A jednak wojna. Felieton przed końcem świata

Dłuższa dygresja na temat piękna świata. C. GRETKUS

Pierwsze dni wojny Rosji z Ukrainą budziły żywe, spontaniczne, naturalne i niewymuszone reakcje; z przyjemnością śledziłem ponoszenie strat przez agresora. Cieszyła mnie każda jego klęska. Lecz gdy mijał pierwszy tydzień walk, a rosyjska furia przybierała na sile, a ukraiński opór okupiony był coraz bardziej niewyobrażalną ceną ludzkich ofiar, zacząłem mieć dość.
Wszystkie komunikatory rozpoczynały swoje informacyjne serwisy od relacji z ukraińskich frontów. Telewizje pokazywały zrujnowane miasta, masowe groby, zburzone domy, dantejskie sceny brutalny gwałt.
Radio emitowało relacje z cudzych nieszczęść. Mnożyły się sprawozdania naocznych świadków. Fachowe i nieprofesjonalne komentarze, trafne i denne przemyślenia cywilnych i wojskowych strategów. W namiętnych podrygach, podskokach i podfruwach odbywały się sabaty gadających głów, złotoustych i krzywogębnych rozmówców wynajętych do tokowania.
Trwoga, lęk, bezustanne życie w niepewności, strachu i zagrożeniu, wszystko to jęło mi przypominać grę w premedytację; miałem niepokojące wrażenie, iż niektóre telewizje, gazety i rozgłośnie uwzięły się, by mnie przerazić, uczuciowo rozchwiać i zapędzić w posępny, bezwyjściowy kąt.

denning5

Guy Denning

Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
previous arrow
next arrow

W pierwszej parze medialnego poloneza szedł covid 19 siejąc przerażenie. Do boju ruszyły tematy maseczek, dystansów i respiratorowych afer. W kółko i na okrągło bębniono na temat handlu zdrowiem, obostrzeń i śmiertelności. Problemy były jak najbardziej ważne, lecz, poruszane bez umiaru, zastąpiły i przywaliły swym ciężarem inne. Jakby nic ważnego nie działo się obok.
A po covidowej zarazie, na tapetę wskoczył klimat. A razem z nim przypałętały się efekty cieplarniane. I, jak na trwogę, rozległy się ostrzegawcze brzęczyki, złowróżbne dzwonki, werble karzące się bać. W przekaziorach ukazały się zdjęcia burz, z gestapowskimi błyskawicami, nawałnice i trąby powietrzne.
W internecie i pozostałych kurwizjach zaroiło się od speców od wieszczenia klęsk. Panie i panowie pogodynkowie zanosili się od złych prognoz i upierdliwych zmian ciśnienia. W konsekwencji owego festiwalu horrorów miałem przygnębiające imaginacje: za dnia przymulał mnie strach przed rozwaloną chałupą, nocą gnębiły chagallowskie widziadła fruwających traktorów.
Zacząłem sprzeciwiać się narastaniu trwogi, tłumaczyć sobie, że sprawozdawcy i komentatorzy nieszczęść, szerząc przerażenie i rozrzucając defetystyczny nawóz, zarabiają w ten sposób na utrzymanie głodujących rodzin, że ich programy i kontrowersyjne wypowiedzi służą podnoszeniu słupkowego prestiżu tej czy tamtej stacji. Temu czy tamtemu nadawcy. A główny problem, to mroczna rozrywką dla nieczułej gawiedzi; dodatek do zaistnienia.

Nieprzerwany korowód nieszczęść, ciągłe szokowanie zachodzącymi kataklizmami, zapaścią i emocjonalną pląsawicą, zjawiska te, w zależności od światowego zainteresowania, znajdują się na liście przebojów lub z niej spadają.
Moment rozpoczęcia rosyjskiego blitzkriegu wygryzł covid i naraz szpitale zaświeciły pustkami. Jak gdyby ciężko chorzy przestali zawracać gitarę przemęczonej Służbie Zdrowia. Zaparli się w sobie i znienacka wyzdrowieli. Siłą zwiotczałych charakterów zrezygnowali z dalszego leczenia, a reszta ozdrowieńców wyrzekła się rehabilitacji.
O ile w początkowych okresach pandemicznej psychozy, różne kraje rozmaicie reagowały na zarazę, o tyle teraz przestały dostrzegać jej obecność. Jak za sprawą mody na zajmowanie się aktualnym problemem, wałkowało się zagadnienia szczepionek i namawiało społeczne piranie na procedery zgodne z lekarskimi perswazjami, tak po wygaśnięciu zainteresowania szczepionkami, na publiczną estradę wgramolił się nadciągający niż i susza zastąpiła opady.

Zobacz także: ANARCHIŚCI FA POZNAŃ — wywiad zakazany

Gdy zmusza się ludzi do widoku rozpaczy i bez przerwy bombarduje obrazami rozczłonkowanych ciał, tym częściej dopada ich intensywne zobojętnienie. Wszelki nadmiar owocuje przesytem. Do teraz mam w tyle głowy tragiczne zdarzenia ataku na WTC. Na ekranie wspomnień wyświetlają mi się sceny skaczących z wież, fotografie strażaków poszukujących ciał. Do teraz mam w uszach ostatnie komórkowe rozmowy, definitywne pożegnania z rodzinami.
Widok rozpadających się budynków i samolotów rozbijających się o ich ściany, obrazy te utkwiły we mnie na zawsze. Powtarzane w każdym dzienniku, przeważnie w tych samych, najdrastyczniejszych ujęciach, odcisnęły na mnie piętno. Do tego stopnia wypaliły mi w sercu trały uraz, że kiedy patrzę na film rozgrywający się w Nowym Yorku, to machinalnie, automatycznie i poniekąd bezwiednie ich poszukuję. A po tym, czy są lub nie, określam datę jego powstania.
Po Buczy i Charkowie, Donbasie i Lwowie, po nieustających i coraz brutalniejszych relacjach z ukraińskiej wojny, doszedł mi nowy objaw: syndrom zdziwienia. Polega to na tym, że ilekroć oglądam zdjęcia, zamiast Luwru, wieży Eiffla czy Manhattanu, dostrzegam strzępy czegoś, co było całe. A zamiast budowlanych arcydzieł Gaudiego, pojawia się koszmar wbitych szyb i osmolonych kikutów.
Jakakolwiek przesada znieczula. Powoduje, że intencje mają odwrotny skutek od zamierzonych. Im więcej ciągnięto mnie za mózg do obowiązkowej przyjaźni z ZSRR, im natarczywiej namawiano mnie do miłowania wroga, tym większy narastał sprzeciw i tym bardziej pragnąłem wydobyć się z bajora.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Nastąpił okres wzmożonej walki z nieprzeciętnością. Inteligent z taśmy

MAREK JASTRZĄB Ekonomiczna moralność, czyli duch naszych czasów -- artykuł

MAREK JASTRZĄB „Zysk, czyli duch naszych czasów”

Franc Kafka nie pysznił się czytaniem Platona w oryginale i nie chwalił się, że bywał u Szekspira na baletach. Przeciwnie, chadzał do prowincjonalnych teatrów, wertował literaturę drugorzędną. Jednym słowem – NIE POZOWAŁ na wielkiego literata, lecz nim był.

Zamiast pląsania w stringach po salonie z notablami, robił swoje: bez hałasu, skromnie i powolutku. Że zaś talent miał ogromny i na dodatek wzmacniał go pracą nad sobą, nie musiał trąbić wszem i wobec, jakim jest wielkim pisarzem.

Mark Twain nie pobierał nauk zwieńczonych pokwitowaniem. Podobnie Bernard Shaw: doszedł do rozumu bez urzędowej metki Magistra Inteligencji. Zatem jak się okazuje, można być literatem pomimo braku zaświadczenia.

Niestety, ludzie udający artystów starają się zaistnieć na modłę twardzieli w różowych szlafmycach: przy pomocy dziwactwa.

Podczas gdy twórca udowadnia własną twórczością, że nim jest, bo tylko ona tłumaczy go z obecności na Parnasie.

Weźmy pod lupę Malcolma Lowry i jego przepastne tomiszcze Pod Wulkanem, owoc katorżniczej pracy nad wymową i siłą każdego zdania. Redaktorzy wielu wydawnictw rozkładali ręce i odrzucając tekst wyrokowali, że książka jest za długa, powinien ją przystrzyc, zmniejszyć jej tonaż i udźwig, a w ogóle kto to przeczyta.

Albo Jamesa Joyce’a, irlandzkiego skandalistę, twórcę podziwianego i komentowanego do dziś. Lub Marcela Prousta, lowelasa szwendającego się po buduarach. Kiedy ukończył jedną ze swoich książek, przesłał ją Andre Gide’owi do oceny, ten zaś nawet do niej nie zajrzał, bo awansem założył, że co taki wartogłów i bawidamek może spłodzić!

Choć mamy sporą listę przegranych, odrzuconych, zlekceważonych, to przecież każdy z tych pechowców doczekał się późniejszego uznania; prędzej lub później wykaraskał się z pomroki dziejów i został pomnikiem.

A co byłoby z nimi TERAZ? Przede wszystkim owych nieszczęśliwców nie ma tylu, co piszących obecnie, w związku z czym trudniej szło ich przegapić.

Aliści z tamtych lat pozostał nam spadek: stado Andre Gide’ów, nieraz wybitnych pisarzy którym z różnych przyczyn nie chce się zajrzeć do rękopisów nieznanych autorów. Raz, że nieznanych mamy przesyty i ciężko się przekopać. Dwa, że częstokroć szkoda zdrowia i czasu na bazgroły, z których, po przeczytaniu np. pięciuset stron tekstu, można się dowiedzieć, iż autor nie ma nic do powiedzenia.

MAREK JASTRZĄB Ekonomiczna moralność, czyli duch naszych czasów -- artykuł
Na zdjęciu: Franz Kafka (1883 – 1924) — niemieckojęzyczny pisarz pochodzenia żydowskiego, przez całe życie związany z Pragą. W swoich powieściach stworzył model sytuacji zwanej sytuacją kafkowską i określanej w języku niemieckim za pomocą przymiotnika „kafkaesk”, którego istotą jest konflikt zniewolonej jednostki z anonimową, nadrzędną wobec niej instancją. Źródło: Wikipedia

Stąd, na wszelki wypadek, autorzy wybitni stronią od wydawania ocen. Jednak, pomijając wszelkie aspekty obecnego wysypu grafomaństwa, zdarzają się utwory nieprzeciętne i grzechem byłoby spisywanie ich na straty tylko dlatego, że przysłowiowy Gide nie ma ochoty babrać się w cudzych manuskryptach. Tu mówię o szkodliwych praktykach wydawnictw.

Do zarzuconych a zamierzchłych obyczajów szanujących się oficyn należało prowadzenie tak zwanych recenzji wewnętrznych. W kantorku siedział sobie jegomość legitymujący się literacką ogładą i czytał wszystkie nadchodzące teksty. I dopiero w oparciu o jego opinię wydawnictwo decydowało, co i jak.

Z żalem stwierdzam, że z powodów oszczędnościowych zlikwidowano ten urząd i przedsiębiorstwo ds. wydawania książek poczęło zajmować się produkowaniem tandety.

A co z wieloma pisarzami tonącymi w komercyjnym sosiku? Niech czekają na ciekawsze czasy. Na ponowną odsłonę za głupie pięćset lat, lub liczą na pośmiertną sławę.

Cel tworzenia

W naturalnym środowisku są przeciągi, jest zapach krwi, potu, boli głowa, ćmi ząb i można oberwać w prawdziwe ucho. W internetowym środowisku wszechwładnej nierealności, zieje pozorną bezkarnością i usypiającym bezpieczeństwem. Czasem tylko, gdy wyłączą prąd i siądzie bateryjka, ogarnia cywilizowanego człeka jakowaś „bezdenna tęsknica” za realem.

Wtedy ckni mu się nie wiedzieć za czym: łapią go egzystencjalne kolki, nagle dostrzega niebo, czuje we włosach wiatr, widzi kołysanie drzew, odnajduje wśród różnobarwnych strzech bocianie gniazdo.

Lecz ów błogi stan przemija, bo nic nie trwa wiecznie. Prąd zaczyna znowu stepować po drutach, Internet nareszcie zmartwychwstaje i przedłużenie komputera nazywane człowiekiem zabiera się za ponowne łomotanie, bębnienie, puszczanie paluszków po klawiaturze w cwał: przedstawiciele pokolenia, zgarbieni nad klawiaturą, schowani za ekranową przegrodą laptopa czy smartfona, ponure kadłuby o wytrzeszczonych oczach, mozolnie klekoczą od nowa.

I znowu jest im swojsko i bezpiecznie; wirtualny delikwent/ka, niepiśmienny literat, naukowiec po podstawówce, katecheta ze świeckiej parafii, zakładają bloga, bazgrzą na Facebooku lub łączą się w Stowarzyszenie Trzaśniętych Poetów i dawaj hasać, buszować, korzystać z cybernetycznych udogodnień, dawaj ujeżdżać po internetowych kosmosach i gdzie się da wklejać swoje kandyzowane gówno.

Udolnie czy nie, zwierzają się, dzielą najskrytszymi myślami, intymnymi sensacjami z prywatnego żywota, szczegółami, które nawet najbliższym nie są znane, natomiast znane są wirtualnym przyjaciołom.

* * *

Obserwuję inwazję literackich apostołów, którym wydaje się, iż można pisać bez znajomości podstaw, widzę narastającą falę samozwańczych artystów, pisarczyków tworzących z doskoku, ludzi wygórowanego mniemania o sobie.

Nie bez powodu pragną wyskoczyć z ram anonimowości, bo od czasu upowszechnienia się Internetu mogli przekonać się, że pisze każdy, kto chce. Tym bardziej, że nie ma cenzury i prawnych ograniczeń. Jest za to wolność wypowiedzi, czyli dematerializacja kryteriów i samokrytyki.

Nastąpił okres wzmożonej walki z nieprzeciętnością. Dopadło nas powszechne przekonanie, że trzeba być na widoku, w centrum zainteresowania; daliśmy się złapać w sidła rozpędzonych czasów, wmanewrować w obowiązek błyszczenia wyjątkowością, wyróżniania się spośród reszty. Robienia za masowego indywidualistę i epigońskiego oryginała: inteligenta z taśmy.

Moim zdaniem owa maniera jest krzynę zabawna: skoro każdy chce wyróżniać się tym samym, co milion pozostałych, to wszyscy, jak wynika ze słupków i tabel, są genialnie identyczni, jak stado jednakowych – niepowtarzalnych. Tak więc ujednolicony indywidualizm jest określeniem bardzo tu pasującym.

Autor, to charakterologiczny filtr do przekazywania indywidualnych refleksji. Jego myśli są wynikiem nastroju, aktualnych lub wspomnieniowych wrażeń, życiowych doświadczeń i czego tam chcesz. Jest jednoosobowy. Indywidualistą jest, a to oznacza, że pisze odrębniej, niż Obywatel Wredniacki i trudno go pomylić z Obywatelem Obszczymurem.

Nie reprezentuje mitycznego zbiorowiska twórców mających stadny gust, lecz ma własny sposób wyrażania się w tym, co i jak pisze. Ma swój styl, rytm, specyficzne słownictwo; jak rysownika po kresce, tak jego po układzie zdań, ich konstrukcji i rozłożeniu akcentów poznajesz od razu.

Od pierwszej linijki tekstu wiesz, kogo czytasz. Natomiast obecnie zapanowała niezrozumiała moda na brak stylistycznej oryginalności i ujednolicenie tekstów. W efekcie twórczość Obywatela Patałacha niczym się nie różni od twórczości Obywatela Epigona.

Ten sam problem z indywidualnością ma ewentualny czytelnik tekstu. Bo jeżeli autor ma własny gust, również i odbiorca utworu go ma. Z czego wynika, że te rozbieżne upodobania są powodem komentatorskich nieporozumień.

* * *

O ile od literatury oczekujemy duchowego wzbogacenia, to od obecnej, opartej na „ekonomicznej moralności”, można spodziewać się zrogowacenia doznań; twórczość wymaga od autora i odbiorcy wysiłku i w odróżnieniu od potocznych wyobrażeń, nie jest bezmyślną balangą.

Artysta jest nim po to, by dawać swój głos. A daje go poprzez dzieła. Udane, złe, ale skrojone na miarę własnych możliwości: bez wyrażania swoich zapatrywań, nie egzystuje. Zaś gdy milczy, przechodzi na wewnętrzną emeryturę i stoi z boku.
Poeta, prozaik, architekt dzieła jakiegokolwiek formatu i gatunku, nie może być człowiekiem cichym. Nie powinien siedzieć jak mysz pod miotłą, bo jego obowiązkiem jest REAKCJA. Natychmiastowa odpowiedź na zło, etyczny autyzm, agresywną wulgarność czy społeczny tumiwisizm. Ponieważ każdy tekst, obraz, muzyka itd., są to jego ilustracje i komentarze otaczającej rzeczywistości. Jego prywatne próby zinterpretowania dookolnych zjawisk. Zjawisk bolesnych niekiedy, a niekiedy po prostu – głupich. Nieznośnie, irytująco bzdurnych.

Nie powinien odbierać ich w sposób obojętny. Nie może mieć bezszmerowych poglądów na to, z czym się styka. Jeżeli obojętnie przechodzi do porządku dziennego nad zjawiskami coraz powszechniejszego idiocenia kultury, skoro utrzymuje się w mniemaniu, że go one nie dotyczą, to może warto zapytać, kim jest, dlaczego i dla kogo tworzy. Czym różni się od ludzi chorych na społeczną znieczulicę. Od ludzi – kibiców własnego istnienia, prześlizgujących się przez życie.

Nieprzypadkowo powiedziałem o OBOWIĄZKU. Twórca ma OBOWIĄZEK pokazywania odbiorcy, jak jest. Powinien go niepokoić, zachęcać do sprzeciwu wobec bredni. Wrzeszczeć a nie usypiać. Krzyczeć a nie popiskiwać. Twórca musi być aktywny, iść pod prąd sezonowo słusznych mód. Być penetratorem rzeczywistości i burzycielem konwenansów.

Rejterada z aktywności, ucieczka w szukanie wytłumaczeń dla swojego przemęczenia, zgoda na to, co jest, przyzwolenie na degenerację pojęć, to kapitulanctwo. Cisza dobra jest na wywczasach, na urlopie dla frustratów rojących o wlezieniu do jamy ze świętym spokojem. Natomiast dla wyczerpanych obserwacją rozpadu dzisiejszego ducha, dla zdegustowanych współczesnymi konwulsjami kultury, droga jest określona i wyraża się w zapisie.

Autor nie istnieje bez odbiorcy. Jeżeli twórca pozbawi go możliwości rozmowy ze sobą, zamknie się w intelektualnym kąciku, w swojej kapsule ciszy, spokoju i martwoty, to do kogo trafią jego dzieła?

* * *

Kultura nie znosi próżni: jest nieprzerwana i ciągła. Wyobraźmy sobie, że wszyscy twórcy nagle zamilkli. Piszą, malują, komponują, ale do szuflady. Bytują po niszach i zakamarkach, po piwnicach, enklawach i bezludnych wyspach, a ich głos dociera do niewielu. Do garstki potrafiących czytać, myśleć i udawać, że jest klawo. Ale do tych, co nie czytają, nie potrafią sklecić jednego zdania bez słowa na k., do tych, co mają gdzieś całe to zawracanie gitary z myśleniem, dotrzeć nie umieją.

A niby kto ma do nich dotrzeć, skoro wolą schować się w czarownej dziurze? W wieży z kości słoniowej? Po kloszem własnych spraw. A kto niby ma im ukazać inne światy, niczego sobie horyzonty, marzenia i szczytne cele, skoro wszyscy zaczną być eremitami? Skoro wszyscy odwrócą się od nich i postanowią przymykać oczy na lawinowe kretynienie pokoleń? Kto im uświadomi, jakie wartości, jakie ideały są ważne w życiu każdego człowieka, o co chodzi w tym szczurzym, agresywnym wyścigu po zadyszkę, zawał i kasę?

Wycofanie się z aktywności, ucieczka w szukanie wytłumaczeń dla swojego przemęczenia, zgoda na to, co jest, przyzwolenie na degenerację pojęć, to kapitulanctwo. Cisza dobra jest na wakacjach od myślenia, na urlopie dla frustratów rojących o wlezieniu do jamy ze świętym spokojem. Natomiast dla wyczerpanych obserwacją dzisiejszego rozpadu ducha, dla zdegustowanych współczesnymi konwulsjami, drogę określać winien cel tworzenia.

Wydaj książkę i zdechnij!

Zacząłem sobie przypominać, ile książek, bezcennych a zbutwiałych starodruków nawet, ile arcydzieł literatury światowej udało mi się wydrzeć z lochów niejednej składnicy surowców wtórnych! Po godzinach oficjalnej pracy, kierownik placówki wpuszczał mnie na zaplecze i pozwalał mi (za ćwiartkę czystej) uprawiać wysokogórską wspinaczkę na wierch papierowej hałdy i gdy on leżał u jej stóp, ja bawiłem się w archeologa.

A gdy składnica była już przegrzebana, budziłem faceta i szliśmy do wagi. Kładłem na niej urobek, czyli wszystkie znalezione książki, a gość mi je sprzedawał. Cena była taka, że jeśli wszystkie ważyły pięć kilo, to w zamian musiałem mu przynieść pięć kilo gazet. Tym sposobem wszystko się zgadzało i dzięki temu ja miałem sporą bibliotekę, on zaś – porządek w burdelu.

Czasy się zmieniły i funkcję makulaturowych magazynierów przejęły urzędy od odmawiania pomocy, wsparcia i dawania literatom popalić. Dla nich też nie było różnicy między książką a papierzyskami. Sprytne ludzie zwietrzyły interes i wzięły sprawy w swoje ręce: zaczęły otwierać się na potrzeby wygłodniałego społeczeństwa. Kwitła więc produkcja bubli i na masową skalę powstawały rachitycznie wydawnictwa.

Tak jak niegdyś w byle garażu siedział na skrzynce od piwa przyszły komputerowy Gates, teraz w byle internetowej piwnicy siedział sobie WIELMOŻNY PAN WYDAWCA i czekał na frajera z kasą. Czyhał na reflektantów i łyskał brylantyną niewiedzy. Naiwny klient wpadał mu w szpony i z drżącym rękopisem w rozlatanych rękach kucał z zachwytu, bo na wstępie dowiadywał się, że spłodził wiekopomne arcydzieło, które rozejdzie się w mig, a jak dobrze pójdzie, to jeszcze szybciej. Za co PAN WYDAWCA ręczył osobistym honorem.
MAREK JASTRZĄB Zysk, czyli duch naszych czasów -- artykuł
Zanim przyszły noblista zrozumiał, że wydawca nie mógł go przeczytać, bo jeszcze niczego nie opublikował, już był ugotowany na miękko i gładko łykał kolejne banialuki. Jedną z nich była informacja, że nie poniesie kosztów, bo kosztami obarczy się sponsora. Tyle że sponsor jak raz wyjechał do SPA w Berdyczowie i zamiast niego może skorzystać z usług obywatela Komornika, na którego konto należy wpłacić marne grosze w liczbie trzech tysięcy złotych plus VAT. Tyle samo, albo o dwa złote mniej plus VAT, uiścić należy w księgarni, by książka nie powędrowała do ciemnego kąta, lecz znalazła się na miejscu, gdzie ją widać.

Przy czym za widok książki uplasowanej pod sufitem, buli się mniej, niż za widok tejże pomieszczonej na wysokości oczu zezowatego kurdupla. Ale najdroższe są miejsca w sąsiedztwie półek z bestselerami. Tam aż kotłuje się od oglądających, cmokających i odchodzących z kwitkiem.

Na długich, chłodniczych ladach spoczywają komiksy, krzyżówki, rozmaite SF, magazyny pełne okrutnych narracji, ckliwych opowiastek zajeżdżających bajkową scenografią, emfatycznych historyjek prowokujących do tarcia oczu i pociągania nosem, aromatyczne pomady w harlequinowskim stylu, jakieś kolorowe thrillery, fabularna przędza na wyczerpanym papierze, przygodowe rachatłukum, biesiadne tańce i hulanki z tasakami, garkotłukowy chłam, natomiast powieści Wojdowskiego, Kuśniewicza, Nałkowskiej lub Berezy, próżno by szukać; księgarski subiekt nigdy o takich nie słyszał, no a w instrukcji obsługi klienta nie ma przepisu, by znać produkty przeterminowane.

Owszem, jeżeli autor nie wydoli finansowo i zrezygnuje z wywieszania się w księgarni, może cały swój nakład pierdyknąć pod wyro i pobawić w komiwojażerkę. Ale uwaga: od tego również potrącany jest podatek na rozpieprzenie kultury.

* * *

Różnica między stroicielem fortepianów a kompozytorem, należy do namacalnych namacalności. Ale, jak jeden bez drugiego nie może istnieć i oboje są fachowcami w swoich branżach, to kompletnym nieporozumieniem jest zamiana ich ról. Zanim pękniemy ze śmiechu, wyobraźmy sobie, że do Bacha przychodzi naprawiacz klawiszy, siada za instrumentem, wyniośle i bezceremonialnie strofuje mistrza pouczając go w sprawach polifonii, a na deser wręcza mu instrukcję obsługi piszczałek pod tytułem zreperuj se sam. Albo Beethovena, jak idzie do sklepu, kupuje parę desek, pół tony gwoździ, zanosi do domu i zbija sobie grającą szafę.

Podobnie w literaturze: jeden jest oprawiaczem książek, a drugi je pisze. Tak jak jeden jest kulturalny, a drugi pracuje w kulturze. W tym miejscu zaczyna się robić poważnie, bo zadaję sobie pytanie: kim jest obecny artysta, człowiek uprawiający zawód literackiego biznesmena? I odpowiadam: to figura na wskroś pragmatyczna; już nie twórca, lecz jeszcze nie człowiek interesu. Ot, złota rączka niepewnego geszeftu.

Usługi dla mas

Twórczość stała się częścią przemysłu: stanowi jego wiodący PRODUKT. Twórca zaś dołączył do szczurzego stada szybkich zarobkiewiczów i przekwalifikował się na fabrykanta kiczu.

Ostatnio poczyna sobie śmielej: wysyła swoją garmażerkę na rozmaite konkursy, a że czyni to co rusz, bywa nagradzany, wyróżniany pozłacanym bobkiem. Pojawia się na zjazdach, kongresach i kulturalnych sympozjach w roli laureata, rozjemcy, mediatora zżeranego dydaktyzmem, nieomal nauczyciela zawodu artysty.

Kiedy mam do czynienia z wygłaszanymi przez niego wystąpieniami, w których na wstępie zaznacza, że jest artystą, po czym, bez żenady piętnuje niski poziom cudzej twórczości, zaczynam się wstydzić. Nie za niego, gdyż byłoby stratą czasu żałować bufona, ale za tych, co mu nadskakują i tych, co utwierdzają go w mylnym przeświadczeniu, że coś sobą reprezentuje.

* * *

Nie zastanawia się, co by mogło być, gdyby nie poszedł z prądem. Gdyby nie dał się zwieść irracjonalnym nadziejom na lepsze. Nie umie też jasno i klarownie powiedzieć, co było kiedyś złe. Natomiast ryczałtem pochwala, aprobuje, z uznaniem cmokta i mlaszcze nad zachodzącymi zmianami.

Niektóre zmierzają ku lepszemu, inne nadal są albo nietrafne, albo takie sobie. Przeważnie jednak stwierdza, że aby żyć w obecnym świecie, trzeba się do niego dopasować, trzeba bez przerwy chwalić kulturalny brak kultury.

Zaczyna więc nie dostrzegać, czy proponowana przez niego twórczość jest żartem z czytelnika, czy należy traktować ją poważnie. Wywija swoimi wyrobami bez opamiętania, jak leci; tłucze je w ilościach przekraczających wszelkie pojęcie i rozsiewa gdzie się da: tu wiersz na okoliczność, tam proza do poduchy, ówdzie malarskie cacuszka do podziwiania, rzuca te swoje perły przed partyjne wieprze, każdemu z nich daje, co kto chce i na co jest zapotrzebowanie, co schodzi jak ciepłe bułeczki, a co sprzedaje jak czerstwe chały: laurkowe, akademijne, benefisowe, a płodny w tym rozsiewaniu jest na kształt królika.

* * *

Artyści z prawdziwego zdarzenia tolerują go jak raka na bezrybiu. Piszą o nim źle, potępiają za własne grzechy, odsądzają od czci i wiary, wieszają na nim psy, mierzą swoją miarką, podają jako przykład pleniącego się grafomaństwa i nieudacznictwa, przy czym uprawiana przez niego twórczość ma być odstraszającym dowodem na rozprzestrzeniający się upadek tejże.

Snobi wyrażają się o nim bombastycznie, prawie że na klęczkach, w przesadnych superlatywach. Stawiają na pomniku, wielbią bez powodu i na wyrost: zamiast pokazać mu drogę, zachęcić do bycia niesztucznym, wyrządzają mu krzywdę: utwierdzają w przekonaniu, że już wszystko wie, że zjadł wszelkie rozumy, może więc usiąść na wawrzynach i nie musi swojej wiedzy poszerzać, konfrontować z tymi, którzy również piszą, porównywać swoich bździn z ich dokonaniami.

W ten sposób staje się intelektualnym terrorystą, samochwałem uwielbiającym narzucać swoje poglądy i zwracać na siebie uwagę, być w centrum artystycznego tumultu, uchodzić za skrybę (np.), zabierać namaszczony głos w dyskusjach o czymkolwiek związanym z dziedzinami, o których ma zerowe pojęcie.

* * *

Zbigniew Wodecki, niezły przecież estradowiec, kompletnie wyczyszczony z zarozumiałości powiedział, że nie daje koncertów, tylko występy. Koncerty to dawał Paganini, a on doskonale zna swoje artystyczne parametry i nie robi za pyszałka. Podobnie można by rzec, że poetą był Herbert, pisarzem Faulkner, a rozrośnięte stado dzisiejszych wierszokletów i prozaików, to granda w biały dzień; napisze taki ze trzy cherlawe tomiki i już wije gniazdko na Parnasie, już kupuje na Allegro mało używaną aureolę i zmierza tam, gdzie są gwary, aplauzy i jupitery…

Siła ograniczeń

Założenie: artysta, to ostryga z perłą w środku.
Czytam o Prouście i zastanawiam się, czy mógłby wieść swoje życie bez przebrzydłych pieniędzy i czy jego twórczość byłaby znana i ceniona do teraz. Mam w pamięci jego niekrochmalone chusteczki, ręczniki używane tylko raz, ciepłe stosy trykotów wymoszczających mu przestrzeń pomiędzy poduszką a kręgosłupem, sprawiające, że mógł tworzyć w pozycji półsiedzącej, okulary kupowane na tuziny, a obok niego widzę muzyczne kwartety zapraszane do domu i dające mu prywatne koncerty.

Widząc to wszystko zadaję sobie pytanie; gdyby żył w nierozrzutnym stanie, mieszkał w kartonie, przykrywał się kołderką z gazet, czy nie byłby zaledwie chorowitym włóczykijem opędzającym się od materialnych trosk, astmatykiem szukającym noclegu pod mostami Sekwany i czy miałby wtedy czas na rozpamiętywanie, na przeczulone afektacje i poszukiwanie straconej magdalenki.

Finansowa niezależność choć trochę pozwoliła mu na zrekompensowanie zdrowotnych ograniczeń. Na istnienie w miarę normalne. Na spełnianie kaprysów i to kaprysów koniecznych w jego pisaniu. Ponieważ artysta jest nim tylko wówczas, gdy ma przywary. Honoriusz Balzak napisał: „najgorszą z wad jest nie mieć żadnej”. Ośmielę się dodać, że warunkiem tworzenia są usterki artysty; to poprzez walkę z własnymi ułomnościami zdobywa się na wiekopomne dzieła. Z im większymi trudnościami musi się zmierzyć, im więcej przeszkód pokonać, tym łatwiej mu zaistnieć w historii malarstwa, muzyki, literatury.

Przykładów mamy wiele: głuchota Beethovena, nędza Van Gogha, pijaństwo i awanturnictwo Villona, materialne posuchy Przybyszewskiej. A przywołany tu Balzak i jego wielkopańskie maniery? A Kafka ze swoimi konfliktami z ojcem, Schulz i jego neurotyczne niepewności wobec ludzi?

Można je mnożyć, bo wszystkie są pouczające, warto jednak wyobrazić sobie, że jest z owymi twórcami akurat odwrotnie; nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej maczugi, wszyscy przytoczeni artyści budzą się z chorego snu i nic im nie doskwiera. Beethoven słyszy, Van Gogh nurza się w dostatku, bo za miliony dolarów sprzedał ostatni obraz, a Balzakowi udał się interes i nie ma długów.

Z początku są zachwyceni takim obrotem rzeczy, ale już po krótkiej chwili poczyna ich gnębić ochota za pracą. I w tym oto podniosłym momencie stwierdzają, iż bez rekompensat w postaci negatywnych zalet, nic sensownego nie przychodzi im do głowy; co prawda są oczyszczeni z poprzednich obsesji, ale w zamian za wygodniejszą egzystencję, przestali tworzyć.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Brakuje pisarzy – kontynuatorów lemowskich przemyśleń

MAREK JASTRZĄB Serpentyna dziejów

Serpentyna dziejów

Świat wyrażania filozoficznych myśli podzielony jest między Norwidów i Cezarów; przedstawiane są albo stylem precyzyjnym, albo zagadkowym; jeden jego biegun, to Hegel, drugi – Vico.

Niekonwencjonalne, odkrywcze powiązanie przeciwieństw pozwoliło mu wybrnąć z pułapek zastawionych przez Przypadek i Fatalizm równocześnie. Jak dla Hegla, tak dla niego, rozum był zakładnikiem logiki, a przypadek i zrządzenie losu nie władały nim.

Jeżeli idee Vico nie zostały zauważone przez jemu współczesnych, a zlekceważone – przez przychodzących po nim, to poglądy Hegla – odwrotnie: choć zbieżne z zapatrywaniami jego poprzednika, do teraz mają płomiennych czcicieli, heroldów i epigonów, do teraz znajdują się w centrum niepowierzchownych zainteresowań, a jego zdanie o historii obdarzonej rozumem i powiedzenie, że wszystko, co jest rzeczywiste, jest rozumne, pobudziło i ośmieliło jego naśladowców, kontynuatorów i reformatorów do tworzenia własnych szkół.

* * *

Giambattista Vico urodził się w 1688 roku w Neapolu. Jego filozoficzne koncepcje powstawały w niesprzyjającej atmosferze mody na zapatrywania Kartezjusza. Kartezjusz dowodził potęgi rozumu, a rozum był dla Vico zgorzkniałym dzieckiem poezji. W pojęciu Kartezjusza rozum był oderwany od ludzkiej historii, a Vico upatrywał w nim napędową siłę społecznych zdarzeń. Wydarzenia miały dla niego sens i wymiar ludzki, zaś dla Kartezjusza działalność człowieka była kierowana przez Opatrzność. Vico twierdził, że świadomości nie można analizować, a Kartezjusz wyrażał przeciwne zdanie.

MAREK JASTRZĄB
Na zdjęciu; Giambattista Vico (1668 – 1744) — włoski filozof, historryk i mówca. Źródło: Wikipedia

W wyniku studiów nad historią, Vico doszedł do wniosku, że jej rozwojowe procesy następują w stałym rytmie i dzielą się na trzy odrębne stopnie, z których każdy jest konsekwencją poprzedniego [była to dla niego Historia Wieczna], a wszystkie one stanowią o wzajemnie uzupełniającym się kształcie rzeczywistości. Te trzy stadia, te trzy formy cywilizacyjnego i kulturowego istnienia człowieka, to pierwotny, pogański, barbarzyński czas dojrzewania Narodów, zalążkowy czas Bogów i Bohaterów nazwany przez niego porą królowania poezji, tworzenia rzeczywistości abstrakcyjnej, robienia dalekosiężnych planów i fantazjowania na ich temat oraz Ludzi – okres zracjonalizowanej powagi, statecznego uzdatniania dotychczasowego życia, dominacji rozumu i filozofii. Wieki Bogów, Herosów i Ludzi miały dla Vico swoją samowystarczalną teraźniejszość i indywidualne symbole; języki i sensy.

Człowiek stale poszukujący, lecz nie za często odnajdujący, podwójny, lecz jednolity, wieloraki, lecz prosty, ezoteryczny, lecz materialny jest dziełem Przyrody. Spirala wzrostu człowieczej świadomości była dla Vico zależna i wyznaczalna poziomem posiadanej przez niego wiedzy. To przez jej mankamenty człowiek nie potrafi przebrnąć, to ona wyznacza ludziom egzystencjalne ograniczenia i wyrządza im poznawczą krzywdę.

Uważał, że świat poprzez ewolucję, poprzez nieustannie powtarzany łańcuch usprawnień i parafraz tworzonych epok [nazywany w jego Nauce Nowej – przezwyciężaniem sprzeczności], nadwątla ich błędy oraz, modyfikując się, nanosi poprawki do swojego dalszego istnienia; razem z przemianami ludzkiego umysłu następuje przemiana społecznej świadomości.

Lecz nie tylko człowiek jest podwójny. Dwoista jest też filozofia: dzieli się na gorącą, emocjonalną, idealną i życzeniową, żywiołową i zgodną z pokładanymi w niej nadziejami i wyobrażeniami, na filozofię, w której przedstawiony jest świat taki, jakim powinien być, i na drugą – filozofię zimnych spostrzeżeń, opartą na faktach, prezentującą świat takim, jaki jest.

I historia ma postać niejednorodną. Jest historia zwykła, potoczna, znana od lat, zakreślająca ludziom ścisłe ramy krótkiego istnienia, historia teoretycznie prawidłowa i utopijnie słuszna, jest też druga, historia właściwa, autentyczna. Dwa odgałęzienia tej samej nauki łącząc się i przenikając, tworzą jednię: Historię Wieczną, osobliwy szablon, konspekt, kanwę dziejów aktywności narodów. Historia Wieczna, zaproponowana ludziom przez Vico, otwierała przed nimi nieskończoność, oferowała im nie znane i ciągle nowe alternatywy, szanse i przygody z życiem. Historia Wieczna, niezmienna w kształtach, lecz różnorodna w treści, to dla Vico odpowiedź na pytanie o moment narodzin człowieka.

Powiązanie dociekań o historii z dociekaniami o sytuacji, roli i sensie bytu człowieka pozwoliło mu wyznaczyć nowy, lecz interesujący trakt, pozwoliło kolejnym filozofom znaleźć się w antropologii historii. Tylko historyczny świat społeczny może być ogarnięty ludzkim rozumem, świat ten bowiem stworzony został przez człowieka i tylko on może go pojąć, gdyż tylko on dysponuje odpowiednim narzędziem do poznawania swojego autentyzmu: ontologią.

Jednak skoro ruch czasu historycznego jest ruchem kolistym, po triumfie poezji zaczyna się epizodyczna, przejściowa, lecz nieuchronna klęska powstała z wynikających z niej rozczarowań. O ile pierwsze dwa etapy historii oznaczają jej wzlot, to ostatni prowadzi do upadku, do starzenia się narodów.

* * *

Zastanawiając się nad prawdziwym wyjaśnieniem powodu istnienia ludzi, doszedł do przekonania, że bez człowieka nie ma historii, a bez historii nie można mówić o człowieku, że historia i człowiek stanowią dla siebie wspólne tło rozumnych działań.

Dzieje człowieka są dla G. Vico recydywą czasu, nauką wynikającą z nieustannych ponowień życia, konkluzją powstałą ze społecznej historii płynącej po zamkniętym obwodzie. Działania człowieka są dla niego wyrazem aktywności ludzkiego rozumu, nie powstają więc w rezultacie decyzji i wyroków boskich.

Historia społeczna, to dla Vico świat natury przeciwstawiony światu przyrody. O ile przyroda jest dziełem Boga, to natura jest wynikiem ludzkiej działalności. O ile przyroda nie może być oceniana w kategoriach człowieczych, to poznanie społecznej natury bytu jest w percepcyjnym zasięgu człowieka.

Wiedza o stworzeniu świata przyrody jest dla ludzi wiedzą niepoznawalną i opartą na domysłach, natomiast wiedza o stworzeniu świata narodów [nazwana przez Vico teologią społeczną] jest wiedzą, choć nieznaną, to zrozumiałą i pewną dla ludzi, wiedzą przewidywalną, wymierną i dostępną, gdyż ścisłą i mądrą jak matematyka.

Zamiary Wszechstwórcy wobec świata przyrody nie podlegają ludzkim ocenom. Ślepy traf, to dla Vico pojęcie chybotliwe i definicyjnie mętne; w jego Wiecznej Historii nie ma miejsca na interpretacyjną dowolność. Zamiary społeczeństw wobec siebie są jasne, a ich przemiany dają się zbadać.

Bergsonowskie przeczucia

Wielopostaciowy, eklektyczny, kundlowaty wiek XX, naniósł do współczesnej filozofii sporą ilość poznawczego mułu: wypośrodkowanych, a z pewnością nie bardzo ze sobą zbieżnych doktryn. Wiek XXI osiągnął jeszcze większy zamęt w rozróżnianiu wartości pojęć. Nastąpiło więc dalsze rozproszenie, co w rezultacie, wydało na świat sforę dzisiejszych profetyków nicości.
Jednakże od starożytnych mędrców czerpiemy do dziś naukę, jak być czynnymi uczestnikami filozoficznych zmagań. Jak być aktywnym świadkiem zachodzących przemian.

MAREK JASTRZĄB Serpentyna dziejów
Na zdjęciu: Henri Bergson (1859-1941) — francuski filozof. W 1927 roku otrzymał nagrodę Nobla. Żródło: Wikipedia

W głównej mierze to im zawdzięczamy dzisiejsze myślenie i bunt przeciwko próbom dokonywania zamachu na zdrowy rozsądek. To dzięki nim jesteśmy obserwatorami rozwoju znaczenia słów takich, jak logika.

* * *

Raz pomyślana i wyartykułowana, nie ginie bez śladu: Augustyn, porywający święty po ludzku, skrajny w wyrażaniu swoich poglądów, niepohamowany i namiętny, znajduje kontynuatora w Bergsonie.

Jak dla Augustyna, tak dla Bergsona, czas był nieprzerwanym i wszechistniejącym strumieniem, a człowieczy byt – jego wieczną teraźniejszością i chwilową doskonałością.
Jak dla Szekspira, tak dla Bergsona, życie nigdy nie było skończone, zamknięte. Była to rozprawa w toku, księga nieprzerwanie otwarta na zadziwienia i ciekawości ludzkim losem.

* * *

Doświadczenia, składające się na osobowość, są w stanie ciągłego przenikania się i wrzenia. Dobre i złe, łącząc się, porządkując i uzupełniając się nawzajem, tworzą podstawę do podejmowania decyzji, działania, ruchu. Frazes: życie było dla Bergsona znajdowaniem odpowiedzi na fundamentalne pytanie o sens istnienia; życie było dla niego poruszaniem się ośnieżonej kuli ogarniętej przez lawinę, kuli toczącej się po równi pochyłej i w miarę pokonywania przestrzeni – obrastającej w śnieg. Lawina, to galopada rozedrganych wydarzeń, a śnieg, to konkluzja z nich.

Ten wojujący przeciwnik sekciarstwa, w doktrynach wyrażał pogląd, że dotychczasowe hipotezy są li tylko sezonowymi przeświadczeniami, są niemal zręcznym, prawie znakomitym opisaniem realiów miotających ludzkim istnieniem, hipotetyczną strawą duchową przyrządzoną przez ułomną inteligencję.

Henryk Bergson, zagorzały intuicjonista, zwolennik twórczej ewolucji, miłośnik rozumowania pozarozumowego, wyznawca i przewodnik po idei uczuciowego poznawania rzeczywistości, krzewiciel nieustającego, nieprzerwanie dynamicznego oddziaływania na siebie zjawisk, nonkonformistyczny mędrzec, dla którego nową regułą była walka z regułami zwietrzałymi, który powiadał, że nasza karykaturalna, wycinkowa wiedza ujawnia się w swoich mirażach, traktował ludzkie istnienie jako nieskończoną fluktuację podskórnych dążeń, jako jednostajnie przyspieszony, cykliczny ruch i wewnętrzną, harmonijną wymianę jednych doświadczeń na inne.

Mówił, że działanie jawne, wyraziste, społecznie aprobowane, jest zawsze fragmentaryczne, szczątkowe, okaleczone i zmasakrowane. Zniszczone poprzez dyskursywne sito, poprzez hamulcowy aparat nazywany intelektem. Jest konsekwencją i wypadkową mózgowej cenzury blokującej całkowite zrozumienie Natomiast poczynania – na pierwszy rzut oka – dwuznaczne i zaskakujące, nieoczekiwane i niewytłumaczalne, nierozpoznawalne i osobliwe, uzasadniał INTUICJĄ.

Według Bergsona, umysł zniekształca i zawęża i tak szczątkowe rozumienie rzeczywistości. Intelekt nie tylko ją zubaża, ale pomniejszając ją, nakazuje nam wierzyć w nią i widzieć – w jej ulotnościach, frakcjach, skrótach i migawkowych blikach – kompletny kształt; przypatrując się jej części, wyrokujemy o jej całokształcie.

Uważał, że faktyczne poznanie otaczającego świata nie może odbywać się na drodze intelektualnej. Postrzeganie to kontrowersyjny obraz narzucony zmysłom poprzez podobieństwo skojarzeń i ułomną skłonność do uproszczeń. To wariant prawdy o świecie, lecz prawdy ledwie zarysowanej, bo przykrojonej do obiegowych pojęć i ogólnoludzkich zachowań.

Twierdził, że nasz doczesny, ziemski padół, świat powierzchniowy, zdefasonowany futerał na niedomówienia, ma obrzęki wywołane fałszem: kierowany jest bezkrytyczną wiarą w rozum.

Wychodził z założenia, że buduje się obraz realnego świata w zależności od dostępnych faktów, że mechanizmy człowieczego samopoznania zależne są od liczby przetworzonych informacji, a ich emisja do ludzkiej psychiki odcedzona jest z istotnych danych przez rozumowy przetak, który, badając świat za pomocą własnych ograniczeń, spłyca i deformuje faktyczny kształt rzeczywistości.

Mózg, posługując się sloganami, kliszami, rutyną, działa niczym Peeperkorn z powieści „Czarodziejska Góra”: wypowiada zdania niedokończone i mało precyzyjne w nadziei, że rozmówca uzupełni je własnym schematem i zgodnie ze swoimi upodobaniami, intuicja natomiast proponuje nam interpretacyjny chaos rzeczywistości.

Dopiero intuicja (nazywana przezeń – uświadomionym instynktem) poszerza ją, rejestruje wszystkie doznania bez wyjątków i przedstawia je mózgowi niejako na brudno, w miarę ich napływania; zgodnie z życzeniową rzeczywistością, nie selekcjonuje ich i nie upiększa korektą. Natomiast mózg przetwarza ją, dostosowując jej istotny sens do naszego gustu i naszych myślowych matryc.

Dopiero intuicja gromadzi zamierzenia, kumuluje nasze wewnętrzne racje i stanowiska, a uzewnętrzniając je za pośrednictwem naszych indywidualnych pragnień, każe nam działać podświadomie, instynktownie. Przy czym działania te są dopasowane do naszych stereotypowych wyobrażeń. Niestety, są one zepchnięte do podświadomości jako zbędne, wyretuszowane z sensu i stworzone przez omylny rozum.

* * *

Dowodził, że przeczucie jest instrumentem badawczym, dokonującym właściwej i wystarczającej oceny obrazu naszej niezafałszowanej rzeczywistości, że zmysły, do których przywiązuje się nadmierną wagę, są w istocie pętlą skutecznie zaciskającą się na hipotezach i blokującą ludzki rozwój, że zmysły, jako narzędzia zależne i nieoddzielne od intelektu, badają, analizują i dokonują powierzchownej analizy cząstkowych zjawisk i na tak wątłej podstawie konstruują uogólnione wnioski [nawyki decydują o sposobach interpretacji poszczególnych zjawisk: widzimy za pośrednictwem powtarzalności przyzwyczajeń].
Zmysłowe poznanie było przez niego traktowane jako błąd usankcjonowany ślepym, nadmiernym i bezpodstawnym zaufaniem do rzetelności i trafności badawczych narzędzi.

Upiększanie realizmu

Zacznę od Kongresu futurologicznego autorstwa Stanisława Lema, opowiadania pochodzącego z tomu o tytule Bezsenność; napisane w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku, w epoce oczekiwania na lepsze czasy, aktualne jest i w tym stuleciu. Choć napisane w sposób prześmiewczy, nie jest to śmiech bezrefleksyjny. Jest utworem nietuzinkowym, bo zachwycającym odkrywczością językowych sformułowań; to arcydzieło warsztatowej sprawności, które stanowi ostrzegawczy komentarz do horroru dzisiejszego czasu. Przestrogę przed upiększaniem niewygodnych realiów świata. Przed procederem zastępowania prawdy o nim za pomocą fałszu.

MAREK JASTRZĄB
Na zdjęciu: Stanisław Lem (1921-2006) — wybitny polski pisarz sf, filozof, futurolog. Źródło: Wikipedia

Równie dobrze mógłbym rozpocząć od innych książek ulubionego autora. Zresztą nie tylko mojego, bo wielbicieli kunsztu Stanisława Lema liczy się w milionach; nakłady jego przetłumaczonych dzieł biją rekordy popularności.

Wydawałoby się więc, że za ich znajomością podąża lekturowa percepcja. Niestety; za często coś się nam tylko wydaje: to, że Lem jest czytany i nadal podziwiany, nie oznacza, że jest dogłębnie rozumiany. A zwłaszcza, że wyciąga się z jego tekstów jakieś sensowne przestrogi. Przeciwnie: czyta nader powierzchownie. Powiedziałbym nawet, że nie tyle czyta, co wertuje od niechcenia. Pilnie wyławia się kawałki popychające akcję, starannie wydobywa z fabularnych trzewi co rzadsze lub co zabawniejsze miejsca, a skwapliwie pomija części ciężkostrawne w odbiorze. Treści zmuszające adresata do wysiłku. Do niewdzięcznej pracy nad samodzielnym wyciąganiem wniosków z lektury.

Był w moim życiu podobny epizod: pasjami czytałem fragmenty z dialogami, natomiast ochoczo pomijałem nudne i marudne, gęste i usypiające partie z opisem przyrody. Ale ta pryszczata przypadłość opuściła mnie razem z mlecznymi zębami i teraz mam ochotę na degustację całości. Na poznanie powodu, dla którego książka została napisana: ciekawią mnie myśli zaklęte w jej przesłaniach.

Frapują mnie też jego dzieła popularyzujące naukowe podejścia do przyszłości. Filozoficzne rozmowy z adresatem. A także skonfrontowanie jego utworów z lekturami innych literatów. Jednak nie mogę się ich doszukać.

* * *

Pierwszoplanowym herosem jest Człowiek, podróżnik po planetarnych wertepach – Ijon Tichy, drugim – wszechobecna chemia w roli wybawicielki od katastrof, masowe stosowanie halucynogenów, zastępników, retuszowców i zagłuszaczy smrodu, ekumeniczne pigularstwo stosowane na szeroką skalę. Wszystko to razem wzięte i podniesione do entej potęgi, było uniwersalną odpowiedzią na demograficzny kataklizm, było jedyną w swoim rodzaju receptą na nieuchronną, ogólnoludzką zapaść: chemia w społeczeństwie przyszłości wpływała na każdą dziedzinę ludzkiego życia – sterowała nim i decydowała o kształcie podejmowanych działań.

Bohater przebywa w krainie uszminkowanej szczęśliwości. Nie ma wojen, ludzie są wobec siebie uprzedzająco grzeczni, żyje się wielokrotnie, dzieci uczą się czytania i pisania poprzez zażywanie ortograficznych syropów, prognozę pogody ustala się z miesięcznym wyprzedzeniem i w drodze głosowania, nie trzeba chodzić do szkoły, bo wiedzę zdobywa się doustnie: zażywając płyn z odpowiednim podręcznikiem. Lecz za efekt zbyt chciwego przyswajania uczoności, trzeba zapłacić braniem środków na przeczyszczenie wyobraźni, gdyż ubocznym skutkiem zażywania wizji jest posiadanie fizycznych defektów. Np. rozedmy płuc, łuszczycy, świerzbnicy i dorodnego ogona.

Opisywany przez Lema świat składa się z przesłon maskujących faktyczny widok rzeczywistości. Miraży poukładanych w piętrowe warstwy, które mieszając się, łączą nawzajem, a jedna stanowi podszewkę drugiej. Żadna z nich jednak nie jest ostateczna, bo za każdą spodziewać się można następnej.

Ijon Tichy, który znalazł się w nim w wyniku zaproszenia na kongres futurologiczny, gubi się w domysłach, plącze w przypuszczeniach, sam sobie zadaje pytania o to, gdzie jest na pewno i czego doświadcza naprawdę. A natykając się na egzystencjalne zagadki, udziela sobie odpowiedzi, że nie wie niczego konkretnego. I, tęskniąc za utraconą przeszłością, nieprzerwanie zastanawia się dokąd zmierza ten przyszłościowy świat.

W jego nowym otoczeniu trwał ciągły proces zmian: ewolucyjne i rewolucyjne wrzenie, powtarzająca się modyfikacja ulepszeń, nieustanne wzbogacanie, udoskonalanie, przeróbka kształtów świata rzeczywistego i dopasowanie ich do stale pogarszających się wymogów chwili. Tak zmoderowane realia były iluzoryczne, bez przerwy kreowane od nowa, istniały jako rezultaty urojonych zrządzeń losu i odległe pogłosy fikcyjnej rzeczywistości.

Była to utopia. Niewykonalna, stworzona w oparciu o mylne założenia. Było to ulizane piękno, które w swojej ukrytej istocie stanowiło przerdzewiałą konstrukcję, wedutę nasyconą dychawicznym narodem. Bo prawda była taka, że w tym świecie panowały gigantyczne biedy i monstrualne przeludnienia. Nagminnie występowały aprowizacyjne braki, szwankowały materiałowe fabryki, a produkcja czegokolwiek znajdowała się w stanie agonalnym. Wyjściem był kamuflaż, imitacja i udawanie, że istnieje to, czego nie ma. A zatem nie ma bezliku wszelakiego dostatku i masowego szczęścia.

Życie bez zmartwień było więc iluzją: zamierzona konstrukcja okazuje się konglomeratem niepożądanych zjawisk, samobójczą próbą zaradzenia przeludnieniu, rozpaczliwym spektaklem poronionych usiłowań, festiwalem zmarnowanych szans i odwieczną ilustracją konfliktu praktyki z idealistycznymi założeniami; stworzona rzeczywistość była zlepkiem sterowanych wymówek, monstrualną manipulacją, mętnym usprawiedliwieniem, sofistycznym tłumaczeniem porażek przekuwanych w sukces.

W istocie ten idylliczny krajobraz był owocem psychotropów. Rezultatem zażywania proszków, mikstur, legumin i aerozolowych specyfików rozpylanych w zatrutej atmosferze.

W świecie tym zamiast rozwiązywania problemów, aplikowano ludziom różnorodne mikstury wywołujące w nich odpowiedni nastrój; lokowano w powietrzu odpowiedni specyfik, by zamiast społecznej rewolucji wybuchł opętańczy entuzjazm.

Ów świat miał postać upiorną, a pętający się po nim ludzie nie byli grzeczni i przyjemni w obyciu. Nie żyli w luksusach i dobrobytach, tylko w zamaskowanym ubóstwie. Na skutek przewlekłej wegetacji i w efekcie częstego zmartwychwstawania na życzenie, ich fizyczny wizerunek przypominał szpetny magazyn liszajów i odprysków nadgniłego ciała. Lecz ten wygląd zroszony był chemikaliami, zapachowymi ulepszaczami cuchnących i rozkładających się ciał, rozkosznymi woniami dającymi złudzenie bycia w środku sielankowego konterfektu.

Terytorium stworzone przez pisarza przenosi adresata do sztucznej krainy miraży; zamiast miejsca do elizejskiego życia, postacie otrzymują farmaceutyczne złudzenia: nie są to zadowolone sylwetki przechadzające się ulicami wykwintnych metropolii, wysportowane, tryskające zdrowiem i opalone postacie, lecz sapiące, zgrzybiałe i zatęchłe futerały ludzkie, charłacze zjawy galopujące w atrapach nowoczesnych samochodów, marionetki składające się z protez, pasów przepuklinowych i ortopedycznych wihajstrów.

Przedstawianie ruin jako enklawy powszechnej szczęśliwości było fikcją, lecz fikcją zamierzoną. Prowokowaną rozpadem świata i miłosierdziem wobec ludzi. Źle pojęty humanitaryzm nakazywał zatajać przed mieszkańcami wiadomości o niezmyślonej liczbie ludzi i o rychłej, a nieuniknionej zagładzie planety.

* * *

Fantastyka, to dla niego dekoracja: kosmos jest na Ziemi. Dlatego książki autora Cyberiady sprowadzają nas na ziemię; na pierwszym miejscu nie są więc ciała niebieskie, próżnia i gwiezdne pejzaże, ale bliźni zmuszeni do nierównej walki z Naturą; nie buńczuczny zuch, zwycięska i pyszałkowata figurka wyrwana z komiksu, jest dla niego źródłem zainteresowania, tylko zwykły człek w przeciętnym opakowaniu: niejednokrotnie groteskowy, częstokroć doskonały inaczej, lecz zwykle górujący inteligencją nad elektronicznymi fetyszami; na przykład w niezapomnianym Solaris lub w utworze Eden godzi się na porażkę człowieczego rozumu. Świadomie rezygnuje z walki z Niepokonaną Naturą i uznaje ograniczenia ludzkiej wiedzy.

* * *

Myślę tu o pisarzach zajmujących się przyszłością jako konsekwencją teraźniejszości. Przeważnie są to epigoni, kopiści zdolni do powtarzania nośnych wątków, niezdolni natomiast wyjść poza już zastosowane i stale te same, schematyczne wątki, standardowe rozwiązania, zapożyczone od mistrzów obrazki z wrogimi obcymi, portrety złych i dobrych czarodziejów, stworków z laserowymi mieczami, natłoki galaktycznych wojen o pietruszkę, chaos i kolejną degenerację; współcześni fantaści zadowalają się kostiumem, a homo sapiens, to dla nich dodatek do fabuły; kontentują się malowaniem przerażających obrazów z nadciągających bitew pomiędzy astralnymi koboldami.

Brakuje pisarzy – kontynuatorów lemowskich przemyśleń. Naśladowców wyciągających wnioski z np. Summy technologiae, kluczowego, filozoficznego eseju o cywilizacyjnych rozdrożach. Choć wydana w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, nie cieszy się uznaniem tych, co trudnią się pisaniem. Wzięciem naukowo uzasadnionym profetyczną zawartością.

Brakuje, lecz zamiast tego można zaobserwować kłębowisko jego naskórkowych powielatorów, zapominających, że Historia to proces, z którym nie trzeba się godzić. Przeciwnie, należy próbować zmienić jej wpływ na przyszłe wydarzenia. Nie wolno poprzestawać na banalnym stwierdzeniu, iż ma jedynie odzwierciedlać koszmarny stan rzecz, gdyż obowiązkiem futurysty jest wyjść z propozycją zmiany jej kierunku; brakuje pisarzy, których wizja czekającego nas jutra przedstawiona byłaby jako czas zdeterminowany ziemskimi wstrząsami.

* * *

Od czasu genialnego Tolkiena, obecni autorzy nie wyłabudali się z naśladownictwa jego dokonań. To samo rzec można o Lemie. Fantastyka zrezygnowała ze ścisłości wyrażania myśli. Z naukowego podejścia do fabuły. Za to z ekspansywną werwą skupiła się na baśniowych przygodach głupkowatych zjaw. W ten sposób, kosztem logiki i zamiast fantastyki naukowej, na miejsce zarezerwowane dla mądrych, wskoczyła jej populistyczna odnóżka – Fantazy.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Zwietrzała sól narodu

Marek Jastrząb eprawda

Nazywam się Ignacy Elektorat i występuję w imieniu standardowego kolesia piejącego z zachwytu, że znowu oberwał w dziób.
Mówią o mnie mizantrop, boć pono nie kocham ludzi. Kocham, ale są wyjątki. Jestem szczególnie cięty na zgraję sprytnych asekurantów. Mówią też, żem nienormalny, bom normalny do dechy; idę pod prąd, ale że prąd gnuśny, to i ja ospały.
Obca mi przemoc i wszelki strach. Gardzę obojętnymi, neutralnymi, nienawistnikami piękna, wielbicielami ohydy, kreaturami zajętymi beznamiętnym przypatrywaniem się cudzym dramatom, pogardzam ich kunktatorskim pobłażaniom agresji, sprzeciwiam się znieczulicy, biciu, gwałceniu na mimozowatych oczach tępego tłumu, potępiam zwyczajowo niewinnych kanciarzy, nie znoszę tych, którzy są zaskoczeni, zdumieni, zbulwersowani i zawsze twierdzą, że nic nie widzieli, niczego nie słyszeli, jakkolwiek stali w pobliżu.
Jeżeli te moje przywary dowodzą nienormalności, to proszę o skierowanie do czubków. Chociaż nie sądzę, bym dożył takiego zaszczytu, bo dobry rząd zadbał, bym prędzej trafił na cmentarz, niżli do lekarza.

Pracuję, nie odkładam i stale oszczędzam. Przez ten czas dorobiłem się plam wątrobowych, wklęsłych bicepsów, bujnej łysiny i ostrej sklerozy. Za trzydzieści lat stuknie mi setka i wtedy przejdę na wcześniejszą emeryturę. Ogólnie mogę stwierdzić, że choć mam powody, to nie narzekam; czuję się dobrze i wiedzie mi się wedle rangi. Ale czasem trafia mnie szlag. Pomstuję wtedy na wszystko, co się rusza i już nie jestem taki przytulankowy miś. Zaczyna do mnie docierać, że choć robię, co mogę, by postępować w myśl instrukcji, czyli wstaję na długo przed kurami, choć trzymam gęś na złotym łańcuchu i postępuję zgodnie z przepisami na ciamajdę, chociaż zachowuję się zgodnie z rozporządzeniami, to jest czytam brukowce, w tym Gadzinówkę Wyborczą, choć unikam dobrej literatury, za to pilnie oglądam serialowy chłam i niesłychanie ochoczo zgadzam się na chodzenie w kagańcu, to coraz trudniej przychodzi mi zaciskanie pasa i czekanie na cud.

* * *

Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że bez skrupułów skrzywdziłbym muchę, gdybym miał po temu sposobność, jeśliby wlazła mi w szkodę i o ile nie byłoby świadków. Albowiem mam taki zwyczaj: z punktu protestuję, jak się na mnie wypróżniają. Jednakowoż sprzeciwiam się po cichutku, by nikogo nie urazić. Niezbyt publicznie i zazwyczaj szeptem. Raczej w piwnicy, niż na dachu wieżowca, bo kto wie, czy nie robią tego w dobrej wierze, tylko ja nie doceniam.

MAREK JASTRZĄB Eprawda
 

Staram się zrozumieć, po jakie licho mucha ta istnieje, lecz chyba mało skutecznie: na próżno wgłębiam się w przyczyny jej upierdliwego kołowania nad końskim nawozem. Bezskutecznie usiłuję poznać jej wrażliwą psyche i niepotrzebnie wgłębiam się w jej trudne dzieciństwo.
Daremnie silę się na okazywanie jej przyjaźni. Bez powodzenia wdzięczę się, kryguję, chcę polubić i zaakceptować pstrzące obyczaje owada! Nic mi z tego nie wynika, toteż stwierdzam, że nie ma takiej psychologii, by dało się zrelatywizować to bzykające robactwo.
Skończmy jednak z muchą i rozważaniami o jej dzieciństwie! Przejdźmy do naszych baranów!

* * *

Gdy obserwuję wielką i skrzętną żwawość polityków kręcących się wokół rosnącej pandemii, gdy co dnia słyszę przerażające wiadomości o szwindlach ludzi pragnących wzbogacić się na ludzkiej tragedii, a jednocześnie gdy z jednej strony wirusolodzy mówią mi o czekającej nas, drugiej fali zarażeń, a z drugiej wierchuszka rządzących twierdzi, że nie ma się czego bać, bo zaraza jest w odwrocie, dostrzegam, że jestem w krainie zaplanowanego absurdu i ze zgrozą myślę tu o naszym wysypisku miernot skazującej całe społeczeństwo na swoją nieporadność.
I myślę o lekarzach z nazwy. Eksperymentatorach na ludzkim organizmie. Lecz nie tylko o konsyliarzach po podstawówce wykonujących partyjne polecenia, o weteranach wielu pał z deontologii, o konowałach z wykształceniem makabrycznie żadnym, o kpach z edukacją pochodzącą z dolnej półki, o medykach przyznających sobie wysokie premie za przekroczenie granic przyzwoitości i skretynienia. Nie! Mówię o PRAWDZIWYCH LEKARZACH, których ignorują politycy. Znających się na zagadnieniach związanych z ochroną życia. A także o parszywym losie dyrekcji szkół i nauczycieli skazanych na borykanie się z problemami zrzuconymi na nią. Z kwestiami za trudnymi dla obu ministerstw, zwalonymi na lokalny samorząd.

Jestem więc, znudzony powtarzalnością niedouczonych eksperymentatorów i mam w sobie coraz mniej ciekawości, co dalej. Odczuwam przesyt: za dużo machlojek, dętych afer i marnowania pieniędzy moim kosztem. Mam dosyć atmosfery potęgowania międzypartyjnych animozji, wrogości, wzajemnych oskarżeń wszystkich o wszystko, choćby o zaniechania i odwleczenia, ciągłej, całkowitej zmiany lub nieuzasadnionych modyfikacji gospodarczych, braku długofalowych planów, niepewności ekonomicznej i fikcyjnych deklaracji uproszczenia systemu podatkowego, nagminnej spychologii, rozmytej odpowiedzialności za kiepskie interpretacje urzędniczych decyzji, fatalnych ustaw, teorii spiskowych, niedotrzymywanych obietnic i przerostów biurokracji.

Przeraża mnie grubo ciosana rzeczywistość: zamazują się kwestie domagające się natychmiastowego rozwiązania. Dookoła widzę zło, absurdy, posługiwanie się agresywnym słownictwem i czynem. A słowa te i czyny rosną lawinowo, piętrzą się i nawarstwiają, jak w piosence Zembatego ze słuchowiska o Poszepszyńskich.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Powrót wspomnieniami do Sienkiewicza i Zagłoby

MAREK JASTRZĄB Obrona Kmicica

Istnieją pisarze podobnego formatu. Jednak kiedy ich czytam, nie doznaję żadnych palpitacji serca. Owszem, doznania estetyczne są, podziwy też, nawet westchnienia mam na składzie, ale czegoś mi brak…
Lecz kiedy wracam do jego książek, dostrzegam analogię z dzisiejszością: słyszę w pamięci słowa o Polsce, która, kiedy kona, trzeba jej wyszarpnąć poduszkę spod głowy, iżby się nie męczyła. Może z tej przyczyny większość zjadaczy powszedniego chleba nie lubi Trylogii bo za drapieżnie im uświadamia że zilustrowane w niej praktyki stosowane są do teraz.

* * *

Widzę Bogusława, dumne, zmanierowane książątko bywałe na europejskich dworach. Radziwiłła zawzięcie i daremnie emablującego pannę Oleńkę.
Czytam o Kmicicowej przemianie ze zdrajcy, awanturnika, zabijaki, w opatrznościowego męża i patriotę cieszącego się powszechnym szacunkiem. O przeobrażeniu politycznego szaławiły zainteresowanego osiąganiem wyłącznie własnych korzyści, bezpardonowo walczącego o swoje prerogatywy aż do przełomowej chwili: aż do momentu gruntownego otrzeźwienia, które jest początkiem końca beztroskiego etapu życia pana Andrzeja i narodzinami nowej postaci: Babinicza.
Buczę wtedy jak syrena z Mniszkowa i nie mogę wyjść ze zdumienia, że ja, okrzepły w lekturach wszelkiego autoramentu, obyty w sumiennym pożeraniu książek z różnych nadań, reaguję niczym egzaltowana pudernica na rockowym koncercie.

I, srodze zawstydzony, wyrzucam sobie, że nie rozumiem, dlaczego i co zadecydowało o tym że jego krytycy obdarzyli go brakiem pomyślunku, wyposażając jednocześnie we wszystkie złe cechy przypisywane nierozgarniętym warchołom zadurzonym w szlacheckiej złotej wolności. Dzięki tej krzywdzącej opinii

Andrzej Kmicic wyobraża polskiego szlachciurę: sobiepanka, zapalczywego watażkę, naiwniaka i gorącą głowę,

a jego stereotypowy wizerunek funkcjonuje do dziś. Opinii szkodliwej, bo aby takie psychiczne metamorfozy nastąpiły w panu Andrzeju, potrzebne są myślowe procesy i to procesy skomplikowane, filozoficzne. Za subtelne, zbyt głębokie i zanadto niedostępne dla prostego rębajły wywijającego szabelką. Skryte przed prymitywami, za jakiego nadal uchodzi w oczach powierzchownych recenzentów.

W tym momencie dostrzegam ciekawą różnicę pomiędzy filmem, a powieścią. Różnicę wartą wyeksponowania.
W powieści mamy dowody na to, że Kmicic posiadał nieprzeciętną inteligencję. Świadczą o tym prowadzone przez niego boje; przeważnie zwycięskie bitwy i potyczki opisane przez mistrza batalistycznej prozy. Opisy jego triumfalnych i godnych podziwu działań. Nadzwyczaj trudnych, bo przemyślanych starć wszczynanych z przeciwnikiem mającym nad nim militarną przewagę. Przemawia też za tym jego spryt, przebiegłość i wykorzystywanie intuicji pozwalającej mu na uniknięcie militarnych porażek.

Wojownik nawykły do podejmowania walki wszędzie tam, gdzie inni opuścili ręce, a jako że okazywał się niezłym strategiem, dowódcą budzącym w powierzonych sobie żołnierzach jednocześnie strach, miłość i szacunek, niejednokrotnie bywał wysyłany przez hetmanów w miejsca najeżone ryzykiem, wizją porażki, niewykonalności zadania. I z opresji tych wychodził zwycięsko. Lecz odznaczał się przebiegłością, intuicją i sprytem tylko w bitewnym otoczeniu. Natomiast w życiu cywila wykazywał się zadziornością i brakiem dyplomacji. A że nie był przyzwyczajony do słuchania cudzych poleceń i nie znosił sprzeciwu, wpadał w rozliczne tarapaty.
Nawykły do komenderowania, wydawania rozkazów, obmyślania partyzanckiej strategii czuł się bezradny, zagubiony na dworze Radziwiłła Bez przerwy targany sprzecznymi emocjami, bez ustanku przebywający pod ciśnieniem okoliczności, popełniał błędy. Tu znowu powrócić trzeba do pierwowzoru. A ponieważ jest nim książka zawierająca szczegóły niedostępne i pominięte przez film, należy się z nimi zapoznać. Inaczej w dalszym ciągu będzie w nas pokutować mylne przekonanie o przeciętności pana Andrzeja.

Trylogia

To, że jej autor jest wzorem dla piszących lub tylko pragnących pisać, to że jest dla nich niezrównanym stylistą i doskonałym słowiarzem – wiadomo; u Sienkiewicza wszystko jest zrozumiałe i nic nie wadzi.
Ważny jest cel: wszczepienie narodowi otuchy, przekonania, że nie ma takiej opresji, z której nie można wyjść obronną ręka i z podniesionym czołem.
Jestem zauroczony jego mistrzowskim posługiwaniem się ojczystą mową; co postać, to rys, to zbiorowisko cech przedstawianej nacji, odłamu społeczeństwa, to niezwykle sugestywne zagłębie odautorskich spostrzeżeń, charakterystycznych figur opisanych lekko i potoczyście, ze znawstwem psychologicznych podszewek: śmigłym i plastycznym piórem.

MAREK JASTRZĄB Obrona Kmicica
Na zdjęciu: „Potop” — plakat filmowy, 1984 rok. Źródło: materiały prasowe

Na wyrywki znam powiedzonka pana Zagłoby, leciwego franta pełnego wigoru, dowcipu, konceptów i nadzwyczajnych facecji, korpulentnego szlachcica z dziurą w herbie, sercem na dłoni i bielmem na oku.
Z klapami na oczach, przytroczony do uwielbienia, którego nie mogę rozwikłać, słucham głosów z oddalających się wspomnień. Słyszę też dzisiejsze. Jedne i drugie nakładają się na siebie i tak powstaje we mnie chaos. Zamęt wzajemnie sprzecznych ocen.

Pierwsze, należące do moich wspomnień, każą mi kochać Sienkiewicza, lubować się w jego Trylogii, ze wzruszeniem śledzić wydarzenia, podążać za Zagłobą i jego skomplikowaną naturą: raz widzieć w nim mąciciela zdolnego do wszczynania burd, zawołanego kolorystę, chodzący bukłak, championa nieprawdopodobnych opowieści zmyślonych na poczekaniu: pod wpływem chwili, w wyniku gry emocji, to dla odmiany, w zależności od sytuacji – postrzegać go odważnym, sprytnym, bogatym w fortele szlachcicem, na którym można polegać.
Drugie, przynależne teraźniejszości, sądzą Sienkiewicza surowo: z bandyckim okrucieństwem i zajadłą nonszalancją. Przedstawiają jako niestrawnego nudziarza i żarliwego moralizatora.

W miarę szukania przyczyn tak krzywdzących opinii, uświadamiam sobie ich źródło: książki pisane przez niego są FAMILIJNE. Przeznaczone do czytania w gronie rodzinnym. Wielopokoleniowym. Począwszy od starców ogrzewających kości w ogniu reminiscencji, a na śpikach pod nieistniejącym wąsem skończywszy; każdy wiek czerpał z nich swoje satysfakcje. Starzy – umiłowanie Ojczyzny, nadzieję i pokrzepienie serc, wiarę w odrodzenie i ziszczenie marzeń, młodzi – bitwy, galopady i dziewiętnastowieczne westerny.
A że dzisiejsza rodzina jest w rozsypce i widzi się ją w komplecie tylko podczas ślubów i pogrzebów, że ceremonia zespołowego czytania na głos należy do sporadycznych wydarzeń, pojedynczemu odbiorcy Sienkiewicza, kolesiowi przysposobionemu do wirtualnych przeżyć, a w pogardzie mającemu rzeczywiste, szwankuje wyobraźnia i plączą się synapsy; edukowany na jego powieściach, rozumiem wyrazy takie jak honor i miłość do kraju – inaczej, niż teraz.

Obyczaj wspólnego czytania zdechł razem z uwiądem międzyludzkich więzi. Jesteśmy już nie sami swoi, ale sami obcy; zaganiani rodzice nie rozmawiają z dziećmi, dzieci nie rozmawiają z rodzicami. Brat nie brat, siostra nie siostra, wszyscy bliscy przedtem, obecnie są dla siebie skwaszonymi rywalami. Wrogo do siebie nastawionymi przeciwnikami lub przeciwniczkami. Zagrożeniem w kłusach do michy i apanaży.
Familijne życie zostało zastąpione przez telewizyjnie czy komputerowe popierdółki; rzeźbią nas wirtualne ambarasy, a ich taśmowa produkcja rozkwita w rytmie pop.

* * *

Pisał ją w odcinkach. Kiedy w warszawskim Słowie i krakowskim Czasie ukazywał się nowy fragment Ogniem i mieczem, w domach rozpoczynała się impreza pod wezwaniem LEKTURA. Że zaś gazeta była jedna, a amatorów poznania powieści – wielu, to, by uniknąć wyrywania jej sobie, cała rodzina siadała przy stole i głowa rodu robiła za lektora. A reszta piła mu z warg. Zaciekawiona, przejęta, z wypiekami na twarzach, brała udział w przygodach swoich bohaterów. Dzielnego zawadiaki Kmicica, nieszczęśliwego Bohuna, Pana Wołodyjowskiego o sercu ze złota i szabli jak śmierć. Nieznani ludzie wysyłali do autora błagalne listy, by nie uśmiercał Longinusa Podbipięty. Z odcinka na odcinek rosła więc popularność pisarza i otoczony był coraz większą estymą.
W Zbarażu nazwano jego nazwiskiem jedną z ulic. Nieznany admirator twórczości Pana Henryka przekazał mu sporą sumę (15 tys. rubli), z której to sumy powstało stypendium przeznaczone artystom zmagającym się z gruźlicą (skorzystali z niego min. Konopnicka i Wyspiański).

Duch czasu pokonał Sienkiewicza; jego przebogaty język – zwłaszcza staropolszczyzna – jest dla współczesnego czytelnika za trudny, za passe. A co trudne, zaczyna drażnić. Zdania pełne stylistycznych figur, porównań, mistrzowskiego rytmu, za szybko męczą zblazowane oko, z którego to powodu lektury Sienkiewicza są dla młodych pokoleń słowną dżunglą nie do pokonania.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.
Na stronie głównej wykorzystano kadr z filmu „Potop”.

Trzy fragmenty dłuższego opowiadania

Marek Jastrząb opowiadanie

Decyzja

Nigdy nie lgnąłem do konfesjonału. Byłem uodporniony na zdawkową kurtuazję i nic nie mogło mnie nakłonić do patetycznych zwierzeń. Tym bardziej wtedy, gdy wyczuwałem, że pytającego nic a nic nie obchodzą moje niewygody, a wspomina o nich tylko po to, by zaspokoić wścibstwo.
Bo nawet jeśli mu powiem co mnie nurtuje, na przykład, dlaczego wyglądam tak, jak wyglądam, to przecież nie podtrzyma konwersacji. Prędzej zachowa się tak, jakby już od dawna wiedział, co powiem i na wylot znał wszelkie moje złe strony.

W każdym razie poradzono mi, bym rzucił w diabły dotychczasowy tryb życia, oderwał się od bezpłciowych rozmyślań i zawitał do Poprawczaka. Zapewniano, że tylko tam odnajdę ukojenie, a może nawet podreperuję nadszarpnięte zdrowie.
Zrobiono mi badania, bo ostatnio dokuczał mi ucisk w głowie — ciągłe, powolne rozsadzanie czaszki, które promieniowało na całą lewą stronę skroni i sprawiało, że nie mogłem się na niczym skupić przez dłuższą chwilę.

Przenikały mnie wspomnienia, w których zdawałem się tkwić niby w rzeczywistym świecie. Zamroczony swoją „świadomą nieświadomością”, przebywałem w nich chętniej i częściej aniżeli dotąd.
Potrafiłem orientować się w gąszczach napadowych olśnień. Uważałem, że moje wizje i lęki są autentyczne i można do nich przywyknąć; nie są sprzeczne ze sobą, a przeciwnie, uzupełniają mi szarą rzeczywistość.

Miałem nadzieję, że to im właśnie zawdzięczam lepszą egzystencję: teraz i w przyszłości, której nie zamierzałem zmieniać.
Rozróżniałem je, klasyfikowałem, traktowałem z jednakową pieczołowitością. Nawet wykluczające się, rażąco odmienne, istniały we mnie na równych prawach.
Przerzucałem się od jednego skojarzenia do drugiego, swobodnie przechodziłem pomiędzy urojeniami, omamami, iluzjami.

Było tak, jakby między nimi rozpościerał się jednokierunkowy pomost, kładka, której nikt, oprócz mnie już nie mógł zobaczyć.
Twierdziłem, że wszystkie moje wspomnienia są konieczne; każde, analizowane z osobna, stanowiło rezultat następnego, początek lub koniec nowego łańcucha, esencję myśli zawartej pomiędzy tym, co widoczne, a tym, co nierealne.
Urojenia, omamy i iluzje — to była rzeczywistość, którą ceniłem i akceptowałem. Stanowiła rezultat znanego świata, w którym mogłem poruszać się bez ruchu, nie opuszczając łóżka, pokoju, wózka.
Starczyło zamknąć oczy, wyciągnąć się w wannie lub na materacu, włączyć radio z organową muzyką wywołującą we mnie dreszcze, aby przenieść się w inne rejony, aby żyć bez przeszkód i wykrętów, bez szukania zapomnień i usprawiedliwień, jakimi w przeszłości zlepiałem, sztukowałem i łatałem swój żałosny los.

Marek Jastrząb

Dowodziłem, że nie tylko materia nie znosi próżni. Utrzymywałem, iż pustki nie tolerują również przeżycia; jedne zastępują drugie: wymieniają się niezbędnością.
Zdarzenia, których nikt poza mną nie pojmował, zachodziły na siebie, występowały razem i równolegle; przeszłość i przyszłość stawały się teraźniejszością, monolitem.
Białe nie różniło się od czarnego, miłość od nienawiści, piękno od brzydoty, choroba od zdrowia. Nie było rozziewu między tym, kim jestem, ani przez jaki okres.
Ludzie, zwierzęta, przedmioty ulegały transformacjom, więc zdawałem sobie sprawę, że nie ma się czym przejmować i o co zabiegać, bo niezależnie od usiłowań, życie i tak wytnie jakiś żarcik.
Wypadki nie miały historii, wszystko się łączyło i nakładało na siebie, przebiegało w zawrotnym tempie, było „czasem przeszłym — chwilowym”. Działo się w przyspieszeniu, co wyglądało, jakby wahania, uskoki z wytyczonego kierunku, odczucia i wrażenia stanęły nieruchomo, w jednym rozedrganym i martwym punkcie, a całość mojej egzystencji zaczynała być dwuznaczna; zdarzała się w jednym czasie, lecz w różnych miejscach: dotyczyła tylko mnie, tylko moich spraw.

Wydawało mi się, że każde zdanie ma swój nie odnaleziony sens, zmierza do wyjaśnienia, znajduje się na właściwym miejscu, potwierdza istnienie ukrytego przede mną, indywidualnego celu życia.
Poprzednie przeszkody, hamujące i zawracające z drogi, przestały mnie prześladować, zarzucać stereotypami. Świat był mi podporządkowany: kręcił się zgodnie z moim nastrojem. Szybko, gdy byłem wesoły, ociężale i po równi pochyłej, gdy byłem nie w sosie.
Czułem, że nie ma dla mnie barier, wątpliwości, zastojów i sideł. Wypadki, których przedtem nie mogłem wyjaśnić, układały się teraz w jednolity system sprzężeń. Przybierały prostą i oczywistą formę. Zbudowane były z jasnych i zrozumiałych zdań. Lecz zdania te w innych budziły paniczny lęk, napięcie, podczas gdy ja, na zewnątrz, prezentowałem wygładzoną z bólu twarz.
Wyrok był druzgocący, zresztą nie spodziewałem się innego. Więc pojechałem.

Przyjazd

Dwa skrzydła ramion twierdzy o nazwie Dom Przewlekłej Opieki, połączone były przeszklonym korytarzem. Po jego jednej stronie jaśniały w dzień, a granatowiały w noc duże tafle mlecznych szyb.
Już z daleka, z taksówki przykucniętej za krzakiem, miałem niespokojne wrażenie związane z przysadzistym ogromem tej budowli.

Solidna, monumentalna, otulona w szum wiosennej bieli, kwitnąca jabłoniami, przypominała mi lata drugich śniadań łykanych na szkolnej przerwie. Kojarzyła się z Mamą zakrzątaną przy rondlach.
Wyłuskany z pamięci obraz, przedestylowany i skroplony w nowej formie uczucia, oświetlony z innego miejsca, po latach bezowocnej wędrówki, u jej kresu, tuż przed wejściem do Domu sprawił, że znalazłem się w znajomej scenerii, wśród przyjaznych ludzi, którzy mnie oczekiwali.
Przez ułamek sekundy żywiłem przekonanie, że niektórzy z moich dotychczasowych znajomych, wypełzając ze snu, widzą tylko to, co ujrzą: szarzyznę przebrzmiałego dnia i niebo mokre od łez. Czekała ich wieczna mordęga codzienności, czuli zapach przypalonego mleka, a z wnętrza mieszkania dobiegały melancholijne dźwięki rozczłapanych i zaspanych kroków.

Dostrzegali więc zaledwie to, co się im przylepiło do oka i nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, że za zasłoną deszczowego nieba, podstarzałych kroków i woni mlecznej spalenizny, kryje się wzruszenie związane z wiosennymi porządkami, wypastowaną podłogą i kochaną osobą.
Ale uczucie to gasło w lawinie następnych, ponieważ wydawało mi się, że dokąd bym nie spojrzał i czym nie zachwycił, otacza mnie rój bezładnych, nawarstwiających się wspomnień.
I podobnie jak widok Poprawczaka, pomieszczenia z ludźmi skazanymi na służbowe współczucie, tak wizerunek schodów prowadzących do jego wnętrza, stawał się dla mnie czymś więcej, niż był w swojej prozaicznej wymowie. Stawał się ich stopem, konglomeratem pamięci. Przekształcał się ze schodów dzieciństwa we wszystkie znane.

Lecz że nie było to skojarzenie przykre, a odwrotnie, wzbudzało pogodne emocje, doznania połączone z nagłym wyzwoleniem, z wyplątaniem się z szyn, gorsetów i uprzęży tamujących mój ruch, z tlenem zachłannie chwytanym przez człowieka, te, po jakich wstępowałem, wzmacniały we mnie odwagę.
Wkroczyłem do środka. Stwierdziłem, że już nie wstępuję po schodach, ale wciągam się po nich. Że nie idę ich środkiem, lecz przy poręczy.
Pocieszałem się, że byt nie określa mi świadomości, ale ją modyfikuje. Mogłem powiedzieć, że choroba we mnie narasta, obejmuje coraz to większe rejony, a świat stoi w miejscu.
Jej początkowe zawirowania były płytkie i nieistotne, a ich świadomość, ledwie zaznaczona. To, co jeszcze parę nocy temu zdawało się istnieć bez konieczności tłumaczenia „dlaczego”, raptem, wspólnie z pojawieniem się nowego skrzywienia ciała, świeżutkiej i jeszcze ciepłej niewygody, wkraczało razem ze mną.

Nagle rzeczy dotąd błahe, przybierały postać istotnych. Stwierdziłem, że mój ostry wzrok mętnieje, a przedmioty ruszają się, choć inni tego nie widzą i gdy chcę się podnieść, schylić czy obrócić, muszę wykonać całą serię przygotowawczych ruchów. Uklęknąć, ale tak, by być w pobliżu czegoś do uchwycenia, toteż nieraz, by zachować równowagę — musiałem przystanąć, bo kiedy chciałem zmienić rytm i kierunek marszruty, nie potrafiłem iść płynnie. Nie umiałem omijać po cichu przeszkód.
A gdy już byłem przekonany, że osiągnąłem dno i gorzej być nie może, zaczynały się następne fazy, do boju wyruszały nowe, „wypoczęte” sensacje związane ze sztywnieniem karku. Kończyła się uwertura, a zaczynał koncert.

Rozpoczynało się nieustanne zwracanie uwagi na drobiazgi. Upatrzony cel drogi musiał być dla mnie od razu osiągalny, od razu skuteczny, sensowny i bez zarzutu, ponieważ brakło mi sił na naprawianie swoich błędów.
Na dokonywanie ponownych obliczeń i forsownych kalkulacji; jeżeli z własnej winy czy nieporadności nie dopatrzyłem czegoś, źle oszacowałem i sknociłem, zmuszony byłem oglądać to przez cały czas.
W miarę dni żyło mi się z tym coraz gorzej i bardziej męcząco. Z większym mozołem znosiłem swoje błędy i ogarniało mnie coraz silniejsze poczucie rozpadu swojej niezmienności.

Epilog

Kiedy wróciłem do względnego zdrowia, dowiedziałem się o kuzynce i od razu wróciłem do Poprawczaka, by odnaleźć pokój, w którym ją umieszczono.
Pojechałem szukając jej pokoju. W kącie jednego z nich dostrzegłem siwą i pomarszczoną Martusię. Leżała w dziesięcioosobowej komnacie zgrzybiałych piękności. Zajmowała miejsce tuż przy oknie wybałuszonym na ulicę. Dzięki temu była właścicielką połowy parapetu.

Trzymała na nim dorobek swojego życia, sfatygowane radio, paczkę pampersów, wytłamszony batonik i dwie puszki z czymś słodkim na niedzielę. Pozostały dobytek chowała do szafki. A właściwie — chowano za nią, gdyż nie opuszczała łóżka. Obok niego znajdowało się krzesło.
W pierwszej chwili nie miałem pojęcia, co zrobić. Skonsternowany, podjechałem do niej i przedstawiłem się. Przypomniałem, skąd się wziąłem, powiedziałem, że znamy się od dawna, jesteśmy spokrewnieni przez nasze Matki, że bawiliśmy się u dziadków, a teraz wpadłem do niej po drodze. Lecz nie spotkałem się ze spodziewaną reakcją; patrzyła na mnie apatycznie, jakbym był częścią pejzażu.

Nie dawało się nawiązać z nią porozumienia. Dawniej elokwentna, roztropna i wesoła, teraz nie poznawała mnie. Moje widzenie świata pozostało takie jak wczoraj, podczas gdy jej zmieniało się bez przerwy. Z minuty na minutę zmieniało się poprzez wrażenia, poprzez doznania odzwierciedlone rysunkiem jej twarzy. Obca i nieuchwytna, prowadziła ze mną nie jesienną, ale zimową lub letnią, wyciszoną rozmowę, jak gdyby milczała do mnie i za mnie, jak gdyby wyręczając mnie, wiodła ze mną bezdźwięczną dyskusję z przeszłością. Jedno odległe zdarzenie rodziło następne, zaś ja, głaszcząc ją i widząc w jej twarzy wysiłek, byłem z nią zalewie duchowo. Istniała tylko w swoich przeżyciach, wśród kwiatów i pąków, podczas gdy ja znajdowałem się w zupełnie innym wszechświecie: nie w otoczeniu kwiatów, ale w ich owocach, nie w urojonych tęsknotach i świecie fantazji, ale w codzienności.

A kiedy zdarzało mi się ją dogonić i zrównać z nią, kryła się już w innej porze myślenia i znowu była ode mnie za daleko. Wpatrzona w gałęzie drzew pobliskiego parku, kiwała się to w przód, to w tył; z nagłym, mechanicznym obrotem; przypatrywała mi się badawczo, podejrzliwie, zapytując się wzrokiem, kim jest odwiedzający ją pan, a będąc wyłącznie ze sobą, znalazła się w czasie tak niepojętym i niedostępnym dla mnie, że siedząc przy jej łóżku, wolałem nie dzielić się z nią swoimi wspomnieniami, pragnąłem porozmawiać z dyrektorem i oznajmić mu, że zabieram ją do domu.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Felietony literackie

Marek Jastrząb felietony Literackie

Artystyczne robótki

Franz Kafka nie pysznił się czytaniem Platona w oryginale i nie chwalił się, że bywał u Szekspira na baletach. Przeciwnie, chadzał do prowincjonalnych teatrów, wertował literaturę drugorzędną. Jednym słowem — NIE POZOWAŁ na wielkiego literata, lecz nim był.
Zamiast pląsania w stringach po salonie z notablami, robił swoje: bez hałasu, skromnie, powolutku, a niekiedy z cicha pęk. Że zaś talent miał ogromny i na dodatek wzmacniał go pracą nad sobą, nie musiał trąbić wszem i wobec jakim jest wielkim pisarzem.
Mark Twain nie pobierał nauk zwieńczonych pokwitowaniem. Podobnie Bernard Shaw — doszedł do rozumu bez urzędowej metki Magistra Inteligencji. Zatem, jak się okazuje, można być literatem pomimo braku zaświadczenia.

Niestety, ludzie udający artystów starają się zaistnieć na modłę twardzieli w różowych szlafmycach — przy pomocy pozaartystycznego dziwactwa. Podczas gdy twórca udowadnia własną twórczością, że nim jest, bo tylko ona tłumaczy go z obecności na Parnasie.
Weźmy pod lupę Malcolma Lowry’ego i jego przepastne tomiszcze „Pod Wulkanem”, owoc katorżniczej pracy nad wymową i siłą każdego zdania. Redaktorzy wielu wydawnictw rozkładali ręce i, odrzucając tekst, wyrokowali, że książka jest za długa, powinien ją przystrzyc, zmniejszyć jej tonaż i udźwig, a w ogóle kto to przeczyta.

Malcolm Lowry Eprawda
Na zdjęciu po lewej: Malcolm Lowry (1909-1957), angielski poeta i prozaik, autor książki „Pod Wulkanem”, która zajęła 11 miejsce w rankingu 100 najlepszych powieści świata. Źródło: Wikipedia

Albo Jamesa Joyce’a, irlandzkiego skandalistę, twórcę podziwianego i komentowanego do dziś. Lub Marcela Prousta, lowelasa szwendającego się po buduarach. Kiedy ukończył jedną ze swoich książek, przesłał ją Andre Gide’owi do oceny, ten zaś nawet do niej nie zajrzał, bo awansem założył, że co taki wartogłów i bawidamek może spłodzić!
Choć mamy sporą listę przegranych, odrzuconych, zlekceważonych, to przecież każdy z tych pechowców doczekał się późniejszego uznania, prędzej lub później wykaraskał się z pomroków dziejów i został pomnikiem.

A co byłoby z nimi TERAZ? Przede wszystkim owych nieszczęśliwców nie ma tylu, co piszących obecnie, w związku z czym trudniej szło ich przegapić.
Aliści z tamtych lat pozostał nam spadek — stado Andre Gide’ów, nieraz wybitnych pisarzy, którym z różnych przyczyn nie chce się zajrzeć do rękopisów nieznanych autorów. Raz, że nieznanych mamy przesyt i ciężko przekopać się przez na przykład pięćset stron tekstu. Dwa, że niejednokrotnie szkoda zdrowia i czasu na bazgroły, z których można dowiedzieć się, iż autor nie ma nic do powiedzenia.

Stąd, na wszelki wypadek, autorzy wybitni stronią od wydawania ocen.

Pomijając wszelkie aspekty obecnego wysypu grafomaństwa, zdarzają się utwory nieprzeciętne i niewybaczalnym grzechem jest spisywanie ich na straty tylko dlatego, że przysłowiowy Gide nie ma ochoty babrać się w cudzych manuskryptach. Tu mówię o szkodliwych praktykach wydawnictw.
Do zarzuconych a zamierzchłych obyczajów szanujących się oficyn należało prowadzenie tak zwanych recenzji wewnętrznych. W kantorku siedział sobie facecik legitymujący się literacką ogładą i czytał wszystkie nadchodzące teksty. I dopiero w oparciu o jego opinię wydawnictwo decydowało, co i jak.
Z żalem stwierdzam, że z powodów oszczędnościowych zlikwidowano ten urząd i przedsiębiorstwo ds. wydawania książek poczęło zajmować się produkowaniem bubli.
A co z wieloma pisarzami tonącymi w komercyjnym sosiku? Niech czekają na ciekawsze czasy, na ponowną odsłonę za głupie pięćset lat.

Wydaj książkę i zdechnij!

Naszła mnie wspomnieniowa nawałnica i zacząłem sobie przypominać, ile książek, bezcennych a zbutwiałych starodruków nawet, ile arcydzieł literatury światowej udało mi się wydrzeć z lochów niejednej składnicy surowców wtórnych! Po godzinach oficjalnej pracy, kierownik placówki wpuszczał mnie na zaplecze i pozwalał (za ćwiartkę czystej) uprawiać wysokogórską wspinaczkę na wierch papierowej hałdy i gdy on leżał u jej stóp, ja bawiłem się w archeologa omijając co grubsze szczury na ołowiowej diecie.

A gdy magazyn był już przegrzebany, budziłem faceta i szliśmy do wagi. Kładłem na niej urobek, czyli wszystkie znalezione książki, a gość mi je sprzedawał. Cena była taka, że jeśli wszystkie ważyły pięć kilo, to w zamian musiałem mu przynieść pięć kilo gazet. Tym sposobem wszystko się zgadzało i dzięki temu ja miałem sporą bibliotekę, on zaś — porządek w burdelu.
Czasy się zmieniły i funkcję makulaturowych magazynierów przejęły urzędy od odmawiania pomocy, wsparcia i dawania literatom popalić. Dla nich też nie było różnicy między książką, a papierzyskami.
Sprytne ludzie zwietrzyły interes i wzięły sprawy w swoje ręce: zaczęły otwierać się na potrzeby wygłodniałego społeczeństwa. Kwitła więc produkcja bubli i na masową skalę powstawały rachityczne wydawnictwa.

Tak jak niegdyś w byle garażu siedział na skrzynce od piwa przyszły komputerowy Gates, teraz w byle internetowej piwnicy siedział sobie WIELMOŻNY PAN WYDAWCA i czekał na frajera z kasą; czyhał na reflektantów i łyskał brylantyną niewiedzy.
Naiwny klient wpadał mu w szpony i z drżącym rękopisem w rozlatanych rękach kucał z zachwytu, bo na wstępie dowiadywał się, że spłodził wiekopomne arcydzieło, które rozejdzie się w mig, a jak dobrze pójdzie, to jeszcze szybciej. Za co PAN HANDLARZ ręczył osobistym honorem.
Zanim przyszły noblista zrozumiał, że wydawca nie mógł go przeczytać, bo jeszcze niczego nie opublikował, już był ugotowany na miękko i gładko łykał kolejne banialuki.

Jedną z nich była informacja, że nie poniesie kosztów, bo kosztami obarczy się sponsora. Tyle że sponsor jak raz wyjechał do Berdyczowa na kurację i zamiast niego może skorzystać z usług obywatela Komornika, na którego konto należy wpłacić marne grosze w liczbie trzech tysięcy złotych plus VAT.
Tyle samo, albo o dwa złote mniej, uiścić należy w księgarni, by książka nie powędrowała do ciemnego kąta, lecz znalazła się na miejscu, gdzie ją widać. Przy czym za widok książki uplasowanej pod sufitem, buli się mniej, niż za widok tejże pomieszczonej na wysokości oczu kurdupla.

Ale najdroższe są miejsca w sąsiedztwie półek z rankingowymi bestselerami. Tam aż kotłuje się od oglądających, cmokających i odchodzących z kwitkiem; na długich, chłodniczych ladach spoczywają komiksy, krzyżówki, rozmaite SF, magazyny pełne okrutnych narracji, ckliwych opowiastek zajeżdżających bajkową scenografią, emfatycznych historyjek prowokujących do tarcia oczu i pociągania nosem, aromatyczne pomady w harlequinowskim stylu, jakieś kolorowe thrillery, fabularna przędza na wyczerpanym papierze, przygodowe rachatłukum, biesiadne tańce i hulanki z tasakami, garkotłukowy chłam.
Natomiast powieści Wojdowskiego, Kuśniewicza, Nałkowskiej lub Berezy próżno by szukać; księgarski subiekt nigdy o takich nie słyszał, no a w instrukcji obsługi klienta nie ma przepisu, by znać produkty przeterminowane.

Owszem, jeżeli autor nie wydoli finansowo i zrezygnuje z wywieszania się w księgarni, może cały swój nakład pierdyknąć pod wyro i pobawić w komiwojażerkę. Ale uwaga — od tego również potrącany jest podatek na rozbój kultury.

* * *

Różnica między stroicielem fortepianów a kompozytorem, należy do namacalnych namacalności i oczywistych oczywistości. Ale jak jeden bez drugiego nie może istnieć i oboje są fachowcami w swoich branżach, to kompletnym nieporozumieniem jest zamiana ich ról.
Zanim pękniemy ze śmiechu, wyobraźmy sobie, że do Bacha przychodzi naprawiacz klawiszy, siada za instrumentem, wyniośle i bezceremonialnie strofuje mistrza pouczając go w sprawach polifonii, a na deser wręcza mu instrukcję obsługi piszczałek pod tytułem zreperuj je sam. Albo Beethovena, jak idzie do sklepu, kupuje parę desek, pół tony gwoździ, zanosi do domu i zbija sobie klawesyn.

Podobnie w literaturze — jeden jest oprawiaczem książek, a drugi je pisze. Tak jak jeden jest kulturalny, a drugi pracuje w kulturze.
W tym miejscu zaczyna się robić poważnie, bo zadajemy sobie pytanie: kim jest obecny artysta, człowiek uprawiający zawód literackiego biznesmena? I odpowiadamy natychmiast: to figura na wskroś pragmatyczna — już nie twórca, lecz jeszcze nie człowiek interesu. Ot, złota rączka niepewnego geszeftu.

* * *

Słowo sprzedaż robi obezwładniającą karierę. Jest słowem kultowym. Podobnie jak niegdyś szałowy, fajowy, obłędny, odlotowy. Kultowy, znaczyło dawniej: obrzędowy, rytualny, religijny. Teraz kultowe jest wszystko, co się dobrze sprzedaje, ma powodzenie i cieszy się ponadprzeciętną oglądalnością. Kultowy może być sedes, rzecz jasna, jeżeli przedtem należał do popularnej gwiazdy.
Andrzej Wajda nakręcił film „Wszystko na sprzedaż”. Film, jak na tamten czas, obezwładnił mnie bezwzględnością moralnej oceny: myśl każdą i rzecz wszelką można opchnąć.

Andrzej Wajda Eprawda
Kadr z filmu Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż” (1968). Foto: materiały prasowe

Dzisiaj ziejąca z niego celuloidowa „prawda ekranu”, śmieszy mnie tylko swoją poczciwością, gdyż z biegiem dni łagodny okres groteskowego szpanerstwa przeszedł ewolucję: zwyrodniał, wynaturzył się, rozwinął macki i porósł w normę, która już nikogo nie dziwi. Do głosu dorwał się absurd, zgroza, zmienił się w koszmarną wizję naszego upadku na kolejne dno.
Sprzedawanie siebie jest hasłem na dziś i coraz częściej okazuje się, że produkt może być byle jaki, gdyż liczy się wyłącznie zysk. Przy czym utwór nie jest ważny. Natomiast ważna, a nawet istotna jest jego sprzedaż.

* * *

Jeżeli książka spoczywa na odpowiedniej wystawie, to znaczy wbija się w czytelnicze oko, leży z dala od magazynu, a w pobliżu medialnego rozgłosu, jeśli znani recenzenci raczą przeczytać i merytorycznie ocenić to, co znalazło się między okładkami, a rankingi potwierdzą ich werdykty, autor może chodzić w stepującej glorii fantazjując o palmach i kokosach.
Ale, by tak się stało, kandydat na wniebowziętego musi spełnić szereg warunków. Pierwszym i niezbywalnym jest posiadanie finansowego zaplecza — literat marzący o intratnym opyleniu swoich prefabrykatów, musi mieć kasę na opłacenie sukcesu. W przeciwnym razie pozostanie mu niesmaczne przeświadczenie, że choć spłodził arcydzieło, to jego twórczość bardziej pasuje do pawlacza, niż do splendorów; jakkolwiek jest znana nielicznym członkom rodziny, paru sąsiadom z bloku i jednej sklepikarce z osiedla, to przecież nie są to wystarczające powody do zadowolenia; chciałby być znany szerzej, otrzymywać dobre recenzje, pęcznieć z dumy i nerwowo liczyć szmal.
Chyba że, jako zamożny inaczej, zajmie się żebractwem; w tonie kuczno-błagalnym zamieści swoje płaczliwe supliki i zdesperowane ogłoszenia skierowane do Literackich Instytucji, Fundacji i Stowarzyszeń Promujących Walkę Z Kulturą. Dołączy do dzielnej grupy literatów żyjących współcześnie i stanie się własnym menedżerem. Absolutnie skutecznym profesjonalistą. Fachurą w każdej dziedzinie zahaczającej o twórcze i wydawnicze procesy.
A więc musi umieć wszystko lub prawie. Zrobić nieśmieszną korektę. Znać się na kosztach druku, łamaniu stron, właściwej czcionce, doborze odpowiedniego papieru, sensownej reklamie, szukaniu i znajdowaniu niewidocznych SPONSORÓW.

Jednakowoż literat szukający wsparcia, jak abstynent procentowych ambrozji, szybko dochodzi do wniosku, że takich jak on jest więcej i chcąc wypłynąć na szerokie wody musi razem z nimi tłuc się po niszach, piwnicach i straconych złudzeniach, bo jako pisarz nie ma żyłki straganiarskiej.
Nie umie czy nie potrafi sprzedać swoich intelektualnych artykułów. Znika z rynku w rytmie cza-czy i słuch o nim wędruje tam, gdzie ciemno, głucho i panuje zawzięte milczenie.
Chyba że cierpi na nadmiar gotówki i nie kłopocze się wydaniem własnej książki. Wtedy poleca fachmanom swój przyszły bestseller i już oni zadbają, by miał on ręce i nogi, sprzedawał się jak Bóg przykazał i nie straszył gustem, sam zaś może zająć się pisaniem.
Ma wtedy wolną głowę i nie doskwiera mu upierdliwa myśl, że aby nabazgrać książkę, powinien być drukarzem, introligatorem czy innym Gutenbergiem.

Credo ignoranta

Po co malować, pisać lub komponować? Picasso był, Rafael do spóły z Bachem także, podobnie Norwid, Chopin czy inne Mozarty do kupy z pozostałymi Van Goghami też. Jaka więc idea w twórczym przetwarzaniu ich dzieł? W inspirowaniu się nimi?
Byli, ale się zmyli. I koniec tematu. No, a poza tym wykorzystywali w swojej twórczości wciąż te same marudne zestawy stylistycznych figur.

Pisali za pomocą kombinacji liter alfabetu, posługując się stereotypowymi znakami przestankowymi i niemodną ortografią, pacykowali banalnym końskim włosiem, bębnili po szablonowym klawicymbale, słowem – nie robili niczego odkrywczego, bo wszystko już było, jak łupież…
Po cóż być kulturalnym w przestarzałym stylu, chorobliwie ciekawym różnorodności świata, jego umiejscowienia na mapie naszych pragnień, dążeń, aspiracji? Na jaką cholerę mamy ślęczeć nad poznawaniem historycznych korzeni, wiedzieć cokolwiek więcej od Neandertalczyka, mieć apetyt na świadome życie skoro mamy Internet, komputery i telewizję talerzową?
Po co szkoła, studia, codzienna mordęga z ponurą rzeczywistością?

Irzykowski i Boy

Przez dosyć długi czas byłem przekonany, że pomiędzy artystami istnieje więź, porozumienie dusz i serc, że są połączeni wzajemną życzliwością wynikającą z posiadania talentu. Jednak gdy te naiwne przeświadczenia odkształciły się pod wpływem czytania utworów podobnych do Beniaminka, zastanowiło mnie, czy zawiść i gryzienie po kostkach nie są aby cechami powszechniejszymi, niż przypuszczałem.
Lubię Irzykowskiego, ale tylko z tego powodu, że jest częścią literatury, a literaturę trzeba lubić w całości. Nie podziwiam go za Beniaminka. W tym paszkwilanckim utworze, niczym w zbiorniku nieczystości, nagromadził wszystkie swoje pretensje i jadowite zarzuty wobec rosnącej sławy Boya. Zbitki cytatów wyrwanych z kontekstu, pomyje niegodne mistrza, za jakiego chciał uchodzić.

Tadeusz Boy-Żeleński
Na zdjęciu: Tadeusz Boy-Żeleński (1874-1941) — polski tłumacz literatury francuskiej, krytyk literacki i teatralny, pisarz, poeta-satyryk, kronikarz, eseista, działacz społeczny, z wykształcenia lekarz. Współpracownik Ireny Krzywickiej, propagator świadomego macierzyństwa, antykoncepcji i edukacji seksualnej. Żródło; Wikipedia

Co było niekwestionowanym plusem na boyowskim koncie, pod piórem Irzykowskiego przekształciło się w minus, zarzut, kpinę, szyderstwo. A że tłumaczył niepotrzebnie, za dużo i źle, a że kto to czyta, a po co Balzak, Stendhal, Molier, całe to zamieszanie z obsceniczną literaturą francuską i kiepściutkim przekładem Prousta. Z czego wysnuł wniosek, że co najmniej połowę tych spolszczeń i przybliżeń należałoby zlikwidować.

Przyczepił się również do aktywności Boya na polu społecznych absurdów, do jego Fundacji Kropla mleka, do własnym sumptem wydawanej Biblioteki Boya, obrony kobiet i dzieci; pomówienie za pomówieniem, brednia za brednią. Biedny Żeleński! Trafił na autora wybitnego drugiej kategorii; mrówka zabrała się za gwałcenie słonia.

Błyskotliwy felietonista o niekościelnych poglądach, zawołany dziennikarz, autor Słówek, filar kabaretu Zielony Balonik, społecznik piszący o doli kobiet, aborcji, seksualnej edukacji, poruszający problemy aktualne do dziś, lekarz o niewygodnych przekonaniach, wróg koturnowości i literackiej egzaltacji, odbrązawiacz pisarskich sław, bezkompromisowy krytyk teatralny i obyczajowy komentator, wydawca i zarazem tłumacz o osiągnięciach rozsadzających ludzkie wyobrażenia, publicystyczny drapieżnik nie pozwalający sobie dmuchać w nos, groźny adwersarz o zadziornym języku wyparzonym w niejednej polemice, Boy — o którym Stanisław Mackiewicz wyraził się, że jest to pierwszy polski pisarz po Żeromskim i Sienkiewiczu — mawiał w swoich prowokacyjno-zaczepnych felietonach, że jak go nikt nie napada, czuje się niekomfortowo, tak że z radością powitał autora Pałuby w gronie oszczerców.
Irzykowski miał talent niepokaźny, Boy — wielki, łączył ich więc kompletny brak poczucia więzi, a dzieliło spojrzenie na literaturę. Oraz odmienne temperamenty — one to zadecydowały o niepodobieństwie porozumienia obydwu tak różnych pisarzy.

Irzykowski, to klerk zanurzony w ekskluzywnym przeżywaniu, odległy od rzeczywistych problemów, typowy mól książkowy, teoretyk prawdziwego życia, a praktyk — abstrakcyjnego. W odróżnieniu od Boya, człowieka czynu i zwolennika twardego stąpania po ziemi, okazał się człowiekiem z gatunku tych, o jakich pisał Lec: mszczą się ludzie mali, bo nie powyrastali.
Insynuatorów nie brakowało nigdy. Zawsze można było liczyć na to, że jak który pisarz, publicysta czy poeta wyrośnie ponad zwykłą miarę, znajdzie się ktoś, kto obije mu pyski i da po łapkach, kto, jak ogrodnik z sekatorem, przystrzyże mu to i owo, a sprowadzając go do swojego poziomu, sfastryguje mu osiągnięcia pod swój kołtuński gust.

Dopóki przyszli wielcy trzymają się przyjętych konwencji i nie walczą ze stereotypami, doputy są traktowani lekceważąco przez resztę twórców, nie stanowiąc zagrożenia. Ale jeśli zaczyna być o nich głośno, kiedy gołym okiem widać, co sobą reprezentują i dokąd zmierzają, prócz świty rzetelnych entuzjastów ich artystycznych dokonań, z głębokiego nieistnienia podnoszą się odpychające skrzaty starające się zerwać bodaj cętkę z gronostajowego płaszcza. Pojawia się sfora paszkwilanckich śledzienników gotowych jątrzyć, wybrzydzać i rozdmuchiwać, umniejszać i podawać w wątpliwość to wszystko, czego sami nie są w stanie pojąć.

Bezinteresowność tworzenia

Nie łudźmy się — większość pisarzy odwala robotę na czarno. Począwszy od publikowania tekstów za Bóg zapłać, a skończywszy na wydawaniu książek własnym przemysłem. Przy czym warto pamiętać, że teksty bezpłatne mają zazwyczaj wartość ceny. To znaczy od utworów pisanych za darmo nie można zbyt wiele wymagać.

Są jednak pasjonaci dbający o wysoki poziom swoich tekstów i za nic w świecie nie opublikują byle czego. Potrafią zainspirować autora, wymóc na nim, by zamówiony utwór miał ręce i nogi i nie był gniotem.

Lecz to rasa niedzisiejsza, ginąca w natłoku tandeciarzy, zasilająca odchodzące kadry miłośników rzetelności. Tym bardziej należałoby ją hołubić, doceniać, że jest, że jej się chce, że choć jest ich co prawda coraz mniej, to przecież, na przekór kłodom rzucanym im pod nogi — są.

* * *

Animator, człowiek utrzymujący własnym kosztem własne pismo, zamieszczający w nim artykuły trzymające poziom, to wygłup natury, podejrzany osobnik. W małostkowych umysłach powstaje natychmiast pytanie: a co on/ona z tego ma?

No właśnie. Można to pytanie rozwinąć: a co miał Zenon Miriam Przesmycki z przybliżenia sylwetki Norwida? Idąc za ciosem, zapytać też trzeba o korzyści Tadeusza Żeleńskiego — Boy ’a z odkopania z niepamięci Jakuba Wojciechowskiego, robotnika — literata? A jakie czerpał korzyści ze swojego wydawnictwa? Z bycia społecznikiem?
Lub co miał Choromański pomagając kelnerowi Tadeuszowi Kurtyce stać się pisarzem Henrykiem Worcellem? Albo Zofia Nałkowska umożliwiająca literackie zaistnienie Bruno Schulzowi?

Bruno Shulz Eprawda
Na zdjęciu: Bruno Shulz (autoportret) — polski prozaik żydowskiego pochodzenia, grafik, malarz, rysownik i krytyk literacki. Zmarły 19 listopada 1942. Źródło: Wikipedia

Mikromózgi współczesnych zawistników i węszycieli nie są zdolne pojąć działań podyktowanych bezinteresownością, altruizm przekracza ich potencjały rozumowania.
Coś tak bzdurnego, jak miłość do szukania, odkrywania i pomagania talentom (w obojętnie jakiej dziedzinie artystycznej twórczości), jest dzisiaj niebezpiecznym procederem, bo człowiek obdarzony Bożą iskrą stanowi dla nich zagrożenie. Konkurencję do ewentualnych zysków.

* * *

Recenzentów z prawdziwego zdarzenia jest coraz mniej, nie dziwię się więc, że nikt z nich nie chce czytać ogromu nadsyłanych zakalców po to, by wyłowić spośród nich jedną perełkę, bo to zdzieranie oczu i robota głupiego. Lecz jest wyjście — nie trzeba czytać całego tekstu, by zorientować się czy napisał go grafoman, czy artysta.
Martwi mnie, że potencjalni wydawcy nawet nie zadają sobie trudu, by skubnąć okiem choć kawałek nadesłanego tekstu. Wystarczy parę stron — jeśli jest napisany językiem odzwierciedlającym treść i potrafi mnie zaciekawić od początku, czytam go w całości. Lecz jeśli jest sklecony z bełkotu i musiałbym przeczytać sto stron, by natknąć się na jedną anemiczną myśl, daję sobie spokój.

* * *

Długi czas byłem zdania, że pisarze stanowią grupę ludzi połączonych wspólnym celem, a tym celem jest wzajemna pomoc. Że łączy ich coś w rodzaju porozumienia i życzliwości dusz. Ale stwierdziłem — takie myślenie nazywa się naiwność. Niestety, bardzo często zdarza się (np. między literatami), że tak zwani arystokraci ducha są małostkowymi kmiotami o naturze zawistników.
Bezinteresowny był Boy, lecz to rzadkość. A w obecnych czasach — wada. Jednak wolę być naiwny niż egoistyczny dureń.

Tu proroctwo: przyszłe pokolenia zastąpią wkrótce dzisiejszą resztkę sumiennych i nadejdzie czas, gdy bezguście i niska jakość staną się normą.
Pamiętający takie dziwne słowa, jak: zawodowa uczciwość dziennikarska, szacunek dla czytelniczej inteligencji, odpowiedzialność za publikowane teksty — wymrą, a na ich miejscu znajdą się ludzie, którzy nie będą wiedzieli, kto zacz ów Dylan Thomas lub czym się je Cummingsa, co to kulturowa ciągłość, na czym polega kontynuacja dorobku, czym różni się ona od wiecznego rozpoczynania dawno przebytej drogi.
Przyjdą barbarusy, nonszalanckie kreatury pełne bełkotliwej swady, obdarzone naskórkową wiedzą o latach, gdy jeszcze nie istniała obecna łatwizna wypowiedzi, a pojawią się ze swoimi objawieniami udającymi recepty na literaturę. I znajdą czytelników, i zostaną ich autorytetami.
Z jakiego powodu? Bo nadeszły czasy, gdy tak autorom, jak wydawcom nie chce się czytać niczego, co nie daje zysku. Wydawnictwa nie są nawet zainteresowane bezpłatnym czytaniem nadsyłanych materiałów, a jeżeli już decydują się na druk, to jedynie na teksty rekomendowane przez pantoflarską pocztę; jak najmniejszym własnym kosztem i bez ryzyka.
Ryzykuje jedynie autor, bo rzuca się na niepewny interes i tylko on ponosi koszty.

Literatura

Istnienie spadkobierców gwarantuje postęp. Choć rozwarstwione na oddzielne gałęzie, konary i listki, drzewo nie przestaje być potężną rośliną o wydatnych korzeniach. Drzewo to wydaje na świat dojrzałe plony w kształcie nieprzemijających refleksji. Jego korzeniami są ludzie, poprzednicy i uczniowie, a koroną — literatura.

Poszukująca i odnajdująca, twórcza myśl jest jak statek przycumowany do życia lub żaglowiec kołyszący się w przystani. Stanowi między- i ponadpokoleniową symbiozę ludzkich poszukiwań; jest więzią z przeszłością i oazą dającą schronienie przed obskurantyzmem. A zarazem — ciągłością, zachowaniem tradycji, miłością ukazywania prawdy, teoretycznym przeczuciem czerpanym z nieuchwytności, rewizją dotychczasowych twierdzeń, koniecznym i dobroczynnym atakiem na poglądowe zielsko, chwasty i toczące ją pasożyty komunałów.

Literatura — dojrzała, odkrywcza, powstająca z potrzeby uszczegółowienia, dopasowania nieznanych pojęć do znanych faktów, narodzona z troski o formę i treść formułowanych idei — tworzy różnorodne koncepcje widzenia świata, umożliwia powrót do zarzuconych prądów, tendencji i ich odzwierciedleń. Jest nieustannym niszczeniem worka z dogmatami, negowaniem stereotypów i mętnych przypuszczeń, pojęć na wyrost i wątpliwych diagnoz.

Jest dla mnie wszystkim po trochu: lekcją pokory, karą, nagrodą, zabawą i przygodą z darowaną obecnością. Atrakcyjną i podniecającą odmianą egzystencji, ucieczką w śmiech przed monotonią rzeczywistości, a zarazem niezgodą na jej wynaturzenia, świadomym zagadywaniem swoich cierpień, tych prawdziwych i tych wyolbrzymionych, względnych, bo subiektywnych. Reakcją organizmu na zmianę osobowości, lekarstwem na chroniczne osamotnienie i fałszywe współczucie. Ratunkowym kołem przed nieżyczliwością bliźnich, zastępczą formą bytu na uwięzi, nieruchomym ruchem, sposobem na senne koszmary i emocjonalną huśtawkę. Wyzwaniem, uczeniem się pokonywania trudności, zbawiennym przejściem w stan wysublimowanej metamorfozy. A także daremną próbą zrozumienia siebie i dożywotnim, nieudolnym, stale podejmowanym usiłowaniem nazwania swojej wewnętrznej drogi.

O rozpoznawalności w pisarstwie

Język twórczy (a nie — odtwórczy) różni się od sucharkowego (poprawnościowego) języka używanego w literackiej księgowości tym, że powinien być krwisty i soczysty, a nie — zbieraniną słów kostycznych lub spalonych na węgiel. W tym miejscu najlepiej posłużyć się przykładami zaczerpniętymi z dzieł „klasyków”. Orwell w „Folwarku zwierzęcym” użył sformułowania „kury skrzeczące z przerażenia”. Mickiewicz: „zakasać pięści”. Balzak — „ziewający koń”. Gombrowicz: „twarz wykrzywiona brakiem uśmiechu”.

Czy pisarze ci popełnili błędy? Z punktu widzenia językowego purysty — tak; od razu napiętnuje tego rodzaju stylistyczną woltyżerkę, dowodząc, że kury nie skrzeczą, koń nie ziewa, a pięści zakasać nie można. I poprawiacz taki miałby rację, tyle że gdyby nie podobne wygibasy słowotwórcze, nasz sposób wyrażania myśli byłby od czasów Reja wciąż ten sam.

Słowo to barometr epoki, znak triumfu i rozwoju myśli lub jego przeciwieństwo. Obserwujemy metodyczne butwienie minionego czasu. Mamy więc zdania cherlawe, dowolne, wydezynfekowane z prawdy i odarte z sensu. I zdania te, o zawartości niepopartej faktami, natomiast hojnie obdarzone domysłami, tak są bezbarwne, że aż nie dają się przypisać jednemu autorowi, tylko wielu, a wyrządzają nam — ich czytelnikom — krzywdę podobną tej, jaką przed laty wyrządzał cenzor, uzbrojony w brak mózgu i nożyczki podłączone do KC.

W tym sensie zrozumiale brzmi wyznanie Gombrowicza, że nie chce być pisarzem idealnie poprawnym, pozbawionym wszystkich językowych odstępstw od norm, a nie chce, ponieważ ich gorliwe i rygorystyczne przestrzeganie prowadzi do „wykastrowania z charakteru”.

Zjawisko stylistycznej rozpoznawalności piszącego przyrównać można do głosu aktora: nie sposób pomylić Gustawa Holoubka z Andrzejem Szczepkowskim, Seweryna z Lindą, Dzwonkowskiego z Michnikowskim, Eichlerówny z Jandą. W głosie aktora jest zawarta dusza wypowiadanego tekstu, charakterystyczna intonacja i specyficzne wybijanie sensu utworu poprzez umiejętne rozłożenie akcentów.

Literatura za bardzo wzięła sobie do serca fakt, że mówi się o niej „piękna”. Zanadto, gdyż powinna mieć spocony kałdun wystający z niedopiętej koszuli. W moim rozumieniu, nie ma nic wspólnego ze stylistycznym betonem: jest prosta, czyli ludzka. Pachnie rzeczywistością; nie nosi kagańca i przepuklinowego pasa.

Literaci zawzięli się używać słów przylizanych, podczas gdy stosowane przez nich nie powinny dzielić się na wyrazy dopuszczalne i zakazane, gdyż jest to podział sztuczny i nieuprawniony. Pierwsze — to te z bramy frontowej, wizytówkowe i uładzone, drugie — to te, które ukradkiem przemykają się pod schodami.
Słów potocznych, żywych i obrazowych, używa się niewiele. Kolokwialne, pospolite, chadzające za potrzebą i samopas, słowa na bosaka, z tłuszczykiem i przy kości, wymięte, neologizmy prosto ze zgiełku ulicy i bazarów, słowa przy nadziei, zamieszkałe w zwyczajności nie mogą dopchać się do należnej im nobilitacji.

Sądzę, że dzisiejsze zasady jutro będą uznawane za błędy. Podobnie jak wczorajsze są nie do przyjęcia teraz. Mówię o tak zwanych modach na poprawne wyrażanie myśli. Między innymi o powtórzeniach. Powtórzenia — nie tylko poszczególnych słów, ale i całych fraz, znaleźć można u Sołżenicyna, Camusa, Bułhakowa, Kapuścińskiego.

Język, styl, gust — nie są to rzeczy zastygłe: podlegają nieustannym, etycznym i estetycznym modyfikacjom w trakcie procesu naszych mentalnościowych przeobrażeń; są kształtowane przez zmiany zachodzące w naszej psychice.

Derywacje

Słowa są nie po to, by gęba miała zajęcie. Mają służyć nie tylko do ciurkania elokwencji, ale i do odzwierciedlania tego, co się ma zamiar powiedzieć. Jednakże między powiedzieć a powiedzieć, rozpościera się otchłań różnic. Można coś tam wyrazić, nie uzyskawszy żadnego rezonansu. Dzieje się tak, gdy język jest konwencjonalny, drętwy, mało elastyczny, nie zmusza do przetwarzania skojarzeń, zadowala się stwierdzeniem gołego faktu, nie rodzi konkluzji, a człowiek, po przewentylowaniu takich myśli, nie chce zgłębiać, co skrywają pod podszewką.

Lecz są słowa przeciwne do tamtych: ruchome i rozhuśtane. Kiedy w zdaniu znajdziemy takich kilka znaczeń, nawet pozornie sprzecznych ze sobą, wręcz rządzących się nieznanymi prawami, to nagle się okazuje, że zbudowane z nich zdanie zawiera w sobie nowe barwy i nieprzewidywalne sensy, że tym samym są bogatsze, różnorodniejsze, ciekawsze, że są istotne, ponieważ sprawiają, że zwykła myśl, uszarpana własną miernotą, płytka i „jednowymiarowa”, dzięki owym zbitkom lub skojarzeniom słów, zaczyna wyłazić na powierzchnię w zupełnie nowej szacie: kiełkuje prawdami, których nie podejrzewalibyśmy na wstępie. Mówiąc krótko: niektóre są bezpłodne, bo pojedyncze, a inne — składane jak teleskop.

Gdy używamy pierwszych, jesteśmy szablonowi i kołczejemy z poprawności. Lecz jeśli posłużymy się słowem teleskopowym, znajdziemy się wśród barw, które nie są przedawnione, zastarzałe i passe, a nasza wyobraźnia uwolni się od stereotypów. Przeniesie do krain zbudowanych z nowych zafrapowań, nowych pytań i nowych odpowiedzi. Odsłoni przed nami las, a nie tylko skupisko badyli.

Biografia

Artysta nie żyje za szkłem, nie można patrzeć na niego li tylko poprzez dzieła, które stworzył, ale należy widzieć go i oceniać na tle czasów, w których żył, wiedzieć, co go cieszyło, bulwersowało, podnosiło na ułudnym samopoczuciu. Kiedy się o tym nie wie, książki, obrazy, muzyka, zostaną zaledwie książkami, obrazami, muzyką, czymś odrealnionym, wyrwanym z rzeczywistości, martwym i ułomnym, bo niedokończonym, fragmentarycznym i uproszczonym jak szkice, skróty, obrysy, projekty, które niczego nie wyjaśniają. Kiedy się o tym nie wie, nie rozumie się powodu pisania, malowania, komponowania, musu wyrażania się na piśmie, na płótnie, w nutach uporządkowanych w melodię.

Do właściwego odczytania twórczości autora konieczne jest poznanie jego biografii,

bo wszystko, co literat pisze w swoim utworze, jest elementem jego życia i fragmentem jego doświadczeń, pryzmatem i filtrem pozwalającym mu na specyficzne spoglądanie na świat. Życiorys pozwala zrozumieć dzieło; trzeba mieć rozeznanie w przyczynach istotnych zjawisk. Pozwala też lepiej zrozumieć autora dzieła.

Nowatorski zapis partytury Pendereckiego nie był awangardowym epatowaniem tradycjonalistów, ale został wymuszony skąpą powierzchnią stołu w kawiarni; niebieski okres Picassa nie — przemyślanym wyrazem twórczej intuicji, ale tym, że było go stać tylko na najtańszą farbę (a ona była niebieska); Mrożek i jego cienka kreska tym, że miał wadę wzroku; Gielniak i jego linoryty tym, że pracował w łóżku i nie mógł robić w nim dzieł o rozmiarach Panoramy Racławickiej; intensywne żółcienie Van Gogha zależały nie od jego estetycznych fanaberii, ale od tego, jakie brał leki. Podobnie z obrazami Modiglianiego — wydłużone postaci były efektem choroby jego oczu.

Do wielogodzinnego pisania potrzebny jest nie tylko wyćwiczony mózg, ale i fizyczna forma, pozwalająca znieść lub zignorować atlasowe obciążenia kręgosłupa, nadgarstka, karku. Długotrwałe zachowanie pozycji unieruchomionego ciała wymaga i treningu, i odpowiednich predyspozycji organizmu; sprawnych oczu, precyzyjnego zgrania myśli z ręką. Konieczna jest synchronizacja fizycznych cech z cechami psychicznymi, dostrojenie tempa narodzin zdań do tempa ich zapisu — wymogi formy dyscyplinują treść; bez harmonii, nie ma dzieła.

* * *

O czym świadczą te przykłady?
O powtarzającym się nieporozumieniu — patologicznej niemożności oddzielenia twórcy od utworu. Wychwycenia różnicy pomiędzy tym, co tworzy na publiczny użytek, a tym, kim jest w domowych paputkach.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Emoralni*