Tu można wszystko. Nowy Dziki Zachód nazywa się Metaverse

Porozmawiaj z ludźmy pracującymi w branży VR a usłyszysz zdanie: „To jest nowy Dziki Zachód. Tu można wszystko”. Można to rozumieć na wiele sposobów. Czy to nowa wyspa szczęścia na oceanie upadłej cywilizacji? Ziemia niczyja dla awanturników? Oaza luksusu dostępna dla każdego? Być może wszystko naraz. Jedno wydaje się być pewne — nikt bez namysłu nie wydaje 650 tysięcy dolarów na projekt wirtualnego jachtu w Metaverse. Wirtualny świat ze stajni Facebooka to dziś temat gorący. Według firmy konsultingowej McKinsey, korporacje, inwestorzy venture capital i private equity zainwestowali 120 miliardów dolarów w Metaverse od stycznia do maja 2022 r., ponad dwukrotnie więcej niż 57 miliardów zainwestowanych w 2021 r.

Nowy dziki zachód. Metaverse
Cztery główne platformy składające się na Metaverse to: The Sandbox, Decentraland, Cryptovoxels i Somnium Space. Żródło CNN

W świecie wirtualnym, dostępnym za pomocą okularów VR, firmy deweloperskie działają na tych samych zasadach jak w świecie realnym. Firma deweloperska Metaverse, wcześniej znana jako Republic Realm, otrzymała do tej pory 66 milionów dolarów finansowania i jest wspierana przez takie gwiazdy, jak The Weeknd, Will Smith i Paris Hilton. Jej luksusowe projekty znalazły się na pierwszych stronach gazet. W listopadzie 2021 r. Everyrealm kupiło 792 działki The Sandbox (odpowiednik około pięciu kilometrów kwadratowych) za 4,3 miliona dolarów — wciąż rekordowy zakup. Mniej więcej w tym samym czasie sprzedał się superjacht Metaflower za 650 tysięcy dolarów wraz ze stanowiskiem DJ-a, lądowiskiem dla helikopterów i wanną z hydromasażem.

Zobacz także: Film dokumentalny „Korporacja” z 2003 roku to pozycja obowiązkowa dla osób zainteresowanych poznaniem ukrytych praw rządzących współczesną ekonomią i gospodarką.

Nazwa „metaverse” pochodzi z powieści science fiction „Snow Crash” z 1992 roku. Jest połączeniem słów „meta” i „universe”. W 1999 r. książka pojawiła się w Polsce pod tytułem „Zamieć”. Metaverse to nic innego jak sieć trójwymiarowych wirtualnych światów generowanych komputerowo. Całość zakłada integrację przestrzeni tak wirtualnych, jak i fizycznych, włączając w to wirtualną gospodarkę, która jest bardzo zainteresowana rozwojem technologii VR.

Tu można wszystko. Metaverse
Warto zauważyć, że budynki i nieruchomości projektowane dla inwestorów z Metaverse, nie muszą podlegać zasadom grawitacji, wiec np. sufity mogą być bardzo duże. Ściany mogą „wisieć” w powietrzu. Żródło: materiały prasowe

Skoro świat wirtualny chce naśladować naszą rzeczywistość, to musi być trójwymiarowy, a to wymusza stosowanie specjalnych okularów. Możliwości związane z nową technologią mają być przełomowe — czaty, praca zdalna, wideokonferencje, rozrywka i filmy w 3D oraz wiele innych. Nie będziemy musieli wstawać o 8 rano i przedzierać się przez uliczne korki, żeby zdążyć do pracy — po prostu rano zaparzymy kawę, włączymy metaverse i założymy okulary.

Metaverse nie da się zawłaszczyć. Nie ma właściciela, nie jest kontrolowany przez rząd, są tylko współtwórcy. Dlatego to tak wielka szansa dla firm i przedsiębiorstw, chcących zaistnieć w nowym środowisku. Można nawet zaryzykować porównanie do czasów powstania internetu. Czy metaverse to następca dzisiejszego internetu? Wygląda na to, że tak. Wszystko jest powoli wprowadzane i testowane. Nagle może się okazać, że już istnieje, działa i zaczyna dominować tradycyjny internet. I wszyscy chcą tam być.

Żródło: CNN

Było ich trzech. Doceniono ich po śmierci

Było ich trzech

Było ich trzech: Witkacy, Schulz, Gombrowicz. Trzech szermierzy słowa, którzy wypowiedzieli wojnę polskiej tradycji. Trójka indywidualistów, tworzących nowe światy. Gdyby dzisiaj żyli, mieliby tysiące followersów i tyle samo procesów o zniesławienie.
Żaden z nich nie był ani sławny, ani bogaty. Żaden nie był do końca szczęśliwy. Stanisław Ignacy Witkiewicz, czyli nickname Witkacy nie zmarł śmiercią naturalną — popełnił samobójstwo na skraju lasu na Polesiu, terenach należacych obecnie do Ukrainy. Był 18 września 1939 roku i Sowieci napadli na Polskę, tak jak niedawo napadli na Ukrainę.

Witkacy pochodził z artystycznej i bardzo postępowej rodziny, o czym świadczy fakt, że jego ojciec — znany warszawski malarz i krytyk sztuki — zabronił synowi chodzić do państwowej szkoły, żeby jakbyśmy to dzisiaj powiedzili nie wyprali mu mózgu.

Było ich trzech. Doceniono ich po śmierci
Na zdjęciu: portret Stefanii Tuwimowej, 1929, pastel, papier, 65 × 49 cm, autorstwa Witkacego. W lewym dolnym rogu obrazu są widoczne specyficzne oznaczenia literowe — swoisty znak rozpoznawczy artysty. Kolekcja prywatna. Żródło: Agra art

Nazywali go anarchistą. Prorokiem zagłady z Krupówek, ponieważ wieszczył, że demokratyzacja i unifikacja (dziś cyfryzacja) zniszczy indywidualizm człowieka. Witkacy przewidywał to samo co George Orwell — nadejście totalitaryzmu, masowej kontroli, inwigilacji i konsumpcjonizmu.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, oprócz sztuki lubił kobiety, eksperymenty z używkami i podróże po Europie. Wybrał się z Bronisławem Malinowskim w podróż badawczą na Cejlon i do Australii, co pomogło mu wyjść z depresji po samobójczej śmierci narzeczonej sprzed wielu lat. Artysta większą część życia spędził w Zakopanem, które było wtedy zupełnie innym miastem — bez smogu i maltretowania koni pod Morskim Okiem. Przed II Wojną Światową, to było odcięte od świata miasteczko górskie z własną, odrębną kulturą, stanowiące dla Witkacego i kilku innych stołecznych artystów modną oazę samotności, dziewiczą wyspę chwilowego szczęścia na oceanie egzystencjalnego cierpienia.

Było ich trzech
Ekspozycja twórczości Witkacego w Muzeum Narodowym w Warszawie. 2022. Żródło: Fb Julia Szychowiak

Wyobraźmy sobie przez chwilę rzeczywistość bez srodków masowego przekazu, kina, internetu i globalnej turystki. W świecie Witkacego jedyną rozrywką był seks, literatura i gazety. Czasami alkohol, używki. Dekadencka Polska lat międzywojennych — złote czasy dla awangardowych indywidualistów jakim bez wątpienia był Witkacy, strojący srogie miny do aparatu fotograficznego, przeczuwając nadejście nowej epoki.

77 lat temu bycie twórcą oznaczało coś zupełnie innego niż obecnie. Artyści lansowali się lokalnie, bez splendoru. Showbiznes nie istniał. Rozrywki były skromniejsze, ale bardziej intensywne. Ludzie nie ubierali się kolorowo, ale mieli „kolorowo” w głowach. Dlatego w XIX wieku narodziła się legenda Paryża.

Zobacz także: kolekcja ponad 60 utworów prozatorskich współczesnych autorów młodego pokolenia.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, pseud. artystyczny „Witkacy” (1885 – 1939) — polski pisarz, malarz, filozof, dramaturg i fotografik.

Zmierzch wolności. Więzienia bez ścian. Cyfrowa dyktatura

Zmierzch wolności. Więzienia bez ścian

Chiny to jedno z najważniejszych państw świata, które jako pierwsze rozwinęło na niespotykaną skalę system monitoringu i inwigilacji. Komunistyczne władze nazwały go „systemem zaufania społecznego”, który ma służyć poprawie bezpieczeństwa obywateli. W praktyce polega on na tym, że każdy człowiek jest śledzony przez miliony kamer CCTV, a jego zachowanie jest punktowane przez odpowiednio zaprogramowane algorytmy.

Im więcej punktów karnych, tym mniej przywilejów, np. zakaz podróży samolotami. Inne kraje (USA, Australia, EU) również są zainteresowane wdrażaniem własnych systemów inwigilacji na wzór chiński. Dobrze omawia ten temat francuski film dokumentalny „Cyfrowa dyktatura”, który jest wiarygodnie zrealizowanym materiałem, poruszającym najważniejsze kwestie utraty wolności i ograniczania swobód obywatelskich.

Dzisiaj człowiek jest pod ciągłą obserwacją instytucji państwowych. Wszystkie działania rządu podejmowane są (teoretycznie) w trosce o bezpieczeństwo obywateli. Łączą się jednak z utratą prywatności. Mogą tworzyć zupełnie nowe problemy oraz skłaniać rząd do nadużywania władzy. Dlaczego? Z powodu lęku przed przegranymi wyborami i utratą źródła dochodów.

Szokujące jest to, że koszmarna wizja Orwella jest realizowana pełną parą w Chinach, a Chińczycy liczą na to, że swoje technologie inwigilacji i kontroli sprzedadzą innym krajom, zdawałoby się wysoko rozwiniętym. Czym stał się współczesny świat? Oazą wolności, wspieraną przez nowe technologie, czy więzieniem bez ścian (no wall prison) bez możliwości wylogowania.

Zmierzch wolności. Emoralni
Na zdjęciu: jedna z wielu kopuł w Menwith Hill, prawdopodobnie używana przez system Echelon — globalną sieć wywiadu elektronicznego. System powstał przy udziale Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii w ramach porozumienia AUSCANNZUKUS i jest zarządzany przez amerykańską służbę wywiadu NSA. Żródło: Wikipedia

Zobacz także: (…) gdyby nie było policji i wojska — o ile bylibyśmy bogatsi jako społeczeństwo? Armie potrzebują wojny, policja potrzebuje przestępstw

W obozie państw autorytarnych zainstalowanie i używanie systemów totalnej inwigilacji jest przesądzone. W Chinach to ponura rzeczywistość już od kilku lat. Inaczej sprawa cyfrowej inwigilacji społeczeństw wygląda w tzw. wolnym świecie. Obywatele sprzeciwiają się temu.
W 2013 roku 562 pisarzy z całego świata, m.in. z Polski, podpisało list otwarty dotyczący inwigilacji amerykańskich służb specjalnych.
Wśród sygnatariuszy apelu znajduje się 14 noblistów, jak: Günter Grass, Elfriede Jellinek, Olga Tokarczuk czy J.M. Coetzsee oraz autorów bestsellerów, jak: Umberto Eco czy Henning Mankell. Apel podpisali też m. in. Ignacy Karpowicz, Beata Stasińska i Witold Szabłowski.

Zmierzch wolności. Cybernetyczna dyktatura
„Im bardziej społeczeństwo odejdzie od prawdy, tym bardziej będzie nienawidzieć tych, którzy ja znają” G. Orwell

Człowiek objęty inwigilacją nigdy nie jest wolny; szpiegowane ciągle społeczeństwo nie jest już demokracją czytamy w apelu, który ukazał się w dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i 30 gazetach na całym świecie. Nietykalność człowieka jest jednym z fundamentów demokracji, a wszyscy ludzie mają prawo do swobodnego wyrażania swoich myśli w piśmie i w rozmowach bez obserwacji z zewnątrz. To prawo człowieka jest deptane, ponieważ państwa i koncerny nadużywają do swoich celów najnowszej technologii — piszą literaci i wiedzą, co mówią. Skandal gospodarczy związany z firmą Cambridge Analytic (nieuprawnione pozyskanie danych 87 mln użytkowników facebooka) pokazał, że obywatele EU mają poważne powody do troski o swoją nietykalność osobistą.

Zmierzch wolności

Wszystko zaczęło się od systemu szpiegowskiego Echelon, Pegasus, a w szczególności od takich postaci, jak Julian Assange i Edward Snowden. Przed nimi zachodnia opinia publiczna właściwie nie miała pojęcia o tym, co się wyprawia w kwaterze głównej NSA w Fort Meade. Dzięki poświęceniu i odwadze sygnalistów wiemy, że podobnie jak z katastrofą klimatyczną, i w tej kwestii jest dużo gorzej niż myśleliśmy. Tak. Życie człowieka przestało być anonimowe. Mówił o tym Edward Snowden i ostrzegał, że stopień zaawansowania oprogramowania szpiegowskiego używanego przez agencję NSA jest bardzo wysoki.

Zmierzch wolności - Emoralni
Na zdjęciu: graffiti w Londynie z 2008 roku, przypisywane Banksy’emu. Źródło: materiały prasowe

Snowden ujawnił, że agenci NSA przy użyciu oprogramowania PRISM potrafią bez problemu przeczytać email każdego człowieka na Ziemi i nagrać każdą rozmowę telefoniczną.
Jak na taki news reaguje zwykły Kowalski? Nie robi nic. Intelektualiści przynajmniej wykazali się inicjatywą i napisali list protestacyjny do Komisji Europejskiej. Tymczasem przysłowiowy Kowalski ciągle nie widzi jak niekontrolowana cyfryzacja wpływa na jego życie. Pewnego dnia oprogramowanie szpiegowskie (monitorujące) zostanie zainstalowane na komputerach w każdej powiatowej komendzie policji oraz każdym wojewódzkim kuratorium oświaty i być może wkrótce codzienne życie Kowalskiego będzie podlegało punktowemu systemowi monitoringu państwa. Oczywiście, wszystkie urządzenia do funkcjonowania tego systemu zostaną zakupione w Chinach.

A jednak wojna. Felieton przed końcem świata

Dłuższa dygresja na temat piękna świata. C. GRETKUS

Pierwsze dni wojny Rosji z Ukrainą budziły żywe, spontaniczne, naturalne i niewymuszone reakcje; z przyjemnością śledziłem ponoszenie strat przez agresora. Cieszyła mnie każda jego klęska. Lecz gdy mijał pierwszy tydzień walk, a rosyjska furia przybierała na sile, a ukraiński opór okupiony był coraz bardziej niewyobrażalną ceną ludzkich ofiar, zacząłem mieć dość.
Wszystkie komunikatory rozpoczynały swoje informacyjne serwisy od relacji z ukraińskich frontów. Telewizje pokazywały zrujnowane miasta, masowe groby, zburzone domy, dantejskie sceny brutalny gwałt.
Radio emitowało relacje z cudzych nieszczęść. Mnożyły się sprawozdania naocznych świadków. Fachowe i nieprofesjonalne komentarze, trafne i denne przemyślenia cywilnych i wojskowych strategów. W namiętnych podrygach, podskokach i podfruwach odbywały się sabaty gadających głów, złotoustych i krzywogębnych rozmówców wynajętych do tokowania.
Trwoga, lęk, bezustanne życie w niepewności, strachu i zagrożeniu, wszystko to jęło mi przypominać grę w premedytację; miałem niepokojące wrażenie, iż niektóre telewizje, gazety i rozgłośnie uwzięły się, by mnie przerazić, uczuciowo rozchwiać i zapędzić w posępny, bezwyjściowy kąt.

denning5

Guy Denning

Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
previous arrow
next arrow

W pierwszej parze medialnego poloneza szedł covid 19 siejąc przerażenie. Do boju ruszyły tematy maseczek, dystansów i respiratorowych afer. W kółko i na okrągło bębniono na temat handlu zdrowiem, obostrzeń i śmiertelności. Problemy były jak najbardziej ważne, lecz, poruszane bez umiaru, zastąpiły i przywaliły swym ciężarem inne. Jakby nic ważnego nie działo się obok.
A po covidowej zarazie, na tapetę wskoczył klimat. A razem z nim przypałętały się efekty cieplarniane. I, jak na trwogę, rozległy się ostrzegawcze brzęczyki, złowróżbne dzwonki, werble karzące się bać. W przekaziorach ukazały się zdjęcia burz, z gestapowskimi błyskawicami, nawałnice i trąby powietrzne.
W internecie i pozostałych kurwizjach zaroiło się od speców od wieszczenia klęsk. Panie i panowie pogodynkowie zanosili się od złych prognoz i upierdliwych zmian ciśnienia. W konsekwencji owego festiwalu horrorów miałem przygnębiające imaginacje: za dnia przymulał mnie strach przed rozwaloną chałupą, nocą gnębiły chagallowskie widziadła fruwających traktorów.
Zacząłem sprzeciwiać się narastaniu trwogi, tłumaczyć sobie, że sprawozdawcy i komentatorzy nieszczęść, szerząc przerażenie i rozrzucając defetystyczny nawóz, zarabiają w ten sposób na utrzymanie głodujących rodzin, że ich programy i kontrowersyjne wypowiedzi służą podnoszeniu słupkowego prestiżu tej czy tamtej stacji. Temu czy tamtemu nadawcy. A główny problem, to mroczna rozrywką dla nieczułej gawiedzi; dodatek do zaistnienia.

Nieprzerwany korowód nieszczęść, ciągłe szokowanie zachodzącymi kataklizmami, zapaścią i emocjonalną pląsawicą, zjawiska te, w zależności od światowego zainteresowania, znajdują się na liście przebojów lub z niej spadają.
Moment rozpoczęcia rosyjskiego blitzkriegu wygryzł covid i naraz szpitale zaświeciły pustkami. Jak gdyby ciężko chorzy przestali zawracać gitarę przemęczonej Służbie Zdrowia. Zaparli się w sobie i znienacka wyzdrowieli. Siłą zwiotczałych charakterów zrezygnowali z dalszego leczenia, a reszta ozdrowieńców wyrzekła się rehabilitacji.
O ile w początkowych okresach pandemicznej psychozy, różne kraje rozmaicie reagowały na zarazę, o tyle teraz przestały dostrzegać jej obecność. Jak za sprawą mody na zajmowanie się aktualnym problemem, wałkowało się zagadnienia szczepionek i namawiało społeczne piranie na procedery zgodne z lekarskimi perswazjami, tak po wygaśnięciu zainteresowania szczepionkami, na publiczną estradę wgramolił się nadciągający niż i susza zastąpiła opady.

Zobacz także: ANARCHIŚCI FA POZNAŃ — wywiad zakazany

Gdy zmusza się ludzi do widoku rozpaczy i bez przerwy bombarduje obrazami rozczłonkowanych ciał, tym częściej dopada ich intensywne zobojętnienie. Wszelki nadmiar owocuje przesytem. Do teraz mam w tyle głowy tragiczne zdarzenia ataku na WTC. Na ekranie wspomnień wyświetlają mi się sceny skaczących z wież, fotografie strażaków poszukujących ciał. Do teraz mam w uszach ostatnie komórkowe rozmowy, definitywne pożegnania z rodzinami.
Widok rozpadających się budynków i samolotów rozbijających się o ich ściany, obrazy te utkwiły we mnie na zawsze. Powtarzane w każdym dzienniku, przeważnie w tych samych, najdrastyczniejszych ujęciach, odcisnęły na mnie piętno. Do tego stopnia wypaliły mi w sercu trały uraz, że kiedy patrzę na film rozgrywający się w Nowym Yorku, to machinalnie, automatycznie i poniekąd bezwiednie ich poszukuję. A po tym, czy są lub nie, określam datę jego powstania.
Po Buczy i Charkowie, Donbasie i Lwowie, po nieustających i coraz brutalniejszych relacjach z ukraińskiej wojny, doszedł mi nowy objaw: syndrom zdziwienia. Polega to na tym, że ilekroć oglądam zdjęcia, zamiast Luwru, wieży Eiffla czy Manhattanu, dostrzegam strzępy czegoś, co było całe. A zamiast budowlanych arcydzieł Gaudiego, pojawia się koszmar wbitych szyb i osmolonych kikutów.
Jakakolwiek przesada znieczula. Powoduje, że intencje mają odwrotny skutek od zamierzonych. Im więcej ciągnięto mnie za mózg do obowiązkowej przyjaźni z ZSRR, im natarczywiej namawiano mnie do miłowania wroga, tym większy narastał sprzeciw i tym bardziej pragnąłem wydobyć się z bajora.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Sztuczna inteligencja (AI). Za 15 lat komputery zastąpią naukowców

C. GRETKUS Sztuczna inteligencja (AI)

Ludzki mózg to biochemiczna maszyna, która na Ziemi nie ma sobie równych. Wielu ludzi zapomina o fakcie, że mózg nie służy tylko do myślenia, decydowania, ale do sterowania funkcjonowaniem całego naszego organizmu. Mózg to „sterownik”, który nadzoruje każdą, najdrobniejszą funkcję ludzkiego ciała, aż do poziomu molekularnego. Metabolizm, trawienie, oddychanie, krążenie, bicie serca — każda czynność naszych organów wewnętrznych jest sterowana za pomocą mózgowia (pień mózgu, mózg, móżdzek), który wraz z rdzeniem kręgowym tworzą ośrodkowy układ nerwowy. Jeśli nasze ciało porównamy do komputera, to mózg jest systemem operacyjnym, bez którego nic nie jest w stanie funkcjonować, bez którego nie możemy żyć.
Nasz umysł steruje wszystkimi procesami wewnętrznymi w naszym organizmie. Drugą jego funkcją jest podejmowanie przez organizm, czyli przez nas, decyzji w świecie zewnętrznym, na podstawie informacji dostarczanych do umysłu poprzez nasze zmysły (receptory zmysłowe). Mamy ich jak wiadomo pięć — wzrok, słuch, smak, dotyk i węch.

Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo skomplikowaną czynnością jest… krojenie kromki chleba? Trzeba przytrzymać bochenek chleba jedną dłonią z odpowiednią siłą, a drugą przyłożyć do niego nóż pod odpowiednim kątem i z odpowiednim naciskiem. Następnie trzeba wykonać cięcie na odpowiedniej głębokości i w odpowiednim czasie. Czynność nie może trwać zbyt długo ani zbyt krótko. Mózg musi też określić czy nóż jest ostry i czy chleb jest dobry. Jeżeli uzmysłowimy sobie, jak wiele takich czynności musi wykonać nasze ciało w codziennym życiu, to zrozumiemy jak potężną „mocą obliczeniową” musi dysponować ludzki umysł.

Dlatego ludzki mózg jest tak duży i zawiera tak dużo neuronów, czyli komórek nerwowych, zdolnych do przetwarzania i przekazywania informacji w postaci sygnałów elektrycznych. Szacuje się, że w ludzkim mózgu znajduje się stu miliardów neuronów. Jest to wielkość niemal niewyobrażalna. Naukowcy obliczyli, że ilość połączeń neuronowych w ludzkim mózgu przewyższa ilość wszystkich gwiazd i planet w całym kosmosie.

Neurony zdolne są do tworzenia sieci neuronowych i kontaktowania się między sobą poprzez synapsy. Informacje od innych neuronów są odbierane przez synapsy (styki) położone na dendrytach (czujnikach), przewodzone wzdłuż neuronu i przekazywane dalej do synaps na zakończeniach aksonu (kabla).

C. GRETKUS Sztuczna inteligencja (AI) -- Sieć neuronowa
Na zdjęciu: realistyczna wizualizacja neuronów w ludzkim mózgu. Źródło: materiały prasowe

Świat zewnętrzny, w którym żyjemy, jest skomplikowany. Dawniej człowiek musiał konkurować o przetrwanie tylko ze zwierzętami i przyrodą. Obecnie musi się zmagać z wyzwaniami całego systemu, zwanego „cywilizacją”. Musi się nauczyć mówić, czytać, pisać. Musi zdobyć wiedzę, żeby wykonywać swój zawód. Musi znać tysiące zasad i przepisów (np. prawo jazdy), żeby funkcjonować i nie zrobić sobie krzywdy. Od mózgu wymagana jest potężna „moc”, żeby człowiek mógł podejmować w świecie zewnętrznym racjonalne decyzje i np. nie wpaść pod samochód na przejściu dla pieszych. Sama umiejętność mówienia, czy rozumienia w obcym języku, to dla umysłu wielkie wyzwanie. Widzimy jak wielu ludzi, nie jest w stanie nauczyć się żadnego języka obcego nawet w stopniu podstawowym.

Początki badań nad sztuczną inteligencją (AI)

W 1950 roku Alan Mathison Turing zaproponował, by możliwość udawania człowieka w zdalnej rozmowie uznać za test inteligencji maszyn (jest to tzw. test Turinga). W latach 50. XX wieku powstało pierwsze laboratorium AI na Uniwersytecie Carnegie Mellon, założone przez Allena Newella i Herberta Simona. Kilka lat później własne laboratorium założył John McCarthy. Oba te laboratoria są do dziś głównymi ośrodkami AI na świecie.

Termin „sztuczna inteligencja” (ang. AI) został po raz pierwszy zaproponowany przez Johna McCarthy’ego, który w 1955. zdefiniował go jako „konstruowanie maszyn, o których działaniu dałoby się powiedzieć, że są podobne do ludzkich przejawów inteligencji”.

Okazało się, że badania nad rozwojem AI są bardzo trudne i postęp w tej dziedzinie nauki jest bardzo wolny.

Do dziś nie istnieją programy idealnie naśladujące rozmowę ludzi np. przy użyciu tekstu, który potrafiłyby przejść test Turinga. Nie ma również programów skutecznie tłumaczących teksty literackie i mowę potoczną. Wiekszość badaczy (około 67%) uważa, że maszyny posługujące się inteligencją na ludzkim poziomie, powstaną dopiero przed 2050.

Test Turinga zainspirował innych badaczy. Hugh Loebner wraz z Cambridge Center for Behavioral Studies, zorganizował konkurs na najlepszego chatbota. Chatbot ma zdać test Turinga, czyli rozmawiać z sędzią tak, by ten nie był w stanie rozpoznać w nim sztucznej inteligencji. Konkurs odbywa się co roku już od 29 lat i nie ma zwycięzców. Zakończy się wówczas, gdy sędziowie nie będą umieć odróżnić maszyny od człowieka. Jednorazową nagrodą jest medal z 18-karatowego złota i 100 000 dolarów.
Te pieniądze są na wyciągnięcie ręki, ale jak widać, chętni na zakup nowego Ferrari będą musieli poczekać co najmniej do 2030 roku, bo wtedy spodziewany jest możliwy przełom w badaniach nad AI.

Sieci neuronowe

Kiedy myślimy nad zagadnieniem sztucznej inteligencji, od razu zadajemy sobie pytanie: jak to jest zbudowane? Na jakiej zasadzie to działa?
Okazuje się, że nie ma lepszej drogi niż kopiowanie naszego własnego mózgu. Nie umiemy budować rzeczy nadnaturanych, dlatego zdani jesteśmy na kopiowanie, na wzorowanie się na rozwiązaniach istniejących w przyrodzie. Z pomocą przychodzi nam klasyczna nauka — medycyna, biologia, chemia i fizyka. Naukowcom udało się stosunkowo dobrze poznać ludzki mózg od strony fizycznej. Największy boom w dziedzinie badań nad mózgiem nastąpił w latach 80. Dzięki mikroskopom elektronowym jesteśmy w stanie zobaczyć i badać pojedyncze neurony. Laureatami Nagrody Nobla w 2014. w dziedzinie medycyny i fizjologii zostali John O’Keefe, May-Britt i Edvard Moserowie za odkrycie komórek mózgu, dzięki którym wiemy, gdzie się znajdujemy (GPS mózgu).
Obecnie do najwybitniejszych badaczy mózgu zaliczany jest m.in. prof. David Colquhoun, który w latach 70. i 80 tworzył podstawy zrozumienia pracy komórek nerwowych. Prof. Nikos Logothetis, który kieruje Centrum Biocybernetyki im. Maxa Plancka w Tybindze (do jego osiągnięć należy ukazanie zależności między sygnałem, który widzimy dzięki technice funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, a działaniem komórek nerwowych). Rafael Malach z Weizmann Institute of Science (specjalista od percepcji wzrokowej) oraz Carles Escera z Uniwersytetu w Barcelonie (znawca neuronalnych mechanizmów słuchu).

Skoro wiemy jak działa neuron biologiczny, to możemy zbudować neuron sztucznej inteligencji. Najprostszy model sztucznego neuronu powstał w 1943 r. Jego twórcami byli W. McCulloch i W. Pitts. Wejścia neuronu pełnią taką samą funkcję jak dendryty, czyli przesyłają sygnał. Blok sumujący to odpowiednik jądra komórkowego w neuronie biologicznym. Przechowuje wagi, które określają „wrażliwość” neuronu. Wyjście neuronu to odpowiednik synapsy. W sztucznym neuronie jest zawsze tylko jedno wyjście.

Sieci neuronowe to programy komputerowe. Sieć tworzy wiele połączonych ze sobą sztucznych neuronów. Wyjście pierwszego neuronu przekazuje sygnał do wejścia następnego, ten przetwarza sygnał i wysyła go następnemu.
Neurony w sieciach ułożone są warstwowo. Warstw może być od kilku do kilkunastu.
Warstwa zewnętrzna (wejściowa) to ta, która rejestruje bodźce z zewnątrz. Zebrane informacje przetwarza w bloku sumującym i bloku funkcji aktywacji, a potem przekazuje (lub nie) informację następnej warstwie neuronów. Te następne warstwy nazywamy warstwami ukrytymi. Przeliczają one informacje uzyskane od poprzedniej warstwy i przekazują następnym warstwom ukrytym lub warstwie wyjściowej. Warstwa wyjściowa wykonuje końcowe obliczenia tego, co otrzymały i przeliczyły wszystkie poprzednie warstwy. Wynik wysyła w formie decyzji. Decyzją może być rozpoznanie jakiegoś przedmiotu np. Czy na zdjęciu jest kwadrat? Decyzja: tak.

C. GRETKUS Sztuczna inteligencja (AI) -- artykuł
Na zdjęciu: schemat budowy prostej sztucznej sieci neuronowej. Źródło: materiały prasowe

Sieci neuronowe możemy uczyć (trenować). Polega to w uproszczeniu na dostarczaniu sztucznym neuronom informacji (baz danych), które są potem wykorzystywane w procesie podejmowania decyzji. W AI bardzo ważnym terminem jest również tzw. deep learning, czyli uczenie głębokie. Jest to jedna z technik uczenia maszynowego. Oznacza to, że niektóre sieci głębokie potrafią się uczyć bez nadzoru człowieka.
Skoro w ludzkim mózgu istnieje około sto milardów neuronów biologicznych, to ile sztucznych neuronów udało się skonstruować naukowcom? Niestety liczba, którą teraz podam, może rozczarować, ponieważ jest to zaledwie sto tysięcy neuronów, czyli jedna tysięczna neuronów w mózgu człowieka. Odpowiada to inteligencji na poziomie… mrówki. Tak. Nie przesłyszałeś się. Sztuczna inteligencja, którą umiemy obecnie stworzyć, reprezentuje poziom owada.

Zastosowanie AI, czyli człowiek kontra maszyna

Odkryć naukowych nie dokonuje się tylko dla satysfakcji i nagrody Nobla. Nauki stosowane i wynalazki służą człowiekowi i są źródłem olbrzymich zysków dla korporacji, które je wdrażają w życie. Choć poziom zaawansowania AI w porównaniu do ludzkiej inteligencji jest ciągle niski, są takie dziedziny inżynierii, gdzie ludzie nie mogą się nawet równać z „inteligentnymi” maszynami. Zresztą nie chodzi o skomplikowaną technikę, tylko o codzienne życie. Sztuczna inteligencja jest szeroko stosowana do dostarczania spersonalizowanych rekomendacji podczas zakupów online np. na podstawie historii wyszukiwań i zakupów lub innych zachowań w sieci. Jest niezwykle ważna w handlu, jeśli chodzi o optymalizację produktów, planowanie zasobów i logistykę.
Maszyny są lepsze od człowieka tam, gdzie trzeba wykonywać obliczenia, analizować dane i przetwarzać informacje. Żyjemy w świecie, w którym dane mają olbrzymie znaczenie, a potrzebne informacje muszą być dostępne w czasie rzeczywistym.
Bez AI nie ma szans na wyrównanie sił w wojnie cybernetycznej. Sztuczna inteligencja może zautomatyzować wiele zadań związanych z monitorowaniem i kontrolą, a jak wiadomo, monitoring jest obecny wszędzie (CCTV, kontrola ruchu ulicznego). Komunistyczne Chiny stały się pierwszym na świecie państwem, gdzie systemy rozpoznawania twarzy stosuje się na wielką skalę. W Chinach ma to swoją ciemną stronę, ponieważ te systemy służą do inwigilacji obywateli.

Żadna nowoczesna firma nie może się obejść bez funkcji sztucznej inteligencji, wbudowanych w najważniejsze aplikacje biznesowe, takie jak systemy zarządzania zasobami przedsiębiorstwa (ERP), zasobami ludzkimi (HCM) i łańcuchem dostaw (SC).
AI widać gołym okiem w Internecie. Mam tu na myśli tzw. chatboty, które od 2018 roku są głównym polem konkurowania wielu firm.
Jednak jednym z najbardziej spektakularnych osiągnięć AI będzie z pewnością wprowadzenie na nasze ulice pojazdów autonomicznych, czyli mówiąc wprost samochodów bez kierowcy, kierowanych przez komputer.

Maszyny są lepsze od człowieka w wielu grach, a zwłaszcza grach komputerowych. Za pierwszy znany przykład użycia algorytmu komputerowego, jako przeciwnika w grze wobec człowieka można uznać komputer zbudowany z 480 lamp próżniowych o nazwie Nimrod, który w 1951 roku w trakcie targów Festival of Britain grał z ludźmi w znaną grę Nim. Grał na tyle dobrze, że zadziwił, a nawet przestraszył wielu uczestników targów.

C. GRETKUS Sztuczna inteligencja (AI)
Na zdjęciu: pierwszy komputer zbudowany do gier z 1951 roku przez Ferranti. Źródło: Wikipedia

W 1996 roku komputer o nazwie Deep Blue zagrał z arcymistrzem szachowym Garrym Kasparovem i… wygrał. To był historyczny moment. Deep Blue w trakcie rozgrywki przeszukiwał 200 milionów możliwych układów figur na szachownicy na sekundę — do 20 ruchów naprzód. Współcześnie największym wydarzeniem było pokonanie przez AI mistrzów graczy Minecraft oraz popularnej produkcji Arena of valor. To właśnie jej profesjonalni zawodnicy postanowili stanąć do walki z AI. Mecz pokazowy odbył się w czasie trwania World Champion Cup w Puchongu (Malezja). Jak się pewnie domyślacie, zwycięzca mógł być tylko jeden i wystarczyo jednie 30 min. żeby profesjonalni gracze musieli uznać potęgę maszyny.

Kto jest kim w branży AI

Wpomniany sukces starcia ludzi i AI w Malezji był dziełem firmy Tencent. Ich sztuczna inteligencja nazywa się Wukong AI i podobnie jak OpenAI oraz DeepMindAI jest w stanie przyswoić sobie ogromną ilość informacji.

Do najważniejszych firm zajmujących się rozwijaniem systemów sztucznej inteligencji zaliczamy: Amazon, Apple, Banjo, DJI (Chiny), Facebook, Google, HiSilicon, IBM, Intel, Microsoft, Nvidia, OpenAI (non profit), Qualcomm, Sensetime, Twitter, Tempus, Ascent, Datarobot, Freenome, Grammarly, Cloudminds, H20.ai, Nauto, Sift science, SoundHound, Vicarious, Zoox, Zymergen.

Które państwa są najlepiej przygotowane do wykorzystania AI w praktyce? Podaję listę w kolejności od miejsca pierwszego (wg raportu Oxford Insights 2017): Singapur, Wielka Brytania, Niemcy, Stany Zjednoczone, Finlandia, Szwecja, Kanada, Francja, Dania, Japonia, Australia, Norwegia, Nowa Zelandia, Holandia.
Brak Chin może budzić zdziwienie w ranking Oxford Insights, ale Chiny są ogólnie światowym liderem w dziedzinie badań i rozwoju sztucznej inteligencji. Na drugim miejscu są oczywiście Stany Zjednoczone. Chiny nie mają sobie równych, jeśli chodzi o ilość zgłaszanych patentów w AI. Miejsce na pozycji światowego lidera AI nie jest jednoznaczne. Gra toczy się pomiędzy Chinami i USA. Amerykanie posiadają najlepsze uniwersytety i wydaje się mało prawdopodobne, aby do 2030 roku Chińczykom udało się zdominować branżę AI w sposób niebudzący wątpliwości.

Spójrzmy teraz na ludzi, którzy mają największy wpływ na rozwój tej branży. Nie jest to Bill Gates. Elon Musk też nie, choć pamiętamy wszyscy jego epizody ze współpracy z firmą OpenAI (urban legend głosi, że Elon wycofał się z inwestowania w OpenAI, kiedy zapoznał się z możliwościami nowych algorytmów analizy tekstu. Nowe sieci neuronowe były ponoć zdolne do tworzenia idealnych fake newsów, zagrażających stabilności państw). Elon Musk wypowiada się obecnie w mediach jako przeciwnik nieograniczonego rozwijania sztucznej inteligencji i na Twitterze ostrzegał niedawno świat, że inteligentne roboty prędzej czy później zaczną zabijać ludzi.

Najważniejsi w tym biznesie są naukowcy. Wymieńmy sześciu z nich: Cynthia Breazeal — dyrektorka Personal Robots group w MIT Media Lab i wicedyrektorka Media Lab. Specjalistka od budowy robotów. Jej pierwszego robota Hannibal finansowała NASA. W 2014 roku Breazeal stworzyła Jibo — pierwszego robota dla gospodarstw domowych. Sprzedano ich ponad 6 tys. sztuk.

C. GRETKUS Sztuczna inteligencja (AI)
Na zdjęciu: Cynthia Breazeal — profesorka Media Arts and Sciences at the Massachusetts Institute of Technology. Źródło: materiały prasowe

Chen Hao — człowiek od sztucznej inteligencji używanej w medycynie, głównie do analizy wyników badań i obrazów np. zdjęć rentgenowskich. Chen uważa — wbrew niektórym komentatorom, że maszyna nigdy nie powinna i nie zastąpi lekarza z krwi i kości.

Anna Scaife — profesorka Radio Astronomy of the University of Manchester, UK. Anna Scaife jest zaangażowana w budowę największego radioteleskopu świata na terenie Australii i południowej Afryki. Jego ukończenie przewidziano na rok 2030 i do analizy danych z tego urządzenia potrzebna będzie sieć neuronowa (AI) o niespotykanych dotąd możliwościach.

Timnit Gebru — specjalistka od komputerów i co-lead w Ethical AI Team Google Mountain View, California. Gebru zajmuję się głównie problemtyką etyczną związaną z rozwojem systemów rozpoznawania twarzy.

Yutaka Matsou — w 2010 roku Yutaka Marsou stworzył algorytm do przewidywania trzęsień ziemi, na podstawie danych pozyskanych ze wpisów na Twitterze. Jego algorytm wykrywał 96% zagrożeń sejsmicznych potwierdzanych potem przez japońską agencję meteo JMA. Jego umiejętności analityczne zapewniły mu obecnie opinię najlepszego badacza AI w Japonii.

Dacheng Tao — specjalista od projektowania autonomicznych systemów dla pojazdów. Ma na koncie ponad 40 publikacji z tej dziedziny i ponad 42 tys. cytatów w sieci indeksowanych przez Google Scholar.

Przyszłość i zagrożenia

Pamiętamy wypowiedzi nieżyjącego już Stephena Hawkinga o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą sztuczna inteligencja. Pamiętamy hollywoodzkie blockbustery o Terminatorze i Matriksie, czyli wojnie ludzi z inteligentnymi maszynami. Czy taki scenariusz jest realny? Być może tak, ale prawdopodobnie mówimy tu o perspektywie 30, 40 lat, co wydaje się przyszłością totalnie abstrakcyjną, ponieważ do tego czasu ludzkość może ulec eksterminacji na własne życzenie (wojna nuklearna) lub wskutek jakiegoś apokaliptycznego zdarzenia (zderzenie z asteroidą, kometą).
O wiele ciekawsze wydaje się prognozowanie, jak będzie wyglądała nasza przyszłość, gdy sztuczna inteligencja zagości w naszych domach na stałe.
Na pierwszy ogień pójdzie kwestia języków obcych. Za 20 lat ten problem zniknie zupełnie i ludzie będą mogli się porozumiewać w sposób absolutnie płynny w dowolnym języku świata. Według raportu Jobs by World Economic Forum, do 2022 roku powstanie 58 mln nowych miejsc pracy związanych z rozwojem AI. Do 2030 roku AI zastąpi człowieka w niemal wszystkich pracach umysłowych.

Według raportu badaczy z Oxfordu od 2024 roku AI będzie lepiej tłumaczyć j. obce od ludzi, lepiej pisać szkolne eseje w 2026 roku i lepiej pisać bestselerowe powieści już w 2049 roku. Handel zostanie zdominowany przez AI w 2031 roku. Pokoje w hotelach i biurach będą się otwierały bez kluczy, dzięki systemom rozpoznawania twarzy. Znikną numery PIN kart debetowych, a towary zostaną dostarczone przez drony pod drzwi twojego domu już po kilku minutach od momentu zamówienia. Asystenci personalni odbiorą za ciebie telefony i umówią cię na spotkanie biznesowe lub zarezerwują miejsce w modnej restauracji. Prawo jazdy nie będzie ci już potrzebne, ponieważ do ulubionej knajpy zawiezie cię autonomiczny samochód.
Przygotuj się również na to, że wszystkie skomplikowane operacje chirurgiczne będą przeprowadzać roboty. W medycynie AI pozwoli na wyeliminowanie ponad 86% błędów lekarskich. W takich instytucjach jak np. banki znikną zupełnie doradcy finansowi i kasjerzy. Ich miejsce zastąpią robo-doradcy.

W opinii ekspertów, w rozwoju sztucznej inteligencji kluczowy będzie 2030 rok. McKinsey Global Institute prognozuje, że właśnie w tym roku około 30% siły roboczej na świecie zostanie zastąpiona przez inteligentne maszyny i roboty. Pracę stracą księgowi, telemarketerzy, analitycy i doradcy biznesowi, konsultanci, urzędnicy, kurierzy, kierowcy, sprzedawcy, tłumacze i lektorzy.
Jeśli wykonujesz obecnie któryś z tych zawodów, to najwyższy czas na zmianę. Do 2030 roku pozostało niewiele czasu. Za 9 lat taki artykuł jak ten będą pisały maszyny.
 

Źródło:
Forbes.com, Sztucznainteligencja.org.pl
Literatura:
Nature 588, S114-S117 (2020)

Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Eprawda, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
Więcej: Puff of black

C. GRETKUS Sztuczna inteligencja
C. GRETKUS Nie instaluj -- instalacje uliczne
C. GRETKUS Demokracja feudalna -- felieton
C. GRETKUS Kim był Jacque Fresco? -- felieton
C. GRETKUS (Nie)reklamowalni -- felieton
C. GRETKUS Hejt po polsku -- artykuł
 C. GRETKUS (Nie)jesteś produktem
C. GRETKUS "Miasto przyszłości"  -- Dubaj
Najważniejsze zdjęcie świata
C. GRETKUS

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Kto jest kim w branży AI

C. Gretkus "4chan"

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Elita Internetu

C. Gretkus "Zbrodnie kościoła"

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Historyczne fakty

C. Gretkus "Zakazana roślina"

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Historia. Fakty. Medycyna

C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

11 przykazanie artystów

C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

Decentralizacja państwa

C. GRETKUS

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Nowy świat

C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

Daleko od OK

KRZYSZTOF C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

Lubimy krytykować

Po której jesteś stronie? C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

Po której jesteś stronie?

C. Gretkus

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Jesteśmy w Dubaju

Krzysztof C. Gretkus

FELIETON | C. GRETKUS

Malcolm Browne. 1963

previous arrow
next arrow

Nastąpił okres wzmożonej walki z nieprzeciętnością. Inteligent z taśmy

MAREK JASTRZĄB Ekonomiczna moralność, czyli duch naszych czasów -- artykuł

MAREK JASTRZĄB „Zysk, czyli duch naszych czasów”

Franc Kafka nie pysznił się czytaniem Platona w oryginale i nie chwalił się, że bywał u Szekspira na baletach. Przeciwnie, chadzał do prowincjonalnych teatrów, wertował literaturę drugorzędną. Jednym słowem – NIE POZOWAŁ na wielkiego literata, lecz nim był.

Zamiast pląsania w stringach po salonie z notablami, robił swoje: bez hałasu, skromnie i powolutku. Że zaś talent miał ogromny i na dodatek wzmacniał go pracą nad sobą, nie musiał trąbić wszem i wobec, jakim jest wielkim pisarzem.

Mark Twain nie pobierał nauk zwieńczonych pokwitowaniem. Podobnie Bernard Shaw: doszedł do rozumu bez urzędowej metki Magistra Inteligencji. Zatem jak się okazuje, można być literatem pomimo braku zaświadczenia.

Niestety, ludzie udający artystów starają się zaistnieć na modłę twardzieli w różowych szlafmycach: przy pomocy dziwactwa.

Podczas gdy twórca udowadnia własną twórczością, że nim jest, bo tylko ona tłumaczy go z obecności na Parnasie.

Weźmy pod lupę Malcolma Lowry i jego przepastne tomiszcze Pod Wulkanem, owoc katorżniczej pracy nad wymową i siłą każdego zdania. Redaktorzy wielu wydawnictw rozkładali ręce i odrzucając tekst wyrokowali, że książka jest za długa, powinien ją przystrzyc, zmniejszyć jej tonaż i udźwig, a w ogóle kto to przeczyta.

Albo Jamesa Joyce’a, irlandzkiego skandalistę, twórcę podziwianego i komentowanego do dziś. Lub Marcela Prousta, lowelasa szwendającego się po buduarach. Kiedy ukończył jedną ze swoich książek, przesłał ją Andre Gide’owi do oceny, ten zaś nawet do niej nie zajrzał, bo awansem założył, że co taki wartogłów i bawidamek może spłodzić!

Choć mamy sporą listę przegranych, odrzuconych, zlekceważonych, to przecież każdy z tych pechowców doczekał się późniejszego uznania; prędzej lub później wykaraskał się z pomroki dziejów i został pomnikiem.

A co byłoby z nimi TERAZ? Przede wszystkim owych nieszczęśliwców nie ma tylu, co piszących obecnie, w związku z czym trudniej szło ich przegapić.

Aliści z tamtych lat pozostał nam spadek: stado Andre Gide’ów, nieraz wybitnych pisarzy którym z różnych przyczyn nie chce się zajrzeć do rękopisów nieznanych autorów. Raz, że nieznanych mamy przesyty i ciężko się przekopać. Dwa, że częstokroć szkoda zdrowia i czasu na bazgroły, z których, po przeczytaniu np. pięciuset stron tekstu, można się dowiedzieć, iż autor nie ma nic do powiedzenia.

MAREK JASTRZĄB Ekonomiczna moralność, czyli duch naszych czasów -- artykuł
Na zdjęciu: Franz Kafka (1883 – 1924) — niemieckojęzyczny pisarz pochodzenia żydowskiego, przez całe życie związany z Pragą. W swoich powieściach stworzył model sytuacji zwanej sytuacją kafkowską i określanej w języku niemieckim za pomocą przymiotnika „kafkaesk”, którego istotą jest konflikt zniewolonej jednostki z anonimową, nadrzędną wobec niej instancją. Źródło: Wikipedia

Stąd, na wszelki wypadek, autorzy wybitni stronią od wydawania ocen. Jednak, pomijając wszelkie aspekty obecnego wysypu grafomaństwa, zdarzają się utwory nieprzeciętne i grzechem byłoby spisywanie ich na straty tylko dlatego, że przysłowiowy Gide nie ma ochoty babrać się w cudzych manuskryptach. Tu mówię o szkodliwych praktykach wydawnictw.

Do zarzuconych a zamierzchłych obyczajów szanujących się oficyn należało prowadzenie tak zwanych recenzji wewnętrznych. W kantorku siedział sobie jegomość legitymujący się literacką ogładą i czytał wszystkie nadchodzące teksty. I dopiero w oparciu o jego opinię wydawnictwo decydowało, co i jak.

Z żalem stwierdzam, że z powodów oszczędnościowych zlikwidowano ten urząd i przedsiębiorstwo ds. wydawania książek poczęło zajmować się produkowaniem tandety.

A co z wieloma pisarzami tonącymi w komercyjnym sosiku? Niech czekają na ciekawsze czasy. Na ponowną odsłonę za głupie pięćset lat, lub liczą na pośmiertną sławę.

Cel tworzenia

W naturalnym środowisku są przeciągi, jest zapach krwi, potu, boli głowa, ćmi ząb i można oberwać w prawdziwe ucho. W internetowym środowisku wszechwładnej nierealności, zieje pozorną bezkarnością i usypiającym bezpieczeństwem. Czasem tylko, gdy wyłączą prąd i siądzie bateryjka, ogarnia cywilizowanego człeka jakowaś „bezdenna tęsknica” za realem.

Wtedy ckni mu się nie wiedzieć za czym: łapią go egzystencjalne kolki, nagle dostrzega niebo, czuje we włosach wiatr, widzi kołysanie drzew, odnajduje wśród różnobarwnych strzech bocianie gniazdo.

Lecz ów błogi stan przemija, bo nic nie trwa wiecznie. Prąd zaczyna znowu stepować po drutach, Internet nareszcie zmartwychwstaje i przedłużenie komputera nazywane człowiekiem zabiera się za ponowne łomotanie, bębnienie, puszczanie paluszków po klawiaturze w cwał: przedstawiciele pokolenia, zgarbieni nad klawiaturą, schowani za ekranową przegrodą laptopa czy smartfona, ponure kadłuby o wytrzeszczonych oczach, mozolnie klekoczą od nowa.

I znowu jest im swojsko i bezpiecznie; wirtualny delikwent/ka, niepiśmienny literat, naukowiec po podstawówce, katecheta ze świeckiej parafii, zakładają bloga, bazgrzą na Facebooku lub łączą się w Stowarzyszenie Trzaśniętych Poetów i dawaj hasać, buszować, korzystać z cybernetycznych udogodnień, dawaj ujeżdżać po internetowych kosmosach i gdzie się da wklejać swoje kandyzowane gówno.

Udolnie czy nie, zwierzają się, dzielą najskrytszymi myślami, intymnymi sensacjami z prywatnego żywota, szczegółami, które nawet najbliższym nie są znane, natomiast znane są wirtualnym przyjaciołom.

* * *

Obserwuję inwazję literackich apostołów, którym wydaje się, iż można pisać bez znajomości podstaw, widzę narastającą falę samozwańczych artystów, pisarczyków tworzących z doskoku, ludzi wygórowanego mniemania o sobie.

Nie bez powodu pragną wyskoczyć z ram anonimowości, bo od czasu upowszechnienia się Internetu mogli przekonać się, że pisze każdy, kto chce. Tym bardziej, że nie ma cenzury i prawnych ograniczeń. Jest za to wolność wypowiedzi, czyli dematerializacja kryteriów i samokrytyki.

Nastąpił okres wzmożonej walki z nieprzeciętnością. Dopadło nas powszechne przekonanie, że trzeba być na widoku, w centrum zainteresowania; daliśmy się złapać w sidła rozpędzonych czasów, wmanewrować w obowiązek błyszczenia wyjątkowością, wyróżniania się spośród reszty. Robienia za masowego indywidualistę i epigońskiego oryginała: inteligenta z taśmy.

Moim zdaniem owa maniera jest krzynę zabawna: skoro każdy chce wyróżniać się tym samym, co milion pozostałych, to wszyscy, jak wynika ze słupków i tabel, są genialnie identyczni, jak stado jednakowych – niepowtarzalnych. Tak więc ujednolicony indywidualizm jest określeniem bardzo tu pasującym.

Autor, to charakterologiczny filtr do przekazywania indywidualnych refleksji. Jego myśli są wynikiem nastroju, aktualnych lub wspomnieniowych wrażeń, życiowych doświadczeń i czego tam chcesz. Jest jednoosobowy. Indywidualistą jest, a to oznacza, że pisze odrębniej, niż Obywatel Wredniacki i trudno go pomylić z Obywatelem Obszczymurem.

Nie reprezentuje mitycznego zbiorowiska twórców mających stadny gust, lecz ma własny sposób wyrażania się w tym, co i jak pisze. Ma swój styl, rytm, specyficzne słownictwo; jak rysownika po kresce, tak jego po układzie zdań, ich konstrukcji i rozłożeniu akcentów poznajesz od razu.

Od pierwszej linijki tekstu wiesz, kogo czytasz. Natomiast obecnie zapanowała niezrozumiała moda na brak stylistycznej oryginalności i ujednolicenie tekstów. W efekcie twórczość Obywatela Patałacha niczym się nie różni od twórczości Obywatela Epigona.

Ten sam problem z indywidualnością ma ewentualny czytelnik tekstu. Bo jeżeli autor ma własny gust, również i odbiorca utworu go ma. Z czego wynika, że te rozbieżne upodobania są powodem komentatorskich nieporozumień.

* * *

O ile od literatury oczekujemy duchowego wzbogacenia, to od obecnej, opartej na „ekonomicznej moralności”, można spodziewać się zrogowacenia doznań; twórczość wymaga od autora i odbiorcy wysiłku i w odróżnieniu od potocznych wyobrażeń, nie jest bezmyślną balangą.

Artysta jest nim po to, by dawać swój głos. A daje go poprzez dzieła. Udane, złe, ale skrojone na miarę własnych możliwości: bez wyrażania swoich zapatrywań, nie egzystuje. Zaś gdy milczy, przechodzi na wewnętrzną emeryturę i stoi z boku.
Poeta, prozaik, architekt dzieła jakiegokolwiek formatu i gatunku, nie może być człowiekiem cichym. Nie powinien siedzieć jak mysz pod miotłą, bo jego obowiązkiem jest REAKCJA. Natychmiastowa odpowiedź na zło, etyczny autyzm, agresywną wulgarność czy społeczny tumiwisizm. Ponieważ każdy tekst, obraz, muzyka itd., są to jego ilustracje i komentarze otaczającej rzeczywistości. Jego prywatne próby zinterpretowania dookolnych zjawisk. Zjawisk bolesnych niekiedy, a niekiedy po prostu – głupich. Nieznośnie, irytująco bzdurnych.

Nie powinien odbierać ich w sposób obojętny. Nie może mieć bezszmerowych poglądów na to, z czym się styka. Jeżeli obojętnie przechodzi do porządku dziennego nad zjawiskami coraz powszechniejszego idiocenia kultury, skoro utrzymuje się w mniemaniu, że go one nie dotyczą, to może warto zapytać, kim jest, dlaczego i dla kogo tworzy. Czym różni się od ludzi chorych na społeczną znieczulicę. Od ludzi – kibiców własnego istnienia, prześlizgujących się przez życie.

Nieprzypadkowo powiedziałem o OBOWIĄZKU. Twórca ma OBOWIĄZEK pokazywania odbiorcy, jak jest. Powinien go niepokoić, zachęcać do sprzeciwu wobec bredni. Wrzeszczeć a nie usypiać. Krzyczeć a nie popiskiwać. Twórca musi być aktywny, iść pod prąd sezonowo słusznych mód. Być penetratorem rzeczywistości i burzycielem konwenansów.

Rejterada z aktywności, ucieczka w szukanie wytłumaczeń dla swojego przemęczenia, zgoda na to, co jest, przyzwolenie na degenerację pojęć, to kapitulanctwo. Cisza dobra jest na wywczasach, na urlopie dla frustratów rojących o wlezieniu do jamy ze świętym spokojem. Natomiast dla wyczerpanych obserwacją rozpadu dzisiejszego ducha, dla zdegustowanych współczesnymi konwulsjami kultury, droga jest określona i wyraża się w zapisie.

Autor nie istnieje bez odbiorcy. Jeżeli twórca pozbawi go możliwości rozmowy ze sobą, zamknie się w intelektualnym kąciku, w swojej kapsule ciszy, spokoju i martwoty, to do kogo trafią jego dzieła?

* * *

Kultura nie znosi próżni: jest nieprzerwana i ciągła. Wyobraźmy sobie, że wszyscy twórcy nagle zamilkli. Piszą, malują, komponują, ale do szuflady. Bytują po niszach i zakamarkach, po piwnicach, enklawach i bezludnych wyspach, a ich głos dociera do niewielu. Do garstki potrafiących czytać, myśleć i udawać, że jest klawo. Ale do tych, co nie czytają, nie potrafią sklecić jednego zdania bez słowa na k., do tych, co mają gdzieś całe to zawracanie gitary z myśleniem, dotrzeć nie umieją.

A niby kto ma do nich dotrzeć, skoro wolą schować się w czarownej dziurze? W wieży z kości słoniowej? Po kloszem własnych spraw. A kto niby ma im ukazać inne światy, niczego sobie horyzonty, marzenia i szczytne cele, skoro wszyscy zaczną być eremitami? Skoro wszyscy odwrócą się od nich i postanowią przymykać oczy na lawinowe kretynienie pokoleń? Kto im uświadomi, jakie wartości, jakie ideały są ważne w życiu każdego człowieka, o co chodzi w tym szczurzym, agresywnym wyścigu po zadyszkę, zawał i kasę?

Wycofanie się z aktywności, ucieczka w szukanie wytłumaczeń dla swojego przemęczenia, zgoda na to, co jest, przyzwolenie na degenerację pojęć, to kapitulanctwo. Cisza dobra jest na wakacjach od myślenia, na urlopie dla frustratów rojących o wlezieniu do jamy ze świętym spokojem. Natomiast dla wyczerpanych obserwacją dzisiejszego rozpadu ducha, dla zdegustowanych współczesnymi konwulsjami, drogę określać winien cel tworzenia.

Wydaj książkę i zdechnij!

Zacząłem sobie przypominać, ile książek, bezcennych a zbutwiałych starodruków nawet, ile arcydzieł literatury światowej udało mi się wydrzeć z lochów niejednej składnicy surowców wtórnych! Po godzinach oficjalnej pracy, kierownik placówki wpuszczał mnie na zaplecze i pozwalał mi (za ćwiartkę czystej) uprawiać wysokogórską wspinaczkę na wierch papierowej hałdy i gdy on leżał u jej stóp, ja bawiłem się w archeologa.

A gdy składnica była już przegrzebana, budziłem faceta i szliśmy do wagi. Kładłem na niej urobek, czyli wszystkie znalezione książki, a gość mi je sprzedawał. Cena była taka, że jeśli wszystkie ważyły pięć kilo, to w zamian musiałem mu przynieść pięć kilo gazet. Tym sposobem wszystko się zgadzało i dzięki temu ja miałem sporą bibliotekę, on zaś – porządek w burdelu.

Czasy się zmieniły i funkcję makulaturowych magazynierów przejęły urzędy od odmawiania pomocy, wsparcia i dawania literatom popalić. Dla nich też nie było różnicy między książką a papierzyskami. Sprytne ludzie zwietrzyły interes i wzięły sprawy w swoje ręce: zaczęły otwierać się na potrzeby wygłodniałego społeczeństwa. Kwitła więc produkcja bubli i na masową skalę powstawały rachitycznie wydawnictwa.

Tak jak niegdyś w byle garażu siedział na skrzynce od piwa przyszły komputerowy Gates, teraz w byle internetowej piwnicy siedział sobie WIELMOŻNY PAN WYDAWCA i czekał na frajera z kasą. Czyhał na reflektantów i łyskał brylantyną niewiedzy. Naiwny klient wpadał mu w szpony i z drżącym rękopisem w rozlatanych rękach kucał z zachwytu, bo na wstępie dowiadywał się, że spłodził wiekopomne arcydzieło, które rozejdzie się w mig, a jak dobrze pójdzie, to jeszcze szybciej. Za co PAN WYDAWCA ręczył osobistym honorem.
MAREK JASTRZĄB Zysk, czyli duch naszych czasów -- artykuł
Zanim przyszły noblista zrozumiał, że wydawca nie mógł go przeczytać, bo jeszcze niczego nie opublikował, już był ugotowany na miękko i gładko łykał kolejne banialuki. Jedną z nich była informacja, że nie poniesie kosztów, bo kosztami obarczy się sponsora. Tyle że sponsor jak raz wyjechał do SPA w Berdyczowie i zamiast niego może skorzystać z usług obywatela Komornika, na którego konto należy wpłacić marne grosze w liczbie trzech tysięcy złotych plus VAT. Tyle samo, albo o dwa złote mniej plus VAT, uiścić należy w księgarni, by książka nie powędrowała do ciemnego kąta, lecz znalazła się na miejscu, gdzie ją widać.

Przy czym za widok książki uplasowanej pod sufitem, buli się mniej, niż za widok tejże pomieszczonej na wysokości oczu zezowatego kurdupla. Ale najdroższe są miejsca w sąsiedztwie półek z bestselerami. Tam aż kotłuje się od oglądających, cmokających i odchodzących z kwitkiem.

Na długich, chłodniczych ladach spoczywają komiksy, krzyżówki, rozmaite SF, magazyny pełne okrutnych narracji, ckliwych opowiastek zajeżdżających bajkową scenografią, emfatycznych historyjek prowokujących do tarcia oczu i pociągania nosem, aromatyczne pomady w harlequinowskim stylu, jakieś kolorowe thrillery, fabularna przędza na wyczerpanym papierze, przygodowe rachatłukum, biesiadne tańce i hulanki z tasakami, garkotłukowy chłam, natomiast powieści Wojdowskiego, Kuśniewicza, Nałkowskiej lub Berezy, próżno by szukać; księgarski subiekt nigdy o takich nie słyszał, no a w instrukcji obsługi klienta nie ma przepisu, by znać produkty przeterminowane.

Owszem, jeżeli autor nie wydoli finansowo i zrezygnuje z wywieszania się w księgarni, może cały swój nakład pierdyknąć pod wyro i pobawić w komiwojażerkę. Ale uwaga: od tego również potrącany jest podatek na rozpieprzenie kultury.

* * *

Różnica między stroicielem fortepianów a kompozytorem, należy do namacalnych namacalności. Ale, jak jeden bez drugiego nie może istnieć i oboje są fachowcami w swoich branżach, to kompletnym nieporozumieniem jest zamiana ich ról. Zanim pękniemy ze śmiechu, wyobraźmy sobie, że do Bacha przychodzi naprawiacz klawiszy, siada za instrumentem, wyniośle i bezceremonialnie strofuje mistrza pouczając go w sprawach polifonii, a na deser wręcza mu instrukcję obsługi piszczałek pod tytułem zreperuj se sam. Albo Beethovena, jak idzie do sklepu, kupuje parę desek, pół tony gwoździ, zanosi do domu i zbija sobie grającą szafę.

Podobnie w literaturze: jeden jest oprawiaczem książek, a drugi je pisze. Tak jak jeden jest kulturalny, a drugi pracuje w kulturze. W tym miejscu zaczyna się robić poważnie, bo zadaję sobie pytanie: kim jest obecny artysta, człowiek uprawiający zawód literackiego biznesmena? I odpowiadam: to figura na wskroś pragmatyczna; już nie twórca, lecz jeszcze nie człowiek interesu. Ot, złota rączka niepewnego geszeftu.

Usługi dla mas

Twórczość stała się częścią przemysłu: stanowi jego wiodący PRODUKT. Twórca zaś dołączył do szczurzego stada szybkich zarobkiewiczów i przekwalifikował się na fabrykanta kiczu.

Ostatnio poczyna sobie śmielej: wysyła swoją garmażerkę na rozmaite konkursy, a że czyni to co rusz, bywa nagradzany, wyróżniany pozłacanym bobkiem. Pojawia się na zjazdach, kongresach i kulturalnych sympozjach w roli laureata, rozjemcy, mediatora zżeranego dydaktyzmem, nieomal nauczyciela zawodu artysty.

Kiedy mam do czynienia z wygłaszanymi przez niego wystąpieniami, w których na wstępie zaznacza, że jest artystą, po czym, bez żenady piętnuje niski poziom cudzej twórczości, zaczynam się wstydzić. Nie za niego, gdyż byłoby stratą czasu żałować bufona, ale za tych, co mu nadskakują i tych, co utwierdzają go w mylnym przeświadczeniu, że coś sobą reprezentuje.

* * *

Nie zastanawia się, co by mogło być, gdyby nie poszedł z prądem. Gdyby nie dał się zwieść irracjonalnym nadziejom na lepsze. Nie umie też jasno i klarownie powiedzieć, co było kiedyś złe. Natomiast ryczałtem pochwala, aprobuje, z uznaniem cmokta i mlaszcze nad zachodzącymi zmianami.

Niektóre zmierzają ku lepszemu, inne nadal są albo nietrafne, albo takie sobie. Przeważnie jednak stwierdza, że aby żyć w obecnym świecie, trzeba się do niego dopasować, trzeba bez przerwy chwalić kulturalny brak kultury.

Zaczyna więc nie dostrzegać, czy proponowana przez niego twórczość jest żartem z czytelnika, czy należy traktować ją poważnie. Wywija swoimi wyrobami bez opamiętania, jak leci; tłucze je w ilościach przekraczających wszelkie pojęcie i rozsiewa gdzie się da: tu wiersz na okoliczność, tam proza do poduchy, ówdzie malarskie cacuszka do podziwiania, rzuca te swoje perły przed partyjne wieprze, każdemu z nich daje, co kto chce i na co jest zapotrzebowanie, co schodzi jak ciepłe bułeczki, a co sprzedaje jak czerstwe chały: laurkowe, akademijne, benefisowe, a płodny w tym rozsiewaniu jest na kształt królika.

* * *

Artyści z prawdziwego zdarzenia tolerują go jak raka na bezrybiu. Piszą o nim źle, potępiają za własne grzechy, odsądzają od czci i wiary, wieszają na nim psy, mierzą swoją miarką, podają jako przykład pleniącego się grafomaństwa i nieudacznictwa, przy czym uprawiana przez niego twórczość ma być odstraszającym dowodem na rozprzestrzeniający się upadek tejże.

Snobi wyrażają się o nim bombastycznie, prawie że na klęczkach, w przesadnych superlatywach. Stawiają na pomniku, wielbią bez powodu i na wyrost: zamiast pokazać mu drogę, zachęcić do bycia niesztucznym, wyrządzają mu krzywdę: utwierdzają w przekonaniu, że już wszystko wie, że zjadł wszelkie rozumy, może więc usiąść na wawrzynach i nie musi swojej wiedzy poszerzać, konfrontować z tymi, którzy również piszą, porównywać swoich bździn z ich dokonaniami.

W ten sposób staje się intelektualnym terrorystą, samochwałem uwielbiającym narzucać swoje poglądy i zwracać na siebie uwagę, być w centrum artystycznego tumultu, uchodzić za skrybę (np.), zabierać namaszczony głos w dyskusjach o czymkolwiek związanym z dziedzinami, o których ma zerowe pojęcie.

* * *

Zbigniew Wodecki, niezły przecież estradowiec, kompletnie wyczyszczony z zarozumiałości powiedział, że nie daje koncertów, tylko występy. Koncerty to dawał Paganini, a on doskonale zna swoje artystyczne parametry i nie robi za pyszałka. Podobnie można by rzec, że poetą był Herbert, pisarzem Faulkner, a rozrośnięte stado dzisiejszych wierszokletów i prozaików, to granda w biały dzień; napisze taki ze trzy cherlawe tomiki i już wije gniazdko na Parnasie, już kupuje na Allegro mało używaną aureolę i zmierza tam, gdzie są gwary, aplauzy i jupitery…

Siła ograniczeń

Założenie: artysta, to ostryga z perłą w środku.
Czytam o Prouście i zastanawiam się, czy mógłby wieść swoje życie bez przebrzydłych pieniędzy i czy jego twórczość byłaby znana i ceniona do teraz. Mam w pamięci jego niekrochmalone chusteczki, ręczniki używane tylko raz, ciepłe stosy trykotów wymoszczających mu przestrzeń pomiędzy poduszką a kręgosłupem, sprawiające, że mógł tworzyć w pozycji półsiedzącej, okulary kupowane na tuziny, a obok niego widzę muzyczne kwartety zapraszane do domu i dające mu prywatne koncerty.

Widząc to wszystko zadaję sobie pytanie; gdyby żył w nierozrzutnym stanie, mieszkał w kartonie, przykrywał się kołderką z gazet, czy nie byłby zaledwie chorowitym włóczykijem opędzającym się od materialnych trosk, astmatykiem szukającym noclegu pod mostami Sekwany i czy miałby wtedy czas na rozpamiętywanie, na przeczulone afektacje i poszukiwanie straconej magdalenki.

Finansowa niezależność choć trochę pozwoliła mu na zrekompensowanie zdrowotnych ograniczeń. Na istnienie w miarę normalne. Na spełnianie kaprysów i to kaprysów koniecznych w jego pisaniu. Ponieważ artysta jest nim tylko wówczas, gdy ma przywary. Honoriusz Balzak napisał: „najgorszą z wad jest nie mieć żadnej”. Ośmielę się dodać, że warunkiem tworzenia są usterki artysty; to poprzez walkę z własnymi ułomnościami zdobywa się na wiekopomne dzieła. Z im większymi trudnościami musi się zmierzyć, im więcej przeszkód pokonać, tym łatwiej mu zaistnieć w historii malarstwa, muzyki, literatury.

Przykładów mamy wiele: głuchota Beethovena, nędza Van Gogha, pijaństwo i awanturnictwo Villona, materialne posuchy Przybyszewskiej. A przywołany tu Balzak i jego wielkopańskie maniery? A Kafka ze swoimi konfliktami z ojcem, Schulz i jego neurotyczne niepewności wobec ludzi?

Można je mnożyć, bo wszystkie są pouczające, warto jednak wyobrazić sobie, że jest z owymi twórcami akurat odwrotnie; nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej maczugi, wszyscy przytoczeni artyści budzą się z chorego snu i nic im nie doskwiera. Beethoven słyszy, Van Gogh nurza się w dostatku, bo za miliony dolarów sprzedał ostatni obraz, a Balzakowi udał się interes i nie ma długów.

Z początku są zachwyceni takim obrotem rzeczy, ale już po krótkiej chwili poczyna ich gnębić ochota za pracą. I w tym oto podniosłym momencie stwierdzają, iż bez rekompensat w postaci negatywnych zalet, nic sensownego nie przychodzi im do głowy; co prawda są oczyszczeni z poprzednich obsesji, ale w zamian za wygodniejszą egzystencję, przestali tworzyć.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Zakazana roślina. Konopie indyjskie

C. GRETKUS Zakazana roślina. Konopie indyjskie -- artykuł

Konopie indyjskie, to prawdziwy koszmar lobbystów na całym świecie — zwłaszcza w przemyśle tekstylnym, paliwowym, blacharskim, budowlanym i — co najważniejsze — farmaceutycznym. Nic dziwnego. Wyobraź sobie, że zamiast kupować Apap, Etopirynę czy Diazepam, wciągasz do płuc aromatyczny dymek z kwiatów roślinki wyhodowanej we własnym ogródku. Nie musisz nawet obawiać się gryzącego dymu, jeśli nigdy nie paliłeś papierosów — w handlu dostępne są tzw. waporyzatory, czyli tanie i przenośne urządzonka do odparowywania suszu i wciągania do płuc zwykłej pary wodnej. A jeśli masz problemy z bólami menstruacyjnymi, pleców, kręgosłupa lub — nie daj Boże — masz nowotwór, wtedy chmurka dymu z marihuany spada ci jak dar z nieba — i to zupełnie za darmo, jeśli masz podstawową wiedzę ogrodniczą i chwilę czasu, by konopie indyjskie wyhodować w domu. Zaznaczmy, że konopie można bezproblemowo hodować w mieszkaniach. Wystarczy do tego donica i prosta instalacja oświetleniowa.

Konopie indyjskie. Zakazana roślina
Ile jest wszystkich odmian konopi na świecie? Nie wiadomo. Dzięki pokoleniom genialnych hodowców i breederów, konsumenci marihuany mają dzisiaj dostęp do ponad 700 odmian. Każda z nich ma unikalną kombinację smaków, zapachów, efektów i proporcji kannabinoidów. Foto i źródło: materiały prasowe

Wynika z tego prosty wniosek — konopie indyjskie zagrażają wielomiliardowym biznesom korporacji farmaceutycznych. Jeśli do tego dodamy fakt, że z konopi można produkować doskonałe, supermocne tkaniny plus biopaliwo, a nawet materiały budowlane, to nasuwa się prosty wniosek, że konopie, to najwspanialsza i jednocześnie najbardziej znienawidzona roślina, jaką zrodziła matka Ziemia. Rośliny rosną za darmo, a tego korporacje nienawidzą najbardziej.

Historia konopi indyjskich

Konopie dzielimy z grubsza na dwa gatunki — cannabis indica i cannabic sativa. Marihuana (marihuana) to określenie konopi zawierających dużą dawkę substancji o nazwie THC, czyli tej, która powoduje słynny haj (odlot, high, trip) — uczucie euforii, rozluźnienia i przyjemności. Marihuana medyczna to z kolei odmiana konopi, która zawiera dużo substancji o nazwie CBD, czyli tej o działaniu leczniczym i przeciwbólowym. Taka marihuana nie powoduje zbyt dużego odlotu i jest uważana za lekarstwo, a nie używkę. Tej odmiany koncerny farmaceutyczne naprawdę nienawidzą, bo wiadomo, masz w domu własne, mocne, bezpieczne lekarstwo na mnóstwo chorób i nie musisz zostawiać majątku w aptekach, czyli w ich kieszeniach.

Pierwsze ślady wykorzystywania konopi odkryto na terenach dzisiejszego Tajwanu. W małej, tajwańskiej wiosce Sate zostały odkryte sznury konopne stosowane przez tamtejszych garncarzy. Było to około 5000 tys. lat temu. Oznacza to, że konopie były jednymi z pierwszych roślin uprawnych na Ziemi.
Chińczycy odkrywają terapeutyczne właściwości marihuany w formie naparu. Jest rok 2737. p.n.e. Chińscy medycy używają jej jako lekarstwo na reumatyzm, bóle menstruacyjne, stany zapalne, dnę moczanową oraz demencję starczą.
Marihuana stanowi ważny element kultury hinduskiej, głównie w odniesieniu do pół-boga Shivy, który bardzo często był przedstawiany na malowidłach z ciężkimi, zaczerwienionymi oczami, przyjemnym uśmiechem i glinianą fajką. Marihuana w Indiach otrzymuje status rośliny świętej. Jest rok 2000 — 800 p.n.e.

C. GRETKUS Zakazana roślina. Konopie indyjskie -- artykuł
Najstarszy dowód materialny na użycie marihuany przez ludzi, został odkryty na cmentarzu w zachodnich Chinach, liczącym ponad 2500 tys lat. Źródło: materiały prasowe

Nie ma sensu wyjaśniać całej i bardzo bogatej historii konopi indyjskich na świecie. Fakty są takie, że marihuana była i jest, jedną z najważniejszych roślin znanych człowiekowi. Konopie doskonale znali Rzymianie, Grecy, Scytowie i Samarytanie. Pisał o niej Herodot, Pliniusz Starszy, Plutarch, Diskurydes, Galen (najwybitniejszy grecki lekarz) i Hua T’o. Francuska królowa Arnegunda zostaje pochowana z tkaninami konopnymi. Co ciekawe, marihuana występuje także w Starym i Nowym Testamencie — odkrycie to zawdzięczamy polskiej badaczce z Uniwersytetu Jagiellońskiego Sarze Benetowej (Sulah Bennet), która doszła do wniosku, że używany obecnie termin „cannabis” pochodzi ze starohebrajskiego Kanneh Bosm, co w wolnym tłumaczeniu oznacza krzew wonny. Dodajmy, że wiele schorzeń — w tym również tych przewlekłych — opisanych w Biblii oraz proces ich leczenia z użyciem „mirry z krzewu wonnego” (a więc marihuany, na którą jest też przepis w Świętej Księdze), to schorzenia, które dzisiaj oficjalnie kwalifikuje się do leczenia medyczną marihuaną (np. epilepsja, trąd, jaskra).

Jak to jest być na haju czyli marihuana jako „narkotyk”

Narkotyk (gr. narkōtikós „oszałamiający”), to potoczna nazwa niektórych substancji psychoaktywnych, działających na ośrodkowy układ nerwowy. Istotne jest to, że substancje te powodują uzależnienie. Istnieje wiele substancji przyjmowanych przez ludzi, które wywołują uzależnienie, jednak z powodu przyzwolenia społecznego, nie są uważane za narkotyki.

Polska należy do kręgu kulturowego, w którym narkotykami nie są nazywane substancje wybitnie szkodliwe i uzależniające takie jak nikotyna i alkohol.

Powiedzmy to sobie jasno — żadna roślina nie jest narkotykiem. Konopie indyjskie nie są narkotykiem. Może nim być jedynie psychoaktywna substancja chemiczna o dużym stężeniu, wytwarzana w sposób sztuczny, przemysłowy. Dlatego narkotykiem nie są drzewka koki, mak czy konopie indyjskie, gdzie stężenie substancji psychoaktywnej jest bardzo niskie.

Kwestia uzależniającego działania THC została bezspornie wyjaśniona, ponieważ w świetle wieloletnich badań klinicznych, odkryto, że THC na 100% nie powoduje uzależnienia fizycznego, a jedynie psychiczne, które szybko mija i w porównaniu do silnego i niszczycielskiego uzależnienia fizycznego powodowanego przez alkohol i nikotynę, można uznać za bezpieczne i akceptowalne. Uzależnić można się od wszystkiego — nawet od jazdy na nartach — dopiero gdy uzależnienie stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia człowieka, możemy mówić o jego szkodliwości czy niebezpieczeństwie. Czy zażywanie THC w celach medycznych lub rekreacyjnych jest szkodliwe dla zdrowia? Moim zdaniem nie jest, chyba że dochodzi do stosowania tej substancji w nadmiarze, bez umiaru i jakiejkolwiek kontroli. Więcej o udowodnionych skutkach ubocznych THC na organizm człowieka napiszę później.

Przy pomocy badań socjologicznych obliczono, że tylko 12% polskiego społeczeństwa miało regularny kontakt z marihuaną. To dość mało, w porównaniu do sąsiadujących z nami Czech, nie wspominając nawet o Holendrach, Hiszpanach czy Kanadyjczykach. Jaki procent Polaków miał kontakt z zabójczym alkoholem i tytoniem? Uwaga, trzymaj się krzesła, bo spadniesz z wrażenia — 95%.

A teraz napiszmy, jakie to uczucie być na haju. Czekają na to z wypiekami na twarzy wszyscy ci, którzy marihuany się boją i nigdy jej nie próbowali. Czego się boją? To oczywiste. Tego, że się uzależnią i staną narkomanami. Ludzie naprawdę wierzą w takie farmazony. Dziesiątki lat państwowej propagandy zrobiło ludziom wodę z mózgu. Boją się skończyć jak brudny, wychudzony narkoman, który kradnie albo wynosi cenne rzeczy z domu, żeby zdobyć hajs na następną działkę. Ok, są tacy narkomani, ale oni nie ćpają marihuany (bo marihuany się nie ćpa) tylko heroinę albo metaamfetaminę.
Państwo przed erą Internetu miało monopol na informację. Ludzie wierzyli tylko w to, co było pokazywane w telewizji albo drukowane w gazetach. Nadejście Internetu było medialną rewolucją. Dopiero teraz ci, którzy są chłonni wiedzy, mogą ją czerpać w sposób obiektywny i nieskrępowany z zasobów światowej sieci.

Marihuana zawiera THC oraz ponad 200 innych kannaboidów. Substancje te w połączeniu, są odpowiedzialne za każdorazowe uczucie haju, kiedy zaczynają wędrówkę po ludzkim mózgu i centralnym ośrodku nerwowym. THC znajduje się w kwiatach konopi, a nie w liściach, a więc nie pali się liści marihuany tylko jej kwiatostany (owoce).

Pali się skręty z tej rośliny (jointy, blanty, gibony), które wyglądają jak pogrubiony papieros i oczywiście nie mają żadnego filtra na końcu. Niektórzy palący używają do tej czynności fajek o przeróżnych kształtach. Inni susz konopny mieszają w blantach z tytoniem (niepolecane). Od kilku lat, jak wspomniałem wcześniej, popularne stają się waporyzatory czyli przedmioty wielkości długopisu, które podgrzewają susz do temp. około 200 stopni Celsjusza i uwalniają czystą parę wodną, a nie dym. Wiadomo, wielu ludziom dym może wydawać się gryzący i szkodliwy dla płuc. W parze jest to samo THC co w blancie, jednak duża część kannaboidów nie uwalnia się tym sposobem i uczucie haju jest uważane przez znawców za dużo łagodniejsze (mild effect).

C. GRETKUS Zakazana roślina. Konopie indyjskie -- artykuł
Waporyzatory służą do mniej inwazyjnego konsumowania suszu z marihuany. Oferta rynkowa tych urządzeń jest bardzo szeroka. Foto i żródło: materiały prasowe

Co czujesz po wciągnięciu w płuca dwóch chmurek (buchów) marihuany? Żeby opisać to doznanie, trzeba być bez wątpienia poetą.

Po kilku minutach czujesz, że coś się zmieniło. Jest inaczej. Myśli stają się lekkie. Jakby ktoś oczyścił z brudu przednią szybę twojego umysłu. Problemy schodzą na dalszy plan, a potem znikają zupełnie. Uderza cię myśl, że to, co cię martwiło, było bezsensowne, sztuczne, wymyślone. Czujesz, że dosłownie kamień spadł ci z serca. Nowe myśli zaczynają spływać do umysłu. Chcesz zrobić coś kreatywnego. Chcesz coś stworzyć. Wymyślić. W całym ciele zaczynasz odczuwać lekkie łaskoczące ciepło. Ogarnia cię uczucie przyjemności. Błogości. Jesteś cały zrelaksowany. Do wybuchu śmiechu wystarczy coś błahego i zwyczajnego. Kolory stają się bardziej nasycone. Dźwięki są ostrzejsze. Słyszysz więcej i widzisz więcej. Na widok czegoś pięknego nagle ogarnia cię euforia, a to jest coś, czego nie da się opisać słowami. Euforia to płynne szczęście wypełniające cały twój umysł i ciało. To uczucie jakbyś cały czas słyszał wspaniałe wiadomości. Jakbyś się dowiedział, że wygrałeś na loterii albo wyleczyłeś się z ciężkiej choroby. Euforia to szczyt wspaniałości. I jest to uczucie całkowicie realne.

Po prawie trzech godzinach przyjemność i euforia oddala się, ale w dalszym ciągu czujesz się baardzo dobrze. I nie masz kaca. Nic cię nie boli. Nie ma nieprzyjemnego zjazdu do szarej rzeczywistości.

Medyczne działanie marihuany

Marihuana hamuje wiele niepożądanych reakcji w organizmie. Dowiedziono naukowo, że marihuana zmniejsza wrażliwość receptorów bólowych (również związanych z chorobą nowotworową) oraz bóle neuropatyczne. Jej działanie przeciwbólowe porównywane jest do działania leków z drugiego stopnia drabiny analgetycznej WHO, do której możemy zaliczyć takie substancje jak kodeina czy tramadol. Dzięki temu możliwe jest ograniczenie podawania opidoidów w dużych dawkach. W przypadku bólu neuropatycznego marihuana lecznicza co prawda ustępuje najskuteczniejszym trójpierścieniowym lekom przeciwdepresyjnym, ale jej skuteczność porównywana jest do poziomu gabapentyny, czyli leku stosowanego w leczeniu padaczki.

Wątpliwości na temat leczniczych właściwości marihuany najczęściej wynikają z niewiedzy. Musimy jednak podkreślić, że jej lecznicze właściwości zostały potwierdzone w wielu badaniach naukowych, a lista chorób leczonych medyczną marihuaną jest bardzo długa. Wymieńmy je po kolei:

Bóle o różnych pochodzeniu. Miastenia. Padaczka (gdy pacjent nie reaguje na stosowane leki, dzięki marihuanie ilość ataków można zmniejszyć nawet o 90%). ADHD. Problemy z koncentracją uwagi. Choroby Alzheimera (w przypadku tej choroby skuteczne jest THC, dzięki któremu spowalnia się formowanie płytek amyloidów, które odpowiadają za niszczenie komórek mózgowych. Medyczna marihuana stosowana regularnie może znacznie opóźnić rozwój tej choroby). Autyzm (medyczna marihuana ułatwia zapanować osobom autystycznym nad agresją i lękiem). Alkoholizm i inne uzależnienia. Jaskra (stosowana zwłaszcza w sytuacji, gdy inne metody nie są skuteczne). Stwardnienie rozsiane. Choroby Parkinsona (leki mają złagodzić ból oraz usprawnić ruchy chorych, który częściowo odzyskują sprawność). Astma (mniej stanów zapalnych). Choroby zapalne jelit (marihuana łagodzi stany zapalne). Borelioza. Depresję i lęki. Nowotwory (marihuana medyczna jest w stanie niszczyć komórki nowotworowe np. w przypadku raka piersi lub też spowalniać ich dalszy rozwój. Ponadto u osób przechodzących przez chemioterapię odnotowano mniej skutków ubocznych w wyniku stosowanego leczenia, a więc np. wymiotów, bólu, czy mdłości).
Zespół Sjorgena. Anoreksja. Choroby autoimmunologiczne. Bezsenność i zaburzenia snu. Choroba Leśniowskiego-Crohna. Choroba afektywna-dwubiegunowa. Cukrzyca. Zaburzenia obsesyjno-kompulsywnych (OCD). Dystonia. Fibromialgia. HIV i AIDS. Łuszczycowe zapalenie stawów. Zespół Tourette’a. Pląsawica Huntingtona. Migreny. Spastyczność mięśni. Neuralagia. Zwyrodnienie stawów. Osteoporoza. Reumatoidalne zapalenie stawów. Urazy rdzenia kręgowego. Zespól przewlekłego zmęczenia. Stwardnienie rozsiane. Zespół Ehlersa-Danlosa. WZW typu C. Zaburzenia żołądkowo-jelitowe. Zapalenie mięśni i stawów. Zespół jelita wrażliwego. Zespół stresu pourazowego.

Wiem. Jesteś w szoku. Ja też. Teraz widać jakim darmowym panaceum jest ta boska roślina. Teraz rozumiesz, dlaczego marihuany tak bardzo nienawidzą wielkie koncerny farmaceutyczne. Rozumiesz teraz, dlaczego prywatna uprawa marihuany medycznej jest zabroniona.

Skutki uboczne zażywania marihuany

Wiadomo, że niebezpieczne dla zdrowia jest wszystko, co stosowane bez umiaru i kontroli. Marihuana nie jest tu wyjątkiem. Nie wolno jej palić codziennie przez cały dzień, ponieważ wtedy może działać otępiając i powodować problemy z funkcjonowaniem tzw. pamięci chwilowej. Skutki uboczne mogą być niebezpieczne u osób z problemami psychicznymi. Niektórzy naukowcy do niepożądanych skutków ubocznych zaliczają zwiększone tętno, suchość w ustach i zawroty głowy. Jednak umówmy się — odczuwanie tych skutków ubocznych jest sprawą indywidualną. Dla kogoś suchość w ustach nie jest żadnym problemem (wystarczy napić się trochę wody), a zawroty głowy nie występują zawsze i nie mają żadnego znaczenia, gdy jesteśmy w pozycji siedzącej.

Zakazana roślina

Powiedzmy to wyjątkowo jasno — konopie indyjskie nie są narkotykiem. Konopie indyjskie są lekarstwem, ziołem i bywają używką — podobną do kawy i herbaty. Wiedząc o tym, nasuwa się oczywiste pytanie: dlaczego jej posiadanie, hodowanie i udostępnianie (bo nie samo używanie) jest nielegalne w wielu krajach świata (na szczęście nie wszystkich). Dlaczego marihuana jest w Polsce penalizowana?

Zakazana roślina. Konopie indyjskie -- artykuł
Na zdjęciu: Policjanci z powiatu radomszczańskiego przychwycili 77 roślin konopi indyjskich, które rosły na nielegalnej plantacji. Sierpień 2020. Foto: materiały prasowe

Mówiąc krótko dlatego, że obywatele nie wywierają presji na polityków, by marihuanę zalegalizować, a państwo jako takie, nie chce nakładać sobie na barki nowych, niepotrzebnych „problemów”. Państwo chce, żeby był spokój, a obywatele byli karni i posłuszni. W Polsce, w obiegowej opinii, marihuana przedstawiana jest jako niebezpieczny narkotyk, który demoralizuje ludzi, młodzież, a nawet dzieci. Już sama dyskusja o legalizacji konopi indyjskich w Polsce, wywołałaby takie poruszenie (czy zgorszenie), że instytucje państwa mógłby ogarnąć chaos, a na to nasi władcy nie mogą sobie pozwolić, ponieważ są ludźmi z gruntu niekompetentnymi i nie radzą sobie z podstawowymi problemami społecznymi, których u nas nie brakuje.

Polska to kraj katolicki, czyli mentalnie zacofany. Edukacja w naszym kraju nie stoi na zbyt wysokim poziomie. I nie dotyczy to tylko konopi indyjskich, ale wielu innych dziedzin np. edukacji seksualnej czy ekologii. W Polsce do rangi nierozwiązanego problemu, urastają od lat rzeczy wydawałoby się oczywiste jak walka z zanieczyszczeniem powietrza czy segregowanie śmieci.
To ignorancja jest największym źródłem zacofania, a Kościół katolicki, który ma w naszym kraju olbrzymie wpływy jest synonimem ciemnogrodu. Kościół od zawsze uważał konopie indyjskie za narkotyk, czyli część „cywilizacji śmierci”, „zło, które zabija naszą młodzież”. Polskie władze takiemu podejściu tylko przyklaskiwały, zaostrzając i tak surowe prawo antynarkotykowe. Jeden z (nie)sławnych, współczesnych władców Polski, czyli Donald Tusk, poparł w końcówce lat 90. zmiany w Kodeksie karnym tak, aby posiadanie nawet drobnych ilości mariuhany na własny użytek, było nielegalne i karane do 2 lat więzienia. Za handel, uprawę i posiadanie dużych ilości konopi indyjskich w Polsce, grozi już wieloletnie więzienie.

Żyjemy w kraju, w którym nie ma rozwiniętego społeczeństwa obywatelskiego, a co za tym idzie, władze państwowe czują się upoważnione do decydowania o tym, co dla ludzi jest dobre, a co złe. To pozostałości PRLu — ustroju totalitarnego, gdzie władza dzierżyła monopol w niemal każdej sferze życia społecznego. Jak już pisałem wcześniej — w naszym kraju status legalnej używki może mieć jedynie alkohol i nikotyna. Wszystko inne, każda zmiana obyczajowa, każde novum — jest dla władzy i Kościoła niewygodne i niebezpieczne, bo zagraża ich interesom i dominującej roli w polskim społeczeństwie.

Zastanówmy się przez chwilę, na mocy jakiego prawa, jakiej zasady, polskie państwo za pośrednictwem swoich zdemoralizowanych, niekompetentnych polityków, może decydować o tym co zażywasz, a czego nie zażywasz w zaciszu swojego mieszkania. Co wolno ci palić, a czego nie. Co wolno ci jeść, a czego jeść ci nie wolno. I wreszcie co wolno ci hodować w ogródku, a czego hodowanie jest zabronione i karane więzieniem (konopie indyjskie to przede wszystkim roślina — taka sama jak pomidor albo kalafior).
Powiem wam, dlaczego polskie władze wkładają nam swoje brudne, skorumpowane łapska do mieszkań i ogródków. Robią to, ponieważ są jak mafia i dbają tylko o własne interesy. Politycy niewiele się różnią od bandytów dokonujących rozbojów na ulicach. Nie ufają nikomu. Czują się wszechmocni. Nie rozumieją pojęcia „własność prywatna” czy „posiadanie na własny, prywatny użytek”. Siebie uważają za Alfę i Omegę, a obywateli za durni. Nie wierzą w mądrość społeczeństwa. W podstawowe prawa człowieka. W rozwój. W postęp. W naukę, wiedzę. W edukację. W liberalizację prawa. Nie chcą, żeby ludzie byli wolni, żeby sami decydowali o swoim losie. Każdy polityk w polskim Sejmie zapomina bardzo szybko o tym przez kogo i dlaczego został wybrany. Polscy politycy unikają działania, unikają reform, ponieważ od razu na wierzch wyszłoby ich nieuctwo, nieudolność, amatorstwo. W Polsce słowo „liberalizacja” to niemal tabu. Oni uważają, że każda kontrowersyjna zmiana, to zagrożenie dla „ładu społecznego”, a tego obawiają się najbardziej, ponieważ nasza władza najbardziej ceni sobie „spokój”, aby bezproblemowo dociągnąć do końca kadencji parlamentarnej i napchać sobie kieszenie hajsem po brzegi.

Co dalej z marihuaną?

Coraz więcej państw, zwłaszcza z zachodniego kręgu kulturowego, depenalizuje konopie indyjskie. W Europie bez obawy przed więzieniem zapalić skręta można obecnie w Czechach, Hiszpanii, Holandii, Włoszech, Szwajcarii, Portugalii oraz Belgii i częściowo w Niemczech. Za oceanem delektować się konopną euforią można w kilku stanach USA (Waszyngton, Kolorado, Kalifornia, Oregon, Alaska), w całej Kanadzie, Meksyku, Chile, Urugwaju i na Jamajce.

Urugwaj stał się pierwszym państwem na świecie, który w pełni zalegalizował marihuanę, zarówno uprawę, handel, jak i jej używanie. Od 1 kwietnia 2014, pełnoletni obywatel Urugwaju może kupić do 40g miesięcznie. Na własny użytek można też hodować do 6 krzaków konopi rocznie lub odwiedzać lokalne kluby palaczy, zrzeszające od 15 do 45 osób, w których rocznie można uprawiać do 99 krzewów, a gram marihuany kosztuje 0,9 dolara.

Większość krajów postkomunistycznych (takich jak Polska) oraz kraje skandynawskie są aktualnie jedynymi państwami w Unii Europejskiej, w których posiadanie marihuany (nie wspominając o uprawie) jest przestępstwem zagrożonym karą więzienia.

Wydaje się, że widoczna jest tendencja, aby coraz więcej państw legalizowało marihuanę na własny użytek. Rząd federalny Luksemburga rozważa plan legalizacji rekreacyjnej marihuany, za pośrednictwem ściśle kontrolowanego rynku, który oferowałby przedsiębiorcom ograniczoną liczbę licencji na produkcję i sprzedaż detaliczną.

C. GRETKUS Zakazana roślina. Konopie indyjskie -- artykuł
Na zdjęciu: medyczna marihuana dostępna w niemieckich aptekach. Źródło: materiały prasowe

Istnieje w Europie (również w Polsce) wyraźna tendencja do legalizacji marihuany przeznaczonej wyłącznie do celów medycznych. Warunek jest jeden: używkę musi przepisać lekarz i musi ona pochodzić z licencjonowanego źródła. Niemcy zalegalizowały przepisywanie konopi indyjskich do celów leczniczych w marcu 2017 r. Wkrótce po niemieckiej legalizacji marihuany, po całej Europie przetoczyła się fala zatwierdzeń marihuany medycznej. Marihuana medyczna została w Polsce zalegalizowana na początku listopada 2017 r. Zgodnie z nowelizacją przepisów, konopie mogą być wykorzystywane do przygotowania leków recepturowych w aptece. Sporządzenie preparatu mogą zlecać lekarze, lecz leki takie nie są refundowane.
Oznacza to, że obywatelowi w bandycki sposób odebrano możliwość własnego i darmowego przygotowywania lekarstwa na własne potrzeby oraz skazano na monopol państwa i wydawanie dużych sum w aptekach, a przypomnijmy, że cena medycznej mariuhuany w oficjalnym obiegu, w formie suszu, waha się od 70 do 120 zł za gram. Którego chorego stać na wydawanie codziennie takiej sumy?

W tym miejscu należy wyjaśnić odrębność pomiędzy marihuaną medyczną a rekreacyjną. Dyferencji nie ma żadnej. Jedyna różnica polega na doborze odpowiedniego gatunku, zawierającego zwiększoną ilość substancji leczniczej CBD oraz zmniejszeniu psychoaktywnego THC. Mariuhanę medyczną można hodować w domowym warunkach za darmo, w taki sam sposób jak inne rośliny. Niestety, ustawodawca nie przewidział takiej mozliwości i w dalszym ciągu o tym, jakie zioło spożywamy, decyduje za nas machina państwa — w osobie lekarza — i za pomocą oficjalnych kanałów dystrybucji (apteki i hurtownie farmaceutyczne). To jest mafijne podejście do podstawowych praw obywatelskich człowieka, ponieważ konopie indyjskie, tak jak inne rośliny dostępne są na Ziemi dla wszystkich za free.
Zmiany w podejściu do konopi indyjskich zależą jedynie od stopnia rozwoju społeczeństw obywatelskich w poszczególnych krajach — ich świadomości, wiedzy, zwyczajów i zdolności do wywierania presji na polityków. Albo chcemy być wolni, albo chcemy żyć w państwie policyjnym.
 

Źródło:
Faktykonopne.pl, Wikipedia.com, Mediaonet.pl

Literatura:
Hui-Lin, J. (1974). An Archeological and Historical Account of Cannabis in China. Economic Botany, 24(8), 437-448.
Touw, M. (1981). The Religious and Medicinal Uses of Cannabis in China, India, and Tibet. Journal of Psychoactive Drugs, 13(1).
Butrica, L. J. (2008). The Medical Use of Cannabis Among the Greeks and Romans. Journal of Cannabis Therapeutics, 2(2), 51-70.

Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Eprawda, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
Więcej: Puff of black

Emoralni*