To miasto nazywa się Warszawa

W moim mieście odkryłem świat równoległy – powiedział Szymon i nie można było tego lepiej ująć. Według kwantowej teorii wielu światów wszystko co może się zdarzyć, zdarza się na pewno w którejś z odnóg rzeczywistości, która przypomina wielkie, rozgałęziające się w każdej chwili drzewo życia.
[Foto: Szymon Łaszewski źródło: portfolio]

To miasto nazywa się Warszawa. Fotoreportaż SZYMONA ŁASZEWSKIEGO
To miasto nazywa się Warszawa. Fotoreportaż SZYMONA ŁASZEWSKIEGO
To miasto nazywa się Warszawa. Fotoreportaż SZYMONA ŁASZEWSKIEGO
To miasto nazywa się Warszawa. Fotoreportaż SZYMONA ŁASZEWSKIEGO
To miasto nazywa się Warszawa. Fotoreportaż SZYMONA ŁASZEWSKIEGO
To miasto nazywa się Warszawa. Fotoreportaż SZYMONA ŁASZEWSKIEGO
To miasto nazywa się Warszawa. Fotoreportaż SZYMONA ŁASZEWSKIEGO
previous arrow
next arrow

Nazwa pojawia się w XIV-wiecznych zapiskach jako Warseuiensis (1321), Varschewia (1342) i XV wieku jako Warschouia (1482). Średniowieczna nazwa brzmiała Warszewa, Warszowa. Najprawdopodobniej pochodzi od formy dzierżawczej imienia Warsz (skróconej formy popularnego wówczas staropolskiego imienia Warcisław, Wrocisław), używanego m.in. przez przedstawicieli rodu Rawów (Rawiczów) herbu Rawa, właścicieli części terenów w rejonie współczesnego Solca i Mariensztatu. Prawdopodobnie Warsz z rodu Rawów otrzymał w XIII wieku nadanie książęce, z którego powstała wieś nosząca jego imię.
Zmiana nazwy na Warszawa wynikła z mazowieckiej wymowy dialektycznej. Do końca XV wieku samogłoska -a- przechodziła w -e- po spółgłoskach miękkich (-sz- była w tamtym okresie spółgłoską miękką). W XV wieku formy z wtórnym -e- zaczęły być postrzegane jako gwarowe. Dlatego też zastępowano -e- przez -a-. Taka zmiana nie była uzasadniona etymologicznie, więc takie formy nazywa się hiperpoprawnymi (np. siadlisko, królawski). Tak też nastąpiła zmiana nazwy z Warszewa na Warszawa, która upowszechniła się w XVI wieku. Legendarna etymologia wywodzi nazwę od imion Warsa i jego żony Sawy. — Wikipedia

Szymon Łaszewski (1974) — z zawodu fotograf. Dokumentalista społeczny. Rodowity warszawiak i nałogowy palacz. Fotografuje od 17 lat. Pracował dla „Życia Warszawy”, tygodnika „Kulisy”, gazety „Giełdy Parkiet”. Obecnie zajmuje się pracą nad dokumentem o fotoreporterach stanu wojennego.

Rozpalona do czerwoności speluna

Andrzej Syska Szafrański
Andrzej Syska Szafrański "Knajpa Dehart"

Tłum wokół mnie wzbierał z każdą chwilą, a muzyka rozszarpywała bezlitośnie moje kości i skórę. Rękę, którą przytrzymywałem spodnie, wyciągnąłem po kieliszek z wódką, jaki podała mi jedna z tańczących podemną kobiet. Spodnie bezwładnie opadły na stół. Jednym zamaszystym gestem wlałem w siebie mocny trunek, porzucając szkliwo w przestrzeni knajpy.

AMP futbol

BARTOSZ JANKOWSKIE -- fotoreportaż

W kategorii „fotoreportaż” przedstawiamy Wam osiem zdjęć Bartosza Jankowskiego, obok których trudno przejść obojętnie. AMP FUTBOL to bardzo dynamicznie rozwijająca się odmiana piłki nożnej, którą uprawiać mogą wszyscy po jednostronnej amputacji kończyny (zawodnicy grający w polu są po amputacji kończyny dolnej, a bramkarze kończyny górnej). Obecnie na świecie jest ponad 25 drużyn. W Polsce ta dyscyplina zaczęła rozwijać się w 2011 roku. W 2012 roku Polska zajęła 11 miejsce na MŚ. Zdjęcie prezentowane w nagłówku zostało wyróżnione na konkursie Wielkopolska Press Photo 2012.
[Foto: Bartosz Jankowski źródło: portfolio]

AMP FUTBOL — BARTOSZ JANKOWSKI
AMP FUTBOL — BARTOSZ JANKOWSKI
AMP FUTBOL — BARTOSZ JANKOWSKI
AMP FUTBOL — BARTOSZ JANKOWSKI
AMP FUTBOL — BARTOSZ JANKOWSKI
AMP FUTBOL — BARTOSZ JANKOWSKI
AMP FUTBOL — BARTOSZ JANKOWSKI
previous arrow
next arrow

Fotografia jest moją pasją i sposobem na odkrywanie otaczającej mnie rzeczywistości. Każda chwila z aparatem w ręku jest dla mnie wyjątkowa i niepowtarzalna. Fotografia to dla mnie sposób na przekazywanie uczuć, na ich utrwalanie. Jest ukazaniem mojego sposobu postrzegania rzeczywistości. Fotografia pozwala nam zatrzymać czas. Sprawia, że ulotne chwile pozostają z nami na zawsze. Fotografia od zawsze była obecna w moim życiu. Szczęśliwie swoją pasję zmieniłem w sposób na życie.

Bartosz Jankowski: „Realizując swoje marzenia, w 2008 r. ukończyłem studia magisterskie na kierunku Zaocznego Studium Fotografii na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. W międzyczasie pracowałem w laboratorium fotograficznym oraz współpracowałem z Agencją Prasową i Fotograficzną TAMTAM. W latach 2005-2012 byłem fotoreporterem Ogólnopolskiej Gazety Rzeczpospolita i Agencji Fotograficznej Fotorzepa. Współpracowałem również z jedną z największych agencji na świecie Reutersem. W październiku 2012 r., otworzyłem Agencję Fotograficzną Bartosz Jankowski. Współpracuję z wieloma tytułami prasowymi, agencjami reklamowymi, instytucjami oraz firmami”.
Więcej: Portfolio|Twitter|facebook|Youtube

Tak. Rozsuń trochę nogi… nie aż tak bardzo

JANUSZ KORDEK „Dziewczyna na zaliczenie”

Właśnie przypinałem arkusz papieru do sztalugi gdy w uchylonych drzwiach pojawiła się głowa ślicznej dziewczyny.
— Cześć — zawołała — jestem Lena. Widziałam twoje ogłoszenie na tablicy. Jest w dalszym ciągu aktualne?
— Jasne. Wejdź do środka. Myślałem, że nikt dzisiaj się już nie zgłosi — odparłem.
— jestem Adam.
Uścisk dłoni wypełnił reguły savoir-vivre`u. Mogliśmy przejść do dalszego etapu naszej znajomości.
— No to co? Szkoda światła. Rozbieraj się.
Patrzyłem jak dziewczyna w pośpiechu zrzuca z siebie płaszcz, sweter… Nie była pedantką. Obok niej na podłodze lądowały kolejno: bluzka, spodnie, stanik oraz kolorowe stringi.
— Gdzie mam stanąć? — zapytała zakrywając jedną ręką piersi, a drugą wzgórek łonowy.
Popatrzyłem na światło padające z niewielkiego okna. Musiałem się pospieszyć. Zaczął zapadać zmierzch. Ustawiłem fotel i przykryłem go płachtą materiału. Podszedłem do dziewczyny.
— Tutaj. Usiądź. Tak. Dobrze. Teraz podnieś prawą rękę i wsuń ją we włosy.
Lena zachowywała się jak manekin. Pozwalała formować swoje nagie ciało jakby była zabawką z gliny. Była wspaniałym materiałem twórczym dla artysty.
— Dobrze. A teraz przesuń głowę w prawo. Tak. Rozsuń trochę nogi… nie aż tak bardzo.
— Przepraszam — powiedziała Lena nieco speszona.
— Pierwszy raz pracuję jako modelka.
— No coś ty. Masz doskonałe warunki. Ale dobrze. Teraz spróbuj nie ruszać się przez chwilę.
Wróciłem do sztalugi. Byłem tylko studentem drugiego roku Akademii Sztuk Pięknych. Ten szkic aktu kobiecego był moją ostatnią nadzieją na zdobycie zaliczenia z grafiki. Moja kariera artysty była zagrożona. Ten akt musiał być doskonały. Mówią, że do narysowania nagiej kobiety potrzeba siedmiu linii. Według mnie to brednie. Nie można odwzorować ludzkiego ciała skończoną liczbą pociągnięć pędzla czy ołówka. Artysta zawsze będzie czuł pewien niedosyt. Przekonanie, że może namalować jeszcze piękniejsze, doskonalsze dzieło.
Na kartonie zaczęły pojawiać się pierwsze, nieśmiałe kreski czynione kawałkiem węgla. Z każdą chwilą zbiór na pozór chaotycznych linii zamieniał się coraz bardziej w zwartą całość. Mój rysunek powstawał w głowie. Ręka była tylko narzędziem, które zamieniało impulsy elektryczne pochodzące w mózgu na wynik końcowy — obraz.
— Długo jeszcze? — zapytała Lena.
— Jeszcze chwilę. Ścierpła ci ręka?
— Nie, tylko zimno tutaj.
Spojrzałem uważniej na dziewczynę. Rzeczywiście gęsia skórka pokryła ramiona kobiety, a sutki skurczyły się i bezwstydnie postawiły. Wyglądały teraz o wiele drapieżniej niż przed chwilą. Musiałem to uchwycić w moim rysunku.
— Wytrzymaj jeszcze troszeczkę — rozpocząłem próbę konwersacji.
— Jesteś studentką? — zapytałem, aby odwrócić uwagę od zimnego pokoju.
— Tak. Studiuję na Akademii Muzycznej.
— O! Koleżanka artystka. Pięknie. Od dawna?
— Nie, to dopiero początki. Życie w tak dużym mieście kosztuje. Dlatego próbuję dorabiać. Dzisiaj na tablicy było tylko twoje ogłoszenie.
— Widocznie, miałem szczęście — zażartowałem.
Moja praca zmierzała ku końcowi. Rozcierałem palcem węglowe kreski tworząc cienie podkreślające głębię obrazu.
— Przeczesz teraz włosy palcami. Dobrze. Masz piękne włosy. Jesteś szatynką. Dlaczego je farbujesz?
— Farbuję? Po czym poznałeś? — zapytała
— …Aaa rozumiem.
Dziewczyna odruchowo zasłoniła włosy łonowe.
— To nie fair, jesteś wstrętny — odrzekła.
— To był żart. Już skończyłem. Chcesz zobaczyć?
Lena narzuciła na siebie koc i podeszła do sztalugi. Z zaciekawieniem wpatrywała się w moje dzieło.
— Jest piękny — powiedziała.
— To ty jesteś piękna. Dzięki tobie zdobędę to zaliczenie z przedmiotu.
Stała tak blisko, że czułem jej oddech na policzku.
— Tak, tylko zaliczenie. Odwróć się, chciałam się ubrać.
Zdjąłem rysunek z podstawy i schowałem do teczki. Odetchnąłem z ulgą.
— Pieniądze! — wyciągnięta ręka dziewczyny upominała się o zapłatę.
— Oczywiście. Proszę.
Kobieta wyszła pospiesznie ściskając w dłoni pięćdziesięciozłotowy banknot. Po chwili namysłu wybiegłem na klatkę schodową.
— Lena! — krzyknąłem.
— zobaczymy się jeszcze!?
Echo mojego krzyku obiegło wszystkie piętra. Odgłos zamykanych drzwi na parterze był odpowiedzią na moje pytanie.

* * *

Kilka następnych dni upłynęło pod znakiem dziwnej pustki. Czułem jakiś niepokój. Nie mogłem skupić myśli. Wyobraźnia bawiła się ze mną w kotka i myszkę. Na pustym fotelu wciąż widziałem piękną, nagą dziewczynę. Ta iluzja czasami była tak realna, że niemalże czułem zapach jej skóry i włosów.

Musiałem ją odnaleźć. Wziąłem w pośpiechu kurtkę i wybiegłem z pokoju. Akademik Akademii Muzycznej mieścił się w starej, powojennej kamienicy. Już z oddali słychać było odgłosy instrumentów muzycznych. Ta kakofonia dźwięków nie odstraszyła mnie. Pewnie wszedłem do budynku.
— Pan do kogo? — usłyszałem na wstępie głos recepcjonistki.
— Ja? Eee… ja na próbę do kolegów — powiedziałem nonszalancko.
— Tak bez instrumentu? — spytała ponownie, oglądając mnie od stóp do głów.
— Tak. To znaczy nie. Ja śpiewam. Jestem tenorem. Idę na próbę — zachrypiałem a vista kilka dźwięków, po których kobieta na szczęście machnęła ręką.
— Dobrze. Już dobrze. Niech pan wchodzi.
Dopadłem wielką tablicę ogłoszeń na korytarzu, przy której stało kilka osób.
— Cześć — zagadnąłem.
— szukam Leny. Ładna, wysoka dziewczyna. Nie wiecie gdzie mieszka?
— Nie. Niestety. Nie wiemy — padały kolejno odpowiedzi.
— Chyba jest na pierwszym roku — uzupełniłem pytanie.
Odpowiedzią był tylko przeczący ruch głowy. W kilku następnych pokojach, do których zaglądałem otrzymywałem podobne wiadomości. Przechodząc dalej w głąb korytarza, usłyszałem głośną muzykę przeplataną śmiechem i okrzykami. Ktoś urządza balangę — pomyślałem. Spróbuję jeszcze raz. Zastukałem do drzwi. Bez skutku. Gdy ponownie nie było reakcji na moje pukanie nacisnąłem klamkę. Zobaczyłem kilkanaście roześmianych osób. Cześć z nich głośno grało na instrumentach, część prowadziło ożywioną dyskusję, pozostali zaś mieli zajęcia w podgrupach. Dwuosobowych. Przycupnąłem obok jednej pary. Gdy oderwali złączone pocałunkiem usta by nabrać powietrza, zapytałem.
— Cześć, nie znacie Leny? Z pierwszego roku?
— Leny? — jak echo powtórzyła dziewczyna.
— A tak. Jest u nas Lena. Gra na wiolonczeli.
— Gdzie ją mogę znaleźć?
— Mieszka pod 311. Ale dzisiaj chyba chałturzy na Starówce.
— Dzięki! — rzuciłem już w biegu.
Gnałem jak opętany. Przemierzałem kręte uliczki starego miasta. Zapalone latarnie nadawały im aury tajemniczości. W tym świetle wiekowe kamienice emanowały dostojnością i mądrością. Przyprószone patyną czasu dumnie nosiły swoje dziedzictwo. Gdybym mógł to namalować. Nagle usłyszałem muzykę, która wybijała się na tle naturalnego zgiełku miasta. Ta muzyka była dla mnie drogowskazem do mojej ukochanej. Dodawała skrzydeł. Gdy skręciłem w następną uliczkę zobaczyłem dziewczynę grającą na wiolonczeli. Wokół niej stała mała grupka przechodniów, która zastygła na moment, zasłuchana w barokowe brzmienia. To grała Lena. Razem z wiolonczelą tworzyła piękny widok. Jej harmonijne ruchy smyczkiem wydobywały ze strun dźwięki, którymi malowała otaczającą ją rzeczywistość. Hipnotyzowała słuchaczy i zmuszała do chwili zastanowienia. Chwili odpoczynku. Zrzucenia na moment codziennej maski i odkrycia dawno zapomnianej wewnętrznej wrażliwości. Podszedłem do dziewczyny. Właśnie rozległy się ciche brawa po skończonym utworze. Spostrzegła mnie. W jej oczach zobaczyłem lekkie zaskoczenie.
— Pięknie grasz — powiedziałem drżącym głosem.
— Dziękuję — odpowiedziała.
— jak tam zaliczenie?
Tak jak przypuszczałem, wiedziała jak mnie ukarać. Ale byłem na to przygotowany.
— W porządku. Wiesz… w zasadzie to chciałem cię przeprosić. Możemy zacząć jeszcze raz? Jestem Adam.
Dziewczyna zastanawiała się przez chwilę, ale potem z uśmiechem podała mi rękę.
— Lena.
— Mogę cię zaprosić na kawę? I ciastko — dodałem szybko.
— Jest już późno na kawę, ale na spacer to wymarzona pora. Taki ciepły wieczór. Poczekaj, tylko schowam instrument.
Patrzyłem jak Lena zbiera do kieszeni drobniaki z futerału i chowa w nim wiolonczelę.
— Już jestem gotowa. Dokąd pójdziemy?
— Na razie przed siebie — odparłem i nieśmiało wziąłem dziewczynę za rękę.
Chociaż wydawało mi się, że znam już tą kobietę, to dopiero teraz zaczynałem odkrywać jej wnętrze. Zapadł już zmrok. Księżyc rozpoczął swe nocne panowanie na niebie.
 

Janusz Kordek (luckyman) — krakowianin. Pasjonuję się muzyką, teatrem, malarstwem oraz dobrą literaturą. Pierwsze teksty literackie zacząłem publikować na portalu Opowiadania.pl, gdzie dwa razy udało mi się zdobyć nagrodę miesiąca za najlepsze opowiadanie. Wybrane, najciekawsze teksty zebrałem i wydałem w zbiorze opowiadań „Zapach duszy” (Wydawnictwo MyBook). Później zaczęła się przygoda z portalem Extrastory.pl oraz internetowym kwartalnikiem literacko-artystycznym „sZAFa”. Jednak wciąż poszukuję.

Mają najtańszą benzynę na świecie, najwięcej dziewczyn, które zdobyły tytuł „Miss Universe”

Wydaje się, że podstawowym zwrotem w Wenezueli jest słowo mañana w połączeniu z dowolnym uzupełnieniem. Dosłownie oznacza to jutro ale w południowej Ameryce — a szerzej — w kulturze tego regionu, nabiera zupełnie innego znaczenia. W praktyce tłumaczy się na kiedyś. Jeśli więc ustalacie coś z jakimś wenezuelczykiem na jutro, może to być rzeczywiście nazajutrz ale równie dobrze pojutrze, za tydzień, kiedyś… ot, mañana…

Miss Wenezueli -- Gabriela. Foto: materiały prasowe.
Na zdjęciu: Miss Wenezueli 2017 Sthefany Gutierrez. Kandydatki z tego kraju aż siedem razy zdobyły tytul Miss World. Foto: materiały prasowe

Jechałem do Wenezueli z wiedzą szczątkową. Wiedziałem, że mają najtańszą benzynę na świecie, najwięcej dziewczyn, które zdobyły tytuł „Miss Universe”, najwyższy wodospad oraz, że prezydent Hugo Chaves usilnie wprowadza w kraju „dobry socjalizm”. Reszta była zagadką. Liczyłem, co prawda, na duże podobieństwa do Dominikany, wszak to ten sam region, ale zaraz bezpośrednio po przyjeździe przekonałem się, że istnieją dość poważne różnice. Przede wszystkim pogoda. W Wenezueli powietrze dosłownie przygniata do ziemi. Sądzę, że to nie jest nawet kwestia temperatury (podczas całego pobytu nie przekroczyła 33* C) lecz przede wszystkim wilgotności. A ta jest wszechobecna. Nic nie schnie. Kartka położona na biurku, następnego dnia jest pozwijana i pomarszczona. Ubrania, pościel czy ręczniki są wciąż niedosuszone.

USA są stosunkowo blisko

Na dłuższą metę jest to niesłychanie uciążliwe ale nie ma wyjścia: w porze deszczowej trzeba po prostu przywyknąć. Do tego warto pamiętać o padających prawie pionowo promieniach słonecznych, które powodują, że w okolicach południa nie sposób wytrzymać na otwartym słońcu: po prostu parzy! Same miasta, uwzględniając różnice architektoniczne właściwe dla regionu i klimatu są bardzo podobne do europejskich, takie same galerie handlowe, te same marki. Nie ma problemu aby kupić buty Adidas, aparat fotograficzny Panasonic czy ciuch uznanej w świeci firmy. Ceny również zbliżone do naszych o ile pamiętamy o podwójnym kursie wymiany. Uwaga na wstępie o „dobrym socjalizmie” nie była bezpodstawna. W Wenezueli obowiązują bowiem różne kursy walut. Jeden, oficjalny, kształtuje się na poziomie ok. 2,15 boliwara za dolar. Wystarczy jednak wyjść przed dom towarowy, pokręcić się chwilę przy postoju taksówek, itp., aby natychmiast zostać zaczepionym przez odpowiedników naszych dawnych cinkciarzy, którzy oferują od ręki przelicznik w granicach 5 boliwarów. Jako, że USA są stosunkowo blisko, bardziej pożądaną walutą jest amerykański dolar, stąd euro nie cieszy się popularnością i jego kurs jest mało atrakcyjny.

Absolutną egzotyką są samochody jeżdżące po ulicach. Obok najnowszych modeli uznanych, światowych koncernów, bardzo często można dostrzec auta marki najczęściej Chevrolet, rocznik bodajże 56, może 59, które z definicji nie powinny w ogóle jeździć.

Standardem są dziury na wylot w karoserii, łączenie elementów nadwozia drutem, sznurkiem, jakimiś taśmami czy przylepcami, z pofałdowaną maską bądź bagażnikiem, beż żadnych świateł, z powybijanymi szybami. Zdarzyło mi się zobaczyć samochód w ogóle bez drzwi. Dodatkowo bardzo często samochody takie jeżdżą bez żadnych tablic rejestracyjnych. Kiedy zaciekawiło mnie to zjawisko, usłyszałem w odpowiedzi, że formalności przerejestrowania auta mogą trwać nawet rok (!) a że wenezuelczycy nie mają czegoś takiego jak kontrole drogowe, więc… Wiadomo: mañana. Słyszałem tylko o dwóch miastach, w których nie ma w centrum placu im. Bolivara oraz jego pomnika. Jest to absolutny standard, sam Bolivar to bohater narodowy, wszędzie uwieczniany i upamiętniany: w nazwach ulic, budynków, osiedli. Podobnie jak Hugo Chaves, którego podobizny wiszą dosłownie na każdym kroku.

Atrakcyjna cena benzyny potwierdziła się, litr paliwa kosztuje, w przeliczeniu na złotówki, około 7 groszy. Niestety, gorzej poszło z wypatrywaniem kolejnych, ewentualnych zwyciężczyń konkursów piękności. Aby nie rozwijać ryzykownego tematu, pozostańmy przy stwierdzeniu A. Rosiewicza, iż „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”. Największą atrakcją dla turystów przyjeżdżających do Wenezueli jest niewątpliwie wyprawa do dżungli. I nie mam tu na myśli wypadu z plecakiem, w traperach na nogach, zgodnie z mapą w ręku, ramię w ramię z Wojciechem Cejrowskim ale raczej przeżycie przygotowane dla turystów, dla których – tak jak dla mnie, absolutnie zurbanizowanego, miastowego człowieka — stanowi niepowtarzalne doświadczenie.
Już początek wycieczki małym, dwuśmigłowym samolotem, powoduje lekki skurcz niepokoju.
To oczywiście psychologiczne uprzedzenie, półtoragodzinny lot przebiega bez żadnych sensacji, wręcz nudno. Lądujemy w miejscowości?; wiosce? Tucupita, gdzie lotnisko to pojedynczy parterowy barak, w którym — i tu duże zdziwienie — bez problemu można palić. Jedyne znane mi lotnisko (niezależnie od rozmiarów), na którym dozwolone jest palenie tytoniu! Stamtąd mamy dwie godziny łodzią po Orinoko do miejsca docelowego jakim jest indiańska wioska turystyczna, gdzie będziemy nocować. Poznajemy przewodnika. José mówi biegle w trzech językach i niezły kawalarz z niego, ponieważ już na początku, z kamienną twarzą przekonuje nas, że jak szczęście dopisze, pooglądamy sobie dinozaury. Co proszę? Jakie dinozaury? Po dłuższej chwili José próbuje wydusić z nas odpowiedź dlaczego jednak nie zobaczymy dinozaurów. Na nieśmiałe stwierdzenie jednej z uczestniczek, że prehistoryczne gady wszak nie istnieją już, wybucha zaraźliwym śmiechem i przytakuje entuzjastycznie. Udajemy się do łodzi. Orinoko jest ogromna, szarobrązowa. Momentami szerokość rzeki sięga kilometra. Wzdłuż brzegów, gdzieniegdzie widnieją jakieś szałasy, lepianki, najczęściej z przycumowanymi przy brzegu łodziami. Zatrzymujemy się na chwilę i podziwiamy małpy, które skutecznie kryją się w gąszczu drzew.

Dookoła sporo ptaków, nie są one jednak tak bajecznie kolorowe jak te z „Animal Planet”.

Ruszamy dalej. Odległość do wioski musi być spora bo płyniemy z dużą szybkością, wiatr prawie zrywa czapki z głów ale też przyjemnie chłodzi, upał bowiem jest nieziemski. Nagle zatrzymujemy się w rozwidleniu rzeki i José pyta na poważnie kto chce się ochłodzić kąpielą. Patrzymy skonsternowani po sobie, pływanie wspólnie z piraniami i aligatorami jakoś nie przemawia do nas. Przewodnik znów wybucha śmiechem i tłumaczy, że jakkolwiek w tym miejscu nie ma żadnego życia w rzece, to był to kolejny żart. Ruszamy dalej, po pierwszej półgodzinie widoki stają się monotonne, z jednej i drugiej strony ściana zieleni. Wioska robi wrażenie na mieszczuchach, to zespół domków na palach, połączonych wspólnym pomostem, z jedną salą główną pełniącą rolę jadalni, baru i miejsca spotkań. Pełno much podobnych do naszych gzów, jedna z nich ugryzła mnie później, wrażenie takie jakby ktoś wbił znienacka strzykawkę w ramię. Na razie rozglądam się podejrzliwie wokół i moja ostrożność zostaje nagrodzona: francuska para, która podróżuje na własną rękę i zrobiła sobie postój w naszej wiosce, woła mnie do siebie i z przejęciem pokazuje ogromną, czarną tarantulę, która siedzi spokojnie pod sufitem. Kiedy wskazuję pająka José, ten macha lekceważąco ręką i stwierdza, że „te nie gryzą”. Nieprzekonany, siadam na wszelki wypadek jak najdalej od gościa. Po szybkim obiedzie przygotowujemy się do wypadu w dżunglę. Obowiązkowo długie spodnie, koszula z długim rękawem, odstraszacz na insekty oraz czapka i okulary przeciwsłoneczne.

Spleciony gąszcz i ataki komarów

Od Indian dostajemy kalosze. Komicznie to wygląda ale gdy tylko zagłębiliśmy się w gęstwinę, przekonałem się, że bez gumowców nie ma czego szukać w dżungli. Zdradliwe mokradła przykryte liśćmi wciągają nogi do kolan i trudno jest się wyrwać, zwłaszcza, że wciąż trzeba patrzeć a to pod nogi, a to dookoła, żeby nie nadepnąć na coś albo nie zaplatać się we wszechobecne liany. Ale jeszcze wcześniej doświadczamy dotyku prawdziwej egzotyki. Przed dobiciem do brzegu podpływamy na kilka metrów do odpoczywającej anakondy. Ubarwiona na zgniłozielono niknie na tle zwalonych drzew, stapia się z nimi i gdyby nie bystry wzrok przewodnika z pewnością bym jej nie dostrzegł. Wąż ma na oko ze cztery metry długości, jest bardzo gruby i budzi grozę, nawet jak tak spoczywa nieruchomo, wyciągając niekiedy język. Prawdziwy potwór! Dżungla nie jest ładna. Istnieje porzekadło, że są tylko dwa dni, kiedy dżungla jest piękna: pierwszy – gdy się do niej wchodzi i ostatni — gdy się ją opuszcza, ale ja skłaniałbym się wyłącznie do jednego. I to tego ostatniego.

Spleciony gąszcz najróżniejszych roślin, nieustanne ataki komarów, much, wilgoć i duchota. Trzeba chodzić bardzo uważnie, natychmiast bowiem można zaplątać się w najprzeróżniejsze cienkie i grube liany, które wiszą w poprzek, wzdłuż, ciągną się między drzewami, na wysokości głowy, nóg, pasa, wszędzie… Dostrzegam w gąszczu zwykłego, dobrze znajomego fikusa, taki sam rośnie u mnie w domu, w doniczce, tyle, że ten, w naturalnym środowisku, mierzy sporo powyżej dziesięciu metrów wysokości. Pod wieczór płyniemy łowić piranie. Wystarczy zwykły patyk z bambusa, żyłka i kawałek mięsa na przynętę. Kolega obok mnie wyciąga dwie ryby, raz za razem. Wyglądają niepozornie: zwykłe, niewielkie rybki. Dopiero gdy José zmusza jedną do otwarcia pyszczka widać przerażające zęby, nieproporcjonalnie duże w porównaniu do całości. Podobno, przy nieumiejętnym trzymaniu potrafią złapać za palec i odgryźć go. Złowione sztuki wpuszczamy z powrotem do wody, zapada zmierzch, który błyskawicznie przekształca się w noc. Na niebie błyszczą gwiazdy, układ konstelacji jest inny niż w Polsce ale rozpoznaję Wielką Niedźwiedzicę. Wracamy do wioski po ciemku, czeka nas nocleg w drewnianych chatkach, oświetlonych jedynie prymitywnymi kagankami.

Całość robi mocne wrażenie, zwłaszcza, że zaczyna się nocne życie dżungli: jakieś szmery, piski, niespodziewany chlupot wody, najróżniejsze odgłosy. Sam nocleg przebiega męcząco: na wszelki wypadek podtykam szczelnie moskitierę pod materac naokoło łóżka, przez co miejsca do spania robi się metr na metr. Zapadam w niespokojny, przerywany sen, wciąż coś chrobocze, przesuwa się, ćwierka, piszczy…Nad ranem ruszamy dalej, do Narodowego Parku Canaima. To gigantyczny obszar, większy niż niektóre europejskie kraje, słynący przede wszystkim z najwyższego wodospadu na świecie: Angel Falls, który mierzy 979 m n.p.m. Do tego dochodzą zapierające dech w piersiach widoki, oraz poczucie absolutnej pierwotności i dzikości miejsca nie dotkniętego przez cywilizację. Interesującą ciekawostką dla niektórych z nas jest pobyt na plaży, przy jednym z wodospadów – Salto Sapo, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie były kręcone zdjęcia do filmu Franka Marshalla „Arachnofobia”. Atrakcją jest kąpiel w wodospadzie, na jego szczycie, skąd rozciąga się wspaniały widok na całą Lagunę Canaima.

Woda jest przeraźliwie zimna co w połączeniu z powalającym upałem daje niesamowity efekt. Później wyruszamy na przechadzkę bezpośrednio pod wodospadem co stanowi główny cel naszej wyprawy. Przejście tylko w strojach kąpielowych, bowiem masy wody spadającej w odległości nie większej niż pół metra ode mnie, powodują, że momentalnie jestem zmoczony od stóp do głów. Wrażenie niesamowite, dotyczy to również widoków na Park już po drugiej stronie wodospadu. Po południu wracamy do cywilizacji. Już po wylądowaniu, na drzwiach do hali lotniska dostrzegam monstrualnego konika polnego, spacerującego po szybie. To bez wątpienia szarańcza, aby złapać proporcje prawie przykładam głowę do owada i proszę znajomych o zrobienie zdjęcia. W hotelu, nad basenem, odwiedza nas też półtorametrowy legwan, który przyszedł widać popatrzeć jak odpoczywamy po trudach wyprawy do dżungli. Nic sobie nie robi z tłumu, głośnych rozmów i przechadza się spokojnie między leżakami, wyraźnie zaciekawiony zamieszaniem. Fotografuję go z bliska, nie ucieka, może też jest zmęczony upałem?
Jest szósta po południu, zapada zmierzch, jak to w tropikach…
 

Artur T. Korczyński (ps. Tomasz A. Morris) Rocznik 1963, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, handlowiec. Od lat wiernie zakochany jestem w kotach. Okres chorobliwej wręcz fascynacji Jimem Morrisonem już minął, ale miłość do „The Doors” została. Wychowałem się na AC/DC, Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple itp.; i tak mi zostało. Monthy Pyton i pochodne – rulez! Film wszechczasów (IMHO) to „Alien” R.Scotta. Żyłem szybko, barwnie, kolorowo, teraz cieszę się zwyczajną codziennością. Kliniczny Bliźniak. „Człowiek-encyklopedia”: na wszystkim się zna, na niczym dobrze (z małymi wyjątkami). Dotychczasowe publikacje: wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem w tygodniku „ITD”; opowiadania w „Młodym Techniku”; opowiadania w „Magazynie Fantastycznym”; opowiadanie w „Esensji”; opowiadanie w „SFFH”; wiersze w tygodniku „Angora”; felieton tamże (publikacja pod pseudonimem); książka F10.2 (publikacja pod pseudonimem). Na podstawie jednego z opowiadań student Łódzkiej „Filmówki” zrealizował miniaturę filmową.

MISS LAKUNE

Jakikolwiek komentarz wydaje się banalny i zbędny. Przed Wami MISS LAKUNE permamentnie zakochana w Manson, Bowie, Helnwein, Biork, Tarantino, Burton i wielu innych… Doceniana i uwielbiana w Europie i USA. Rozpieszczana uwielbieniem wielu fanów. Wielokrotnie na okładkach ezoterycznych czasopism i magazynów. Niestosowna i bezpruderyjna… per sanguinem ad astra.
[Foto: Miss Lakune źródło: portfolio]

MISS LAKUNE przedstawiać nie trzeba
MISS LAKUNE
MISS LAKUNE
MISS LAKUNE
MISS LAKUNE
MISS LAKUNE
MISS LAKUNE
MISS LAKUNE przedstawiać nie trzeba
previous arrow
next arrow

Moja twórczość to jak pokazywanie wielu stron tej samej osoby. Wszystkie moje prace to autoportrety. Nie mam ulubionego koloru. Niektóre moje prace są bardzo jasne, niektóre monochromatyczne z krwistymi detalami. Moje zdjęcia to manipulacje na photoshopie, ale wszystkie aranżacje, oraz makijaż i scenografie wykonuję sama. Inspiruje mnie wszystko — inni artyści, filmy, teksty piosenek i wiele innych rzeczy. Ciągle się uczę. Staram się przy każdym nowym projekcie, przyswoić sobie coś nowego. Jestem silna, emocjonalna i kobieca. — Miss Lakune.

Emoralni*