Tylko dla realistów o mocnych nerwach

ALEKSANDER SOWA -- eprawda

ALEKSANDER SOWA „Samobójstwa znanych pisarzy”

Każda książka ma swoją historię. Każdy autor, własną biografię. Półki w księgarni bywają ulicą samobójców. Literatura to czasem odpowiedź autora na pytanie: żyć czy umrzeć? Aleja samobójczych pisarzy, poetów i literatów usłana jest wielkimi nazwiskami. Broń palna to w ostatnich chwilach popularny u literatów-samobójców fant. Towarzyszy im w również alkohol.

Czasem, to krzyk: ratuj, jestem u kresu… Powody samobójstw są różne: choroba psychiczna, rozpacz, miłość, brak perspektyw, nadwrażliwość czy niepowodzenia twórcze. Są wpisane w naszą naturę i stare jak ludzkość. Najważniejsze jednak, że pozwalają zdecydować o tym, o czym decydować prawa nie mamy. Za chwilę dowiesz się jak wielu, skorzystało z tej możliwości.

Zapraszam do alei literackich samobójców.

Prawdopodobnie jednym z pierwszych był Empedokles z Akragas — starożytny poeta i filozof. Trzeba przyznać, że był oryginalny, jeśli prawdą jest, że skoczył do Etny. To miało zapewnić mu w ludzkiej opinii wniebowzięcie i boską cześć. Korneliusz Gallus — Rzymianin, wódz i poeta — rzucił się na miecz. Jarrell Randall pod samochód, choć możliwe też, że zginał przypadkiem. József Attila położył się na torach.

Wyskoczyć z okna

To jednak skok jest jednym z najprostszych sposobów na samobójstwo, choć wśród literatów stosowany z umiarem. Tak skończył na przykład austriacki pisarz Egon Friedell. Po Anschlussie nie chciał emigrować. Był jednak Żydem. Gdy w drzwiach stanęli faszyści, zamiast aresztowania wybrał okno. Wyskakując, ostrzegł przechodniów przed upadkiem. Z okna wyskoczył też rosyjski poeta Gabay Ilya Yankelevich. Inny Rosjanin Nikołaj Iwanowicz Dementiev, po zaproponowaniu przez NKWD roli donosiciela postąpił podobnie. Miał 28 lat. Z balkonu na 15 piętrze wyskoczył amerykański pisarz Dowell Coleman. Wcześniej ostrzegał słowami: balkon mnie kusi. Autor „Pociągów pod specjalnym nadzorem” Bohumil Hrabal, też sprowokował śmierć. Umarł w szpitalu, w wyniku obrażeń po upadku ze szpitalnego okna na piątym piętrze, z którego wyskoczył (bądź wypadł) karmiąc gołębie. Inny pisarz rosyjski Wsiewołod Garszyn zabił się, skacząc nie z okna, a z klatki schodowej. Oto samobójstwa z beznadziei. Ucieczka przed uwięzieniem, cierpieniem, brakiem perspektyw albo starością.

Broń palna

Zdecydowanie popularniejsze jest zastrzelenie. Słynny tego typu samobójca-literat, to oczywiście Ernest Hemingway. Po otrzymaniu Nobla słabł, w miarę jak pogarszało się jego zdrowie (głównie z powodu nadużywania alkoholu) i gasł temperament. Na rok przed śmiercią próbował strzelić sobie w głowę, lecz odebrano mu broń. Oświadczył, że chce skończyć ze sobą, bo nie może żyć tak jak chciałby. Na trzy tygodnie przed 62. urodzinami, w niedzielny poranek usiadł na krześle w holu swojego domu, z obiema lufami sztucera w ustach. Pierwszy raz strzelił w człowieka. Samobójstwo maniakalne. Pisarz cierpiał na lęki. Słyszał głosy, a w jego psychice zaszły nieodwracalne zmiany.

Ernest Hemingway -- eprawda
Na zdjęciu: Ernest Miller Hemingway (1899-1961) — amerykański pisarz i dziennikarz. Jest autorem takich powieści jak „Słońce też wschodzi”, „Pożegnanie z bronią”, „Komu bije dzwon”, oraz opowiadań „Śniegi Kilimandżaro” i „Stary człowiek i morze”. Często jest przedstawiany jako klasyczny przedstawiciel literatury amerykańskiej. Styl pisania Hemingwaya stał się znany jako „iceberg theory”. Miał cztery żony i troje dzieci. Jeden z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. Źródło: materiały prasowe

Broni palnej użył także Heinrich von Kleist, choć czasy i powody były inne. Najpierw zastrzelił ukochaną, kierując pistoletową kulę w serce, a potem strzelił we własne usta. Kobieta miała 31 lat i nieuleczalnego raka. Pisarz 34 lata i tylko ją.
Przy wykorzystaniu broni palnej zakończył życie także jeden z najwybitniejszych rosyjskich pisarzy i poetów XX wieku Włodzimierz Majakowski. Początkowo zaangażowany w rewolucję, zwolennik Lenina, odważył się również na jej krytykę. Potem, w czasach Stalina, jego poezja była wykorzystywana propagandowo. Strzelił sobie w serce w wieku 37 lat.

Zastrzelił się mój węgierski imiennik — Sándor Márai — znany autor powieści psychologicznych zachwycających stylem, przenikliwością, skupieniem na moralnych wyborach bohaterów i ich konsekwencjach. Na raka gardła umarła mu żona. Kilka miesięcy później także nagle — przybrany syn. W głowę strzelił sobie Arguedas José Maria, lecz umarł dopiero po pięciu dniach. Z pompą odszedł Otto Weininger, znany z powodu pełnej pogardy dla kobiet książki „Płeć i charakter”. Wkrótce po jej wydaniu wynajął pokój w hotelu i się zastrzelił. W tym samym pokoju umarł Beethoven. Twórca postaci Conana Barbarzyńcy — Robert E. Howard popełnił samobójstwo automatyczne (impulsywne). Strzelił do siebie z powodu śmiertelnej choroby matki. Zrobił to zaraz po wysłuchaniu beznadziejnej diagnozy.

Wolf von Kalckreuth zastrzelił się, bo nie chciał iść do wojska. Antero de Quental siedząc na ławce w parku z powodu niezwykle bolesnej choroby kręgosłupa. Zastrzelił się też Romain Gary, William Lauderdale i Aronzon Leonid L. Można powiedzieć, że Kariotakis Costas strzelając do siebie, w ostatniej chwili zmienił, w pewnym sensie zdanie. W przeddzień, po bezskutecznej próbie utopienia napisał: Nie radzę topić się tym, którzy potrafią pływać. Również Richard Brautigan skończył, strzelając do siebie. Upił się i zastrzelił z rewolweru w wieku czterdziestu dziewięciu lat.

Widać, że broń palna, to w ostatnich chwilach popularny u literatów-samobójców fant. Towarzyszy im w również alkohol. Jest zresztą obecny przy połowie wszystkich samobójstw. Tak było w wypadku Dariusza Ratajczaka. 10 lat po wydaniu książki, z powodu której oskarżono go o „kłamstwo oświęcimskie”, zatruł się alkoholem. Po kilku dniach rozkładające się zwłoki znaleziono w zaparkowanym samochodzie.

Środki nasenne

Zazwyczaj jednak sam alkohol nie wystarczy i bywa tylko jednym z aniołów śmierci. Dla przykładu francuski poeta Andre Frederique, zdecydował skończyć ze sobą targany nieodwzajemnioną miłością. Wypiwszy butelkę wódki, połknął garść tabletek, a dla pewności odkręcił gaz. Podobnie postąpił Arthur Koestler. Zachorowawszy na śmiertelnego raka, razem żoną połknął śmiertelną dawkę barbituranów i popił je alkoholem.

Pierre Drieux la Rochelle po zajęciu Francji przez faszystów poparł kolaborację. Miał własną wizję Europy, w której nie ma narodów w obecnym kształcie. Nie wyrzekł się faszystowskich przekonań do końca i kiedy alianci zajęli Francję, zatruł się środkami nasennymi, ale przeżył. W szpitalu podciął sobie żyły, lecz nieskutecznie. Choć przyjaciele umożliwili pisarzowi ucieczkę z Francji, odmówił. Nie rozpoznany zatruł się pigułkami na sen w amerykańskim szpitalu polowym.

Środki nasenne zażył Jerzy Kosiński. Przed śmiercią napisał w pożegnaniu: Kładę się teraz do snu, na trochę dłużej niż zwykle. Nazwijmy to wiecznością, po czym nałożył na głowę plastikowy worek i umarł w wannie. Michael Dorris zrobił identycznie. Żona oskarżyła go o molestowanie seksualne przybranej córki. Szwedzka poetka Karin Boye również zażyła tabletki nasenne, lecz zmarła na hipotermię. Była lesbijką. Zabiła się z miłości do dwóch kobiet jednocześnie. Wyszła z domu. Po kilku dniach znaleziono ją na wzgórzu z widokiem na miasto.

Połykając pigułki nasenne, odebrali sobie życie również Alfred Wolfenstein i Arthur Koestler.

Skok z wysokości wybiera około 7%, zażycie środków nasennych w granicach 3,5%, a rzucenie się pod pojazd, utopienie, otwarcie żył nie więcej niż 2%. Zagazowanie i zastrzelenie 1%. Otrucie jeszcze mniej. Natomiast powieszenie, to aż 75% wszystkich samobójstw.

To niewiarygodne, ale z powodu nagłośnienia samobójstw sławnych ludzi, ogólna liczba samobójstw wzrosła o blisko 1000%. Zauważono to już po publikacji w 1774 „Cierpień młodego Wertera”, kiedy drastycznie wzrosła liczba samobójstw wśród młodych mężczyzn z powodu nieszczęśliwej miłości. Identycznie było po publikacji książki „Wyjście Ostateczne” Dereka Humphreya. Zjawisko to nawet nazwano jako „efekt Wertera — samobójstwo naśladowcze (imitacyjne)”.

Jeden z najbardziej znanych polskich samobójców to Edward Stachura. Jego twórczość, to pytania o życie i śmierć, a książki to zapis samozniszczenia. Stachura cierpiał na depresję, która jest powodem ponad połowy samobójstw. Najpierw rzucił się pod pociąg, lecz przeżył. Leczył się. W szpitalu zażył za dużo psychotropów. Próbował podciąć nożem żyły i powiesić się na sznurze przywiązanym do haka w suficie. Umarł straszną śmiercią. Przez zadzierzgnięcie.

Edward Stachura -- eprawda
NA zdjęciu: Edward Stachura (1937-1979) — polski poeta, prozaik, pieśniarz i tłumacz, laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich. Stachura zaczął pisać w wieku 17 lat. Źródło: Wikipedia

Na pasku od fartucha zakończył życie Gerard de Nerval, choć twierdził, że to podwiązka królowej Saby. Leczył się psychiatrycznie. W szpitalu dla chorych umysłowo powiesił się Jean-Pierre Dupre. Znalazł się tam po oddaniu moczu na grób Nieznanego Żołnierza. Jens Bjørneboe powiesił się, protestując przeciw aresztowaniu Ulrike Meinhof. Jurij Iwanowicz Galiczpo po przesłuchaniu przez NKWD. Gerhard Fritsch w trakcie napadu depresji. Eugenio Imaz po kolacji z przyjaciółmi, w szafie, na szelkach. Kitamura Tokoku wbił sobie w pierś sztylet, lecz przeżył. Pół roku później też się powiesił. Na sznurze skończyli Franz Innerhofer, Robert Burton czy jeden z najbardziej zagadkowych, polskich pisarzy XX wieku — Adam Wiśniewski-Snerg.

Odkręcić gaz

Amerykańska pisarka, poetka i eseistka Sylvia Plath wybrała zagazowanie. Przed śmiercią, w nocy, przygotowała śniadanie dla dzieci (były za małe, żeby jeść same), otworzyła okno w ich pokoju. Ręcznikami i taśmą klejącą uszczelniła drzwi do kuchni. Włożyła głowę do piekarnika i odkręciła gaz. Zostawiła kartkę na wózku, by zadzwonić do jej lekarza. Mąż miał romans. Kochanka zabiła się potem w identyczny sposób.

Sylvia Plath i Anne Sexton znały się, ale Sexton nie zostawiła listu. Jej śmierć była całkowitym zaskoczeniem. Zachowywała się normalnie. Po spotkaniu z długoletnią przyjaciółką wsiadła do samochodu w garażu, włączyła radio i silnik. Jej terapeuta określił to jako akt „samotnej i zdesperowanej alkoholiczki”, a w New York Timesie napisano, że popełniła samobójstwo, ponieważ: życie na tym świecie jest niemożliwe bez odrętwienia, a ona nie potrafiła być odrętwiała. Ten typ samobójczego aktu określić można jako samobójstwo melancholijne.

Gaz był przyczyną prawdopodobnie samobójczej śmierci Tadeusza Borowskiego — autora opowiadań „Proszę państwa do gazu” czy „U nas w Auschwitzu”. Kilka dni po urodzeniu przez żonę córeczki Borowski trafił do szpitala z objawami zatrucia. Powodem samobójstwa był nieszczęśliwy romans oraz przypuszczalnie rozczarowanie komunizmem. Miał 29 lat. Od zagazowania umarł noblista Kawabata Yasunari i Stig Dagerman. Przez zatrucie spalinami w garażu umarła Julia Drunina — radziecka poetka. Zostawiła list pożegnalny. Powodem samobójstwa był upadek ZSRR.

Młodo umarł Rafał Wojaczek. Nadużywał alkoholu, wszczynał bójki i leczył się psychiatrycznie z powodu prób samobójczych. Miał schizofrenię. Rozwiódł się po półrocznym małżeństwie. Przedawkował różne leki (m.in. valium). Osierocił córkę.

Od przedawkowania umarł amerykański autor powieści „Martin Eden”, „Zew Krwi”, czy „Biały Kieł” Jack London. Był alkoholikiem, morfinistą i opiumistą. Często poruszał motyw samobójstwa. Możliwe, że to jest powodem spekulacji, jakoby jego śmierć była wyborem. Oficjalnie zmarł w wyniku mocznicy. Istnieje hipoteza jakoby nie mogąc jednak znieść cierpienia, przedawkował morfinę, której duże dawki w ostatnich dniach rzeczywiście przyjmował. Jeśli tak, mogło to być samobójstwo obsesyjne.

Jack London -- eprawda
Na zdjęciu: Jack London (1876 -1916) — syn Flory Wellman i H.W. Chaneya. Nazwisko przyjął od ojczyma, Johna Londona. Autor powieści i opowiadań z wątkami autobiograficznymi. London miał niezwykle barwne życie. Był samoukiem i m.in. gazeciarzem, trampem, kłusownikiem, marynarzem, poszukiwaczem złota w Klondike i reporterem. Źródło: Wikipedia

Jednym z najmłodszych samobójców wśród poetów, to Thomas Chatterton. Zabił się mając 17 lat. Pochodził z prowincjonalnego Bristolu. Wyjechał do Londynu, by zrobić karierę, lecz nie dostrzeżono jego twórczości bądź wydano ją bez jego wiedzy. W biedzie, bez przyjaciół, chorując na syfilis przedawkował arszenik, zażywany jako lekarstwo. Arszenikiem otruł się także Bradfield Joseph Henry Steele z powodu ubóstwa. Gustav Johannes Wied otruł się cyjankiem potasu.

Ana Kavan świadomie przedawkowała heroinę. Była uzależniona. Ciekawe, bo zażywający heroinę popełniają 14 razy częściej samobójstwo niż inni. Ivan A. Boldyrev — pisarz rosyjski — po aresztowaniu przez NKWD zdołał uciec z Syberii do Paryża. Otruł się veronalomem z powodu biedy. Menno ter Braak otruł się po wejściu Wermachtu do Holandii. Niemiecki antyfaszysta Walter Hasenclever — pisarz, poeta i dramaturg — otruł się na wieść, że Francuzi zamierzają wydać go Niemcom. Otruli się również Hermann Burger i Adriaan Harrie Venema.

Virginia Woolf wolała się utopić. Chorowała na zaburzenia maniakalno-depresyjne, które doprowadziły do kilku nieudanych prób samobójczych, oraz tej ostatniej — udanej. W wieku 59 lat napchała kieszenie kamieniami i rzuciła się do rzeki. Utopili się także: laureat Pulitzera — John Gould Flether(w stawie), Hjalmar Gullberg (w jeziorze), John Berryman(skacząc z mostu do Missisipi). Karoline von Günderrode — niemiecka poetka utopiła się z powodu nieodwzajemnionej miłości, a Osamu Dazai razem z kochanką.

Okrutnie i makabrycznie

Poeci, pisarze, to z definicji osoby niezwykle twórcze. Skoro dotąd pisałem już o powieszeniu, strzelaniu do siebie, truciu, zagazowaniach, utonięciach i wciąż tematu nie kończę, dalej może być naprawdę makabrycznie. Samobójcza śmierć jest przecież sama w sobie straszna. Może być znacznie gorzej. Samobójcza śmierć może się dodatkowo charakteryzować ogromnym okrucieństwem.

Iwan Wasiljewicz Ignatiew był homoseksualistą. Po nocy poślubnej i próbie zabicia żony poderżnął sobie gardło brzytwą. Tak samo skończył Amerykanin John Brown i japoński poeta Kanaków Bidzan. Niemiecki pisarz walczący z nazizmem — Weiss Ernst — podciął żyły, kiedy czołgi Hitlera wjechały do Paryża. Bart Armand wykastrował się i umarł z utraty krwi.

Jednym z najbardziej wstrząsających samobójstw wydaje się śmierć Yukio Mishima — japońskiego prozaika, poety i działacza politycznego. Przed śmiercią wdarł się do bazy wojskowej w Tokio i zabarykadował na balkonie. Stamtąd przemawiał do zgromadzonych żołnierzy na znak protestu przeciw powojennemu statusowi Japonii. Wzywał do zamachu stanu — do powrotu cesarstwa. Wokoło latały nisko śmigłowce, by zagłuszyć przemowę. Zrezygnowany popełnił rytualne seppuku. Jego kochanek próbował kilkakrotnie skończyć jego cierpienia odcinając mu głowę. Nie potrafił. Sam popełnił samobójstwo.

XVII wieczny, bardzo zamożny angielski pisarz William Beckford na swoje nieszczęście organizował we własnym zamku homoseksualne orgie. Skazano go na wydalenie. Przestał jeść i zmarł z wycieńczenia. Zagłodził się również Louis Boussenard. Przed śmiercią wysłał zaproszenie do znajomych na pogrzeb. Weil Simone zabił się głodując przeciw okupacji niemieckiej. Francuska poetka pochodzenia angielskiego Renée Vivien zagłodziła się w wieku 32 lat, po kilku miłosnych związkach z innymi kobietami.

Petrus Borel wyjechał do Afryki, postanawiając umrzeć od śmierci w palącym słońcu. Zmarł od udaru słonecznego. Włoski poeta i dziennikarz Pietro Vigna, po uwięzieniu został oślepiony gorącym żelazem. Popełnił samobójstwo rozbijając głowę o ścianę. Osadzeni zresztą zabijają się trzy razy, aresztowani nawet dziesięć razy częściej, niż żyjący na wolności. Zabijają się też młodzi, wolni i zdolni.

Każdy idzie własną drogą

Mirosław Nahacz zadebiutował przed maturą. Facet z prowincji wyjechał do Warszawy. Wydał trzy książki. Miał talent, dopiero zaczynał literaturę. Nic nie wskazywało, że źle z nim. Poszli z kumplem do knajpy. Zjedli. Wrócili do domu. Szykowali się do imprezy. Sprawdzili w Internecie jak tam dojechać. Wyszli w miasto. Rano już go nie było. Nie zostawił listu. Był w piwnicy domu, gdzie wynajmował mieszkanie. Ponoć się powiesił. Nie wiadomo, bo śmierć bywa tajemnicą.

Witkacy o samobójstwie zdecydował na wieść o inwazji Rosjan na Polskę. Zgłosił się do wojska podczas mobilizacji, ale odmówiono mu broni. Ruszył w las z ukochaną. Po kilku godzinach tylko ona wróciła — była pod wpływem narkotyków. Wyjaśniła, że próbowała połknąć śmiertelną dawkę. Popiła wodą z kałuży i zwymiotowała. Twierdziła, że Witkacy otworzył żyły, po czym zapadła w kilkudniowy, narkotyczny sen. Tymczasem syn właściciela dworu utrzymywał, że Witkacy nie podciął żył, ale tętnicę szyjną. Po latach dokonano transmitowanej przez TVP ekshumacji. Grób rozkopano, ale zwłok nie udało się zidentyfikować. Niektórzy twierdzą, że Witkacy upozorował śmieć i żył potem w Łodzi do 1968. Został pochowany po kryjomu w parku, pod dębem. W latach pięćdziesiątych jego kochanka podobno znalazła kartkę z napisanym jego ręką: Ratuj, jestem u kresu.

Jak widać aleja samobójczych pisarzy, poetów i literatów usłana jest wielkimi nazwiskami. Jest też długa. Nic dziwnego. Dwadzieścia sekund po przeczytaniu tego zdania, ktoś umrze samobójczą śmiercią. Co sekundę nieskutecznie spróbuje ktoś inny. Aktem samobójstwa człowiek zabiera siebie samego innym.

Pisarz odbiera nam niestety swój talent. Jednak nie jesteśmy bezsilni. Nawet 85% samobójców ostrzega o swoim zamiarze. Prawo jednostki do odebrania sobie życia nie podlega dyskusji. Każdy człowiek ma własną drogę. Niesie swój bagaż. Jest w nim wszystko, co przynosi życie. Także śmierć — i bywa, że to śmierć samobójcza. I czasem śmierć zaczyna legendę. Samobójca zdaje się drwić z losu, abyśmy zrozumieli — spektakl będzie trwał, chociaż serce mu pęknie, a po makijażu nie będzie już śladu. Uśmiech nie zejdzie mu z ust, bo to jego wybór.

Aleksander Sowa (1979) — polski autor powieści kryminalnych, obyczajowych, zbiorów opowiadań i poradników, niezależny prekursor samodzielnego wydawania własnych książek w Polsce. Jego debiutancka powieść była pierwsza powieścią wydaną na papierze, a następnie sprzedawaną w Amazon jako e-book. Autor swoją pisarską karierę zbudował na samopublikowaniu, dbając o wysoki poziom zarówno treści, jak i strony edytorskiej swoich utworów. Wszystkie jego powieści kryminalne są inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Od roku 2012 roku pracuje jako policjant w stopniu podoficerskim. Jest laureatem wielu nagród literackich, m.in. Nagrody Prezydenta Miasta Opola za debiut kulturalny roku 2019. Więcej: Aleksandersowa.pl

Wolne miasto: Gdańsk

Zbigniew Sajnóg

ZBIGNIEW SAJNÓG „Brązowa skarpeta. Felieton o katastrofie”

Pan Witold Gadowski w którejś z telewizji mówił wczoraj o publicznej telewizji, opowiadał jak to po 1989 władali nią ludzie, którzy owszem mieli ładne, nowe, granatowe garnitury, ale spod ich nogawek wyglądały brązowe skarpety z sortów mundurowych, które donaszali, bo żal było wyrzucić. I do dziś, mówi pan redaktor, do dziś się to nie zmieniło, tyle, że dziś miejsce tamtych panów zajmują ich dzieci.

Można sobie dworować, figlować, ale zaiste nie do figlów mi jest — im bardziej w latach, im więcej odchodzi przyjaciół, im więcej bezsensownie marnowanych talentów — tym bardziej, tym wyraźniej widzę kulturową katastrofę w jaką naród nasz popadł i z której nawet zdaje się nie widzieć potrzeby wydostawać się, bo nawet nie wie o tym swoim dramatycznym, żałosnym położeniu.

Lud wdrożony, przyzwyczajony do pojednawczego współtrwania z ludobójstwem, utarty w sowieckim bagnie, zaraz załaknął i wyszukał znajome chomąto — co znalazło swój wyraz przerażający w głosowaniach na pana Kwaśniewskiego, w wybieraniu do władzy SLD. Koszmar, niedorzeczność — do jakiego stanu zostali doprowadzeni Polacy, do czego przywykli i bez czego jakby nie wyobrażali sobie życia. Ta telewizja, ten stan mediów odegrał w tym ważną rolę. Bardzo ważną.

Witold Gadowski
Na zdjęciu: Witold Gadowski — publicysta i dziennikarz związany ze środowiskami prawicowymi. Od 10 maja 2010 do 12 października 2010 dyrektor TVP1. Foto: Gadowskiwitold.pl

To przesądzało jak ukształtowana zostanie kultura „nowej Polski” — by ująć to w formę myślowego skrótu w odwołaniu do sytuacji roku 1989 — nie przez Pomarańczową Alternatywę, ale przez pana Owsiaka. Zamiast tego, co autentyczne, żywe, samorodne, twórcze, patriotyczne — dalej wędzidło i prowadzenie. Tym razem była to przemoc posiadaczy – w jakich przeistoczyli się mordercy i pałkarze, przepoczwarzyli się z decydentów w decydentów. Ani chwili, ani skraweczka miejsca na Rozmowę, zakaz wstępu dla życia i mądrości.

Jak bardzo była to przetracona szansa, jak wielki zmarnowany potencjał, jak bardzo ciąży do dzisiaj, to mało kto wie, mało kto w ogóle zdaje sobie z tego sprawę. Odpowiedź nie jest prosta, czy raczej: nie jest łatwa. Bo też i niestety Polacy — mając na myśli sekwencję historii od drugiej wojny światowej — po dziesiątkach lat poddania dwóm dogmatykom, okazali się niezdolni do Rozmowy, zablokowani w rozpoznawaniu prawdy. Jedna dogmatyka — ludobójczej ideologii, druga Kościoła Katolickiego/syndromu oblężonej twierdzy. Jakże łatwo Polacy stali się łupem dogmatyki kolejnej — całkowicie bezrefleksyjnie przyjęli dogmat ewolucjonistycznej definicji wolnego rynku – świętego egoizmu. Zrobili tak jak mówią: wierząc w Boga. To wstrząsające, a do dzisiaj nie ma o tym dogłębnej rozumnej rozmowy.

Czytałem wywiad z panią Olgą Krzyżanowską, córką Aleksandra Krzyżanowskiego — Wilka, komendanta Okręgu Wileńskiego ZWZ-AK. Wywiad świeżo opublikowany przez Portal Miasta Gdańska. Pani Olga była wicemarszałkiem sejmu kontraktowego i sejmu drugiej kadencji. Prowadząca wywiad dziennikarka zapytała o ocenę ówczesnych standardów parlamentarnych. — Jeśli mówimy o standardach, to chcę przypomnieć sytuację, która miała miejsce podczas prowadzonych przeze mnie obrad sejmowych. Przemawiał Bronisław Geremek, przewodniczący OKP. Wdał się w jakąś polemikę z siedzącym na sali obrad posłem Cimoszewiczem. Powiedziałam do Bronisława Geremka, wówczas przecież szefa mojego klubu: „Proszę przerwać tę dyskusję!”. Odpowiedział tylko: „Bardzo przepraszam” i zakończył wystąpienie. Jakie to smutne, nawet osoba o takim wychowaniu, o takich rodzinnych tradycjach nie rozpoznaje, że brała udział w taniej komedii? Polemika pana Geremka z panem Cimoszewiczem? Podłe widowisko dla ogłupienia nieszczęsnych, udręczonych peerelem ludzi. Pani Krzyżanowska postawy jego uczestników podaje nam za wzór kultury? I to dzisiaj, po 25 latach od tamtych wydarzeń, gdy naprawdę każdy już miał czas i aż nadto przykładów, by rozpoznać ich prawdziwą naturę?

* * *

Patrzę na kulturę i to, co tu się dzieje jest nieznośne. Po Sylwestrze, a właściwie po wojnie telewizyjnej między stacjami — fanfarami zwycięstwa wybrzmiewały programy telewizji publicznej. Mimo pewnego krytycznego wzburzenia opamiętałem się, przecież ludowe zabawy mają swoje prawa i nie ma tu czym się zajmować. Ale wśród laudacji usłyszałem też wypowiedź pana Romana Mańki z fundacji FIBRE, który chwalił, że dzięki PiS na scenę wszedł nowy gatunek — disco polo. Nie wiem, jak można myśleć patriotycznie i uważać taką sytuację za sukces. Przypominam, że pan Kwaśniewski używał przed laty disco polo, by pozyskać głosy wyborców. Skutecznie. Zatem zdaje się, że jedną z głównych trosk osób zarządzających instytucjami kultury powinno być takie działanie, by ludzie, by Polacy nie stawali się w przyszłości łatwym łupem. To jest zdaje się patriotyczne, jeśli już trzymamy się tej kategorii.

Ale gdybyż przynajmniej, powiedzmy ten wypracowany kapitał popularności, czy środków był pożytkowany — czy mówiąc inaczej, gdybyż ten ukłon w stronę niskiego był powetowany mądrze prowadzonym budującym programem telewizji publicznej — gdyby chociaż jeden jej kanał, na przykład TVP Kultura rzetelnie realizował przemyślaną misję, może to jakoś by się broniło.

Niestety TVP Kultura jest programem nieużytecznym. Przede wszystkim nie jest miejscem Rozmowy o najpilniejszych kwestiach — a najpierw: nie jest programem uczenia Rozmowy.

Współcześnie są po temu znakomite możliwości, można w różnych wariantach takie rozmowy organizować, z różnymi formami uczestnictwa widzów. Obok funkcji edukacyjnej i informacyjnej, obok wydobywania wiedzy o polskiej kulturze (przedstawiania zjawisk, postaci etc.) — powinna być TVP Kultura organizatorem wielkich dysput, na przykład o Uniwersytecie, o przyczynach nieszczęść spadających na Polaków od ponad 300 lat, o tym czemu jesteśmy wciąż na krawędzi i wciąż zmuszani walczyć o podstawy, o upadku Cywilizacji, o kwestiach: rewolucja LGBT — a wolność słowa, o poezji: skoro polskość przetrwała w literaturze, w poezji, to co to dla nas znaczy, czym jest, o teorii ewolucji i jej konsekwencjach, o tym, co nadciąga, jak spoi się, czym będzie system, który staje się (w ogóle) i co w związku z tym robić… Można jeszcze długo, tematów, pilnych, najpilniejszych jest wiele, wystarczy się rozejrzeć, ale dlaczego zatem nie są podnoszone? Być może komuś na tym zależy, ale czemu nie zależy na nich ludziom? Polakom? Wielki sen, niepokojący, zdumiewający. Wielki sen w huku fajerwerków.

Jest też coś, co mnie zdumiewa — patologia wtórnika — coś, co nie wiem, czy można spotkać gdziekolwiek indziej. To jest jakaś cecha narodowego charakteru, jakieś genetyczne schorzenie — deptać to, co swoje, pomiatać, ścierać to z powierzchni ziemi, ale łasić się do tego, co obce, zaciągać, przyoblekać. Druga Japonia, druga Irlandia, małe Niemcy, Budapeszt w Warszawie, druga Szwajcaria — ciągle jakiś brak kształtu, wtórnik.

Miasto Gdańsk organizuje konkurs Europejski Poeta Wolności, odbyło się już pięć edycji, co dwa lata. Nominowani są twórcy europejscy, zwycięzca otrzymuje 100 000 złotych, tłumacz 20 000. Ale, to jest chyba rzecz nieznana, Gdańsk to swoiste zagłębie poetyckie, ilu tutaj żyło i tworzyło, ilu żyje poetów — to chyba trudno zliczyć. Proszę mi powiedzieć — dlaczego miasto Gdańsk nie ufundowało opracowania antologii gdańskich poetów? Czy encyklopedii? Dlaczego nie wydało jej w wersjach po niemiecku, po angielsku? No bo jeśli miasto Gdańsk chce przyznawać poetycką nagrodę o skali europejskiej to radzi byśmy wiedzieć, jakie ma Gdańsk kompetencje, czy ma tytuł do tego, prawda? Czy Gdańsk ma jakiś kształt? Kim jest fundujący i wręczający nagrodę?

Europejski Poeta Wolności
Na zdjęciu: osiem godzin rozmów, spotkań, poezji i muzyki, trzynaście języków narodowych, ponad dwudziestu gości – tak wyglądał pierwszy dzień festiwalu Europejski Poeta Wolności. 18.03. 2016. Źródło: materiały prasowe

Ale nie może tak być, bo tutaj, u nas, w Polsce nie ma kultury Rozmowy. Przecież Gdańsk nie ma nawet swojego pisma artystycznego — i nie może mieć. Nie może mieć bo miałoby ono dobrą kolczatkę i byłoby trzymane krótko, więc 1) nie byłoby pismem artystycznym, 2) w ogóle nie byłoby pismem — byłoby narzędziem załatwiania spraw, narzędziem propagandy, jak jest nim na przykład oficjalny portal miasta Gdańska, na który zresztą miasto łoży 3,5 miliona złotych rocznie. Za taką sumę można byłoby wydawać i pismo artystyczne i tygodnik miejski, i prowadzić portal i kto wie co jeszcze — jak widać nie jest to kwestia pieniędzy. A więc w Gdańsku pismo artystyczne jest niemożliwe! A to dopiero. I takie miasto przyznaje swoją nagrodę poetycką: Europejskiego Poety Wolności! Ale tupet.

Patrząc nieco inaczej, skoro prowadzący miasto nie umieją poradzić sobie z tutejszym kapitałem poetyckim — na poziomie elementarnym, jeśli nie umieją tego zjawiska ogarnąć, nie umieją zorganizować nawet jego podstawowego uporządkowania — jak mogą aspirować do wyznaczania standardów w tej dziedzinie w skali kontynentu? Dzieci z przedszkola muzycznego nie posyła się na konkurs Chopinowski, to jest niedorzeczność. Ale zatem takie działanie prowadzących miasto wskazuje, że chodzi o coś innego, bo nie wyrasta ono z przekonania o wadze poezji, o jej znaczeniu w kulturze, a szczególnie polskiej, skoro Polska lata zaborów przetrwała w poezji, w literaturze. Przecież w naszym kraju poetów chowa się z królami. Mówi się o duchowym królestwie, pod postacią którego Polska trwała pod nieobecność państwa. Te kwestie zatem powinny być w ogóle w centrum refleksji Polaków, a że cały czas sytuacja kraju i narodu jest, mówiąc kolokwialnie, niewesoła, to przecież powinno tu wrzeć. I przecież tak na logikę — właśnie szczególnie w Gdańsku, który tak dużą rolę odegrał we współczesnej historii walki o niepodległość. Ale prowadzący miasto w ogóle nie są tym zainteresowani, choć nie można wykluczyć, że w ogóle nie mają pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, co to jest za sprawa i w czym w ogóle jest problem. Zdaje się, że chcą miastu nadawać międzynarodowy polor i status, ale jak można nadawać status i polor czemuś, co się unieobecnia. Ile wysiłków i środków wkładane w tworzenie wydmuszki-pisanki.

Ale odrzućmy już ubolewanie nad tym, co stało się z Gdańskiem, z przesławnym miastem, które samo anihiluje swoje skarby i swoją legendę, a zastanówmy się jak to jest możliwe, że Polacy na tego rodzaju rzeczy się godzą, że nie tylko wytrzymują to, ale jakby im to pasuje po prostu. Spod nogawek garniturowych spodni muszą być widoczne skarpety o określonym kolorze, takim czy innym. Każdy, kto obejmuje władzę ma postępować właśnie tak — wszystko, co ma we władzy ma dawać swoim i trzymać krótko. Lud ma do tego zrozumienie. Z lekcji dogmatyki? Gdzie jest Rozmowa? Przecież prawda jest — pardon — w interesie nas wszystkich.

Bibliografia:
http://www.gdansk.pl/historia/Nie-znosze-uproszczonych-czarno-bialych-ocen,a,96367
http://europejskipoetawolnosci.pl/wp-content/uploads/2015/10/URM_2017_7_1092.pdf

Zbigniew Sajnóg (1958) — współzałożyciel, uczestnik działań i autor założeń teoretycznych Tranzytoryjnej Formacji Totart (1986-1992). Współautor i współredaktor wydawnictw grupy (m.in. Przegląd Archeologiczny Metafizyki Społecznej „Higiena” — nagroda prasowa „Solidarności”). W drugiej połowie lat osiemdziesiątych współpracował z Ruchem Społeczeństwa Alternatywnego, Ruchem Wolność i Pokój, z Pomarańczową Alternatywą. Współpracował z Brulionem, był współautorem i prowadzącym Brulion TiVi. Na początku lat dziewięćdziesiątych redagował dział w Tygodniku Literackim. Aktualnie współpracuje z portalem Się myśli. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Życie w proszku — brutalny portret cywilizacji konsumpcyjnej XXI wieku

Jego najbardziej znanym dziełem jest animacja Man, która „zaliczyła” miliony odsłon na YouTubie. Potem przyszła współpraca z wieloma prestiżowymi firmami, m.in. Google, Sony, Coca Cola i Toyota. To zainteresowanie nie może dziwić, ponieważ Steve Cutts swój warsztat artystyczny dopracował do niebywałej perfekcji. Jednak prace tego osiadłego w Londynie ilustratora, to coś więcej niż tylko wspaniała technika. Steve Cutts, to artysta zaangażowany w problemy społeczne, próbujący zwrócić uwagę na absurd współczesnej cywilizacji opartej na konsumpcjonizmie.
[Grafika: Steve Cutts źródło: portfolio artysty]

Steve Cutts grafika
STEVE CUTTS Życie w proszku
STEVE CUTTS Życie w proszku
STEVE CUTTS Życie w proszku
STEVE CUTTS Życie w proszku
STEVE CUTTS Życie w proszku
STEVE CUTTS Życie w proszku
STEVE CUTTS Życie w proszku
STEVE CUTTS Życie w proszku
previous arrow
next arrow

Większość ludzi nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że coś z ich życiem nie jest w porządku i można żyć inaczej. Prawie każdy człowiek pragnie za wszelką cenę „dorobić się czegoś w życiu” i nie zastanawia się nad ceną jaką zapłaci za uczestnictwo w bezmyślnym wyścigu szczurów. Niektóre z prac Steve’a mogą szokować. Inne uderzają swoją przenikliwością. Czy ta zbuntowana sztuka wizualna może naprawić świat? Nie wiadomo. Może odpowiedzią jest powiedzenie „kropla drąży skałę”. Świadomość ludzi, choć niezwykle powoli, jednak zmienia się w pozytwny sposób. Coraz mniej ludzi chce, żeby ich byt przypominał jedną z grafik Cuttsa, zatytuowaną „Nowoczesne życie w proszku”.

Steve Cutts: jestem brytyjskim ilustratorem i animatorem. Moje ostatnie prace to m.in. „LA-Z Rider”, ilustracje do serialu animowanego „The Simpsons”, teledysk do utworu „Czy jesteś zagubiony w świecie tak jak ja?” dla Moby. Pracowałem także nad projektami dla renomowanych agencji na całym świecie, w tym UNESCO, Gaia Foundation, Isobar, LMFM i Analogfolk. Moje prace zostały wyróżnione w różnych sieciach telewizyjnych, w tym w Adult Swim i Fox w Stanach Zjednoczonych, oraz w Channel 4 w Wielkiej Brytanii. Pracuję głównie z Adobe After Effects, Toon Boom Harmony, Photoshop, Cinema 4D i Manga Studio.
Więcej: Portfolio

Powstanie Warszawskie

Marek Jastrząb

Prolegomena

Żeby cokolwiek powiedzieć na temat Powstania Warszawskiego, trzeba zacząć od genezy: przetrwaliśmy zabory, dwie światowe wojny i po latach niepodległościowych walk, osiągnęliśmy obecną karykaturę państwa. Od prawie dwustu lat, z niewielką przerwą na dwie dekady ułomnej wolności, rozmaite patriotyczne chorągiewki sprawowały nad nami władzę i dzierżyły w lepkich rękach nasz przegrany los. A myśmy się na to godzili. Godziliśmy się na odgrywanie roli sublokatora we własnym domu.
W ten sposób każdy nasz praprzodek zatrudniony na państwowej posadzie, pracował u kolonisty. Atoli pracować dla okupanta, to nie to samo, co pracować dla siebie i u siebie! O czym wiedzą wszystkie narody żyjące od tysiącleci bez wiszącego nad nimi, wojennego szantażu! Z czego zdają sobie sprawę wszystkie kraje nieskażone zewnętrznymi zagrożeniami. Geopolityką zmuszającą do zawierania zgniłych kompromisów!

Nie ma więc nic osobliwego w tym, że kiedy nareszcie wybiliśmy się na niepodległość i po krótkim czasie względnej swobody nastała kolejna wojna, naród nasz zaczął walczyć o wolność; wszelkimi metodami. Nie licząc się z okrucieństwem odwetu.
Działanie na szkodę najeźdźcy było nieomal szlachetnym obowiązkiem Polaka. Powodem do dumy. Prawie honorową i poniekąd zacną profesją: podprowadzenie okupantowi zysków, finansowe robienie mu koło pióra i namiętne zniechęcanie go do życia w naszym kraju, stanowiło zaszczyt.
Choć na razie jesteśmy – jak mówią – na swoim, jakkolwiek teoretycznie powinniśmy zaprzestać samo okradania i co prawda pozbyliśmy się zewnętrznych grasantów, to jednak dalej wegetujemy jak podbity naród. Jakbyśmy nadal byli pod knutem.

Tym razem jesteśmy w tej sytuacji na własne żądanie. Gdyż teraz dobrowolnie nakładamy sobie obrożę.
Do tej pory niewolnictwo żyje w nas, w naszej zaściankowej i małostkowej mentalności, w naszym wewnętrznym, zawistnym i sfrustrowanym samopoczuciu, a ludzie odwykli od obywatelskiego myślenia,  rozproszeni i pogubieni, mówią: PAŃSTWO, TO NIE MY.
Od Powstania, do Powstania, od tragedii do tragedii, szliśmy do Niepodległości, a gdy wreszcie przyszła i zaczyna przyoblekać się w konkret,

jak gdyby nigdy nic okradamy się nadal.

Jakbyśmy wciąż byli pod zaborami i gaworzymy tylko o tym, kto pierwszy „dał plamę”, magister Grandziarz, czy profesor Zbuk. I wielce zdziwieni pytamy: dlaczego nas to spotyka i za jakie grzechy omija nas rozum?
Odpowiedź jest prosta: są wśród nas ludzie żyjący bezrefleksyjnie. Starający się nie pamiętać o naukach wypływających z przeszłości. Ludzie pragnący wybielać i przeinaczać wstydliwe fragmenty Historii. Unikający tematów wywodzących się z korzeni czasu. Nie poruszający zagadnień wywalonych na chwilowy bruk.

Mamy zatem dwie szkoły na temat: był, czy nie było sensu w Powstaniu Warszawskim?
Jedna, prowadzona przez dziejopisów z kalkulatorem, cyrklem i suwmiarką zamiast serca i wyobraźni, sądzi, że NIE. I powołuje się na ogromne straty wśród niewinnej ludności cywilnej. Druga uważa, iż było konieczne z emocjonalnego punktu widzenia. Pierwsza oskarża dowództwo AK o brak militarnego rozeznania i decyzje oparte na mylnych kalkulacjach. Wini za rozmyślne popychanie chłopców do walki skazanej na klęskę. Akcentuje, że nie przyniosło korzyści, tylko niewyobrażalne spustoszenia. Według niej, było zbrodnią na narodzie. Celowym awanturnictwem określonych kół.
Tu aż prosi się o interwencję zdrowego rozumu. Gdyż jeśli nawet, z militarnego punktu widzenia, skazane było na porażkę, to w takim razie gdzie umieścić i jak zaklasyfikować wcześniejszy zryw powstańczej rozpaczy i determinacji w getcie warszawskim? Jak ocenić jego szanse powodzenia, skoro wiemy, że żydowscy bojownicy dysponowali dwudziestokrotnie mniejszą siłą uzbrojenia? Czy i w przypadku tego powstania będziemy ględzić o zbrodniczych decyzjach?

Na zdjęciu: Wieżowiec, siedziba angielskiego Towarzystwa Ubezpieczeń „Prudential”, w trakcie powstania warszawskiego został ostrzelany około tysiącem pocisków, w tym także burzącymi, wystrzelonymi z samobieżnego moździerza typu Karl (o imieniu „Ziu”) o masie 2 ton kalibru 600mm. Wybuch takiego pocisku w dniu 28 sierpnia 1944 roku utrwalił na fotografii Sylwester Braun, Polowy Sprawozdawca Wojskowy. Wykonał przeszło 3000 zdjęć w trakcie powstania, z których zachowała się połowa. Źródło:  Muzeum Historycznego m.st. Warszawy
Na zdjęciu: wieżowiec, siedziba angielskiego Towarzystwa Ubezpieczeń „Prudential”, w trakcie powstania warszawskiego został ostrzelany około tysiącem pocisków, w tym także burzącymi, wystrzelonymi z samobieżnego moździerza typu Karl (o imieniu „Ziu”) o masie 2 ton kalibru 600 mm. Wybuch takiego pocisku w dniu 28 sierpnia 1944 roku utrwalił na fotografii Sylwester Braun, Polowy Sprawozdawca Wojskowy. Wykonał przeszło 3000 zdjęć w trakcie powstania, z których zachowała się połowa. Źródło: Muzeum Historycznego m.st. Warszawy

Gdyby nie Powstanie Warszawskie, ojczulek Stalin postąpiłby z Polską o wiele gorzej. Rozpoczęło by się niezależnie od intencji przypisywanych dowódcom AK. Ponieważ nastroje wśród obywateli miasta były tak napięte, a powtarzające się wizje łapanek, egzekucji czy tortur tak silne, że lada iskra mogła sprowokować wybuch. Byle przypadkowy strzał był w mocy doprowadzić do niekontrolowanej eksplozji.
Z tego powodu miało uzasadnienie. Tym bardziej, że w planach wojskowych zakładano, iż potrwa zaledwie parę dni, a nie parę miesięcy.

Ten sposób rozumowania jest argumentem przemawiającym za jego podjęciem. A nawet koniecznością; straceńczy bój o zachowanie szacunku do siebie, o narodową godność i honor (pojęcia nieznane sowietom), to dla mnie wystarczający powód do rozpoczęcia Powstania Warszawskiego; postanowiono je zapoczątkować w oparciu o dostępne informacje.

Nieopłacalne korzyści

Z perspektywy dzisiejszej wiedzy bardzo łatwo przychodzi nam ferować arbitralne wyroki, bawić się w układanie militarnych scenariuszy.
Ówczesne informacje nie były aż tak jednoznaczne; Herling-Grudziński nie opublikował jeszcze swoich zapisków z Innego świata, a Sołżenicyn miał dopiero w latach siedemdziesiątych ujawnić swój Archipelag GuŁag. Opisy naocznych świadków pozostawały w ukryciu.
Mało kto na „Zachodzie” miał pojęcie o wschodniej mentalności. Wiedział o azjatyckiej psychice radzieckich ludzi, o zbrodniach, łagrach, świadomym ukatrupianiu opornych narodów (np. o przymusowym wysiedleniu Tatarów, o głodzie i ludożerstwie na Ukrainie). O podporządkowaniu sobie całej Europy. O chęci zniszczenia w niej wszystkiego, czego im brakowało. A więc okrzesania, inteligencji, pracowitości, solidności. O doprowadzeniu do tego, by nie było żadnego intelektualisty, tylko same głupki, żadnych pracowitych, tylko same obiboki, żadnych bogatych, tylko sami biedacy (Grochowiak nazwał toto sprawiedliwym podziałem nędzy). Wyrównanie do najniższego, bez elementarnej ogłady, za to z grubiańskimi pretensjami do umysłowo zamożniejszych.
Ludzie radzieccy tak rozumieli komunizm i ten ustrój chcieli krzewić w podbitych krajach. To nas czekało i przed tym broniliśmy się, wywołując Powstanie. Bo wiedzieliśmy, czym grozi przyjaźń z troglodytami. A wiedzieliśmy z krwawych rozpraw, zaborów, branek i zesłań na Sybir, znaliśmy podstępne zwyczaje Rosjan.

Niewielu rozeznawało się w politycznych subtelności sowieckiej watahy, a ci, co mieli o niej pojęcie albo milczeli z obawy przed represjami, albo chowali się za gardą Pragmatyki: łatwej w obsłudze dyplomacji podszytej koniunkturalizmem; chytrze i bezwzględnie ukrywali się za parawanem gadziej polityki.

Zachodni barbarzyńcy pragnący zniszczyć Hitlera rękami sowieckiej czerni, woleli przystać na upadek Powstania Warszawskiego, niż sprzeciwić się umiłowanemu Stalinowi; Churchill, a w ślad za nim Roosevelt, prześcigali się w zapewnieniach Generalissimusa o swojej lojalności.
Na dodatek istniała sowiecka propaganda; odbywały się intensywne zrzuty ulotek zagrzewających do oporu i namawiających mieszkańców Warszawy do podjęcia zbrojnej walki z hitlerowskim okupantem. Zapewniano w nich, że mogą liczyć na pomoc ze strony Armii Czerwonej. A kiedy Powstanie wybuchło, nie było już o niej mowy. Było za to faryzeuszowskie wskazywanie winnych tego przedwczesnego i niepotrzebnego zrywu.

***

Metoda deprecjonowania i test wytrzymałości przeciwnika na zohydzanie go, to rosyjski sposób osiągania celu. Aparat propagandowy działał na wzmożonych obrotach; fabrykował pogłoski zamiast faktów. A im głupsze i bardziej nieprawdopodobne były te plotki, tym większy zyskiwały poklask, tym łacniej wierzono w nie.
Oskarżenia kierowano głównie pod adresem przywódców AK. Mnożyły się insynuacje, że to oni doprowadzili do wymordowania mieszkańców. Bez ogródek nazywano ich bandytami, faszystami, niemieckimi współpracownikami.

Złośliwy, mściwy i zawistny Stalin, zacierał z radości ręce, natomiast łagodna, gruzińska twarz Wujaszka Joe, nie była dla aliantów buźką cynicznego rezuna. Przeciwnie, Wielcy Sojusznicy dawali się niejednokrotnie nabierać na dobroduszne oblicze tego satrapy; ich postępowaniem kierowała naiwność.
Łatwowierność ich podszyta była wygodnictwem: woleli nie wiedzieć, nie widzieć, przymykać oczy na wstydliwą rzeczywistość. Uprawiać strusią politykę… z wyrachowania. Przykładem – Jałta skazująca nas na długoletnią niewolę.

Na przekór zniewoleniu, istniało w nas buntownicze pragnienie wolności. Dzięki narodowej determinacji, dzięki prowadzeniu nierównej walki przeciwko dwóm jednocześnie napadającym na nas wrogom, nie zdławiono w nas niepodległościowego ducha; uwidoczniliśmy, że jesteśmy narodem niepokornym, któremu nie można złamać kręgosłupa.

Mówię o obronie, o jej zaciekłości spowodowanej osamotnieniem i rozpaczą. O naszym jednoznacznym pojmowaniu słowa niepodległość wyrabiającym w nieprzyjacielu przekonanie, że jesteśmy zdolni nie ulegać narzuconym opresjom. I to bez względu na koszt.

Powtarzam słowa Normana Daviesa: gdyby nie Powstanie Warszawskie, nie byłoby Poznania, Radomia, Gdańska, Solidarności.

To ono utorowało nam drogę do wyzwolenia. To dzięki pokoleniu Baczyńskich, pokoleniu walczącemu o wolność w t e d y, mamy ją t e r a z. To dzięki nieprawdopodobnemu bohaterstwu AK i walce całego miasta, nie zostaliśmy wcieleni do reszty radzieckich republik. Nie było kołchozów, wciąż istniał Kościół, a w karnym obozie demoludów zajmowaliśmy najweselszy barak. I z tej przyczyny ominęły nas radzieckie rozwiązania problemów ze społecznymi protestami, jakie stały się udziałem Węgier i Czechosłowacji. To dzięki niemu władcy Imperium Zła traktowali nas z większą rezerwą aniżeli pozostałe kraje.

Kto pamięta ów zgrzebny czas, kto przypomina sobie, o co szło w Gdańsku, w Stoczni, jak rozpaczliwie i nadaremnie wołano o zniesienie dysproporcji w podziale dóbr, kto pamięta, z czym wtedy walczono i jakie były tej walki ofiary, choćby w Kopalni Wujek, w Radomiu, Poznaniu, Gdańsku, ilu wartościowych ludzi zginęło, straciło pracę, dobre imię, ilu zmuszono do emigracji, do bycia gołym i niewesołym, a ile osobistości pumeksowego honoru do tej pory trzyma się nieźle i do teraz, migając się od kar, nadal pęta się po naszym życiu, temu do śmiechu nie jest.

Bunt przeciwko władzy i marsze w obronie gwałconych praw człowieka kończyły się zimnym prysznicem: tak zwanymi ścieżkami zdrowia, a więc milicyjnym pałowaniem, represjami polegającymi między innymi na utracie pracy. Za wyrażanie poglądów niezgodnych z partyjnymi ustaleniami, szło się do więzienia lub do krainy pasów i kaftanów na elektrowstrząsową resocjalizację.

Zatem był to zupełnie inny świat i nie można do tamtych warunków przykładać dzisiejszych ocen. Świat, w którym strach władał ludzkimi sumieniami. Nielicznym nakazywał postępować uczciwie, po rycersku, zgodnie z poczuciem sprawiedliwości. Lub większości zastraszonych ludzi dyktował bezpieczne kroki w rodzaju chowania głowy w piasek, siedzenia pod miotłą i dbania o uzębienie.

Kto o tym wie, ten zdaje sobie sprawę, że znowu zaczynamy dreptać w stronę przeszłości: wciąż są równi i równiejsi, kwitnie dyletanctwo, nepotyzm i chałupnicze metody naprawy kultury, nauki, służby zdrowia. Dalej pleni się pogarda dla człowieka, szerzy łapówkarstwo, rośnie arogancja i pączkowanie administracji. Załganie, przemoc i fałsz są zjawiskami coraz częstszymi, wzrasta społeczna frustracja, rozczarowanie, agresja i zniechęcenie; bieda ściga się z nędzą.

W odróżnieniu od dzisiejszych czasów, trzeba było ponosić konsekwencje swojej odwagi. Nie każdego uczestnika społecznego protestu było na nie stać. Dlatego była tak cenna i trudna. Warunki sprawiały, że jedni byli odważni i potrafili przeciwstawiać się złu z podniesionym czołem, nie bacząc na grożące reperkusje, innych natomiast stać było na buńczuczne popiskiwanie pod kołderką.

Nikt na tak masową skalę, anonimowo lub oficjalnie i w majestacie bezprawia, nie deptał cudzej inteligencji. Nie usiłował błyszczeć umysłową nędzą. Nie chlubił się cudzymi sukcesami, nie całował po swoim posągowym ego i nie wmawiał wszystkim naokoło, że białe to czarne. Owszem, też zdarzały się wariackie wypowiedzi, ale na ogół nie wychodziły poza szpitalne mury.

Dzisiaj, kiedy byle łach z cenzusem żula może zabierać odważny głos na temat prawa, sprawiedliwości i demokracji, mówić o rzeczach i procesach, o których nie ma bladego pojęcia, na przykład wypowiadać się o problemach medycznych, genetycznych, prenatalnych i okołoporodowych, zwykła przyzwoitość nakazuje, by zignorować jego zdanie i włożyć je między bajki.

Po staremu jesteśmy zastraszani, boimy się samodzielnie myśleć, wyrażać własne zdanie,

obawiamy się zawistnych kreatur z ideologicznego świecznika, donosicieli, oszczerców, cmokierów wyłuskanych z rynsztoka, a boimy się z przyczyn psychiatrycznych, czyli wraca to wszystko, co miało definitywnie zniknąć.

A przede wszystkim zginąć miała obłuda; charakterystyczną cechą obalonego ustroju było kłamstwo. Już w cynicznej nazwie: Polska Rzeczpospolita Ludowa, zawierały się trzy nieprawdy. Polska nie była tym krajem, o którego niepodległość walczyli nasi przodkowie. Jak inne, wcielone do sowieckiego systemu niesprawiedliwości społecznej, była podbitym państwem. Nie należała do republik, ponieważ ta forma społecznego przymierza powstaje w wyniku wolnych wyborów, a wolne głosowanie stanowiło fikcję.

Nie miała nic wspólnego z ludem, gdyż lud traktowano instrumentalnie. W zależności od politycznych potrzeb, władza albo nadawała ziemię (reforma rolna), albo ją odbierała, organizując groteskowe latyfundia zwane Państwowymi Gospodarstwami Rolnymi, a chłop nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Do chwili rozpadu oflagu przyjaciół miłujących pokój, nasz kraj nie był państwem demokratycznym, prawo zaś nie służyło ochronie interesów społeczeństwa, tylko partyjnym kaprysom grupy sprawującej władzę.

Szkoda, że w części społeczeństwa dalej pokutuje rosyjska brednia o nieopłacalności Powstania: narzucona wersja historii wżarła się w nasz krwiobieg. Stale i uporczywie przedstawia się ją jako PEWNIK. Szkoda, że jakkolwiek stanowi pewnik drugiej kategorii, namiastkę dyskusyjnej prawdy o podejrzanej wartości, to nadal jest pokłosiem obalonego systemu i nie daje się wyrugować z niektórych, ekonomicznych serc.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.
Zdjęcie na stronie głównej: pomnik Syreny i zniszczony budynek klubu wioślarskiego „Syrena” nad Wisłą.

Nie atakuj mnie za ten wpis

AZJA „Księża z imitacjami kałachów”

Powoływaniem się na wolność twórczości artystycznej zagwarantowanej przez Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej, Teatr Powszechny w Warszawie tłumaczy wystawienie spektaklu „Klątwa” w reżyserii Oliviera Frljića. Z góry zaznaczam, że nie widziałem tego przedsięwzięcia (to jak pisanie o Yeti), jednakże chciałbym naskrobać kilka zdań, gdyż o tym „wydarzeniu” przeczytałem w mediach. Z fotograficznej dokumentacji (księża z imitacjami kałachów) i relacji osób, które ten spektakl widziały, mogę stwierdzić, że owszem — jest to pokazane na deskach teatru, jednak sądzę, że teatr nie jest właściwym miejscem, by takie „coś” wystawiać i dodatkowo nazywać sztuką. Nie jestem osobą, której uczucia religijne można obrazić, czy też czymkolwiek zgorszyć. Nie popieram żadnej opcji politycznej w Polsce. Jestem osobą otwartą na wszelkiego rodzaju eksperymenty twórcze. Ale uważam, że wspomniany przeze mnie „reżyser” powinien w tym wypadku bardziej się wysilić i wymyślić własną wizję współczesności, niż iść na łatwiznę i podpierać się utworem Stanisława Wyspiańskiego o tym samym tytule.

Fragment próby spektaklu "Klątwa" w Teatrze Powrzechnym w Warszawie. Foto: Marcin Kmieciski PAP
Fragment próby spektaklu „Klątwa” w Teatrze Powrzechnym w Warszawie. Foto: Marcin Kmieciski PAP

Z tego, co przeczytałem o tym reżyserze, to jakaś niespełniona miernota, która próbuje kolejny raz iść na skróty w celu zdobycia sławy — w dodatku bezczelnie wykorzystując naiwnych aktorów do swoich chorych wizji. To nie sztuka wybiec zza rogu ulicy, kopnąć publicznie ortodoksyjnego Żyda w dupę i czekać na poklask przechodniów. Sztuką jest podejść do takiego Żyda i patrząc mu w oczy oświadczyć, że ma się chęć go kopnąć. W pierwszym wypadku, jest to po prostu kurestwo w najgorszym wydaniu, którego sztuką nazwać nie mogę — i nawet na miano kiczu nie zasługuje. W drugim zaś, to uczciwe podejście do własnych pragnień, wynikających być może z zasadnej chęci zamanifestowania nienawiści do Żydów, pedałów, czarnych, fioletowych, ufoludków, miłośników notorycznego zdejmowania i zakładania skarpetek, oraz entuzjastów zbierania złomu.
Myślę, że nagrody jakie przyznano temu „reżyserowi”, wynikały raczej z litości nad nim, niż za jego twórczość. Patrząc na jego ładną buzię, twierdzę, że zamiast męczyć ludzi swoimi wizjami (namawiając by za to jeszcze płacili), powinien wykorzystać swój potencjał w innej branży — tam też można się napocić postękując i ostateczny rezultat nie będzie odbiegał od efektu jego sztuk teatralnych. Wiem, że Teatr ostrzega, że to sztuka dla dorosłych, że są sceny wulgarne itp. — i jest to mój wybór, bo idę oglądać na własne ryzyko — jednak tym, którzy będą mieć przyjemność atakowania mnie za ten wpis, mogę powiedzieć, że aby się wysrać, niekoniecznie musisz zdejmować majtki.

Azja — przeszłość nie istnieje. Urodzony żywy, jeszcze nie umarły. Kawał drania. Pisze jak mu się chce, śpi kiedy ma ochotę, pracuje jak kasy mu brak. Pali, pije, ogląda się za kobietami, słucha Bee Gees bo lubi. Nie ma smartfona i lepszego telefona. Lubi kolor niebieski i skarpety we wzory. Wszystko co najgorsze można o nim powiedzieć i będzie to prawdą. Poza tym to porządny człowiek.

Ostatni raz o katastrofie pod Smoleńskiem

C. Gretkus

Wszyscy Go opuścili. Wszyscy Go zawiedli — nawet Ci, których obowiązkiem była ochrona Jego zdrowia i życia. Budzi się, wstaje, je śniadanie. Potem przygotowuje się do podróży. Wsiada do podstawionej pod gmach pałacu limuzyny i wysiada już na lotnisku. Wchodzi wraz z małożonką na pokład samolotu Tupolew Tu-154, by 10 kwietnia 2010 roku odlecieć w swój ostatni lot do Smoleńska.

Lot przebiega spokojnie. Samolot jest sprawny i nie sprawia żadnych problemów technicznych. Nadlatują nad stare, rzadko używane lotnisko wojskowe pod Smoleńskiem.
Potem rozpoczyna się cykl wydarzeń, które po kilku latach zostaną określone mianem „smoleńskiej religii”.
Tymczasem jest 8.40 rano i szorując podwoziem po ogołoconych z liści krzakach i wierzchołkach niewielkich drzew, olbrzymi kadłub Tupolewa przemyka nad ziemią jak cień śmierci. W kabinie samolotu przebywa już wtedy generał polskiego lotnictwa — formalnie przełożony kapitana statku powietrznego.
Niestety piloci popełniają kilka poważnych błędów, przede wszystkim źle odczytują realną wysokość Tupolowa od pasa lotniska i nie mają pojęcia, że samolot leci zboczem kotliny i poziom gruntu przed nimi stale się podnosi. Lecą na autopilocie we mgle. Brzmi jak szaleństwo? Bo tym własnie jest, to zbyt szybkie opadanie w kierunku ziemi, w mgle bez żadnych urządzeń do nakierowania samolotu. Bez bezpośredniej widoczności terenu i pasa lotniska.
Nawet, kiedy przebywający w kokpicie generał polskiego lotnictwa wymawia zdanie: Zmieścisz się śmiało… i słychać jak ktoś odlicza metry dzielące samolot od ziemi: 30, 20, 10, w akompaniamencie wycia sygnału ostrzeżenia PULL UP TERRAIN AHEAD, kapitan za sterami samolotu nie stara się poderwać maszyny w powietrze, by uniknąć zderzenia z powierzchnią ziemi. Robi to dopiero wtedy, gdy samolot ścina skrzydłem brzozę i jest już za późno na ratunek. Kapitan i generał liczyli na to, że jeszcze chwila i się uda – zniknie ostatni obłok mgły i zobaczą pas do lądowania. Wylądują.
Jednak samolot znajdował się nie tam gdzie powinien i lecieli o wiele za nisko.

Cmentarz i limuzyny

Człowiek, który siedział za sterami tego samolotu, miał obowiązek zwiększyć ciąg i poderwać maszynę już wtedy kiedy zawył alarm PULL UP, jednak nie zrobił tego ponieważ piloci wykonywali manewr lądowania, a nie odejścia. Gdyby im się udało, poklepano by ich po plecach protekcjonalnie i powstałaby jakaś kolejna zabawna anegdotka w stylu: nasi wylądują nawet na drzwiach od stodoły. Wszyscy rozeszliby się zadowoleni w kierunku podstawionych limuzyn, odjeżdżających na cmentarz w Katyniu.
Jednak im się nie udało, bo nawet technicznie, nie byli przygotowani do podjęcia takiego ryzyka. To była rosyjska, a raczej smoleńska ruletka we mgle i szczęście właśnie się odwróciło od Prezydenta i jego dziewięćdziesięciu pięciu współpasażerów.

Katastrofa polskiego samolotu rządowego w Smoleńsku (również katastrofa smoleńska[3]) – katastrofa lotnicza, do której doszło w Smoleńsku w sobotę, 10 kwietnia 2010 roku o godz. 8:41 czasu środkowoeuropejskiego letniego (CEST) (10:41 ówczesnego czasu moskiewskiego letniego). Zginęło w niej 96 osób, wśród nich: prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, grupa parlamentarzystów, dowódcy wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP, pracownicy Kancelarii Prezydenta, szefowie instytucji państwowych, duchowni, przedstawiciele ministerstw, organizacji kombatanckich i społecznych oraz osoby towarzyszące, stanowiący delegację polską na uroczystości związane z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, a także załoga samolotu. Źródło -- Wikipedia
Szczątki polskiego samolotu pasażerskiego Tupolew Tu-154, który uległ katastrofie lotniczej, do której doszło w Smoleńsku w sobotę, 10 kwietnia 2010 roku o godz. 8:41. Zginęło w niej 96 osób, wśród nich: prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, grupa parlamentarzystów, dowódcy wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP, pracownicy Kancelarii Prezydenta, szefowie instytucji państwowych, duchowni, przedstawiciele ministerstw, organizacji kombatanckich i społecznych oraz osoby towarzyszące, stanowiący delegację polską na uroczystości związane z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, a także załoga samolotu. Źródło — Wikipedia

Potem zaczęły krążyć plotki, że generał polskiego lotnictwa, po udanej wizycie w Katyniu miał cieszyć się długo oczekiwanym awansem z rąk Prezydenta. Według raportu MAK, generał był pod wpływem alkoholu. Kto był faktycznym kapitanem Tupolewa 154, 10 kwietnia 2010 roku nad Smoleńskiem? Generał stojący za za plecami swoich podwładnych. Dobry hollywodzki scenarzysta z pewnością podrasowałby ten dialog: Zmieścisz się kurwa śmiało, żebym mógł wreszcie dostać ten pierdolony awans. Nie byłaby to przesada.

Mija sześć lat. Narodziła się już religia smoleńska i od kilku lat zatruwa umysły Polaków.
Rząd RP w osobie swoich najwyższych przedstawicieli, oficjalnie wspiera alternatywną wersję przyczyn Katastrofy w Smoleńsku, czyli spisku i zamachu na Prezydenta RP. Daje temu wyraz, pojawiając się tłumnie na premierze obrazu filmowego „Smoleńsk”, lansującego taką właśnie alternatywną wersję wydarzeń. Nie znam drugiego takiego państwa na świecie, gdzie to demokratycznie wybrany rząd, a nie manipulatorzy i frustraci, na przekór faktom i dowodom, kreuje i promuje spiskową teorię dziejów. Ewenement na skalę światową. Nobel za idiotyzm. Medal za perfidię.

Czasami mówi się o tym, że władza to największy znany tylko nielicznym narkotyk. Sama myśl, że od kogoś zależy przyszłość państwa i to jak będą wyglądały czołówki polskich gazet następnęgo dnia, musi być dla tego kogoś źródłem niemal boskiego upojenia swoim wpływem i znaczeniem. Jestem Bogiem. Jestem Panem życia i śmierci. Władza to poczucie, że jest się w samym centrum zainteresowania, że jest się kimś niezwykle ważnym. Dlatego polscy politycy posuwają się do najpodlejszych fauli, aby jak najdłużej utrzymać się w świetle jupiterów na scenie politycznego teatru, a raczej teatrzyku. Zwłaszcza politycy marni, ponieważ narkotyk władzy działa najsilniej na ludzi małych i marnych.

Władza to nie premier i prezydent

Czym jest władza w tym kraju?
Jest intratnym stanowiskiem czyli biurkiem. Biurkiem w okazałym biurze, w dobrej, chronionej rządowej dzielnicy, w porządnnie zbudowanym gmachu. Władza to przyzwoity samochód służbowy z kierowcą. Władza to posiadanie służbowej karty kredytowej. Władza to własny folwark ludzi od wykonywania poleceń. Władza to dobra, stała pensja i wysoka emerytura. To pokazywanie się na „salonach”. To telewizyjne występy. To budowanie koneksji na przyszłość, aby już nigdy nie zejść poniżej ustalonego poziomu życia. Władza to nie premier. Nie prezydent. Nie marszałek Sejmu. Władza to służby specjalne. Policja. Wojsko. To jest władza, a nie to, co serwuje ciemnemu ludowi TVP i TVN. Nie mylmy władzy z polityką.

Polska jest krajem specyficznym. Ponieważ nie ma u nas dobrych warunków do zrobienia kariery w biznesie, wielu ludzi stara się „wejść do polityki”, aby tam realizować swoje ambicje. Oczywiście mam na myśli głównie ambicje finansowe — w budżecie gromadzone są ogromne pieniądze i jak napisałem w innym artykule — budżet państwa okraść jest najłatwiej. Polski system polityczny jest celowo tak skonstruowany, aby wspierał duże partie polityczne i ograniczał prawa obywatelskie. Utrudniał odwoływanie ze stanowisk urzędników państwowych. Zauważmy, że odwołanie ze stanowiska posła na Sejm RP jest bardzo trudne. Polski system polityczny bardzo ingeruje w życie obywatelskie i ma na celu wzmacnianie władzy centralnej.

Największym problemem tego kraju jest jego głębokie zacofanie i konserwatyzm, słusznie kojarzony ze środowiskami prawicowo-narodowymi. To konserwatyzm w pejoratywnym znaczeniu tego słowa, czyli nurt społeczny krytukujący i hamujący postęp, oświecenie, nowoczesność i tolerancyjność. Źródłem największych problemów w Polsce jest kościół katolicki i archaiczny system edukacji. Efektem tego jest powstawanie społeczeństwa, nie radzącego sobie z wyzwaniami współczesnego świata. Społeczeństwa nieufnego, niewykształconego i zdemoralizowanego, gdzie bardzo łatwo odradza się rasizm, antysemityzm, nacjonalizm i neofaszyzm.

Samolot nie zderzył się z ziemią sam.
Pośrednio katastrofę spowodował generał polskiego lotnictwa. Bezpośrednio kapitan za sterami Tupolewa Tu-154 Lux. Cała reszta to didaskalia do tragedii polskiej w wielu odsłonach i z nieoczekiwanymi zmianami akcji. Nie ulega wątpliwości, że niezawodny w takich wypadkach red. Adam Michnik, kazał napisać i wydrukować na ten temat nie jeden artykuł.
Co jest większym powodem do obywatelskiej dumy? Wybudowanie w centrum stolicy pomnika obrazującego pechowy los, wstydliwe zaniedbania, dzień kompromitacji w historii narodu czy pomnika chwały, radości i dumy — w osobie, na przykład króla Jana Sobieskiego. Francuzi w najbardziej reprezentacyjnych częściach Paryża, wznoszą łuki tryumfalne na cześć swoich wielkich wyczynów i zwycięstw. Rząd RP chce wznosić pomniki cmentarne, aby na wieki wieków przypominały społeczeństwu i wszystkim obcokrajowcom przebywającym w Warszawie, jak bohatersko umiemy polec w wypadku lotniczym.
 

Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Eprawda, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).
Więcej: Puff of black
Foto na stronie glównej: fragment brzozy, w którą uderzyło skrzydło Tupolewa.

C. GRETKUS Sztuczna inteligencja
C. GRETKUS Nie instaluj -- instalacje uliczne
C. GRETKUS Demokracja feudalna -- felieton
C. GRETKUS Kim był Jacque Fresco? -- felieton
C. GRETKUS (Nie)reklamowalni -- felieton
C. GRETKUS Hejt po polsku -- artykuł
 C. GRETKUS (Nie)jesteś produktem
C. GRETKUS "Miasto przyszłości"  -- Dubaj
Najważniejsze zdjęcie świata
C. GRETKUS

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Kto jest kim w branży AI

C. Gretkus "4chan"

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Elita Internetu

C. Gretkus "Zbrodnie kościoła"

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Historyczne fakty

C. Gretkus "Zakazana roślina"

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Historia. Fakty. Medycyna

C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

11 przykazanie artystów

C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

Decentralizacja państwa

C. GRETKUS

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Nowy świat

C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

Daleko od OK

KRZYSZTOF C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

Lubimy krytykować

Po której jesteś stronie? C. GRETKUS

FELIETON | C. GRETKUS

Po której jesteś stronie?

C. Gretkus

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Jesteśmy w Dubaju

Krzysztof C. Gretkus

FELIETON | C. GRETKUS

Malcolm Browne. 1963

previous arrow
next arrow

Chaos polityczny, gospodarczy, kulturalny

AZJA „Cejrowski do WC”

AZJA Cejrowski do WC

Ostatnimi czasy przeczytałem w jednej z gazet poglądy podróżnika — zdobywcy medali za szerzenie, propagowanie i podróżowanie i Bóg wie czego jeszcze — niejakiego Wojciecha Cejrowskiego. Z jego słów wynika, że Polska to kraj, który powinien mknąć we wprowadzaniu swych zmian, niczym swego czasu Kubica na torze wyścigowym. Cejrowskiemu śpieszno do wszystkiego i wymierza klapsy komu się tylko da i za co się da. Krytykuje PIS za zbyt opieszałe realizowanie swoich pomysłów, kobiety za niepodporządkowanie swoich macic rządzącym, Kijowskiego za obecność na pogrzebie Inki, nawet oberwało się Jaruzelskiemu w grobie. Natomiast głaszcze po tyłku Kurskiego i Trumpa. Kurski zasługuje na laury za to, że pozbywa się z TVP starych pracowników niczym czyraków z dupska, ale też daje mu prztyka twierdząc, że zbyt powoli (jak na potrzeby Cejrowskiego) wywala się ten gnój z firmy.

Mem ilustrującycy i cytujący jedną z kontrowersyjnych wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego
Mem ilustrującycy jedną z kontrowersyjnych wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego

Bo to dosyć, że trzeba jednych wyrzucić, to drugich zatrudnić — fachowców z ulicy — wszak głos ulicy zbuduje prawdziwą linię propagandową TVP, wychwalającą bohaterskie kury znoszące prawicowe jaja. Trump natomiast dostał pochwałę od Cejrowskiego za to, iż ma Nam zapewnić bezpieczeństwo, poprzez niewtrącanie się w sprawy Polski, gdyż będzie prezydentem obcego kraju — „ludzki pan”. Wczuł się Cejrowski chłopina w rolę poganiacza, Wernyhory, czy wróżbity Macieja w jednym, ale cóż z tego, jak zapomniał, że istnieje również społeczeństwo, które ma gdzieś głęboko w WC jego poglądy i ponaglanie. Zostaje mu tylko krzyczeć — precz z komuną — jak stwierdził. Myślę, panie Cejrowski, że amazońskie błota, po których pan dzielnie stąpa od kilku lat, przeszły panu przez te bose stopy do mózgu i zamuliły obraz zmieniającego się świata o większej cywilizacji niż ten, który pan oglądasz po drugiej stronie globu.

Tu już nie chodzi się po ulicach z gołymi dupami, dzidami w dłoniach i liściastymi tutkami na penisach. Polska poszła o wiele dalej, co chciałbym panu uświadomić, jako zwykły obywatel.

Więc pańskie poglądy podstarzałego włóczykija z tobołkiem na plecach nikogo już nie przekonają. Stałeś się pan w swych poglądach wykopaliskiem na chłopskim polu. Pozwoliłem sobie w tym artykule posłużyć się językiem, jaki obecnie zadomowił się w wypowiedziach polskich polityków, którzy z racji powierzonej im roli przez wyborców, powinni ich godnie reprezentować. Jednak daleko posunięta ignorancja i chamstwo rządzących w publicznych wypowiedziach, nie tylko w stosunku do obywateli własnego kraju, lecz również zagranicznych sojuszników, nie daje cienia szansy na poprawę owego „języka ulicy” w najbliższym czasie. Dlatego też osoby pokroju Cejrowskiego, mają odgórne przyzwolenie na obrażanie osób, które zupełnie na to nie zasługują. Chaos polityczny, gospodarczy, kulturalny, obyczajowy jaki obecnie panuje, pozwala na wyjście z mroku tym, którym się wydaje, że w końcu mają swoje pięć marnych minut na okazanie swoich marnych oglądów. Cejrowski zbudował swój wizerunek buntownika na mocnych wypowiedziach dotyczących różnorodnych sfer życia i chwilami było to zabawne — a nawet interesujące. Jednak w swych poglądach zatrzymał się jakieś trzydzieści lat wstecz i w nich trwa, mając na oczach klapki jak dorożkarski koń. Na jego jaskrawym przykładzie chciałem pokazać współczesnego polskiego dominanta, kreatora ludzkich przekonań, który zamiast wejść na drogę współczesnej rzeczywistości, wlazł na wierzchołek kurzego jaja, tkwiąc w przekonaniu, że zdobył najwyższy szczyt tego świata.

……………………………………
Wojciech Daniel Cejrowski (ur. 27 czerwca 1964 w Elblągu — dziennikarz radiowy, satyryk, fotograf, podróżnik, autor książek i publikacji prasowych, kierownik artystyczny biblioteki Poznaj Świat, członek The Explorers Club. Z wykształcenia socjolog. Wojciech Cejrowski zaczynał u boku Wojciecha Manna w programie Non Stop Kolor w TVP2 w latach 1992–1994. Popularność przyniósł mu program WC Kwadrans, który był nadawany w TVP1 w latach 1994–1996. W programie tym prezentował konserwatywne poglądy na kwestie społeczne, promował w nim pozytywne znaczenie słowa „ciemnogród”, określające przywiązanie do tradycyjnych wartości. — Wikipedia

Azja — przeszłość nie istnieje. Urodzony żywy, jeszcze nie umarły. Kawał drania. Pisze jak mu się chce, śpi kiedy ma ochotę, pracuje jak kasy mu brak. Pali, pije, ogląda się za kobietami, słucha Bee Gees bo lubi. Nie ma smartfona i lepszego telefona. Lubi kolor niebieski i skarpety we wzory. Wszystko co najgorsze można o nim powiedzieć i będzie to prawdą. Poza tym to porządny człowiek.
Foto na stronie głównej: Wojciech Cejrowki, źródło: Facebook fan page.

Emoralni*