno walczyć skutecznie z kartelami, które mają swoje macki wśród oficjeli rządu, prokuratorów, policjantów, wojskowych, biznesmenów, dziennikarzy, których władza w wielu stanach jest absolutna, zagwarantowana współpracą władz, mediów, pieniądza i powszechnym terrorem.

Luis był już wtedy od lat w mieście Polityka i Bandyty.
— Wykonywaliśmy dla rządu „czarne operacje”.

Rozkaz przychodzi na linii wywiad — generał sił specjalnych — oddział wykonawczy. Wszystkie takie akcje są tajne, tak samo jak ich wynik oraz tożsamość uczestniczących w nich weteranów. Tajność jest kluczowa, bez niej bowiem kartel od razu rozpracuje grupę wykonawczą i po kolei wymorduje jej członków. Nie można ufać lokalnej policji, nie można ufać lokalnym władzom, ani ufać innym oficerom czy żołnierzom, bo nigdy nie wiadomo, kto może przekazywać informacje kartelom. O tych operacjach nie mówi się w wiadomościach, ani nie pisze w gazetach. Nieistotny jest ani cel propagandowy, ani zdanie opinii publicznej. Liczy się tylko skuteczność. Skoro jest wojna z narkotykami, robimy kartelom wojnę. Zostawiamy trupy bandziorów i odjeżdżamy. Zawsze gdy wywiad namierza właściwy cel w tym mieście, do wykonania wyroku jedzie grupa Luisa.

Wojny narkotykowe pochłaniają co roku tysiące ofiar. Szacuje się, że od początku wojny proklamowanej przez prezydenta Calderona do 2011 w Meksyku śmierć poniosło już ponad 43 tys. osób. Foto: Luis
Konwój członków kartelu ostrzelany przez meksykańskie siły specjalne podczas jednej z operacji. Wojny narkotykowe pochłaniają co roku tysiące ofiar. Szacuje się, że od początku wojny proklamowanej przez prezydenta Calderona do 2011 w Meksyku śmierć poniosło już ponad 43 tys. osób. Foto: Luis

Te akcje są szybkie i bezlitosne. Ataki na konwoje z narkotykami. Akcje chwytania liderów kartelu. Rajdy na ich kryjówki. Zbrojne likwidacje band sicarios. Bo bandyci są mocni, gdy są w grupie i gdy kogoś napadają. Gdy to na nich uderzają z zaskoczenia zamaskowani komandosi, bandyci giną jak muchy, nie oddają jednego strzału. Dla operatora sił specjalnych dopuszczenie do takich akcji to najwyższy honor.

Czarne operacje odbywają się często na granicy prawa. To sposób, aby państwo pozbyło się zagrożeń w sposób skuteczny, ale sekretny. Rozkazy dawane są ustnie. Plotki i pytania dementowane. Za takie operacje nie dostaje się medali ani pochwał od dowództwa, często jedyną nagrodą jest duma z przynależności do towarzystwa dopuszczonego do sekretnych misji.

Na początku taktyka sprowadzenia do walki z kartelami armii była sukcesem. Kartele, mimo, że posiadające broń wojskową, pancerne pojazdy i rekrutujące wielu zawodowców, nie mogły równać się w starciach z zawodowym wojskiem. Luis ze swoją grupą miał w tym czasie wiele sukcesów. Czuł się człowiekiem pędzącym na fali kariery.

Oczywiście, system miał także swoje rysy. Znanym problemem armii było przechodzenie doświadczonych ludzi na stronę karteli. Liczba takich przypadków była często pokaźna. Jeszcze w 1997 roku miał miejsce głośny skandal — kilkudziesięciu żołnierzy GAFE kierowanych przez oficera Artura Guzmána Decenę zdezerterowało. Wszyscy przeszli na służbę kartelu Golf. Utworzyli Los Zetas — grupę narkonajemników. Dezerterzy byli bardzo dobrze opłacani przez kartel, jednak kilka lat później większość z nich zginęło w walce i egzekucjach. Sam dowódca zginął w 2002 roku w strzelaninie z wojskiem. Z czasem Los Zetas stworzyli własny kartel, który przejął między innymi przemytniczy korytarz przez graniczne miasto Nuevo Laredo.

— Dziwić się? Korupcja w Meksyku jest rzeczą powszechną — opowiada Luis. — Wiadomo było, że w armii są generałowie, którzy biorą pieniądze od karteli, wiadomo o gubernatorach i wysokich urzędnikach wymiaru sprawiedliwości kupionych przez organizacje przestępcze albo robiących im „przysługi”. Ale większość wojskowych wypełniała swoje zadania obowiązkowo. Wiedzieliśmy, że robota dla kartelu to krótka piłka, parę lat i będziesz zabity, a na dodatek ufajdany współpracą z kryminalistami. Nie po to cztery lata wysilasz mózgownicę w Akademii, nie po to oddajesz swoją młodość, trudząc się na najcięższej służbie, jaką można wymyślić, nie po to ryzykujesz życiem podczas skoków z samolotu i niezliczonych treningów, nie po to doskonalisz się latami w swoim rzemiośle, rzekami potu i krwi, opłacając każdy awans, nie po to miesiącami szarpałeś się w dżungli, trenując do utraty świadomości, aby potem sprzedać to wszystko za walizkę brudnej forsy i znaleźć się w jednym szeregu z gromadą kryminalnych łachmytów.

Kartel osiągnął swoją pozycję dzięki sile pieniądza. Gdy system przestępczy kontroluje władze stanowe, sądownictwo i sektor siłowy, już nie sposób mu się przeciwstawić.

— W końcu doszło do tego etapu, że chcą cię skorumpować i mają pozycję, by stawiać warunki — opowiada. — Pewnego dnia spotykasz kolegę z wojska. Wyszedł z jednostki kilka miesięcy czy lat temu. Nie mieliście ze sobą kontaktu przez ten czas, nigdy nie był bliskim kumplem, ale teraz wita cię na ulicy jak starego przyjaciela. Pyta, co u żony i tak dalej. Na końcu przechodzi do rzeczy, mówi: Słuchaj, przyjacielu, ważni ludzie chcą się z tobą spotkać. Chcą ci zaproponować dobrą pracę. Spotkanie będzie w tym i tym lokalu, tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie. To nie jest propozycja typu chcesz czy nie chcesz. To jest rozkaz. Jeśli odmówisz albo nie przyjdziesz, będzie wielki problem. Ci ludzie nie uznają słowa „nie” za właściwą odpowiedź. Dla nich twoja odmowa to śmiertelna obraza. Za samo to zlecą twoją śmierć.

Luis robi to, na co mało kto ma odwagę — twardo odmawia współpracy z kartelem. Później prosto w twarz nazywa Polityka „kurwą kartelu”. I właściwie to jest tak, jakby jego życie już się skończyło. Nie dociera to do niego. Lata spędzone w ciągłym zagrożeniu uodparniają na strach. Jest w grupie do zadań specjalnych, ma swojego generała i swoich żołnierzy, na ich wszystkich mógł już liczyć w niejednej groźnej sytuacji. Walczysz w środku piekła, ale śmiejesz się śmierci w twarz. Gdy żyjesz tak długo przywykły do niebezpieczeństwa, w momencie gdy staje się ono realne, wchodzisz w nie jak dziecko, nieświadomie.

Nie wiedział, że gdy gra naprawdę się zacznie, zostanie sam jak palec, zdradzony nawet przez państwo, któremu od lat służył.

3.

Tej niedzieli Luis miał wolne. Zapakował więc piankowy kombinezon i ekwipunek do nurkowania, wsiadł w samochód i ruszył szosą w kierunku wybrzeża. Nurkowanie było jego pasją od dawna.

Tego dnia nawet nie dotknął płetwami morskiej wody. Gdy wyjechał z miasta na szosę idącą przez pustynię, dostrzegł, że jest śledzony. Cztery SUV-y z przyciemnianymi szybami podążały za nim jak cienie. Jeden z nich, który jechał jako pierwszy, miał na rejestracji i drzwiach oznaczenia policji stanowej. To nie było żadne pocieszenie. Policja w północnych stanach Meksyku często sama wykonuje dla karteli zlecenia największego kalibru. Policjanci najlepiej potrafią zadbać, aby brudna robota była wykonana odpowiednio.

Adrenalina uderzyła. Pierwsza myśl — oczywista dla żołnierza — bronić się. Ale nie ma czym! Nie miał ze sobą nawet pistoletu. Nie zabierał broni na nurkowanie, od czasu gdy jego kolega po wyjściu z morza stwierdził, że ktoś wybił kamieniem szybę w pozostawionym na pustym parkingu samochodzie, aby ukraść radio, a zabrał przy okazji służbową broń. Ale nawet z pistoletem niczego by nie zdziałał wobec tylu zabójców.

Luis docisnął gaz i chwycił za telefon komórkowy.

Wcisnął numer 0-6-6. To w Meksyku numer alarmowy policji. Odpowiedział mu głos operatora. Luis podał swoje nazwisko, jednostkę i numer służbowy, upewnił się, że rozmowa jest nagrywana, po czym kazał zapisać numer rejestracyjny pierwszego z goniących go pojazdów.

Chevrolet Camaro używamy przez meksykańską policję stanową. Foto: materiały prasowe
Chevrolet Camaro używany przez meksykańską policję federalną. Foto: materiały prasowe

— To samochód policji stanowej, ma oznaczenia — powiedział. — Gonią mnie. Proszę o sprawdzenie, czy podlegam aresztowaniu i pod jakim zarzutem. Jeśli naprawdę chcą mnie aresztować, to zatrzymam się i oddam w ich ręce.
Połączyli go z siedzibą federalnych i kilka minut później usłyszał odpowiedź, której się spodziewał.

— Nie jest pan poszukiwany w żadnej sprawie.
Świadomy, że jest to prawdopodobnie jego ostatnia wiadomość zostawiona na tym świecie powiedział:

— Jeśli zniknę lub zostanę zamordowany, wiecie kto to zrobił — po czym rozłączył się.
Samochody prześladowców przyspieszyły. Kilka minut później zmusili go do zatrzymania się na poboczu. Wyskoczyło z nich kilkunastu mężczyzn w kominiarkach, uzbrojonych w kałasznikowy i pistolety. W mgnieniu oka wyciągnęli go z samochodu, skrępowali ręce plastikowymi kajdankami, wcisnęli na głowę kaptur i wepchnęli do jednego z pojazdów.

Domyślał się, co z nim teraz zrobią. Wybrał swoją stronę w tej wojnie i stał się wrogiem kartelu, za to czekała go standardowa kara. Jak cały Meksyk długi i szeroki, wszyscy niepokorni kończą podobnie. Wywożą ich na bezludzie za miastem i obcinają głowę piłą mechaniczną. Być może nawet nagrają tę scenę, aby przesłać rodzinie, albo pokazywać innym na postrach.

Nie miał szansy pożegnać się z żoną ani małym synkiem. Takie jest więc życie żołnierza i rodzina zawsze musi być przygotowana. Wyprostował hardo głowę. Wiedział, że gdyby mógł cofnąć czas i wybrać inaczej, nigdy by tego nie zrobił. Zawsze miał gdzieś konsekwencje. Nienawidził dwulicowości. Nie jest aniołkiem, w siłach specjalnych nie ma dla takich miejsca. To robota, w której trzeba umieć zmuszać żołnierzy do wykonywania roboty ponad ludzkie siły, trzeba umieć walczyć i trzeba umieć zabijać ludzi. I też trzeba umieć okazać obojętność śmierci, śmiać się z niej, gdy nadejdzie taki moment. Ale zawsze gardził przejściem na drugą stronę. Gardził kartelami, pluł na sprzedajnych gliniarzy i na polityków, oddających swoją ojczyznę na pastwę bandytów. Brzydził się ich strachem i tym, że sprzedawali swoje sumienia za brudne pieniądze.

I gdy już szykowali się do odjazdu, powiedział im z dumą i drwiną w głosie o swoim telefonie na policję: Możecie mnie zabić, ale federalni mają wasze numery i będą się wam dobierać do tyłka — powiedział.

Sprawdzili to przez radio na swoim komisariacie. Naradzili się. W końcu podeszli do niego. Policzymy się z tobą inaczej — stwierdzili, po czym jeden policjant założył gumowe rękawiczki, a potem włożył do jego samochodu worek z narkotykami i trzy pistolety ze startymi numerami seryjnymi. Potem dokonali formalnego aresztowania.
Podczas rutynowej „kontroli” cywilnego samochodu…

— Mogłeś skończyć szybko. A teraz masz zapewnione 50, może 60 lat umierania w więzieniu.
Śmiali się z niego, a on cieszył się w duchu, że przynajmniej pożyje trochę dłużej.

Został aresztowany.
Jednocześnie ruszyła machina propagandowa. Lokalne gazety otrzymały od urzędu gubernatora obszerne informacje na podstawie których powstały artykuły określające Luisa jako „terrorystę, handlarza narkotykami i mordercę” w szeregach armii. Gdy zobaczył te artykuły, stracił ostatnie iluzje.

Generał przyjechał do więzienia, aby go wyciągnąć. Właśnie odbył długą rozmowę z sędzią. Sędzia przejrzał dowody i stwierdził, że są nic niewarte. Cóż za handlarz narkotykami jechałby na nurkowanie z narkotykami i bronią, a ścigany dzwonił na policję? Ale to nie słabość materiału dowodowego uratowała Luisowi skórę, tylko protekcja oficera i jego koneksje z sędziami. Bez ich pomocy bramy więzienia zamknęłyby się za nim na zawsze.

4.

— Meksyk jest pełen takich historii. Ja miałem szczęście, ale co z tymi, przeciw którym ukartowano takie sprawy od początku do końca? Ci, którzy nie chcieli brać pieniędzy od karteli z obawy przed więzieniem są w ten sposób załatwiani i lądują z wyrokami opiewającymi na dziesiątki lat. Odarci ze stanowisk, szacunku, rodziny. Porzuceni jak śmieci, zdradzeni przez własnych kolegów i zmiażdżeni przez propagandę mediów. Tak niewiele brakowało, aby tamtej niedzieli wszystko i dla mnie się w ten sposób skończyło.

Dowódca przekazał mu najnowsze wieści:

— To jest koniec gry. Ja, ty i nasi żołnierze z grupy do zadań specjalnych jesteśmy na liście śmierci kartelu. Nie wiem, jak to zrobili, ale rozpracowali nas. Rząd nie kiwnie palcem. Ludzie kartelu dopadną nas wszędzie w Meksyku. Nasze dni są policzone. Rozmawiałem z ambasadą jednego z europejskich krajów. Zagwarantują mi azyl polityczny w Europie. Wyjeżdżam jak najszybciej. Tobie też mogę pomóc.

Luis nie chciał jechać do Europy. Zdecydował się na Stany Zjednoczone. Znowu niewiele brakowało, gdy jechał na granicę i meksykańska policja znowu próbowała go aresztować, ale widząc ich nawet się nie zatrzymał. Uciekł.

Teraz jest człowiekiem bez twarzy i bez ojczyzny. Wszystkie oszczędności zainwestował w to, żeby zniknąć.

Meksyk 2007-2012.

W 2014 roku Luis otrzymał status uchodźcy politycznego w USA.
Obecnie prowadzi nowe życie z dala od wojny narkotykowej.

Łukasz Czeszumski (1980) — autor książki „Biały szlak” — zbioru reportaży o kulisach wojen kokainowych w Ameryce Łacińskiej. Podróżnik, autor reportaży z Afganistanu, Pakistanu i Ameryki Łacińskiej.
Więcej: Portfolio|YouTube|Facebook
Slider na stronie głównej: ciało ofiary wojny karteli w kostnicy w Tijuana. Meksyk. Styczeń 2009. Foto: Photo/Guillermo Arias/AP.

Czasem na odpowiednie warunki do zdjęcia poluje tygodniami

Karol Nienartowicz

W człowieku tkwi naturalna potrzeba zdobywania niedostępnych szczytów — nie tylko górskich. Jesteśmy spragnieni mistycznych przeżyć i wspaniałego artyzmu. Piękno natury, a zwłaszcza gór jest bezdyskusyjne. Karol Nienartowicz jest fotografem, który Nam to piękno udostępnia. Wyselekcjonowane lokalizacje, wspaniałe kadry, nienaganny warsztat fotograficzny — wszystko to sprawia, że choć przez chwilę możemy zobaczyć krajobrazy dostępne tylko dla orłów.
[Foto: Karol Nienartowicz źródło: portfolio artysty]

KAROL NIENARTOWICZ
KAROL NIENARTOWICZ
KAROL NIENARTOWICZ
KAROL NIENARTOWICZ
KAROL NIENARTOWICZ
KAROL NIENARTOWICZ
KAROL NIENARTOWICZ
KAROL NIENARTOWICZ
previous arrow
next arrow

Fotografuję góry od 2003 roku. Po analogowych początkach w 2005 roku zainteresowałem się fotografią cyfrową, dzięki której tak naprawdę odkryłem fotografowanie gór. Od tego momentu łączę pasję fotografowania z pasją podróży trekkingowych po górach całej Europy. Podczas swoich podróży, w ciągu siedmiu lat, odwiedziłem ponad 30 krajów.
Fotografowałem m.in. w Górach Skandynawskich w Norwegii, Szwecji i Finlandii, Alpach we Francji, Szwajcarii, Włoszech, Słowenii, Niemczech, Karpatach Polski, Słowacji, Ukrainy i Rumunii, Górach Przeklętych w Albanii i Czarnogórze, w górach Macedonii, Bośni a także w szkockich Grampianach. Największym sentymentem darzę jednak Karkonosze, w których się wychowałem i mieszkałem przez 28 lat.
Od 2013 roku jestem licencjonowanym przewodnikiem sudeckim. Przez trzy lata mieszkałem w Gdańsku, gdzie zajmowałem się głównie fotografią morską i miejską. Od listopada 2016 roku mieszkam w Zakopanem, gdzie ponownie fotografuję górskie pejzaże.
Mam w dorobku kilka wystaw, publikacje we wszystkich wiodących mediach opiniotwórczych w Polsce, periodykach górskich i podróżniczych, wygrane i wyróżnienia w konkursach krajowych i zagranicznych, pięć występów w telewizji, a nawet własne tagi na Pudelku (sprawdźcie!).

Polska to całkiem ładny, choć trochę monotonny kraj — do tego bardzo mocno obfotografowany. Ponadto jest typowym średniakiem — średnie góry, mało urozmaicone wybrzeże, brak atrakcji krajobrazowych wielkiego kalibru. Mamy na szczęście dwa miejsca, gdzie można poczuć się, jak w innych rejonach świata: Tatry i szczytowe partie Karkonoszy. Tego pierwszego chyba nie trzeba wyjaśniać — Tatry jako miniatura Alp dają już całkiem spore pojęcie o robieniu zdjęć w wyższych górach — brak tu jedynie lodowców. Natomiast szczytowe partie Karkonoszy, a zwłaszcza Śnieżka i Równia pod Śnieżką, to tereny, które przypominają obszary znajdujące się za kołem podbiegunowym. Głównie z powodu niskiej temperatury, której średnia roczna jest bliska zeru, dzięki czemu rozwinęła się tu tundra znana z dalekiej północy.

Jeśli ktoś nie wierzy w ekstremalność pogody, to niech tu spędzi trochę czasu. Zimą ciężko w Karkonoszach wytrzymać z powodu wiatrów i mrozu, a latem nawet w sierpniu zdarzają się przymrozki. Sam tego niedawno doświadczyłem — ubiegłego lata robiłem nocne zdjęcia na Równi. Ale gneralnie tak, jeśli ktoś chce zająć się fotografią krajobrazu na poważnie, to powinien wyruszyć do innych krajów. — fragment wywiadu dla Digitalcamerapolska.pl

Karol Nienartowicz (1985) — podróżuje i fotografuje w górach od 2003 roku. Jeździ też autostopem i organizuje fotograficzne wyprawy wysokogórskie. Odwiedził z aparatem ponad 20 krajów. Z gór Polski najbardziej lubi Karkonosze i Tatry, a zza granicy Alpy Szwajcarii i Francji oraz Karpaty Ukrainy. Fotografuje sprzętem firmy Canon.
Więcej: Blog|Facebook|500px

Powiat Sanocki. Śladami zapomnianego sacrum

Może niektórzy chcą udawać, że tych miejsc nie ma? To pamiątka po naszej historii, z której nie możemy niestety być dumni — mówi Robert Bańkosz, historyk, etnograf, regionalista. Korzystając z wiedzy zawartej w książkach i internecie udaliśmy się w okolice Sanoka — poszukując właśnie tego, co zapomniane.
[Foto: Piotr Durak źródło: archiwum autora]

PIOTR DURAK
PIOTR DURAK
PIOTR DURAK
PIOTR DURAK
PIOTR DURAK
previous arrow
next arrow

Obecnie w powiecie sanockim znajdują się 44 cerkwie. Większość z nich służy jako kościoły katolickie — od czasów wojny były remontowane, i bywa, że zatraciły swój pierwotny charakter. Służą jednak ludziom, a przecież, jak twierdził Jan Paweł II „Bóg pozostał jeden i ten sam”.
Można powiedzieć, że cerkwie te miały szczęście. Są wśród nich takie, które po latach powróciły do pierwotnych właścicieli, służą jako świątynie w obrządku grekokatolickim i prawosławnym. Rzadko, bo rzadko, ale raz lub kilka razy w roku odbywa się tu msza, na którą przyjeżdżają potomkowie dawnych mieszkańców. Inne cerkwie, te najstarsze i najcenniejsze, zostały już odrestaurowane, służą turystom i można je znaleźć w licznych przewodnikach. Dwie z nich; z Grąziowej i z Rosolina podziwiamy w sanockim skansenie. To perełki architektury, których konstrukcje i zastosowane rozwiązania mogą posłużyć do nauki przyszłym pokoleniom.

Najpierw świątynia, później wychodek

Jednak z niektórymi cerkwiami jest spory kłopot. Po wojnie, gdy w ramach Akcji „Wisła” z terenu powiatu sanockiego wysiedlano wszystkich mających ukraińskie korzenie — pozostały bez właścicieli, niepotrzebne. Domy po wysiedleńcach zwykle palono. Ogień niszczył je szybko, deszcz i popiół wsiąkły w ziemię. Z cerkwiami obchodzono się różnie. Albo fundowano im świeckie przeznaczenie, albo rozbierano na budulec, albo zostały puste bo były „za małe” i obok nich postawiono nowe murowane kościoły. Pamiętam, jak „rozbierano” niektóre z nich. Pod cerkiew podjeżdżały trzy ciągniki, każdy zaczepiał liną o inną belkę rozporową, po czym ruszały w trzy strony świata i rozdzierali cerkiew na kawałki, dach z kopułami zapadał siędo środka, potem przychodzili ludzie, zabierali blachę i belki — opowiada Jacek Tejchma, etnograf. — Dla niektórych tych obiektów chyba lepiej by było, gdyby spłonęły tak jak wiele innych świątyń, których ślady dawno zatarł czas — dodaje Robert Bańkosz. — Niektórzy ludzie pewnie by woleli…
Mrzygłód. Miejscowa murowana cerkiew pw. Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny, wybudowana została w 1901 roku i należała do parafii greckokatolickiej w Hłomczy. Po wojnie zamieniono ją na magazyn, a gdy ten stał się niepotrzebny, w cerkwi urządzono… toaletę publiczną. Dziś stoi opuszczona, rozpada się. — Po wojnie rozszabrowano wszystko ze środka, pozostały chyba tylko dwie ikony. Składowano tu nawozy, materiały budowlane. Malowidła ze ścian starto niemal zupełnie. A później urządzono tu kibel — wspomina starsza mieszkanka wsi, napotkana pod sklepem. Na zdziwioną minę dziennikarza dopowiada: — Tak, sracz, wychodek! W miejscu ołtarza postawiono pakę z deską z dziurami, ludzie tam ze spółdzielni łazili za potrzebą — dodaje.
Nikt nie wie, kiedy zrujnowaną świątynię zamknięto. Z budynku odpada tynk, na czerwonych, oblazłych z farby drzwiach wiszą dwie pordzewiałe kłódki. Klucza nie ma nikt, ale do wnętrza można zajrzeć przez dziurę w jednej ze ścian, która nie wytrzymała próby czasu. W przedsionku cerkwi przed laty ktoś zaparkował wóz konny — stary karawan pogrzebowy. Stoi tam do dziś. Chyba ma już wartość zabytku, ale niedługo runie na niego dach.

Pozostaną ruiny

Podobną jak w Mrzygłodzie sytuację zastajemy w Tarnawie Górnej. Greckokatolicka cerkiew parafialna pw. Zaśnięcia Bogurodzicy, zbudowana z kamienia i otynkowana, konsekrowana w 1817 roku, wyróżnia się wysoką, kwadratową wieżą. Odnowiona w 1935 roku, od 1947 roku stoi opuszczona. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była składnicą Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Obecnie, pozbawiona opieki, jest w kompletnej ruinie.
Świątynia znajduje się przy głównej drodze, w centrum wsi. Jest naprawdę duża, tymczasem wszyscy przechodnie zdają się jej nie zauważać. Przywykli. Była i jest. Tylko dzieciom się mówi, żeby tam nie wchodzić. Bo cerkiew — grozi zawaleniem, jak głoszą tablice ostrzegawcze. Głoszą również, że wstęp do wnętrza zabroniony, ale to nas nie powstrzymuje.
W środku pustka. Kolorowa niebieska ściana, niewyraźne miejsce po ołtarzu, sterczące ze ściany belki, tam, gdzie był chór. W strumieniach światła wpadającego przez dziury po oknach, tańczy kurz.
Podobny widok zastajemy w pobliskiej Olchowej. Miejscowa cerkiewka była bardzo malutka i służyła kilkunastoosobowej grekokatolickiej społeczności. Zbudowana w 1887 roku, w miejscu starszej, drewnianej cerkwi, należała do parafii w Tarnawie Górnej. Na dawnych obrazkach widać ją między domami. Dziś otaczają ją pola. To kompletna ruina, na której z trudem utrzymuje się pordzewiały na wylot dach. Drzwi nie ma. W środku ktoś umieścił prowizoryczny ołtarz z kamieni i drewniany krzyż. Tyle zostało z głębokiej wiary dawnych mieszkańców. Niektórzy mówią, że w cerkiewce jeszcze pod koniec lat 60-tych zalegało całe liturgiczne wyposażenie. Później wszystko zniknęło.

Na co nam stary kościół?

Nieco inaczej było w Rakowej. Miejscowa cerkiew została zbudowana około 1779. Znajduje się w centrum wsi, na niewielkim wzniesieniu, ale obecnie jest tak zarośnięta, że nie sposób zauważyć jej z drogi. To budynek o konstrukcji zrębowej, dwudzielny, z trójbocznie zamkniętym prezbiterium. Nad nawą znajduje się dach kalenicowy zwieńczony hełmem. Nad przedsionkiem cerkwi wznosi się szkieletowa wieża nakryta dachem z hełmem. W wieży znajdziemy dzwony z 1680 i 1715. Po wojnie, od 1947, cerkiew wykorzystywano jako kościół rzymskokatolicki. Obecnie, po wybudowaniu nowego kościoła, cerkiew stoi opuszczona. Ostatnia msza odbyła się tu w 2011 roku. Później w cerkwi zamieszkały ptaki, wiewiórki i szczur. — Znowu wygryzają dziury w powale — skarży się sołtyska Rakowej, strażniczka klucza do świątyni. Na ołtarzu i podłodze zalegają wióry, piękny ikonostas namalowany przez Zygmunta Bogdańskiego w 1894 roku upstrzony jest ptasimi odchodami. Poza tym malowidła i obrusy wciąż wydają się świeże. Jak dotąd nie ma żadnego pomysłu, co zrobić z niepotrzebną świątynią.
Ten sam problem mają mieszkańcy Czaszyna. Tutejsza, murowana cerkiew została zbudowana w 1835 roku z inicjatywy właścicielki wsi Apolonii Łemkowskiej. Po Akcji „Wisła” i wywiezieniu ludności greckokatolickiej, została zaadaptowana na kościół obrządku łacińskiego. W latach 1954 i 1969 był on remontowany, co praktycznie usunęło z bryły budynku elementy charakterystyczne dla budownictwa cerkiewnego. Od kilku lat świątynia jest niepotrzebna — parafianie mają nową. Wnętrze cerkwi to dziś magazyn — właściwie jest tu wszystko co niepotrzebne.

Czego tu szukacie?

Na pograniczu powiatu sanockiego i brzozowskiego znajduje się niewielka miejscowość Grabówka. W centrum wioski wznosi się nowy kościół, zaś pod koniec wsi, na uboczu, zarośnięta krzakami i drzewami stoi cerkiew pw. św. Mikołaja. Wzniesiono ją w 1864 roku, ale jeszcze w latach 20-tych XX wieku została solidnie odremontowana. Może to sprawiło, że gdy grekokatolików wygnano z tych okolic, cerkiew, niepotrzebna nikomu, przetrwała przez 67 lat i jeszcze się trzyma.
— Tam nie ma co oglądać, ruina i kupa kurzu — mówi miejscowy ksiądz, który długo nie chciał dać się przekonać do udostępnienia wnętrza świątyni. — Nie wiem czego tu szukacie, chcecie zobaczyć cerkiew, jedźcie do Komańczy, albo na Wisłok Wielki… — dodaje.
Dla nas jednak Grabówka to miejsce magiczne. Drzwi otwierają się z wielkim trudem. Wewnątrz zapomnianej świątyni zachował się jeszcze ołtarz, liczne malowidła, rusztowanie po ikonostasie. W jednej ze ścian wmurowana błękitna tablica z epitafium: „Tu spoczywa Wiktorya z Domaszewskich Wisłocka, zmarła w roku 1844, matka całkiem poświęcająca się swojem dzieciom, których wdzięczność tę pamiątkę postawiła”. Pełno tu kurzu, wciąż jednak niezwykle wyraźnie odcina się piękny obraz na suficie — ukrzyżowanie pana Jezusa. Cerkiew można by odremontować. — Tylko po co? Dla kogo? — pyta mieszkaniec Grabówki. — Najlepiej rozebrać, niech nie niszczeje.

Pozostały tylko ściany

Takich opuszczonych i zapomnianych cerkwi na Podkarpaciu naliczyłem 57. Większość znajduje się na Roztoczu południowym, ale i ziemia sanocka nie jest od nich wolna. Niektóre, choć zrujnowane i opuszczone, mają wartość zabytkową, problem w tym, że zbyt małą, by szybko znalazły się pieniądze na ich renowację. Inne, jak ruiny cerkwi w Nagórzanach czy w Płonnej, pewnie już na zawsze pozostaną ruinami. — Zmieniają się czasy, to już inna epoka — mówi Robert Bańkosz. — Spieszmy się kochać te miejsca, bo nasze dzieci mogą już nie mieć szansy ich zobaczyć. W swoich wędrówkach po Podkarpaciu i Lubelszczyźnie, udało mi się udokumentować na fotografiach stan wszystkich zapomnianych i zrujnowanych cerkwi. Ukraińcy protestują jednak, gdy nazwać je porzuconymi: — Nie porzucone, a wygnane — mówi Olena Zamoyska, ze Stowarzyszenia Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej z Czerwonogradu. Nikt nie chciał ich opuszczać, to ludzi wygnano stamtąd bezpowrotnie — dodaje. Wystawa zdjęć z wygnanych cerkwi, połączona ze zdjęciami zrujnowanych polskich kościołów na terenie Ukrainy, pt. „Po obu stronach Bugu” wystawiana była w Muzeum Fotografii „Jadernówka” w Mielcu. Stamtąd trafiła do Czerwonogradu, skąd do Lwowa, Iwanofrankowska i Kijowa. Pod koniec roku wróci do Polski, by zagościć w Ustrzykach Dolnych i w Tarnowie.


Zdjęcia w sliderze (w kolejności wyświetlania):
1. Cerkiew św. Mikołaja w Grabówce.
2. Wnętrze cerkwi w Grabówce — nawet opuszczone ciągle wywiera wielkie wrażenie.
3. Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny w Mrzygłodzie — niegdyś świątynia, później toaleta publiczna, obecnie ruina.
4. Wewnątrz ruin cerkwi w Mrzygłodzie zaparkowano na stałe wiekowy karawan.
5. Tarnawa Górna — co zrobić ze świątynią, która przez lata służyła jako magazyn?
6. Zupełnie puste dziś wnętrze cerkwi pw. Zaśnięcia Bogurodzicy w Tarnawie Górnej.
7. Jedna z najmniejszych polskich cerkwi w ruinie stoi we wsi Olchowa.
8. Wewnątrz zrujnowanej cerkiewki w Olchowej. Świadkowie mówią, że do lat 70. w cerkwi znajdowało się wyposażenie i ikony. Później wszystko zniknęło.
9. Cerkiew Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Rakowej to bardzo cenny zabytek. Niestety od przeszło pięciu lat, pozbawiona opieki niszczeje.
10. Wydaje się jeszcze nienadgryzione zębem czasu. Wnętrze cerkwi w Rakowej.
11. Dawna cerkiew po wysiedleniach przemieniona na kościół w Czaszynie. Od wybudowania nowego kościoła stoi bezużyteczna.
12. We wnętrzu cerkwi św. Mikołaja w Czaszynie trwa nieustanny, wieczny „remont”.

Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły”. W roku 2007 otrzymał nagrodę równorzędną za najciekawszy debiut podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.

Misja Odra. Pontonem z Ostrawy do Świnoujścia

Kiedy po raz pierwszy wsiadłem do pontonu w 2009 roku i wypłynąłem na próbę na wody zalewu rzeszowskiego, wiedziałem, że odkryłem coś dla siebie. Pasję, w której odnajdę to o czym zawsze marzyłem. Przygodę, wolność, kontakt z dziką przyrodą i możliwość sprawdzenia się w walce z siłami natury. Ucząc się wiosłowania, poczułem się naprawdę wolny. W jednej chwili odciąłem się od brzegu, na którym pozostali inni ludzie, zmartwienia i troski. Byłem tylko ja, ponton i woda. I choć nie umiem pływać, wcale się nie bałem.

Piotr Dura -- polski prozaik, poeta, podróżnik, i pedagog.
Piotr Durak — polski prozaik, poeta, podróżnik i pedagog

Dzień po pierwszej próbie wypłynąłem z Rzeszowa do Gdańska. Nie wiedziałem jeszcze, czy tam dopłynę. Wziąłem ze sobą namiot, śpiwór, napoje w butelkach, trochę jedzenia. Pamiętam, że taksówkarz, który wiózł mnie pod most załęski w Rzeszowie, spod którego startowałem o 6 rano, gdy usłyszał, co chcę uczynić, postukał się w głowę. Ale i pogratulował pomysłu. Potem już był Wisłok, piękny i dziki, a następnego dnia San, który wydał mi się groźny i bardzo szeroki. Dużo by pisać o tym pierwszym spływie, o uczeniu się rzeki, poznawaniu, którędy biegnie nurt, gdzie jest mielizna, walce z wiatrami, wirami, pierwszym, drugim i ostatnim topieniu się – tylko przez nieuwagę, którą dziś nazywam już głupotą. Tak czy inaczej, po trzech tygodniach wypłynąłem na Bałtyk. I byłem smutny, że rzeka musiała się skończyć. Przepłynąłem przez centrum Gdańska i złożyłem hołd polskim żołnierzom poległym na Westerplatte, wszak był to koniec sierpnia 2009 roku, niemal 70. rocznica wybuchu II wojny światowej. Byłem spalony słońcem, zmęczony ciągłymi warunkami polowymi, po dwudziestu nocach pod gwiazdami, bez ciepłych posiłków, ale szczęśliwy i wyjątkowo silny. Z lustra spoglądał na mnie ktoś całkiem inny, umięśniony, z dziwnym błyskiem w oku. Wiedziałem już, że na rzekę powrócę.

6 tys. km po rzekach Polski

I tak to było, że od tamtej pory żyłem od spływu do spływu. Gdy tylko przejeżdżałem przez jakiś most, w miarę możliwości przystawałem na chwilę, wpatrzony w rzekę, zastanawiałem się jak by to było nią popłynąć. Szybko poznałem całą Wisłę, płynąc brakujący mi odcinek od jej źródeł do Sandomierza. Później pasowało spłynąć pontonem Odrą, ale jakoś nie byłem przekonany do tej rzeki. Zbyt zmieniona przez człowieka, zbyt uregulowana i zniszczona – myślałem. Potrzeba mi było dzikości, spłynąłem więc na pontonie cały Dunajec, a w 2011 roku – szaleństwo – najdłuższą wodną trasę, jaką można przemierzyć w naszym kraju – od źródeł Sanu do Dziwnowa na wyspie Wolin – 1500 km wodą po przekątnej Polski, przez siedem rzek: San, Wisłę, Brdę, Noteć, Wartę, Odrę, Dziwną. To wyprawa warta książki, która zajęła ponad miesiąc – jak dotąd najdłuższy mój spływ i, jak się okazało, pierwszy w historii Polski na pontonie bez silnika. Ale rok później też nie było gorzej. Wciąż szukając dzikości, przepłynąłem Bug, wypływając z Hrubieszowa, dotarłem do Zalewu Zegrzyńskiego i Narwi, którą wpłynąłem na Wisłę; Wisłą zaś do Nogatu, którym przez Malbork i Elbląg dotarłem na Zalew Wiślany i dalej do Krynicy Morskiej – 1200 km dzikości. I chciałem jeszcze.

Rok później przyszła kolej na Narew – startując z granicy polsko-białoruskiej po dwóch tygodniach zawitałem wodą do Warszawy i dalej do Nowego Dworu Mazowieckiego. Później była Pilica od Szczekocin – siódma rzeka Polski. W międzyczasie cała Wisłoka, Wisłok, parę innych, mniejszych rzek. Włącznie ok. 6 tys. km wodą na pontonie. Wciąż nie umiałem pływać, z moich spływów powstawały reportaże i zdjęcia, ze zdjęć wystawy, wiele osób dziwiło się, że w ogóle tak można. A Odra wciąż czekała…
Wreszcie przyszła kolej i na nią.

Technicznie niewykonalne

Ale po co piszę i chwalę się tym wszystkim? Głównie po to, by podkreślić, że w spływach nie jestem już nowicjuszem. Przeżyłem burze, szkwały i nawałnice na wodzie, fale przelewające się przez ponton, zmagania z najróżniejszymi zwierzętami i ludźmi, żyjącymi z rzeki i nad rzeką. Hartowałem się w wodach 22 rzek, wiem, że jest taki wiatr, pod który nie da się wiosłować, że pewne warunki trzeba przeczekać, i że czasami do punktu oddalonego o kilka kilometrów można płynąć przez cały dzień i nie czuć rąk. Wiem co to odciski, ból mięśni, bąble od oparzeń, pogryzienia od owadów i psów. Potrafię przewidzieć nadejście burzy, uniknąć wpłynięcia na mieliznę, czy przewrócenia pontonu przez wielką falę. Podkreślam więc, że nie jestem nowicjuszem nie bez powodu. Nowicjusz nie przepłynąłby Odry – myślę może i nieskromnie – że większość wycofałaby się w trakcie tego, co mnie czekało.

Pierwsze spojrzenie w Google maps i już wiedziałem, dlaczego niemal wszystkie historie ze spływu Odrą zaczynają się we Wrocławiu a kończą w Szczecinie. Druga największa rzeka Polski, mierząca od źródeł 854 km od początku XIX wieku była mocno regulowana. Łącznie na odcinku Racibórz – Brzeg Dolny postawiono 24 śluzy i jazy. Oprócz tego w górnym biegu, tym jeszcze nieżeglownym, sporo tu różnych kamiennych progów

{iotr Durak Odra spływ
i spiętrzeń. Oznaczało to 200 km wody niemal całkiem stojącej i głębokiej, często bez możliwości wyjścia na brzeg z powodu stromizn i trzcinowisk. Ponadto nikt nie próbował przepływać przez Zalew Szczeciński, na którym jest się jak na pełnym morzu, widząc dookoła tylko wodę, zresztą jest to zabronione dla jednostek bez napędu mechanicznego, czyli silnika. Ja miałem tylko swoje ręce, mimo to postanowiłem pokonać Odrę od jej źródeł – a raczej od miejsca, skąd tylko da się zwodować ponton, aż do Świnoujścia. Włącznie ok. 840 km.

Raz na wodzie, raz lądem

Wyruszam autobusem do Krakowa. Mam ze sobą torbę z pontonem, prowiantem, pompką i wiosłami, ważącą ponad 20 kg oraz na plecach podobnej wagi plecak z namiotem, śpiworem, kilkoma podkoszulkami, małą kuchenką, latarką czołową i dokumentami. Na cały spływ przeznaczam ok. 400 zł. Starczy na 3 tygodnie, bo poza jedzeniem i biletem powrotnym nie będzie innych wydatków.
W Krakowie przesiadka do Ostrawy i około 16-tej jestem już w Czechach. Teraz czeka mnie długa wędrówka przez miasto, aż do ujścia Opavy, skąd Odra z płytkiego kamienistego strumyka staje się możliwą do spływu rzeczką. W upale obciążony niemal 50 kg bagażu wędruję jakieś 5 km po ulicach Ostrawy. Pot leje się ze mnie strumieniami, wypijam 2 litry napoju, który miał wystarczyć na cały dzień, ale wreszcie po niemal 2 godzinach docieram do rzeki. Obfite deszcze podniosły stan wody, pompuję ponton, montuję wiosła, wypływam.

Pierwsza przenoska wkrótce po wodowaniu pontonu. Jaz w Ostrawie.
Pierwsza przenoska wkrótce po wodowaniu pontonu. Jaz w Ostrawie

Szczerze mówiąc nie wygląda to najciekawiej. Woda jest brunatna i śmierdzi ściekiem, nurtu nie ma tu wcale, a miasta praktycznie nie widać – tylko krzaki i rury gazociągu. Po kilkuset metrach mam pierwsze spiętrzenie – wysoki na ok. 4 metry jaz, czyli sztuczny wodospad z betonu, na którego wpłynięcie grozi śmiercią. Nikt nie zadbał o miejsce do wyjścia na brzeg, a rzekę trzeba szybko opuścić, wpadam więc w trzciny, wyskakuję z pontonu w gęste czarne błoto. Pierwsza przenoska, czyli wędruję trzy razy lądem sprzed jazu, za jaz, dwa razy z bagażami, raz z pontonem, na żółwia, czyli do góry dnem, z głową opartą o podłogę a burtami na plecach. Znoszę wszystko na drugą stronę jazu, na ostry i stromy betonowy brzeg.

Z ziemi czeskiej do Polski

Dalsza część rzeki jest przyjemna, dzika. Nurt przyspiesza, płynę pod kilkoma mostami, w tym pod ładnym, podwieszanym, obwodnicą Ostrawy. Miasta wciąż nie widać, i dopiero gdy mosty się kończą, rozumiem, że to także koniec aglomeracji. Nieujarzmiona, choć niewielka Odra płynie tu niewielkim parkiem krajobrazowym zwanym granicznymi meandrami, mijam urwiste brzegi i kamienno-żwirowe łachy. Tuż po zachodzie słońca przepływam pod mostem kolejowym, gdzie straszy duże kamienne bystrze z ułożonych głazów i resztek jakichś stalowych konstrukcji. Zaufałem nurtowi rzeki i przepłynąłem, ale takie miejsca potrafią być bardzo zdradliwe. Zawsze największy problem jest tam, gdzie człowiek coś porzucił, lub sztucznie na rzece postawił. Czasami lepiej zrobić kolejną przenoszę, niż rozedrzeć ponton. Tu jednak za sprawą wysokiej wody spłynąć się udaje, choć nie bez strachu. Mijam Bohumin, dawne przejście graniczne, i już we wieczornej szarówce rozbijam namiot na kamienistej łasze.

Pierwszy nocleg na granicy polsko-czeskiej. Gdzieś w Chałupkach.
Pierwszy nocleg na granicy polsko-czeskiej. Gdzieś w Chałupkach

Jestem już w Polsce, w okolicach Chałupek. W namiocie, śledzę trasę i planuję kolejny dzień. Jem kolację, złożoną z kilku kromek chleba i konserwy, czytam książkę – na ten spływ wziąłem m.in. „Lolitę” Nabokova – i zasypiam.
Budzę się na wschód słońca i to jest jeden z tych momentów, które kocham. Nie tylko widoki jutrzenki i mgieł nad rzeką, ale prosty fakt, że można położyć się wieczorem i obudzić rano – tak jak nasi przodkowie, nieznający prądu, telewizora, internetu. My, ludzie współcześni, oszukujemy nasz mózg światłem, kłamiąc mu, że jest dzień, wtedy, kiedy jest środek nocy, śpiąc, kiedy powinniśmy być aktywni, sztucznie ładując się kawą, kiedy zmęczony organizm błaga o sen. A na łonie natury wszystko jest proste – noc to pora snu – dzień – aktywności. I to solidnej, bo kolejnego dnia przepływam ponad 60 km. Ale nie wypływam zaraz o świcie, czekam aż słońce osuszy namiot, spokojnie jem śniadanie, zwijam obóz.

Meandry i dzika Odra z bystrym nurtem i starymi pniami przegradzającymi koryto, kończy się niemal równo z wpłynięciem do Polski. Widać tu już próby regulacji rzeki, kamienne zwaliska i małe ostrogi oraz pierwsze stalowe konstrukcje do transportu rzecznego. Niegdyś Odra była żeglowna już od Ostrawy, od powodzi 1000-lecia w 1997 roku, większe jednostki mogą nią pływać jedynie od ujścia Kanału Gliwickiego za Koźlem, ale i tych większych jednostek obecnie właściwie nie ma. Jestem sam, a dookoła łąki i pola. Tu i tam obserwują mnie czaple siwe. Jest ich tu bardzo wiele, wręcz całe skupiska. Zgaduję, że muszą mieć tu ryby, a wiec z czystością rzeki chyba najgorzej.

24 śluzy

Pierwsze poważne polskie miasto – Racibórz z wody nie robi wrażenia. Rozpoczyna się rozdzieleniem koryta rzeki na dwie odnogi. Prawa omija miasto, szumi w niej z daleka wodospad kolejnego jazu, wybieram więc lewą i po około 2 km natykam się na kolejny jaz. Widzę podniesioną klapę zapory, postanawiam spłynąć przez konstrukcję, zresztą nie mam wyjścia, nurt wpycha mnie w mały wodospad, ponton nurkuje, ale po chwili wynurza się, pełen wody w środku. Na szczęście jest upał, a obok mini plaża, zatrzymuję się, wylewam wodę, chwilę suszę bagaże. Zagadują mnie kąpiące się w Odrze dzieci. Chcą popłynąć ze mną pontonem w dół rzeki, ale tata im nie pozwala. W mieście mijam pustą zupełnie mini przystań, z ciekawymi malunkami jeleni, i innych dziwnych stworów. Zachwycam się chwilę wyobraźnią artysty, ale przystań zbyt odległa od najbliższego sklepu nie jest mi wygodna.

Cumuję ponton naprzeciwko widocznej z rzeki Biedronki,

wiążąc go do stalowej konstrukcji, będącej kiedyś chyba małym ujęciem wody. Pospiesznie robię zakupy – z ludźmi nigdy nic nie wiadomo, ale gdy wracam na brzeg, ponton i bagaże szczęśliwie są na miejscu. Tak to już bywa – czasem trzeba wyjść do cywilizacji. Zawsze zabieram ze sobą wtedy aparat, portfel z dokumentami i kasą, reszta musi zostać nad rzeką. Z groźbą kradzieży trzeba się liczyć, dlatego najbezpieczniej mi na odciętych od lądu wyspach, lub kiedy ponton zostaje pod czyjąś opieką – choćby świeżo poznanych wędkarzy, czy nawet miejskich dresów. Przekonałem się już nieraz, że typowi dresiarze,

Jaz w Raciborzu.
Jaz w Raciborzu

poproszeni o pomoc, potrafią być wspaniali i bardzo uczynni, jakby zdziwieni faktem, że ktoś obdarza ich zaufaniem, nie chcieli tego zaufania tracić, czuli się nim obdarowani, zaszczyceni.
Mając pełny zapas wody, chleba, batonów, jogurtów i konserw opuszczam Racibórz. Odra ma tu szerokość ok. 6 metrów i głównie widzi się z niej krzaki i drzewa. Krajobraz niewiele się zmienia. Pod wieczór niebo nieco się chmurzy, nurt zwalnia, a rzeka rozlewa znacznie szerzej. Mijam też pierwszą barkę zaparkowaną przy brzegu. Znak, że niedaleko Kędzierzyn Koźle. W mieście melduję się już po zmroku na eleganckiej przystani, przy moście. Korzystając ze slipu – łagodnego brzegu do wodowania łodzi, wychodzę na brzeg. Sporo tu motorówek i małych jachtów, ale nieco bezludnie. Na drzwiach budynku wisi numer telefonu bosmana, dzwonię i pytam o możliwość rozbicia namiotu. Nie ma z tym żadnego problemu. Nocą wychodzę na miasto, w świetle pełni księżyca oglądam pierwszą na Odrze śluzę. Jest nieczynna. Dzień rozpocznie się od przenoski.

Prawie jak barka

Długie przenoszenie pontonu. Podpływam do wrót śluzy, wychodzę na wysoki, stromy brzeg. Po kolei wyrzucam z pokładu wszystko, przywiązuję pusty ponton. Niosę bagaże wzdłuż śluzy i jeszcze kawał dalej, bo sztucznie utworzona wyspa na środku rzeki ciągnie się hen za śluzą, bez możliwości zejścia do wody. Tak wędruję po 400 metrów z bagażami, dwukrotnie, potem wracam się po ponton. W tym czasie robi się niemiłosierny upał. Chyba z kondycją u mnie kiepsko, bo zmęczyło mnie to okropnie, gdy wreszcie wypływam w dalszą drogę, nie mam już sił wiosłować. A woda stoi w miejscu. Ale płynę, do kolejnej śluzy Januszkowice, ok. 10 km, w upale. Mijam ujście kanału gliwickiego. Na śluzie tym razem, wbrew strzałkom nawigacyjnym, podpływam od strony jazu. Przenoszenia tu trochę mniej, krótsza droga, wystarczy przerzucić wszystko jakieś 50 metrów na drugą stronę wodospadu. Banał, choć na upale ponton ciąży potwornie. Kilka kilometrów dalej mijam złomowisko barek, dawną stocznię. Coś się tam dzieje, bo woda już z daleka niesie dźwięk maszyn, ale same barki pordzewiałe i porośnięte mchem, trawą i małymi krzakami, robią dość przygnębiające wrażenie. Przez lata zamordowano bestialsko polską żeglugę śródlądową, a wskrzeszenie tego trupa nie będzie łatwe.

Złomowisko barek obok dawnej stoczni w Januszkowicach.
Złomowisko barek obok dawnej stoczni w Januszkowicach

I znów kilka kilometrów wodą stojącą aż do kolejnej śluzy – Krępa. Nauczony doświadczeniem również podpływam tu od strony jazu. Prowadzi mnie łabędź, który długo płynie przede mną jak holownik, nie podrywa się do lotu, przed samym wodospadem łagodnie skręca. Cumuję ponton przy zrujnowanych filarach dawnego mostu, po kolei wynoszę na brzeg bagaże. Oglądam teren śluzy, szukając zejścia po jej drugiej stronie, gdy nagle słyszę ostry męski głos: A kim pan jest?!
Przedstawiam się, mówię skąd płynę i dokąd, i… dostaję solidne upomnienie. Bo: nie wolno nikomu wpływać w kanał z jazem, bo to jest śmiertelnie niebezpieczne, bo wodospad może mnie wciągnąć i zabić itp. Cóż na to mogę odrzec? Niby wiem, że powinienem wpłynąć na śluzę i jak barka przez nią przepłynąć, ponosząc odpowiednią opłatę. Ale po co zawracać komuś głowę? Nie wpływałem na jaz złośliwie – po prostu droga do dźwigania tędy jest krótsza. – Jeśli koniecznie chcę się pan przenosić, to tylko przez śluzę, nigdy przez jaz – informuje łysiejący, czerwony od słońca śluzowy. Inaczej w Krapkowicach, na kolejnej śluzie, na pewno dostanę mandat, bo tam obok urzęduje policja – dowiaduję się. Pouczony wielokrotnie przez pana, który nakręcił się spotkaniem ze mną jak katarynka, przenoszę cały ładunek, balansując na wyszczerbionych płytach betonowych z drugiej strony wielkich drewniano-stalowych wrót. Odpływam, postanawiając kolejną śluzę pokonać całkiem legalnie, jak barka.

Do Opola na ŚDM

W Krapkowicach pan na śluzie już na mnie czeka, stojąc na potężnych wrotach. Tu przenoska nie miałaby sensu, śluza jest bardzo długa, ogrodzona ze wszystkich stron, bez możliwości zejścia z drugiej strony. Oglądam jeszcze wszystko – nie podejmuję się chodzić z bagażami. Śluzujemy! – podejmuję decyzję. Płacę 4,08 zł, pan otwiera przede mną wrota, wpływam do ogromnej śluzy, wrota za mną zamykają się, poziom wody w śluzie obniża się o jakieś 3 metry, później otwierają się wrota z drugiej strony, wypływam. To proste. A przy okazji poznałem miłego pana śluzowego. I nie jest tak, jak czasem słyszałem – że lepiej wszystko przenosić, bo pontonu czy kajaka śluzować nie chcą – pracownicy śluz mają obowiązek śluzować każdą jednostkę, nawet materac dmuchany czy dętkę od traktora. Ja i mój ponton to „łódź wiosłowa pozbawiona silnika”. Płacę najniższą stawkę, która po godzinie 16 wzrasta jednak podwójnie do 8,16 zł. Jednak to i tak lepsze, niż dźwiganie bagażu, po 3 razy w tę i z powrotem. Od tej pory postanawiam śluzować się na każdej ze śluz. Przepłynę ten odcinek tak jak trzeba. To jest nawet przyjemne.

W drodze do Opola na ŚDM.
W drodze do Opola na ŚDM

Dopływam do kolejnej śluzy, otwierają się przede mną wielkie stalowe wrota, wpływam do środka, opadam razem z wodą, wypływam z drugiej strony. Trochę to trwa, bo trzeba zapłacić, obsługa musi wypisać kwitek, a i samo spuszczanie wody to operacja na pół godziny, bo śluzy przeznaczone dla barek, są bardzo pojemne. Ale to także nauka cierpliwości. Teraz dziennie mogę przepłynąć 35-40 km, po stojącej wodzie, od śluzy do śluzy. Zauważam, że im dalej, tym coraz większy spadek wody na śluzach. O ile na początku były to 3 metry spadku, w potężnej śluzie Zwanowice to już ponad 5 metrów. Nieco klaustrofobicznie – w tak wielkiej śluzie, tak mały ponton.

W Opolu mam już pierwsze bąble od oparzeń słonecznych na dłoniach. Kupuję krem na łuszczącą się skórę. Wiatr i woda bardzo wysuszają. Trafiam też na Światowe Dni Młodzieży, całe miasto pełne jest kolorowo ubranych młodych ludzi z wszelkich krajów świata. Prym wiodą Niemcy i Francuzi, ale dostrzegam też ekipę z odległej Australii. Przepływam niewielki, dostępny z Odry kawałek opolskiej Wenecji. Cumuję ponton przy restauracji zorganizowanej na barce, tam też podpinam do podładowania telefon komórkowy.
Z łącznością ze światem na spływach jest zawsze problem. Telefon wyczerpuje się zwykle po 3 dniach. Z nikim właściwie nie rozmawiam, ale czas na rzece umilam sobie słuchaniem muzyki, a to zżera baterie. Te z kolei trzeba ładować, czasem oddając komórkę na noc, gdzieś w najbliższym domu, lub podczas zakupów gdzieś w sklepie, podczas zwiedzania miasta.

Szybki rajd przez Wrocław

Kolejne noclegi wypadają mi na śluzach w Chróścicach i w Oławie. Za każdym razem słyszę, że ze względu na ŚDM i podwyższone zagrożenie terrorystyczne, nie mogę nocować na terenie śluzy, ani w jejzabudowaniach, zawsze jednak mogę tu skorzystać z prądu, łazienki, bieżącej wody. Będzie mi brakowało tego, gdy przepłynę ostatnią śluzę – w Brzegu Dolnym. Ale póki co Wrocław. Pontonem można go przebyć na dwa sposoby – jak barki głównym kanałem, który jednak omija miasto z prawej strony – albo skręcając w lewo na śluzę Opatowice. Wtedy przepływa się przez centrum, co miało być jedną z głównych atrakcji mej wyprawy.

Wewnątrz śluzy w Brzegu spotkałem pasażerów jachtu Jamaica.
Wewnątrz śluzy w Brzegu spotkałem pasażerów jachtu Jamaica

Z mapy wynika, że wszystko jest w porządku, tymczasem pan na śluzie, który specjalnie dla mnie przyjechał tu rowerem, z nieodległych Bartoszewic, by mnie śluzować, zaklina się, że przez centrum Wrocławia nijak nie przepłynę. Ja nie przepłynę? – myślę i wpływam długim kanałem w stronę centrum. Pierwsze kilometry tu nijakie, nie czuję, że wpływam do wielkiego miasta. Dopiero za zakrętem widać ostre jak brzytwy wieże katedry na Ostrowie Tumskim, przepiękne bulwary, budynek Politechniki Wrocławskiej, wiele innych znanych, choć dotąd nieoglądanych z tej perspektywy zabytków.

I wtedy dociera do mnie, że coś jest nie tak. Na mapie widzę, że na kanale dla barek, tym omijającym Wrocław, zaznaczono dwie śluzy, tu przepłynąłem przez jedną, a poziom wód w obu kanałach musi się przecież zgadzać. Spomiędzy licznych pływadeł wyłuskuję wzrokiem motorówkę WOPRu, macham ręką. Ratownicy tłumaczą mi, że pływanie bez silnika po centrum Wrocławia dozwolone jest jedynie do mostu na Wyspę
Piasek. Dalej zabronione, ze względu na nieczynną śluzę miejską i pięciometrowej wysokości jaz elektrowni wodnej. Jedyne, co mogą mi zaproponować, to zawrócić 8 km do śluzy Opatowice, którą wpłynąłem, i popłynąć jak barka – legalnie. Można też wyjść z wody przy wyspie Piasek i lądem z pontonem i bagażami dostać się jakoś za jaz. Do miejsca, gdzie możliwe będzie wodowanie, to piechotą 2 km. Które trzeba by pokonywać trzykrotnie. Ale to i tak niemożliwe, bo centrum miasta, wąskie chodniki itp. Wygląda na to, że utknąłem.

Widok na katedrę w Ostrowie Tumskim.
Widok na katedrę w Ostrowie Tumskim

Tymczasem nadchodzi burza. Nielegalnie dopływam do Wyspy Słodowej, wypijam szklankę soku, cumuję ponton i idę obejrzeć jaz i nieczynną ogromną śluzę miejską. Wygląda to groźnie. Decyzję trzeba podjąć szybko, umawiam się z ochroniarzem pobliskiego hotelu, że otworzy mi małą bramkę na zapleczu tarasu restauracji, tuż obok śluzy. W świetle piorunów, łamiąc wszelkie zakazy, przepływam zakazaną odległość, dobijam do śluzy. Tylko czekam na policyjną motorówkę. Z pomocą pana ochroniarza przenoszę część bagaży przez ruchliwą ulicę, śluzę i spory kawał w dół rzeki, z pontonem pomagają mi napotkani studenci, pijący piwo obok śluzy.

Ludzie potrafią być fantastyczni,

o nic się nie prosiłem, a oni sami widząc, jak męczę się z pontonem na przejściu dla pieszych, podbiegli, zabrali, przenieśli, zwodowali. Zamiast 2 km lądem było jakieś 400 metrów. Wreszcie jest! – motorówka policyjna pędzi w kierunku śluzy po mnie! Ale ja jestem już po drugiej stronie, nie dostaną się tu i mogę im pomachać.

Niebo pęka zalewając Wrocław ścianą wody. Płynę brzydkim, zaniedbanym kanałem Odry Południowej. Woda zalewa mnie, w dodatku nadchodzi noc. Na złączu z Odrą Północną przy elektrociepłowni widzę wyjście na brzeg. Mokry, ale szczęśliwy, wypełzam na trawę, rozbijam namiot. Przypominam sobie, że miałem we Wrocławiu zrobić zakupy. Na to jednak już za późno. Zostałem bez chleba i wody a potężny kompleks przemysłowy huczy mi przez całą noc tuż do ucha. Śpię doskonale.

Zupełnie inna rzeka

Następnego dnia wypływam skoro świt. Piękny ciepły dzień. Udaje się zrobić zakupy w jednej z dalszych dzielnic Wrocławia. Śniadanie jem na wodzie, wewnątrz śluzy Rędzin, tuż pod największym mostem w Polsce. Auta szumią mi nad głową.
Do Brzegu Dolnego jest stąd 16 km, które po stojącej wodzie płynę do 16-tej. Odra rozlana tworzy tu niemal jezioro. Dziwny cud: w Brzegu Dolnym nawałnica, a na mnie, kilometr od celu, nie spada ani kropla wody. Ostatnia śluza okazuje się być nieczynna. Na moje krzyki w końcu przychodzi pan Staszek – śluzowy. Jedyne, co może mi pomóc, to przenieść ponton na drugą stronę, nad kanał jazu. Za niska woda, by śluzować. Przenosimy się więc.

Śluza Rędzin i największy most w Polsce.
Śluza Rędzin i największy most w Polsce

Dalej jest już zupełnie inna Odra. Rzeka wreszcie płynie, silnym nurtem, prawie 6 km/h. Pod mostem kolejowym w Brzegu Dolnym, bystrze, wręcz jak na Dunajcu, fala przelewa się przez ponton. Płynę jak zwykle aż do zmroku. Dziko tu choć trochę jednostajnie, z powodu regularnych ostróg usypanych z kamieni przy obu brzegach. Tak już będzie praktycznie do Szczecina.

Kolejnego dnia zwiedzam ogromny kompleks opuszczonego klasztoru w Lubiążu. Od pani, u której zostawiłem telefon do podładowania, dostaję dużą reklamówkę ogórków, pomidorów, marchewek – prosto z ogródka. Moja dieta wzbogaci się. Mili ludzie mieszkają nad rzekami. Płynę nieco monotonną Odrą, zachwycając się, to bocianem czarnym, to orłem bielikiem, to bobrami, które wypływają wieczorami na żer. Czasem bobry są tak blisko, że można je pogłaskać, zwykle jednak wyczuwają mnie z odległości kilku metrów i nurkują bijąc ogonem o powierzchnię wody. Po wielu trudach mijam Głogów zupełnie bez wrażenia. Miasto choć duże, wydaje się być odwrócone tyłem do rzeki, tam gdzie we Wrocławiu są bulwary, w Głogowie są… tory kolejowe. Pociąg jedzie tu spory kawał tuż przy rzece. Co innego Nowa Sól, ładne miasto i przyjazny port, albo Bytom Odrzański – również ciekawie położony na niewielkim wzniesieniu. A później długi prosty odcinek, gdzie tylko krzaki, kamienne ostrogi i dzicz, aż wreszcie Cigacice i Krosno Odrzańskie

Nocleg tuż za Bytomiem Odrzańskim. Czasami Odra stwarzała niepodziewane łachy.
Nocleg tuż za Bytomiem Odrzańskim. Czasami Odra stwarzała niepodziewane łachy

z opustoszałą mariną i dumnym napisem „Wypożyczalnia jachtów”, ale żadnego jachtu tu nie widać. Nieopodal do Odry wpada Bóbr – dziesiąta pod względem długości rzeka Polski i Odra wzbogacona o jego wody, poszerza się nieco. Zaraz też mamy ujście Nysy Łużyckiej i od tej pory lewy brzeg to już Niemcy. Nocuję zwykle na piaszczystych łachach, które gdzieniegdzie rzeka tworzy tuż za kamiennymi ostrogami. Takie prywatne plaże, tylko dla mnie. Ciekawostką na tym odcinku jest ruina mostu we wsi Kłopot. Most wysadzili Niemcy w kwietniu 1945 roku i nigdy nie został on odbudowany. Dziś to monumentalny i piękny betonowy taras wrzynający się nieco w wodę. Wstęp na niego wzbroniony, wchodzę więc i robię kilka zdjęć rzeki z góry.

Szczecin to nie koniec

Frankfurt to piękne niemieckie miasto, zbudowane chyba celowo tak, żeby wywierać wrażenie piękna i potęgi na oglądających go z drugiego brzegu Polakach, mieszkańcach znacznie skromniejszych Słubic. Niestety tę okolice mijam w deszczu z kapturem opadającym na głowę. W Słubicach zachodzę do apteki po maść na oparzenia. Dłonie wyglądają nieciekawie. Od wewnątrz grube odciski od wioseł, od zewnątrz bąble i rany od oparzeń. Norma na spływach pontonem, ale ból nieprzyjemny i każde zaciśnięcie pięści go powiększa.

W Kostrzyniu krótki postój przy ujściu Warty – trzeciej polskiej rzeki. Odra staje się tu niemal dwa razy szersza. Niestety taka przestrzeń rodzi kłopoty – potężnie wieje, co chwila przechodzą czarne chmury, siejąc deszcz. Ale zaciskam zęby i płynę. Gdy zatrzymuję się w Osinowie – nocuję w najdalej wysuniętym na zachód punkcie Polski – ulewa nie wypuszcza mnie z namiotu do 17-tej. Czasem bywa i tak. Czytam wtedy książkę, zjadam zapasy. „Lolitę” już skończyłem, obecnie jest to „Żyjący z wilkami” Shauna Ellisa. Z Osinowa do Krajnika płynę nocą, w świetle latarki, ale omal nie wpadam na barkę, poza tym mgła nad rzeką podnosi się tak gęsta, że około drugiej w nocy kapituluję.

W Widuchowej Odra rozdziela się na Wschodnią i Zachodnią. Wyspa między nimi tzw. Międzyodrze była kiedyś zmeliorowana i zamieszkana przez Niemców. Dziś jest to dziki rezerwat przyrody, pełen ptactwa i niespodzianek.

Krzywy las w Nowym Czarnowie koło Gryfina.
Krzywy las w Nowym Czarnowie koło Gryfina

Oglądam dokładnie osiem zrujnowanych, nieużywanych od lat 70. śluz. Przygnębiający widok. Nocą wpływam do przyjaznej przystani w Gryfinie, wzbogacam sobie wrażenia poranną wycieczką do Nowego Czarnowa. Rośnie tam słynny na całą Polskę „krzywy las”. Kilkadziesiąt nienaturalnie wygiętych w łuki sosen ma być pozostałością po niemieckich czołgach, lub tajnej, magnetycznej broni Hitlera, w praktyce jednak kształt taki nadali im prawdopodobnie szkutnicy, chcący wystrugać z nich wręgi do kutrów rybackich.

Nocą do Zalewu

I wreszcie Szczecin. Kusi, żeby tu wysiąść i spływ zakończyć, bo dworzec kolejowy jest przy samej wodzie. Ja jednak kupuję tu jedynie kolejną książkę, zjadam niedobrą zapiekankę i płynę dalej. Od tej pory już nielegalnie, bo znajduję się na wewnętrznych wodach morskich. Wiem, że na ten odcinek powinienem mieć zgodę kapitanatu portu, ale wiem też, że zgodę taką trudno uzyskać. Już raz mi odmówiono, tym razem nawet nie próbuję pytać, po prostu płynę. Mijam szczecińskie bulwary, Wały Chrobrego. Podziwiam przycumowane przy nich zagraniczne, ogromne białe statki. Celem na wieczór są Police, ale żeby tam dotrzeć, muszę przebyć Stocznię Szczecińską i niezliczone przemysłowe przystanie. Oglądam remonty wielkich statków, na wyciągnięcie ręki. Spory tu hałas, powietrze niezbyt świeże od spalin wielkich maszyn i pyłu węgla. Nurt rzeki zniknął całkiem, woda znów stoi. Zanim dotarłem do Polic nastała noc.

I zostałem sam w ciemnościach na ogromnym rozlewisku Odry.

Ponieważ wreszcie wiatr nie wieje, płynę, kierując się światełkami toru wodnego. Obok mnie w mroku co rusz przepływają statki, takie na 200-300 metrów długości. Każdy robi falę, która mogłaby mnie zatopić, gdybym tylko nie ustawił się do niej pontonem pod odpowiednim kątem. Mam to opanowane do perfekcji.
Nie wiem, jakim cudem udało mi się minąć przystań w Świętach, naprzeciwko Polic. Liczyłem na światła, jakiś pomost, ale nie zauważyłem niczego, zmyliła mnie za to zielona poświata, do której wiosłowałem przez kolejne dwie godziny – aż to jedyne niemigające światło okazało się podświetlonym zakazem cumowania. Wyszedłem na dość nierówny, poryty teren i dostrzegłem tablicę: „metan, grozi wybuchem”. Jest po północy. Rozbijać namiot, czy nie? Nie decyduję się na nocleg. Odbijam w stronę lewego brzegu, uciekam przy okazji przed potężnym zbiornikowcem. Przemierzywszy w ciemnościach akwen wszerz, długo płynę wzdłuż brzegu, by około 3 nad ranem wylądować na stacji uzdatniania wody tuż przed Trzebieżą. Jestem bardzo zmęczony, to była cholernie długa noc.

Zalew

Rano widzę, że właściwie w nocy dopłynąłem pod sam Zalew Szczeciński. Jednak do 14-tej pada deszcz, siedzę więc w namiocie, czytam. Po 16-tej wypływam.
Na tym końcowym etapie planowałem być bardzo ostrożny. Chciałem zapytać kogoś o warunki, jakie mogę zastać na zalewie. Zbiornik długi na 70 km, szeroki na 22, nazywany jest małym morzem. Nie widać tu drugiego brzegu, a fale, które pojawiają się tu przy zachodnim wietrze, zatopiły już niejeden jacht. Wiedziałem jednak, że jeśli wpłynę do Trzebieży, to chcąc nie chcąc powiadomię wszystkich o moim istnieniu, wzbudzę alarm i nikt mnie na zalew nie wypuści. Postanawiam więc po prostu płynąć.

Jedna z bram nawigacyjnych na Zalewie Szczecińskim.
Jedna z bram nawigacyjnych na Zalewie Szczecińskim

Mijam Trzebież, wpatrzony w odległe bramy toru wodnego, prowadzącego do kanału portowego Świnoujścia. Mijam pogłębiarkę „inż. St. Łęgowski”, pracującą u wrót zalewu. Po pół godziny brzeg zostaje w tyle, a ja tylko czekam na motorówkę straży przybrzeżnej lub policji, która wypłynie do mnie i odholuje mnie do brzegu. Nic takiego jednak nie ma miejsca. Nie dostrzeżono mnie!
Dobrze! Płynę więc dalej, dookoła aż po horyzont mając tylko wodę. Okoliczności mi sprzyjają, pogoda również. Ale do czasu. Po dwóch godzinach wiosłowania, gdy już na horyzoncie zaczęła majaczyć ciemniejsza kreska brzegu Świnoujścia, zaczęło wiać. – No to koniec – pomyślałem, podmuchy szybko przybierały bowiem na sile, a po lewej dostrzegłem pędzącą od niemieckiego brzegu chmurę burzową. Jeżeli rozpęta się tu szkwał, będę bez szans, ale i będę walczył do końca. Już w odległości kilku kilometrów widzę nadpływający w moją stronę potężny gazowiec Arki, długi na przeszło 200 metrów i wysoki jak wieżowiec. Najgorsze, że jak na takiego olbrzyma, zbliża się bardzo szybko, a mnie wiatr wpycha prosto na jego tor wodny.

Spotkanie z gazowcem Arki o długości ponad 200 m.
Spotkanie z gazowcem Arki o długości ponad 200 m

Wiosłowanie przy niemal metrowych falach nie przynosi większych efektów. Daję z siebie wszystko, by na okręt nie wpaść, wiosłuję w przeciwnym kierunku, pod wiatr, ale jestem trochę jak łupinka orzecha wrzucona do oceanu.
Wreszcie Arki mija mnie o ok. 10 metrów, przy okazji robiąc falę wysoką na oko na 3,5 metra, spienioną u góry i wielką jak ściana. Fala ta idzie na mnie, odwracam ponton tyłem i przez chwilę lecę w powietrzu na jej grzbiecie, jak piłka kilka metrów nad poziomem wody. Cudowne przeżycie, choć groźne. Na szczęście takich olbrzymów nie widzę więcej, dalej mija mnie tylko kolejna pogłębiarka „Christophorus” i dwa spore jachty; załoga jednego podpływa do mnie i pyta, czy nie wziąć mnie na hol. Ale Świnoujście już niedaleko a burza, która szła od zachodu, zatrzymała się parę kilometrów dalej. Odmawiam. Oglądam cudowny zachód słońca nad zalewem – nagroda za trudy podróży. Po zmroku mijam wejście do kanału Świny, za zacisznym falochronem przestaje wreszcie rzucać pontonem. Z twarzą oblepioną przez jętki, zwabione światłem czołówki, szukam możliwości wyjścia na brzeg, wreszcie wspinam się po kamiennym falochronie i rozbijam namiot tuż nad kanałem.

Aresztowanie

Całą noc wiatr wyje w koronach drzew, jak wściekły pies. Rano też nie jest dobrze, deszcz przechodzi nade mną w regularnych odstępach co pół godziny. Ledwo namiot obsycha – leje znów. Co chcę wypływać – leje. Po którejś próbie powrotu do namiotu przykucam z obrzydzeniem – wewnątrz wyraźnie coś śmierdzi. Po chwili dochodzę do wniosku, że to ja. W kanale portowym robię więc pranie. Przez chwilę świeci słońce, wszystko schnie, ale chwila mija i znów ulewa. Jedzenie mi się kończy, korzystam więc z mapy Świnoujścia i dzwonię do wszystkich dostępnych pizzerii. Nikt nie chce mi jednak przywieźć nic w miejsce, w którym rozbiłem obóz. Za daleko. Dopiero przed 18-tą przeszła ostatnia chmura. Zwijam obóz i po chwili wiosłuję do Świnoujścia. Mijam pierwsze zabudowania, promy w Karsiborze. Zachodzi słońce, gdy mijam ogromne promy do Skandynawii, do przystani mam jakieś 2 km. Plan jest taki, by tam znaleźć nocleg, a rano, na wschód słońca wypłynąć na morze.

Nocne promy w Świnoujściu.
Nocne promy w Świnoujściu

Ale tuż po zmroku, przy wejściu do przystani pada na mnie ogromny reflektor światła z pogłębiarki pracującej u wyjścia w morze. A za chwilę drugi reflektor wyławia mnie z gęstniejącego mroku. Po chwili jest już przy mnie szybki bojowy ścigacz straży granicznej. – Proszę przybić do brzegu – mówi strażnik przez megafon. Nie mam wyjścia. Ponton zostaje przywiązany do przystani SG, a ja wzięty na pokład kutra na przesłuchanie. Krucho ze mną – nie mam zgody kapitanatu portu Świnoujście, odpowiedniego oświetlenia i płynę pod nieznaną banderą – flaga piracka. Jestem piratem, który nielegalnie wpłynął na wewnętrzne wody morskie Rzeczpospolitej. Zostaję aresztowany.
Moje wyjaśnienia budzą zdziwienie i śmiech. Jak to z Ostrawy? Bez silnika? I czemu bez zgody. Oczywiście tłumaczę, że nie wiedziałem o konieczności posiadania zgody, mówię skromnie, że jakoś udało się dopłynąć… Po sprawdzeniu dokumentów i sporządzeniu protokołu, zostaję zwolniony do przystani. Strażnicy robią sobie ze mną zdjęcie.

Tak pięknego finału nie spodziewałem się

O porannym wypłynięciu na wschód słońca nie ma mowy. Rozbijam namiot na terenie przystani miejskiej, rano myję się i golę w umywalni. Wyglądałem strasznie, teraz udało się zza warstwy brudu i zarostu wyskrobać całkiem przystojnego faceta, spalonego słońcem i szczęśliwego. Na dalszy odcinek 1 km do morza, muszę uzyskać zgodę kapitanatu portu. Bez tej zgody pogranicznicy nie wypuszczą mnie z przystani. Cóż, dzwonię do kapitanatu portu i mówię, jak sprawa wygląda… – No, skoro już tyle pan przepłynął, to proszę ostrożnie sobie dopłynąć do morza – słyszę. – Choć nie wiem, jakim cudem udało się panu tutaj aż dotrzeć…
I wypływam. Dobijam do białego wiatraka – symbolu Świnoujścia. Tam pamiątkowa sesja zdjęciowa i radość z osiągnięcia celu. Wokoło mnóstwo ludzi, niektórzy robią sobie zdjęcia, inni zagadują, pytają, com za jeden, a gdy już wiedzą, robią sobie zdjęcia również ze mną.

Biały wiatrak -- symbol Świnoujścia.
Biały wiatrak — symbol Świnoujścia

Już na falochronie odbieram telefon z kapitanatu portu: – Zapraszamy pana na wieżę, do nas. Musi nam pan koniecznie opowiedzieć o swoim spływie. Przeprawiam się więc pontonem na drugi brzeg Świny, a tam czeka na mnie pan Edward Cybulski – oficer dyżurny kapitanatu. Wita się ze mną, pomaga wyciągnąć ponton na brzeg i niesie go ze mną na teren wieży kapitanatu.

Na wieżę wjeżdżamy windą, obserwujemy z góry cały port. Pan Edward opowiada o swojej pracy, dowiaduję się, jak obserwowane są statki na Bałtyku, na Zalewie Szczecińskim, aż od Szczecina. Ja opowiadam o swoim spływie, pokazuję zdjęcia, pijemy kawę. Wreszcie pamiątkowe fotografie na wieży, uścisk dłoni. Aresztowaniem przez SG mam się nie martwić, ale lepiej sprawę tę wyjaśnić od razu w siedzibie kapitanatu, złożyć oświadczenie. Robię to następnego dnia.

Po co to wszystko?

W Świnoujściu pozostałem kilka dni. Nazajutrz po osiągnięciu morza odwiedziła mnie Telewizja Szczecin, wezwana przez jednego z żeglarzy. Jak to media; przez godzinę kręcili film o moim spływie, a zrobili z tego jednominutowy materiał, tak tnąc zdania, że wszystko wyszło pokręcone, ale i nie oczekiwałem nic więcej. Bo i nie dla mediów pływam, nie dla sławy.
Wielu pokonanie Wisły czy Odry pontonem bez silnika nazywało już wyczynem, dla mnie to najlepszy sposób na wypoczynek, oderwanie się od problemów, kompletny reset dla przemęczonego umysłu i kilka tygodni życia w innym świecie. Powrót do natury, płynięcie nago wśród czapli, bobrów, bocianów białych i czarnych, zwiedzanie miasteczek i wsi, tak pięknych i różnorodnych, aż nie do opisania. Wreszcie fotografia, ale ta zawsze jest spóźniona, najpierw bowiem chłonę dany widok, cieszę się nim. Czasami jest zbyt pięknie, by wyciągać aparat, by coś fotografować. Wiele ptaków uciekło mi zanim nacisnąłem migawkę, wiele wschodów słońca dojrzało zanim zachciało mi się w ogóle sięgnąć po futerał.
Mój spływ to przeszło 840 km w tym jakieś 240 km wodą stojącą. 24 śluzy, Zalew Szczeciński, wreszcie Bałtyk. To dla mnie przywrócenie utraconej wiary w ludzi, którzy nad rzekami są jakby bardziej przyjaźni i chętni do pomocy. To wiele godzin refleksji i przemyśleń nad światem, miłością i społeczeństwem, oglądanym z niezwykłego dystansu, z perspektywy wody. Najwspanialsza i najciekawsza, a przy tym śmiesznie tania forma wakacji. Wcale nie żaden wyczyn, a jedynie droga do spełniania marzeń, poznania własnych możliwości i słabości, bo podróż z nurtem rzeki staje się zawsze podróżą w głąb siebie.

Więcej: Pełna galeria zdjęć ze spływu Odrą (Facebook)

Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”, zaś w latach 2013-2016 dziennikarzem i redaktorem. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły” oraz redaktorem wielu zbiorowych publikacji. W roku 2007 otrzymał nagrodę za najciekawszy debiut Podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich. Więcej: Facebook
Mapka dorzecza Odry: RZGW w Szczecinie

Poszukiwania rakiety Hitlera

PIOTR DURAK -- reportaż

Lato 1943 roku. Do niewielkiej miejscowości Blizna, leżącej ok. 20 km od Mielca, przybywają oddziały niemieckie. Przymusowo wywożą mieszkańców, wysiedlając wieś i okolice. Palą domy, równają z ziemią zabudowania gospodarskie. W tym miejscu w okolicznych lasach, skryty przed światem, powstaje doświadczalny poligon, na którym ma być testowana tajna broń Hitlera — pierwsze na świecie rakiety dalekiego zasięgu o kryptonimie V2. Długie na 14 metrów i ważące ponad 12 ton rakiety to pierwsza taka broń na świecie. W zamyśle hitlerowców mają zniszczyć Londyn, Paryż, później Moskwę. W podmieleckich lasach wznoszone są betonowe bunkry i wyrzutnie, doprowadzane tory kolejki wąskotorowej. Po kilku miesiącach ściśle tajny poligon zaczyna funkcjonować. 5 listopada z Blizny startuje pierwsza próbna rakieta V2.

Ściśle tajne

W tym czasie w okolicy działa oddział partyzancki pod dowództwem Aleksandra Rusina „Rusala”. Partyzanci-dywersanci mocno dają się we znaki Niemcom. Po powstaniu poligonu „Rusal” otrzymuje rozkaz o zaprzestaniu działań dywersyjnych i skupieniu się na akcjach wywiadowczych — ma za cel rozpoznanie i, o ile to możliwe, przechwycenie którejś z niemieckich rakiet.

Roman Rusin -- syn żołnierza wyklętego Aleksandra Rusina z portretem ojca przy szczątkach rakiety V2. Foto: Piotr Durak.
Roman Rusin — syn żołnierza wyklętego Aleksandra Rusina z portretem ojca przy szczątkach rakiety V2. Foto: Piotr Durak

Rakiety V2, startujące z poligonu w Bliźnie, były prototypami testowymi, w miejscu głowicy z ładunkiem wybuchowym posiadały obciążenie z betonu lub z ołowiu. Pracowano wówczas nad doskonałością ich napędu i układów naprowadzających. — To między innymi w tej rakiecie zastosowano pierwszy, prymitywny komputer żyroskopowy i najnowocześniejszy radiowy system naprowadzający. Tą technologią Niemcy wyprzedzili swój czas i alianci gotowi byli wiele zrobić, by przejąć taką rakietę w jak najlepszym stanie — mówi Mariusz Mazur, historyk-pasjonat. Z poligonu w Bliźnie Niemcy wystrzeliwali V2 w kierunku zajętych przez siebie terenów, m.in. poligonów w Nowej Dębie czy w Sarnakach, by w razie niekontrolowanego upadku rakiet, uniemożliwić przechwycenie ich przez wroga. Szacuje się, że z Blizny wystrzelono ponad 200 tych ogromnych rakiet. Nie wszystkie jednak doleciały do miejsca przeznaczenia…

Rakiety spadały

— Był to chyba maj 1944 roku. Mój tata wraz z żołnierzami był wówczas w okolicach swojego domu pod Dobryninem, gdy zauważyli, jak wystrzelona z Blizny rakieta V2 zaczęła koziołkować w powietrzu i upadła około półtora kilometra od miejsca, w którym przebywali — opowiada Roman Rusin, syn Aleksandra. — Ojciec z żołnierzami natychmiast pojechali tam na rowerach. Jadąc, zauważyli połamany las i leżącą na ziemi, wciąż ziejącą ogniem rakietę. Podbiegli do niej, a ojciec krokami przemierzył długość i średnicę, po czym szybko się oddalili, ponieważ Niemcy na motocyklach przeszukiwali teren — dodaje. — Niedługo później ojciec, przebywając z oddziałem w lasach niedaleko Blizny, zauważył, jak wystrzelona rakieta V2 rozpadła się w powietrzu na dwie części. Tylna cześć spadła na torfowe łąki nieopodal Blizny, natomiast przednia część poleciała dalej i upadła w lesie. Ojciec natychmiast zamaskował oba miejsca upadku rakiety i Niemcom mimo poszukiwań nie udało się ich odnaleźć — mówi.
Wkrótce potem poligon w uwagi na zbliżający się front musiał zostać ewakuowany. Niemcy niszczyli budynki i zacierali ślady. Jesienią 1944 roku do domu Rusinów zapukała międzynarodowa komisja wojskowa. W jej skład wchodzili Amerykanie, Anglicy, Francuzi i Rosjanie. Aleksander Rusin oprowadził ich po Bliźnie, a następnie wskazał miejsce upadku tylnej części rakiety. Zabrano wtedy wystające z ziemi elementy. Było tego pół wojskowej ciężarówki. Miejsca upadku przedniej części „Rusal” jednak nie wskazał, czekając na dalszy rozwój wydarzeń…

To nie ta Polska

Przednia część rakiety, wraz z oprzyrządowaniem, komputerem sterującym i odbiornikiem radiowym pozostała ukryta w lesie. Spadając, wbiła się w ziemię, na głębokość ok. 2 metrów. Połamane drzewa powoli odrosły, a w miejscu upadku rakiety powstało oczko wodne, o średnicy ok. 6 metrów. W latach 70. Aleksander Rusin pokazał to miejsce dorastającemu synowi — Romanowi. — Razem z ojcem przychodziliśmy tutaj i z pomocą bosaka grzebaliśmy w dnie bajora, w torfie, czasem zahaczając o elementy rakiety i wyciągając z ziemi różne części: blachy; stalowe i aluminiowe, wiązki kabli, jakieś podzespoły elektroniczne. Wreszcie zahaczyliśmy osęką o coś dużego i bosak utkwił w bagnie, nie mogliśmy go wyciągnąć. Ale wydobyliśmy ok. 300 kg różnych elementów V2. Zwoziliśmy to do domu i… leżało pod płotem. Nikt się tym wówczas nie interesował, więc później ojciec przekazał te elementy do Muzeum Regionalnego w Rzeszowie – opowiada Roman Rusin. — Miejsce upadku jednak utrzymywaliśmy dalej w tajemnicy. Ojciec miał nadzieję, że kiedyś powstanie w Bliźnie muzeum i że ukryte w bagnie fragmenty V2 znajdą tam swoje miejsce — opowiada syn „Rusala”. — W późniejszym okresie do taty przyjechał ówczesny nadleśniczy Nadleśnictwa Tuszyma i zaproponował współpracę. Obiecywano mu, że w budynku Nadleśnictwa powstanie izba pamięci, w której jego zasługi będą wyeksponowane razem z leśnikami, którzy także uczestniczyli w ukrywaniu śladów rakiety. Ojciec, dzieląc się swoją wiedzą, zachowywał ostrożność. Wskazał tylko miejsce upadku pierwszej rakiety i tylnej części tej drugiej. Wydobyte fragmenty rakiet przejęło Nadleśnictwo do tworzonej izby pamięci. Tam przez krótki czas częściowo wyeksponowano zasługi mego ojca, potem jednak ekspozycję usunięto, a wszystkie zasługi przypisano leśnikom. Mój ojciec po tym fakcie był bardzo rozgoryczony. Mówił, że to jeszcze nie ta Polska, o którą walczył — opowiada Roman Rusin.

Tajemnica w testamencie

Krótko przed śmiercią „Rusal” upoważnił swego syna, aby ten, w przypadku gdy w Bliźnie powstanie muzeum, przekazał tam jego mundur i wszystkie po nim pamiątki oraz wskazał odpowiednim ludziom miejsce upadku przedniej części V2. — Prosił, abym stał na straży, by nieskrzywiona historia została przekazana następnym pokoleniom — opowiada Roman. — Na dzień dzisiejszy tylko częściowo spełniłem wolę ojca. Wypożyczyłem mundur i inne pamiątki do Parku Historycznego w Bliźnie — dodaje. Po latach milczenia postanowił też zaprowadzić poszukiwaczy w miejsce upadku przedniej części V2, stawiając tylko warunek, by to, co wydarte zostanie ziemi, pozostało na miejscu, w Bliźnie. To był początek wielkiej akcji poszukiwawczej.
— Razem z Andrzejem Helowiczem odnaleźliśmy pana Romana i zapewniliśmy go, że wszelkie warunki jego ojca zostaną spełnione. Wówczas zaprowadził on nas głęboko w las i wskazał niewielkie bagno. Już pierwsze badania wykrywaczem metalu wykazały, że na dnie znajdują się duże, metalowe elementy. Wykrywacz wskazywał zarówno na stal, jak i aluminium i miedź — opowiada Mariusz Mazur.
Ponieważ zgodnie z prawem podobnych poszukiwań nie można przeprowadzać bez uzyskania zezwoleń, detektywi historii zwrócili się o pomoc do samorządowców, władz Mielca i różnych regionalnych stowarzyszeń i pasjonatów. W pierwszej kolejności udało się uzyskać pozwolenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Nadleśnictwa Tuszyma. W poszukiwania zaangażowały się Park Historyczny w Bliźnie, Podkarpackie Stowarzyszenie „Ocalić od zapomnienia”, Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Bliźnienskiej, Aeroklub Mielecki — sekcja historyczna oraz OSP Dymitrów Mały i OSP Biały Bór, jako jednostki wspierające. Całą akcją kierował archeolog Dominik Kurek, który poinstruował poszukiwaczy o metodach prowadzenia wykopalisk. Wreszcie w sobotę rano wszystko było gotowe.

Wyciągamy z błota

Już przed ósmą rano wraz z grupą kilkudziesięciu mężczyzn zgromadziliśmy się pod budynkiem OSP Dobrynin, by pod przewodnictwem Romana Rusina wyruszyć do lasu. Na miejscu zastajemy podmokłe torfowisko w gęstym, brzozowo-olchowym zagajniku. Do niedawna cały teren był pod wodą, za sprawą żeremia bobrów, ale teraz woda opadła. Wykrywacz metalu, przyłożony w tym miejscu do ziemi, dosłownie oszalał. Pokazywał zakopane na głębokości 2,5-3 metrów duże kawałki aluminium, miedzi, stali. Na myśl, że tutaj tkwią szczątki słynnej rakiety, wszystkim szybciej płynie krew w żyłach. Rozpoczyna się kopanie i odpompowywanie wody, która co rusz napływa do wykopu. Strażacka pompa szlamowa ledwo radzi sobie w tych warunkach, wodę trzeba wylewać wiadrami. Co rusz odnajdujemy to fragmenty blachy z poszycia rakiety, to miedziane wiązki kabli, jeszcze w otulinach, doskonale zachowane.

Poszukiwania w błocie i w deszczu. Foto: Piotr Durak.
Poszukiwania w błocie i w deszczu. Foto: Piotr Durak

Jest tego kilkanaście kilogramów. Największe fragmenty rakiety są jednak ciągle głęboko. — Sądząc po kraterze, jaki wybity był w ziemi, byliśmy pewni, że w to miejsce uderzył jakiś duży przedmiot. Nie wiedzieliśmy tylko, jak to coś odkopać. Było nas na miejscu około 20 chłopa, ustawialiśmy się w rzędzie i kilkoma wiadrami wyciągaliśmy ziemię, wodę i szlam. Staliśmy po pas w błocie, a co odkopaliśmy, to szlam napływał od nowa — opowiada Andrzej Helowicz. To głównie on własnymi rękami wydobył z wykopu kilkaset wiader błota — łącznie kilka ton szlamu. Każde wiadro sprawdzano wykrywaczem, a z każdym odkrytym kawałkiem rakiety poszukiwaczom nie ubywało, a wręcz przybywało sił. Mijają godziny. Wreszcie w brunatnej wodzie udaje się odkopać uchwyt we fragmencie dużego elementu rakiety, o który można zaczepić linę. Na powierzchni ziemi ląduje szpic osęki, jakim w latach 70. Roman Rusin, wraz z ojcem wydobywali fragmenty pocisku. Znalezisko podnosi wszystkich na duchu. Niestety część dziobowa V2 wydaje się tkwić w ziemi bardzo głęboko, zassana przez błoto i czas. Nie daje rady zespołowa siła ludzkich mięśni ani quad terenowy, przybyły na miejsce. — Tu potrzeba ciężkiego sprzętu — stwierdza Mariusz Mazur. Na to jednak zgody z Nadleśnictwa nie było…

Koparka konieczna

— Byliśmy w kropce, bo nie mieliśmy zgody na użycie koparki, a była ona tutaj niezbędna — mówi Mariusz Mazur. Gdy na miejscu pojawiła się Telewizja Rzeszów, a dzień później poszukiwacze trafili do Teleexpresu, sprawa stała się ogólnopolska. — Trochę zadrwiła sobie z nas Panorama, przedstawiając ironicznie całą akcję i porównując nas do osób ogarniętych gorączką złota, jak dawni poszukiwacze w Ameryce lub obecni, w Wałbrzychu, rozbijający się za złotym pociągiem. Śmiano się, że grzebiemy się w błocie. W internecie pojawiły się komentarze, że kawał lasu niszczymy dla wydobycia „kilku blach”. Ale dla nas te blachy faktycznie były cenniejsze niż złoto. Szczęśliwie Nadleśnictwo Tuszyma zrozumiało wagę poszukiwań i zezwoliło nam na wjazd koparki — mówi Mazur.
— Osoby, które się tym nie zajmują, nie zdają sobie sprawy, jak cenne to znalezisko. Dla niektórych będą to jakieś pordzewiałe blachy, a dla innych ludzi bezcenny ślad historii — dodaje Andrzej Kulpa z Podkarpackiego Stowarzyszenia Poszukiwaczy „Ocalić od Zapomnienia”.

Będziemy drzeć pazurami

Drugi dzień wykopalisk zaczął się od szoku i niedowierzania. Okazało się, że przez jedną noc dół głęboki na ponad 2 metry całkowicie wypełnił się wodą. W nocy padało, ale nie na tyle, by zatopić cały rezultat pracy jednego dnia! Poszukiwacze natrafili jednak na podziemne źródło, które wybijało w tym miejscu. W ruch poszły pompy szlamowe trzech jednostek strażackich: Dymitrów Mały, Biały Bór i Rzemień, jednak wody wciąż przybywało. Na miejscu pojawiła się koparka, ale nawet po odwodnieniu wykopu niewiele mogła zrobić – zasięg jej ramienia był zbyt mały. Dół cały czas osuwał się i maszyna nie mogła podjechać blisko jego krawędzi. Operator nie był w stanie dosięgnąć łyżką do dna wykopu. W dodatku odkrywcom skończyły się środki finansowe. — Temat nas przerósł. Był poniedziałek i kryzys, jaki nas spotkał, był ogromny. Nie mieliśmy pieniędzy, a nie mogliśmy przecież porzucić prac w takim momencie! Pomyślałem, że będziemy drzeć pazurami, aż wydrzemy — mówi Mazur.

Tu z pomocą przyszedł Zbigniew Tymuła — starosta powiatu mieleckiego, który zaofiarował się ściągnąć na miejsce ciężką koparkę mieleckiej firmy Dziewit. W piątek olbrzymia maszyna na lawecie wjechała do lasu. I choć od rana padał ulewny deszcz, odkopywanie rakiety ruszyło pełną parą.

Ciężki sprzęt w akcji.
Ciężki sprzęt w akcji. Foto: Piotr Durak

Po odpompowaniu zalegającej wody koparka zaczęła wybierać z wykopu ziemię i szlam. Olbrzymia łycha wgryzała się w dół szybciej, niż ten zdążył się ponownie wypełnić wodą i zsuwającym się z brzegów błotem. Tak po godzinie pracy odsłonięto spory fragment rakiety. Widzimy sterczące z ziemi wiązki kabli i poskręcane blachy. Operator koparki delikatnie podważa znalezisko i wyciąga pierwszy obły kształt ważący około tony. To najcenniejsza część rakiety, przedział znajdujący się za głowicą z ładunkiem wybuchowym, a w nim komputer sterujący. Wygląda na nieuszkodzony. Jeśli to prawda, będzie to prawdopodobnie jedyny zachowany taki mechanizm na świecie.
Pogłębiając wykop, łyżka koparki natrafia na kolejne elementy. Po chwili na powierzchnię wyciąga stożkowaty element — głowicę rakiety. Emocje sięgają zenitu.

5 minut sławy

Każdy z obecnych na miejscu pragnie mieć zdjęcie z głowicą rakiety. Do zdjęć ustawiają się członkowie stowarzyszeń „Ocalić od Zapomnienia”, Miłośników Ziemi Bliźnieńskiej, Sekcji Historycznej Aeroklubu Mieleckiego — wszyscy przemoknięci od deszczu, czarni od błota, jednak szczęśliwi, zjednoczeni poszukiwaniami. Niecodziennie wydobywa się z ziemi rakietę V2 – tajną broń Hitlera, w dodatku tak dobrze zachowaną, jedyną taką na świecie.

Część dziobowa niemieckiej rakiety V2. Foto: Piotr Durak.
Część dziobowa niemieckiej rakiety V2. Foto: Piotr Durak

Jeszcze tego samego dnia Mariusz Mazur wraz z Andrzejem Helowiczem, Romanem Rusinem, Andrzejem Kulpą i archeologiem Łukaszem Sroką trafiają do studia TVP Rzeszów na kilkunastominutowy wywiad. — Spełniło się marzenie mojego ojca. Wreszcie ta rakieta, wystrzelona z Blizny ponad 70 lat temu, trafia z powrotem w to samo miejsce. Jestem szczęśliwy — mówi Roman Rusin.

To jednak nie koniec tej historii. Szczątki rakiety odjechały do Parku Historycznego w Bliźnie. Tam czeka je odczyszczenie i konserwacja, by mogły być prezentowane szerszej publiczności. Kiedy? Prawdopodobnie dopiero w przyszłym roku, na kolejnej militariadzie. Już zainteresowały się nimi środowiska akademickie i muzea. V2 pozostanie jednak na Podkarpaciu. Tak zadecydował sam „Rusal”.

A co dalej?

Wydobyte elementy rakiety trafiły do Blizny. Niestety, niecierpliwość ma swoje złe skutki. Umyty naprędce karcherem miejscami zgubił swoją oryginalną farbę. Nic to w porównaniu ze zniszczeniem, jakiego dokonało 70 lat spoczywania w ziemi, jednak można było tego uniknąć. Po 3 miesiącach od wydobycia z bagna szpic rakiety eksponowany jest w muzeum. Trwają badania specjalistyczne nad mechanizmem żyroskopowym znajdującym się pod głowica dziobową. Zanim wszystkie wydobyte szczątki staną przed oczami gości odwiedzających muzeum, musi potrwać jeszcze kilka miesięcy.

Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły”. W roku 2007 otrzymał nagrodę równorzędną za najciekawszy debiut podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.
Foto na stronie głównej: rakieta V2 w Liskowie (archiwalne)

Emoralni*