Artyści i prowokacje. Rozmowa z historyczką sztuki

MARTA MOTYL -- wywiad

W życiu najważniejsza jest wolność, miłość i sztuka, dlatego naszą kolejną znakomitą rozmówczynią jest Marta Motyl — pisarka i historyczka sztuki. Artyści i prowokacje. Normy i zakazy. Sens tworzenia. Cielesność i seksualność. Dlaczego artyści wywołują skandale? Dlaczego buntują się przeciwko władzy? Jak odnieść komercyjny sukces w sztuce? Zapraszamy do lektury.
[Na zdjęciach: Marta Motyl źródło: archiwum autorki]

Marta Motyl
Marta Motyl - wywiad
Marta Motyl -- wywiad
Marta Motyl -- wywiad
Marta Motyl -- wywiad
Marta Motyl -- wywiad
Marta Motyl
Marta Moty -- wywiad
Marta Motyl -- wywiad
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Który twórca w dziejach sztuki był Twoim zdaniem największym prowokatorem? Czy był nim poszukiwany za zabójstwo Caravaggio?

Myślę, że gdyby Caravaggio potraktował zabójstwo w kategorii dzieła sztuki, wtedy moglibyśmy o nim mówić w takim kontekście. A przecież popełnienie morderstwa przynależy do sfery jego życia, a nie do sfery jego sztuki. Owszem, Caravaggio przeprowadzał rewolucje w malarstwie, np. strącając świętych z piedestału, choćby poprzez malowanie im brudnych stóp, co było wtedy niedopuszczalne, czy stawiając w obrazach na silne kontrasty światłocieniowe. Tym zabiegiem dodawał dramatyzmu kompozycjom, co przejęli od niego inni malarze.

Wracając do Twojego pytania: na pierwszym miejscu pośród artystów-prowokatorów umieściłabym Marcela Duchampa, ponieważ on zachwiał samą definicją sztuki. Jednak miejmy na względzie również to, że działał w zupełnie innych warunkach niż Caravaggio. W czasach między nimi miało miejsce wiele przemian, zarówno artystycznych, jak i społecznych. Artyści już dawno nie tworzyli głównie dla kościelnego i arystokratycznego mecenatu, lecz zyskali nowe, szersze grono odbiorców — mieszczaństwo. Zdążyli się bardziej rozzuchwalić w rozmaitych izmach, np. impresjonizmie, postimpresjonizmie, fowizmie, ekspresjonizmie, kubizmie. Dlatego Duchamp korzystał z zupełnie innej schedy niż Caravaggio. Rzucił inny rodzaj wyzwania.

Odwrócony pisuar zatytułowany „Fontanna”, który sygnował — nazwiskiem producenta, nie swoim — z rozmysłem wysłał na wystawę, żeby w taki sposób uzyskać dla obiektu status dzieła sztuki. Potrafił obrócić na korzyść swojego planu nawet odrzucenie „Fontanny” z wystawy, ponieważ umożliwiło mu ono zdobycie większego rozgłosu dla przedmiotu. Ba! Skorzystał na tych zarzutach, żeby mocniej naświetlić słuszność swoich racji, i nadal nie pod swoim nazwiskiem.

MARTA MOTYL -- wywiad
Na zdjęciu: Marcel Duchamp „Fontanna” 1917. Źródło: materiały prasowe
Bulwersował „Fontanną” zarówno wtedy, czyli w 1917 r., jak i dziś, przynajmniej niektórych. Do tego działał z ironicznym humorem, właściwym dadaizmowi, w przestrzeni sztuki, którą zwykło się traktować z pełną powagą, porównywalną do religii. Można by powiedzieć, że Duchamp obalił, na swój sposób, patetyczny kult sztuki.

Postawił pod znakiem zapytania również tradycyjne funkcje sztuki, polegające na ubogacaniu odbiorców, czy to estetycznie, duchowo, czy finansowo, bo przecież i rynek sztuki musi się kręcić. Zaproponował sztukę biedną, wziętą z najniższych stopni codzienności, a tym samym bezinteresowną.
Okazało się, że jego sztuka, jeśli służy odbiorcom, to służy im prowokacją właśnie.

Czy we współczesnych czasach można jeszcze raz zachwiać definicją sztuki na taką skalę, jak w czasach Duchampa? Myślisz o czymś konkretnym, gdy stykasz się ze współczesnymi prowokacjami artystów? Jak to robi np. Ai Weiwei… Mam wrażenie, że obecnie największą prowokacją może być atak na reżim, na cenzurę, na prześladowania polityczne. Wszystko w naszych czasach jest polityczne, prawda? Europa już dawno utraciła swoją niewinność.

Według mnie do kolejnego poszerzenia definicji sztuki doprowadziły performanse. A propos Caravaggia i morderstwa, o którym mówiliśmy, przypomina mi się pewien performans Chrisa Burdena z lat 70. W ramach tej akcji asystent artysty miał strzelić w jego ramię z pistoletu. W założeniu miał go zaledwie zadrasnąć, jednak zadał mu o wiele poważniejszy postrzał. Kiedy artyści używają jako tworzywa sztuki własnych ciał, otrzymują jeszcze większe pole do przekraczania granic, w tym granic wrażliwości odbiorców. Dlatego też, z takimi współczesnymi prowokacjami artystycznymi, skojarzyła mi się sztuka performansu właśnie.

Jednak wychodzenie poza granice własnej wytrzymałości fizycznej i psychicznej, mające przynieść performerowi oczyszczenie, nie jest współczesnym odkryciem. Przypomnijmy sobie misteria dionizyjskie czy misteria średniowieczne, z których czerpie performans. Zresztą odnoszę wrażenie, że najbardziej obrazoburcze performanse miały już miejsce.

Jeżeli chodzi o Ai Weiwei’a, to jego kwestia ciekawie nam się łączy z Duchampem. W stulecie wystawienia „Fontanny” Ai Weiwei miał wziąć udział w wystawie pokazującej prace współczesnych artystów, inspirowane „Fontanną”. Pragnął zbudować instalację z klocków Lego, lecz producent nie zgodził się mu ich dostarczyć, ponieważ nie życzył sobie ich użycia w celu politycznym. W końcu Ai Weiwei zaprezentował na tej wystawie fotografię klocków Lego spłukiwanych w toalecie… Lepiej nie zadzierać z artystą!

ROA — street art
JOAN CORNELLA — grafika
PATRICIA PICCININI — rzeźba
TOMASZ A. MORRIS Izrael
C. GRETKUS Zakazana roślina. Konopie indyjskie
Szymon Brodziak -- fotografia
Formatowanie społeczeństwa. ZBIGNIEW SAJNÓG Cyfryzacja
PAWEŁ TROJNACKI -- proza
RON MUECK — rzeźba
Roa

STREET ART | ROA

JOAN CORNELLA

GRAFIKA | CORNELLA

PATRICIA PICCININI

RZEŹBA | PICCININI

Izrael

REPORTAŻ | TOMASZ A. MORRIS

Zakazana roślina

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

HISTORIA. FAKTY. MEDYCYNA

Szymon Brodziak

FOTOGRAFIA | BRODZIAK

ZBIGNIEW SAJNÓG Cyfryzacja

ARTYKUŁ | Z. SAJNÓG

FORMATOWANIE
SPOŁECZEŃSTWA

PAWEŁ TROJNACKI

PROZA | PAWEŁ TROJNACKI

Biegam wzrokiem po twarzach ludzi,
którzy przyszli na pogrzeb

Piotr Pasiewicz

PASIEWICZ | MALARSTWO

Nie ma nic stałego

RON MUECK

RZEŹBA | RON MUECK

Opętanie hiperrealizmem

previous arrow
next arrow

Wracając jeszcze do Twojego pytania. Owszem, prace, nazwijmy je, polityczne, rozgrzewają opinię publiczną do czerwoności. Z tym, że prowokacja w sztuce zwykle działa najmocniej w czasach, w których powstaje.

Sądzę, że dzieła polityczne starzeją się najszybciej ze wszystkich dzieł sztuki.

Weźmy pod uwagę chociażby prace polskich artystów z lat 80., właśnie również krytycznie odnoszące się do reżimu, cenzury i prześladowań politycznych. Kolejne roczniki widzów nie odbierają ich w równie silny sposób, jak świadkowie tamtych czasów. Dla nowych pokoleń to są już prace muzealne. Zaobserwowałam, że żeby dzieło trafiło do kanonu historii sztuki, w tym do kanonu dzieł prowokujących, musi wykraczać poza bycie tylko dokumentem swoich czasów.

Uważam, że prowokacja w sztuce powinna otwierać kolejne drzwi. Może teraz nie mamy pojęcia o ich istnieniu, może pojawi się nowe objawienie twórcze i wtedy zobaczymy, co kryje się za tymi drzwiami? Inaczej musielibyśmy smętnie stwierdzić, że wszystko już było…

A łączenie sztuki z polityką ogranicza twórczość w takim sensie, że izoluje artystę w więzieniu tematów, które zostają mu niejako narzucone przez kontekst. Dla mnie bunt oznacza również sięgnięcie do wewnętrznych, rozległych przestrzeni, które następuje wbrew wszystkiemu, co dzieje się na zewnątrz. Myślę, że to pomaga ocalić tę najgłębszą, najintymniejszą wolność.

Z drugiej strony, każda innowacja w sztuce może zostać odebrana jako akt wymierzony przeciw władzy, czyli jako prowokacja wymierzona w nią, jeżeli tylko władza jest nieprzychylna jakiemukolwiek nowatorstwu, które w jej mniemaniu zagraża bezpiecznej propagandzie.

Weiwei tak bardzo naraził się chińskim władzom, że go aresztowali na kilka miesięcy. Do krytykowania władzy trzeba większej odwagi, niż dorysowanie Matce Boskiej wąsów. Wydaje mi się, że w naszym kraju dość łatwo jest sprowokować publiczność, bo jesteśmy krajem katolickim, zbudowanym w zasadzie na pruderii, martyrologii i kłamstwach historycznych. W Polsce łatwo zwrócić na siebie uwagę mediów, gdy ma się odwagę osobistą i swoistą bezkompromisowość. Przykładem jest Katarzyna Kozyra.

Tutaj wchodzimy w taką kwestię, że odwaga artystów — zresztą nie-artystów również — objawia się nie tylko w sprzeciwie wobec władzy politycznej. Odważne jest także postawienie się władzy norm społecznych i kulturowych. Wydaje mi się jednak, że naciskanie na śmiałość w sztuce wiąże się ze… zniewalaniem twórców poprzez wskazywanie im, w jaki sposób mają działać. Pamiętajmy, że to artysta ponosi konsekwencje represji ze strony władzy, czy konsekwencje atakowania go w mediach, mające wpływ na jego zdrowie fizyczne i/lub psychiczne. Wcale nie musi się z tym mierzyć i może obdarowywać odbiorców innymi wartościami niż własny heroizm.

Co do Katarzyny Kozyry, zaznaczmy, że zasłynęła z odniesień do tego, co osobiste: cielesności, płciowości, starzenia się, choroby, śmierci. A tabu nad nimi wisi nie tylko w polskim społeczeństwie. Ponadto akurat Kozyra miała z mediami nie lada problem. Po wybuchu skandalu z „Piramidą zwierząt”, media bez zgody artystki upubliczniły, że leczy się onkologicznie, ingerując w jej prawo do intymności w przeżywaniu choroby. Odpowiedzią na to była jej instalacja „Olimpia”. W niej Kozyra specjalnie ekshibicjonistycznie pokazała swoją chorobę, m.in. pozując do fotografii wystylizowana na Manetowską „Olimpię”, jednak z ogoloną głową i prezentując nagranie wideo dokumentujące przyjmowanie przez nią kroplówki. Jak przekornie stwierdziła w jednym z wywiadów: „Chcecie mnie takiej, to macie, nawet gdyby okazało się to niesmaczne”.

Jak silne są nasze normy społeczne i kulturowe? Czy byli twórcy, którzy je łamali w sposób bezpardonowy? Jak wiadomo, istnieje coś takiego jak Kodeks prawa karnego i można aresztować każdego człowieka na ulicy za np. „obrazę obyczajów”. Ciekawe czy artyści zdają sobie sprawę z tego, że prawdziwa, absolutna wolność w realnym świecie jest nieosiągalna.

Myślę, że nie tyle same normy są silne, ponieważ działają dopiero w zetknięciu z danym człowiekiem, ile to, na jak podatną padną osobowość — jaka będzie siła ich działania zapobiegającego naginaniu czy łamaniu tychże zasad. Oczywiście byli tacy twórcy, o których pytasz, zupełnie nie zważający na normy. Często mieli na celu wprowadzenie do sztuki nowych tematów albo wymierzenie policzka hipokryzji, polegającej na opowiadaniu się za danymi normami tylko w teorii, bez stosowania ich w życiowej praktyce.

Tutaj chciałabym wrócić do „Olimpii”, ponieważ od razu przyszła mi na myśl, tyle że w oryginale. Manet pokazał, w 1865 r. w Salonie Paryskim, prostytutkę rozpostartą na łóżku w swoim buduarze, w pozie właściwej dotąd malowanym boginiom. Wyciągnął na światło dzienne temat, którego do tej pory nie zwykło się prezentować w malarstwie, a do tego ujawnił profesję modelek pozujących do postaci bogiń.

Marta Motyl -- wywiad
Na zdjęciu: Édouard Manet „Olimpa”, obraz po raz pierwszy zaprezentowany w 1865 roku na wystawie w Salonie paryskim. Źródło: materiały prasowe

Odwiedzający Salon, oburzeni takim zuchwalstwem artysty, nieraz atakowali obraz czym tylko mogli, np. parasolami. Ostatecznie przewieszono go z miejsca na klatce schodowej w bezpieczniejsze. A przecież wielu z tych oburzonych spędzało czas w towarzystwie prostytutek. Z tym, że publicznie wypadało im okazać wyłącznie postawę deprecjonującą, a tym samym sprzeciw wobec „Olimpii” i jej twórcy.

Manet zarzekał się, że nie zamierzał wywołać skandalu. Po prostu był malarzem życia nowoczesnego w Paryżu, a prostytucja była dość istotną jego składową. Właściwie każdy artysta, który pokazywał dotąd przemilczaną prawdę, w tym prawdę ciała, należy do grona tych, którzy łamali normy społeczne i kulturowe.

Weźmy jeszcze pod uwagę choćby twórców odważnych aktów, związanych z oficjalnie pruderyjnym, a przecież nieźle rozbujanym w zmysłowo-delirycznym walcu, Wiedniem przełomu wieków. Mam na myśli Gustava Klimta i Egona Schielego, którzy ujawniali damską seksualność, np. przedstawiając kobiety masturbujące się czy splecione w lesbijskim uścisku. Schiele, który malował odważne akty lolit, został oskarżony o uwiedzenie nieletniej, aresztowany, a na procesie pokazowo spalono jedną z jego prac. Oskarżenie koniec końców oddalono. Malarz nie poddał się i dalej tworzył w swoim stylu. Akty jego autorstwa zyskały sławę i prowokują do dziś. Albo właśnie, „Lolita” Nabokova, zahaczmy o pole literackie. Mimo że zakazywano rozpowszechniania tej powieści, była nielegalnie kolportowana, a tekst przetrwał każdą zawieruchę i ciągle jest wznawiany. Chociaż ci, którzy powierzchownie odczytują powieść Nabokova, najchętniej znowu by zakazali jej wydawania.

Rzeczywiście na ulicy niektóre rzeczy nie przejdą. Podam przykład z naszego podwórka, lata 80. XX w., Ewa Partum na wernisażu swojej wystawy „Samoidentyfikacja” — pokazującej fotografie jej nagiego ciała za pomocą fotomontażu umieszczonego pośród grup przechodniów na ulicach — pojawiła się zupełnie rozebrana. Wybiegła tak z galerii, żeby tym razem realnie wmieszać się w tłum. Musiała zdawać sobie sprawę z ryzyka. Po interwencji milicji jednak zawróciła.

Mimo zderzania się z murem zakazów, artyści często kontynuują działanie w kontrowersyjnym stylu. Na korzyść wielu twórców działa również czas. To, co zakazane dzisiaj, nie musi być zakazane jutro. Poza tym, jak już wspominałam, istnieje wolność wewnętrzna, której pole określa tylko artysta. Przecież myśli nikt nie zakaże, nikt nie zaaresztuje.

Tadeusz Kantor uważał, że wolność wcale nie jest zależna od władzy. To nie ona ją nadaje. Natomiast o wolność trzeba walczyć przede wszystkim z samym sobą, w swoim wnętrzu, w cierpieniu i w samotności. A wiedział, co mówi, ponieważ tworzył w czasach okupacji, a potem PRL-u i udawało mu się wtedy realizować awangardowe pomysły.

Nie odnosisz wrażenia, że konserwatywną publiczność najczęściej obraża prezentacja ludzkiej seksualności, nagości, intymności oraz „profanowanie” rzeczy „świętych”, czyli atak „lewackich sił” na religię, jak w przypadku spektaklu teatralnego „Klątwa” oprotestowanego w całej Polsce przez środowiska ultra-katolickie. Wydaje mi się, że łatwiej odbiorcę obrazić niż wzruszyć. Zastanawiałaś się kiedyś, czego naprawdę chcieli i chcą uznani artyści? Jaki jest główny powód tego, że istota ludzka pragnie stworzyć dzieło sztuki?

Ujmowanie cielesności i seksualności w kategorii grzechu na pewno wpływa na taki bieg spraw. Do tego dochodzi wzmacnianie podziałów, ciągłe nastawianie jednych przeciw drugim, w tym w mediach, również społecznościowych. Jeżeli dane dzieło godzi w cudzą wrażliwość, nie znaczy to, że trzeba odgórnie zakazać pozostałym jego poznawania. Przecież nikt nikomu nie każe go oglądać. Wygłaszam truizmy, ale wygląda na to, że nigdy dość ich powtarzania…

Dostrzegam tutaj szersze zjawisko polegające na tym, że niektórzy ludzie pragnęliby, żeby inni kierowali się takimi samymi wartościami jak oni, ponieważ w przeciwnym wypadku czują zagrożenie dla porządku, który sobie zbudowali. Nagle on staje pod znakiem zapytania, skoro okazuje się, że można inaczej.

Jednak z podobnymi, cenzorskimi zapędami spotykałam się po obu stronach ideologicznej barykady. Pewien portal, który należy do „postępowych”, nie dopuścił do tego, żeby przy wywiadzie ze mną, dotyczącym „Sztuki podglądania”, czyli mojego zbioru esejów o erotyce w sztuce, jako jedna z ilustracji pojawił się obraz „Pochodzenie świata” Gustave’a Courbeta, realistycznie ukazujący kobiece łono. I to pomimo tego, że sporo pytań odnosiło się akurat do dzieła Courbeta, a wywiad został obwarowany dostępnością tylko dla pełnoletnich (co również stanowiło rodzaj nadgorliwości).

„Postępowe” media społecznościowe to następni współcześni cenzorzy. Za opublikowanie linku do programu telewizji Arte o „Pochodzeniu świata” Facebook zablokował pewnemu francuskiemu nauczycielowi konto. Właściwie w przypadku prób cenzury ze strony kościelnej mamy spójność poglądów i działań, a w przypadku takich prób ze strony social mediów — grę w ruletkę i hipokryzję. Prawda o ciele, którą każdy albo prawie każdy zna albo pozna, jest w nich zakazana, a soft porno selfie celebrytek, mające sprzedawać różnego rodzaju towary, jest jak najbardziej dopuszczalne.

Z kolei czytelnikami „Sztuki podglądania” jest wiele osób „konserwatywnych” i chwaliły one książkę! Ba, dopingują mnie do dalszej twórczości. Używam cudzysłowów, dlatego że te szufladki „postępowy”, „konserwatywny”, okazały się nieprzystające do rzeczywistości. Kiedy lepiej poznamy danego człowieka, przestają do niego pasować, ponieważ jego osobowość jest zbyt złożona.

W kwestii wyjaśnienia głównego powodu tworzenia dzieła sztuki odeszłabym od uznanych artystów. Dlatego że oni bardzo często albo pochodzili z kraju, w którym łatwiej było zostać gwiazdą sztuki, np. ze względu na artystyczną tradycję, albo obracali się w odpowiednim środowisku i mieli szansę zawrzeć przydatne dla rozwoju kariery znajomości. Do tego kierowała nimi ogromna ambicja, nakazująca sięgać wyżej i wyżej, być lepszym, nowocześniejszym od innych twórców — weźmy pod uwagę choćby Picassa.

Natomiast artyści prowincjonalni, nazywani prymitywnymi czy naiwnymi, którym dotarcie do centrów, do uniwersytetów, do galerii, uniemożliwia choćby brak komunikacji publicznej, wydają mi się być bliżsi „czystej sztuce”, czyli bardziej bezinteresownej. Ich dzieła nie są znane szerokiej publiczności. Ryzykują, że nigdy nie będą, a jednak chcą je tworzyć! Do tego w swoim otoczeniu wcale nie są obiektem podziwu, wręcz przeciwnie — ono musi się z nimi oswoić.

Czytałam wywiady z jednym z takich artystów spoza centrum, Stanisławem Poskrobko. On żyje, żeby malować, bez tego ani rusz, taką ma silną potrzebę wyrażania siebie.

Maluje również po to, żeby utrwalać piękno i energię swojego otoczenia — podlaskiego pejzażu — rozchmurzyć odbiorców, pozostawić „iskrę życia własnego”, jak sam przyznał. Ten ostatni powód wydaje mi się ważny w przypadku twórców różnych dziedzin.

W związku z tym przypomniało mi się, jak jedna znajoma napisała mi, że tak bardzo boi się śmierci, że swoją pasję uczyniła ze sztuki, będącej dziedziną stanowiącą błagalny krzyk o życie i zapamiętanie. Może w jej myśli zawarte jest sedno tworzenia? Jednak, znowu, trudno mi jest generalizować.

Dlaczego Ty tworzysz? Dlaczego piszesz książki?

Początkowo zajmowałam się pisaniem powieści, w których główne role odgrywały psychika i erotyka. Zależało mi na przełamywaniu tabu, z jednej strony związanego z trudnymi stanami psychicznymi, m. in. zaburzeniami odżywiania, samookaleczaniem, toksycznymi związkami, a z drugiej strony z seksualnością, tak w związkach damsko-męskich, jak i w damsko-damskich. Pragnęłam rzucić światło na kwestie kryjące się w cieniu, w tym w cieniu rozumianym jako ciemna strona osobowości i seksualności, ponieważ w prozie podejmowałam także temat prostytucji.

Jednak później na dobre pokierowałam się, zresztą zgodnie z wykształceniem, ku pisaniu zbiorów esejów poświęconych sztuce. Tutaj upatrywałam szansy na podzielenie się z czytelnikami historiami związanymi ze znanymi dziełami i artystami, przybliżenie im poprzez nie sztuki jako takiej i/lub poszerzenie spojrzenia na nią. Zresztą sama je poszerzam poprzez zdobywanie kolejnych informacji czy zgłębianie głównych motywów w pracach plastycznych i zestawianie ich z dziełami literackimi i muzycznymi, wyrażającymi analogiczne wątki, lecz innymi środkami. Bardzo mnie to ciekawi.

Uważam, że dobrze jest, kiedy dana osoba dzieli się ze społecznością swoją wiedzą i umiejętnościami. Skoro posiadłam je w dziedzinie historii sztuki, czy, ogólniej, humanistyki, postanowiłam się nimi podzielić. A nuż obudzi to w kimś pasję, wzbudzi refleksję albo przyniesie chwilę oderwania od codzienności?

Staram się stosować język przyjazny każdemu odbiorcy, żeby wyjść ze sztuką również do „początkujących” i ośmielić ich do kontaktu z nią. A jeżeli jesteśmy przy kwestii języka, pisanie daje mi pole do gier i zabaw ze słowami, żartów, ale także do budowania własnego stylu, własnego rytmu.

Czy udało Ci się odkryć tajemnicę sukcesu dzieła sztuki u odbiorców? Dlaczego jedne dzieła sztuki stają się niezwykle sławne i stoją wysoko na aukcjach, a inne nie?

Miałam okazję wysłuchać wykładu prof. Marii Poprzęckiej, podczas którego wskazała, że ludziom najbardziej podobają się dzieła, na których oglądają naturę w sielskim wydaniu, budzącym w nich przyjemne wrażenia i skojarzenia. Niestety nie pamiętam, jakie dokładnie badanie wówczas przytaczała. Mówiła o tym w kontekście wystawy
„Jak to widzisz?” w Muzeum Pałac Herbsta w Łodzi, ponieważ w ramach wydarzeń organizowanych wokół niej odbywał się wykład. Dzieła, które wyeksponowano, owszem, pochodziły z kolekcji tego muzeum, lecz wskazali je sami widzowie poprzez głosowanie w specjalnym plebiscycie. A najwięcej ich głosów zdobył obraz „Żurawie” Józefa Chełmońskiego, przedstawiający stado ptaków w szuwarach ujętych na tle nieba podczas wschodu słońca. Dlatego też prof. Poprzęcka posiłkowała się taką tezą.

Na zdjęciu: „Żurawie” Józefa Chełmońskiego — jednego z najważniejszych przedstawicieli polskiego realizmu w malarstwie. Źródło: materiały prasowe

A więc landszafty górą? Jednak przecież rekordy popularności, w tym na aukcjach, biją również dzieła awangardy. Myślę, że często liczy się więc nie tyle dane dzieło sztuki, co legenda z nim związana, na przykład bazująca na skandalu, który ono wywołało. Taka legenda często podbija wartość dzieła tak symboliczną, jak materialną.

Przykładowo, afera z usunięciem „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z ekspozycji sztuki XX wieku w Muzeum Narodowym w Warszawie, w ogóle wpłynęła na podwyższenie cen dzieł artystki. Ba! Chętni sami zgłaszali się do portalu Artinfo.pl, gotowi zapłacić bardzo wysokie, jak na polskie standardy, kwoty za fotografie autorstwa Natalii LL.

Z innych kwestii, liczy się także nazwisko autora dzieła, a właściwie marka, którą się stało zarówno w wyniku zdolności artysty, jak i jego szczęścia, polegającego na urodzeniu się w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie i trafieniu wtedy na odpowiednich ludzi, jak już wspominałam. Istotne są również pewne trendy panujące na rynku sztuki.

Tak czy inaczej, popularność dzieła bazuje jednak na pewnym wpisaniu się w moment historyczny i oczekiwania odbiorców (pamiętajmy, że niektórzy z nich oczekują złamania reguł i innowacji).

Jak bardzo życie osobiste sławnych artystów odbiega od ich oficjalnego wizerunku serwowanego nam w szkole i w mediach?

Oficjalne przekazy przemilczają o wiele mniej kwestii związanych z życiem twórczym niż z życiem osobistym. Zapewne każdy człowiek ma swoje za uszami, jednak pamiętajmy, że w przypadku części gwiazd sztuki sprawa zasadza się na tym, że krzywdziły innych ludzi, korzystając ze swej dominacji nad nimi.

Dramatyczne wydarzenia związane są m.in. z Paulem Gauguinem i Pablem Picassem. Ci malarze gwałcili swoje modelki, a dzisiaj oglądamy ich ofiary na obrazach. Odbiorcy czasem nie wiedzą, a czasem wypierają, z kim i z czym mają do czynienia pod płaszczykiem tzw. wielkiej sztuki. Ta wielkość wiele przesłania… A przecież nie bez przyczyny w dziełach Picassa nie ujrzymy szczęśliwych kobiet. Unieszczęśliwianie ich wręcz napędzało jego twórczość. Możliwe, że deformacje kobiecych sylwetek i twarzy, których dokonywał, wynikały z tego, że posiadał zdeformowany obraz kobiet w umyśle. Uważał, że albo są boginiami, albo wycieraczkami, z tym, że potrafił i swoją dotychczasową boginię zamienić w wycieraczkę.

Jednak o ofiarach takich psychopatycznych artystów mówi się coraz częściej i coraz głośniej. Pytanie brzmi, czy niektórzy twórcy nosili skłonności sadystyczne od zawsze, czy właśnie ich powołanie i powodzenie sprawiło, że stwierdzili, że wszystko mogą i za to nie odpowiedzą. Do dzisiaj zresztą słynnych artystów uważa się za stojących ponad innymi, a w takim rozumieniu mogą pozwolić sobie na więcej nie tylko w sztuce, ale i w życiu. Więcej im się wybacza.

Nie opowiadam się za tym, żeby wykluczać dzieła twórców spod ciemnej gwiazdy z kanonu czy z wystaw, ale opowiadam się za tym, żeby nie pomijać trudnych kontekstów w ich życiorysach, co się zdarzało i nadal zdarza. Odbiorcy powinni wiedzieć tak o jasnych, jak i o ciemnych kartach biografii, żeby zyskać pełen obraz.

Kto jest twórcą spod ciemnej gwiazdy?

Miałam na myśli wymienionych powyżej artystów, a także, ogólniej rzecz biorąc, tych twórców, którzy zadawali niemałe cierpienie innym, w tym bazując na swojej przewadze społecznej nad nimi. Wątki związane ze złym traktowaniem kobiet przewijają się także w biografii Rembrandta, Gustava Klimta czy Egona Schielego. Dodam, że pod znakiem zapytania stoi rodzaj relacji Schielego z młodszą siostrą — możliwe, że była relacją kazirodczą.

Marta Motyl -- wywiad
Na zdjęciu: Stanisław Feliks Przybyszewski (ur. 7 maja 1868 w Łojewie, zm. 23 listopada 1927 w Jarontach) – polski pisarz, poeta, dramaturg, nowelista okresu Młodej Polski, skandalista, przedstawiciel cyganerii krakowskiej i nurtu polskiego dekadentyzmu. Źródło: materiały prasowe

Z polskiego podwórka, lecz literackiego, określeniu „twórcy spod ciemnej gwiazdy” idealnie odpowiada Stanisław Przybyszewski, z którym nieszczęśliwe historie przeżyło mnóstwo kobiet. Odchodząc od tematu prywatnych kontaktów z artystami, ale ciągle kierując się Twoim pytaniem, wspominaliśmy o morderstwie dokonanym przez Caravaggia — ono również świetnie komponuje się z byciem twórcą spod ciemnej gwiazdy.

Bycie artystą spod ciemnej gwiazdy to także zażywanie narkotyków. Jak dużą rolę odgrywały w powstaniu wybitnych dzieł sztuki środki odurzające i zmieniające percepcję?

Kiedy postawiłeś to pytanie pomyślałam, że bycie artystą spod ciemnej gwiazdy można by rozciągnąć także na zadawanie krzywdy samemu sobie, na autodestrukcję, a zatem także na wszelkiego rodzaju uzależnienia.

Jeżeli chodzi o narkotyki, sztandarowym przykładem ich wielbiciela jest Witkacy, który na tworzonych przez siebie dziełach zapisywał, co zażywał podczas pracy. A jeżeli chodzi o alkohol — Vincent van Gogh, Henri de Toulouse-Lautrec, Edgar Degas i inni malarze tworzący w drugiej połowie XIX w. uważali, że natchnienie przynosi im zielona wróżka, czyli absynt. Dwudziestowiecznym artystą, którego łatwo odnaleźć po haśle „alkoholizm” jest Jackson Pollock.

Jednak nie przeceniałabym roli środków odurzających w tworzeniu, choćby sami artyści mówili inaczej. Zdolności nie potrzebują takiego wspomagania, a popadnięcie w nałóg ogranicza kreatywność. Przysparza więcej problemów niż twórczych wzlotów. Iain Smith, psychiatra, uważa, że koncepcja o dawaniu przez narkotyki i alkohol wyjątkowego wglądu i potężnych doświadczeń artystom jest iluzją, ponieważ doświadczenia te przy próbie ich uchwycenia często zamieniają się w nonsens.

Skąd się wziął widoczny w popkulturze mit, że sławni czy znani artyści to dziwkarze, utracjusze, imprezowicze i ogólnie seksmaniacy, urządzający codziennie dzikie imprezy.

Mit ten pochodzi z romantyzmu. Z tym że już renesans wpłynął na zmianę w postrzeganiu roli artysty. Przestał on być wyłącznie umiejętnym rzemieślnikiem, a położono nacisk na jego zdolności intelektualne. Albrecht Dürer, Leonardo da Vinci, Michał Anioł, to humaniści, myśliciele, intelektualiści. Od epoki renesansu status artysty tylko rósł, aż właśnie w romantyzmie pojawił się mit artysty jako jednostki ogarniętej boskim bądź szatańskim szałem. Zatem jednostki kierowanej innymi mocami niż zwyczajni śmiertelnicy. Mit ten przejęła bohema i do dzisiaj artysta uważany jest za osobę, która może pozwolić sobie na więcej, bo… jest artystą. Z drugiej strony, twórcy przypisuje się zachowania stereotypowo kojarzone z (hiper)męskością, takie jak pójście za zewem pragnienia i przygody, ryzykowanie, życie na krawędzi, bycie niebezpiecznym.

Warto dodać, że publiczność przyzwyczaiła się do wizerunku znanego twórcy jako skandalisty, dlatego że o wiele lepiej sprzedają się wątki związane z hedonistycznym stylem życia czy innymi kontrowersjami, niż te związane z codzienną, nieraz mrówczą pracą, która tym samym pozostaje w cieniu. O niej nie słucha się, nie czyta równie interesująco.

Jacy są współcześni artyści? Jak byś ich określiła. Do wyczynów estradowo-słownych Jima Morrisona z lat 60/70. dużo im brakuje, prawda? Mam wrażenie, że współcześni artyści są niewolnikami swojej publiczności, bo to ta bezosobowa, wielomilionowa publiczność, a nie królowie i władcy, ma moc dawania i odbierania — sławy i pieniędzy.

Niechętnie uogólniam artystów i każdą inną społeczność, ponieważ wewnątrz tych grup znajdują się różni ludzie. Jednak, jeżeli już miałabym powiedzieć o artystach, jako grupie, cokolwiek, podkreśliłabym, że działają z pasją, z wiarą w sens tworzenia (wymagającą odnawiania, co jest niełatwe), a także z samozaparciem — takich akurat poznałam. Z drugiej strony i dawni artyści posiadali analogiczne cechy.

Natomiast sam talent niełatwo się broni i to zresztą w różnych grupach zawodowych. Często ręka rękę myje, to znaczy warto znać odpowiednich ludzi, którzy powiedzą o danej osobie innym odpowiednim ludziom. A kto nie ma ochoty uznawać tego typu hierarchii, zwykle może pożegnać się z karierą na większą skalę.

Powiedziałabym więc, że część twórców jest zależna nie tyle od szerokiej publiczności, co od liczących się kuratorów, krytyków, galerii.

Niemniej jednak zawsze istniała zależność artystów od otoczenia. Przez wieki walczyli o mecenat kościoła bądź arystokracji, żeby móc tworzyć. Wydaje się, że bardziej niezależna sztuka powstawała dopiero w XIX w. — wydaje się, ponieważ wówczas publiczność zdemokratyzowała się, stała się publicznością mieszczańską, o czym wspominałam. Owszem, twórca mógł głosić bunt przeciw burżuazji, ale za kilka czy kilkadziesiąt lat i tak właśnie burżuazja kupowała jego zbuntowane dzieła. Nawet artyści-skandaliści uzależnieni są od publiczności w taki sposób, że oczekuje ona od nich kolejnych skandali. Twórca niejednokrotnie staje się niewolnikiem swojego dzieła, swojego wizerunku, do którego przyzwyczaja odbiorców.

A jak historia sztuki oceni 2022 rok? Trudno mi wyrokować, ponieważ historia sztuki ocenia z dość dalekiej perspektywy. Zjawisko, na którym skupiamy się dzisiaj, może być za kilkadziesiąt lat uznane za nieistotne.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Martą Motyl rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
24.02.2022

Marta Motyl — pisarka i historyczka sztuki. Autorka zbiorów esejów „Sztuka podglądania” (2020) i „Sztuka prowokowania” (2021), artykułów poświęconych sztukom wizualnym oraz wstępów do katalogów wystaw. Stworzyła również powieści, w których rządzą eros i psyche: „KochAną” (2012), „Odcienie czerwieni” (2016), „Moc granatu” (2017) i „Kolekcjonerkę” (2019). Od czasu do czasu wycina i wykleja kolaże.
Linki do księgarni online: „Sztuka podglądania” | „Sztuka prowokowania”
Foto w sliderze: Maciej Zienkiewicz Photography i wydawnictwo Lira.

Niewyparzona pudernica. Wiejska blogerka

Wiejska blogerka. Niewyparzona pudernica

Nie ma idoli i zawsze jest sobą. Nie wyrzuca jedzenia i segreguje śmieci. Wystąpiła w kilku programach telewizyjnych. Rozpisywała się o niej prasa. Uwielbia mówić i pisać. Od kilku lat prowadzi popularnego bloga. Nie narzeka i lubi swoje życie. Wioletta Pyzik — bardziej znana jako Niewyparzona Pudernica, przez media nazywana często wiejską blogerką — u nas w rozmowie o karierze, szczęściu, edukacji seksualnej, imprezowaniu i żarciu — szczerze, bez cenzury i politycznej poprawności.
[Na zdjęciach: Wioletta Pyzik żródło: portfolio]

Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Niewyparzona Pudernica
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik z
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
Wioletta Pyzik
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Nie będę Cię pytał czy chcesz być znana, bo już jesteś [śmiech]. Widziałem Cię w Internetach i opadła mi lekko szczęka. Gdzie się nauczyłaś tak dobrze pisać?

Tak? Może trochę. Panie w Biedrze mnie rozpoznają. I może kilka innych osób, bo trochę się pałętałam po śniadaniówkach i innych różnych mediach.
Z tą szczęką, to trzeba do stomatologa się wybrać, albo do chirurga szczękowego. Chyba że masz sztuczną, to nie wiem do kogo z tym się idzie.
Kolorowa to ja się urodziłam. Pisać się nauczyłam w wieku jakichś pięciu lat. Moim pierwszym słowem była „hmura”. Przez samo „h”, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest jakieś inne „h”.
Od razu z pierwszym słowem założyłam pierwsze czasopismo. Nazywało się jakby inaczej, „hmura”. Miałam do dyspozycji kredki, zszywacz i kartki. A potem było już z górki. W pierwszej klasie zamiast pięciu zdań o swoim zwierzątku zapisałam cały szesnastokartkowy zeszyt w trzy linie.

Jestem samoukiem. Śmieję się, że urodziłam się z defektem mózgu i te metafory same tak ze mnie płyną.

Zawsze lubiłam pisać, bawić się słowem jak ksiądz siusiakiem. Nie wiem, czy piszę dobrze, nie mnie to oceniać, ale lubię to, co piszę i jak piszę. Mnie się podoba. Miło, że innym też.
Zawsze dużo mówiłam. Żeby nie zanudzać ludzi wokół, zaczęłam pisać w necie. Jak teraz czytam, to co pisałam siedem lat temu, to łapię się za głowę. Jestem jeszcze z pokolenia analogowego. Co prawda Amiga na chacie była, ale internet, to jednak nowy wynalazek. Ręcznie pisać umiałam, ale wiesz, że na początku pisaniny internetowej nie wiedziałam nawet, że stawia się spację po znaku interpunkcyjnym? Poważnie [śmiech]. Teraz też nie mogę w to uwierzyć, ale nikt mi tego nie uświadomił. W pewnym momencie ogarnęłam, że coś mi wizualnie nie pasuje.

Jak to jest wystąpić w telewizji? Siedzieć w studio i mówić mądre rzeczy. Pytam, bo nigdy nie byłem. Trzeba się chyba pilnować, żeby niczego nie palnąć. Na przykład hasła roku — 8 gwiazdkowego ***** *** albo ulubionego słowa suwerena na k.

Jak łaziłam po śniadaniówkach, osiem gwiazdek jeszcze nie było na topie. Teraz by mnie korciło. Zresztą byłam tylko kilka razy i nie uważam, żeby to było jakieś wybitne osiągnięcie. Nie zesrała mi się kura ani nie przebiłam nikomu ręki gwoździem. Idąc do telewizji, starałam się przekazać jak najwięcej rzeczy w krótkim czasie. Szłam tam trochę z misją, żeby przekazać mój punkt widzenia w danym temacie, Trochę też dla lansu, trochę dlatego, że uwielbiam kamery. Nigdy nie czułam stresu. Stresowałam się, zawsze się stresuję, jak mam rano wstać. Nienawidzę wstawać rano i zawsze boję się, że zaśpię. Jak to jest być w telewizji? Fajnie. Lubię to. Szczególnie w programie na żywo. Nie trzeba się przygotowywać, rozmyślać. Po prostu idziesz i odpowiadasz na pytania. Jesteś sobą.

Wioletta Pyzik (Niewyparzona pudernica) -- wywiad
Na zdjęciu: Wioletta Pyzik w programie telewizyjnym „Dzień dobry TVN” w październiku 2017 roku. Źródło: materiały pracowe

Śniadaniówka od środka to jak fabryka produkcyjna. Wpadasz, dają Ci kawę, herbatę. Potem na fotel. Makijaż, fryzjer. Podpinają Ci mikrofon. Czekasz na swoją kolej. Siadasz na kanapę. Wokół stado ludzi ciągle biega. Wloką za sobą kamery, jakieś kable. Ciągły młyn. Kilka ogromnych kamer, a Ty po prostu siadasz i udajesz, że nie widać tego rozgardiaszu i sobie gadasz. Byłam w obu stacjach. Teraz już do tvpis bym nie poszła, zresztą nikt by mnie nie zaprosił. Pewnie jestem na jakiejś czarnej liście. Zarówno w reżimówce, jak i u konkurencji studia są malutkie, chociaż na ekranie wydają się przestronne. Ludzie, których spotkałam w obu stacjach, byli dla mnie mili. Czułam się tam dobrze. Chętnie wrócę, ale nie do tvpis. A z drugiej strony, mogłabym pójść i coś odjebać, ale i tak mnie nie zaproszą, bo najpewniej mnie czytają.

Do tvpis i polityki jeszcze wrócimy. Widać, że jesteś zwierzęciem medialnym i nikogo nie udajesz — w przeciwieństwie do większości artystów w Polsce, którzy nie są w stanie powiedzieć wprost w wywiadach, że chcą się wybić. Zawsze lawirują, gdy pada pytanie, czy chcą być sławni i mówią, że np. „chcą przekazać ludziom coś ważnego”. Ja uważam, że fejm jest dobry, bo oznacza, że coś się podoba publiczności. Artysta wchodzi na scenę i albo jest oklaskiwany, albo wygwizdany. Nie ma innej możliwości, prawda? Oczywiście, można coś skrobać tylko dla rodziny i znajomych, ale wtedy to jest hobby, a nie tworzenie dzieł sztuki. Zgodzisz się z tym, że to zazdrośnicy rzucają takimi hasłami jak „parcie na szkło”, „komercja”, „celebryci”? Taka fałszywa, podwójna moralność — coś im nie wychodzi, więc mieszają to z błotem, ale po cichu o tym marzą. Ty jesteś wiejską blogerką [śmiech]. Na wsi chyba ciężko udźwignąć sławę influencerki?

Bo w Polsce nie można być szczęśliwym, bogatym, spełnionym. Nie można osiągać sukcesów. Nie można mówić, że jest super. Ma być źle. Masz narzekać, że boli Cię kręgosłup, że pensja chujowa, że kiedyś, to byli czasy, tera, to ni mo czasów. Jesteśmy narodem narzekaczy, męczenników i nieudasiów. Dzieciom wtłacza się do głowy, że nie są dość dobre, że Kasia dostała lepszą ocenę. Rodzice, zamiast chwalić ganią, narzekają. Kiedy powiesz, że jesteś szczęśliwym człowiekiem, kiedy uśmiechasz się, idąc chodnikiem, ludzie patrzą na Ciebie jak na wariata. Jak komuś się powodzi, dobrze zarabia, układa mu się w związku, życiu, jak jest pozytywnie, to zaraz jest gadanie, że pewnie ukradł, ma sponsora, wybił się na czyichś plecach, udało mu się. Niektórym pewnie się udaje, niektórzy może i mają łatwiejszy start, jednak większość ludzi na to, co ma, zapierdala latami. Inni widzą efekt finalny, dopisują swoją historię, umniejszają takiemu człowiekowi. Czasami z zazdrości, czasami z lenistwa, bo samemu nie chce im się robić nic, ale jak ktoś inny robi to, zamiast brać z niego przykład, wolą się gapić i gadać. Jak ktoś coś osiągnie, często nie potrafi o tym mówić, bo boi się oceniania, więc woli powiedzieć, że „no może i zarobiłem na mercedesa, ale wątroba mnie boli, pogoda kiepska i z reguły nic mi nie wychodzi”.

Taka mentalność, takie rzeczy wynosimy z domu. Mama od małego powtarzała mi, że jestem ładna, mądra i zdolna. No, przecież rodzona matka by mnie nie okłamała! Mam solidne fundamenty, mam silny charakter. Nie muszę udawać. Nie muszę przepraszać. Jestem ładna i chuj. Mądra też. Zdolna i owszem. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Nic mnie nie boli. Czy chcę być sławna? A dlaczego nie? A co w tym złego? Czy chcę być bogata? Urodziłam się milionerem! Kasę ogarniam, jestem na dobrej drodze. Czy jestem szczęśliwa? Niesamowicie! Chodzę i się uśmiecham. Ludzie patrzą jak na pomyleńca i wiesz co? I mam to w dupie. Nikt za mnie życia nie przeżyje. Owszem, też chcę przekazać coś ważnego. Uważam, że skoro mam zasięgi, to oprócz heheszek fajnie jest przekazać też swój punkt widzenia na ważne tematy, komuś pomóc bezinteresownie, bo dzisiaj ja pomogę komuś, kiedyś ktoś pomoże mi. Nie liczę na to, robiąc coś dobrego, ale karma wraca.

Staram się być dobrym człowiekiem. Nie uznaję żadnych podziałów, oprócz jednego — albo ktoś jest chujem, albo dobrym człowiekiem. I tyle i koniec. Nie czuję się ani lepsza, ani gorsza od kogokolwiek. Jestem sobą. A dlaczego w tym wszystkim nie chcieć dobrze żyć? Ja chcę dobrze żyć! „Pieniądze, to nie wszystko, ale wszystko bez pieniędzy, to hój”, cytując klasyka. Co złego jest w fejmie? Nic. Oczywiście, niektóre znane osoby robią zły PR fejmowi, są zakłamane, zdobywają popularność byle jak, byle zdobyć. Ludzie lubią ładne obrazki. Ludzie lubią historie z Pudelka, cycki na Insta. Tak fejm można zdobyć najłatwiej. Pytanie, na jakim fejmie nam zależy. Mnie zależy, żeby ktoś powiedział, że dobrze piszę, a nie klikał, bo wrzuciłam sweet focie.

Wioletta Pyzik (Niewyparzona pudernica) -- wywiad
„Blogująca-praktykująca. Widzę, słyszę, piszę. Uroda i lifestyle niewyparzonym językiem. Wchodzisz na własną odpowiedzialność!” — głosi opis fan page’u Wioletty Pyzik, którą obserwuje ponad 26 tys fanów na Facebooku. Źródło: materiały prasowe

Jakbym chciała pisać tylko dla siebie, to pisałabym do szuflady. Lubię mieć odzew. Lubię dyskutować z ludźmi. Lajki, to tylko lajki, liczby mam w dupie. Ale za każdym lajkiem stoi człowiek i ja tych ludzi szanuję. Nie są dla mnie głupim lajkiem. Cieszy mnie, że ludzie chcą czytać, to co napiszę, że komentują, opowiadają swoje historie. Nie piszę dla lajków, piszę dla ludzi. I dla siebie, bo ja kocham pisać. Jeśli mam mieć z tego fejm i kasę, to dlaczego nie? Kto nie chciałby zarabiać na tym co lubi?

Z tą wiejską blogerką, to są jaja. Kiedyś gdzieś tak napisałam, że jestem wiejską celebrytką, wiejską blogerką, przy okazji jakiegoś wpisu. Potem podchwyciły to Wysokie Obcasy, mój artykuł poleciał u nich, potem wywiad, potem podłapał to TVN i tak ta wieś się za mną ciągnie. Lubię wieś, bo na wsi się wychowałam, od 8 lat mieszkam w Krasnymstawie, małym, powiatowym miasteczku. Chyba od 8, bo nie liczę. Dlaczego bycie influencerką, w mieście mniejszym niż Warszawa, miałoby być ciężkie? Bo ludzie gadają? To niech gadają! Bo barwne postacie są na językach? To dobrze! Najgorsza jest obojętność, jak ktoś mnie lubi albo nienawidzi, to zajebiście. To oznacza, że wywołuję emocje. Zawsze lubiłam się wyróżniać — kolczyki, tatuaże, kolorowe ciuchy. Nikomu krzywdy nie robię, a ja lubię tak żyć. Moje życie jest po prostu fajne, bo żyję po swojemu.

Skąd u Ciebie tak dojrzałe obserwacje i przemyślenia? Do tego, co mówisz, niektórzy ludzie dochodzą latami, a Ty jesteś młodą kobietą i pewnie cały czas imprezujesz. Skoro w Polsce nie można być szczęśliwym i bogatym, to co robić? Wyjechać na Seszele?

Nie wiem skąd u mnie takie przemyślenia, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Nie wiem, czy to dojrzałe rozkminki, czy nie, są po prostu moje. Taka młoda dupa to nie jestem, kilka dni temu zostałam Jezuskiem — 33 pykło jak jeden dzień. Czaisz „Czterdziestolatka”? Jego żonka w filmie miała 32 lata. Ciężko uwierzyć. Ostatni raz w klubie byłam 5 lat temu. Wypiłam jednego drinka, popatrzyłam na tych najebanych ludzi i poszłam zamówić sobie wodę. Do rana obserwowałam pijanych i naćpanych klubowiczów i odechciało mi się chodzić w takie miejsca. Co chwilę jakiś typ podbijał do mnie z ubogim podrywem, jakieś przypierdolki. Zamiast potańczyć i się pośmiać ciągle ktoś się przyczepiał. Na dodatek goście byli tak rozgarnięci, że jednemu wcisnęłam kit, że piję wodę, bo na drugi dzień będę pilotować samolot. Uwierzył (facepalm). Wolę posiedzieć na kanapie z przyjaciółmi, dobrze zjeść, wypić lampkę, tudzież pięć wina, albo dobrego krafta. A nie, przepraszam, skłamałam. W zeszłym roku byłam z ziomeczkami w gejowskim klubie. Jeśli do klubu, to tylko do takiego. Nikt nie zagląda Ci w cycki, nikt nie jest nachalny. Możesz być sobą i czujesz się bezpiecznie.

WIOLETTA PYZIK (Niewyparzona Pudernica) — wywiad
Na zdjęciu: Roztocze — kraina geograficzna łącząca Wyżynę Lubelską z Podolem, wyraźnie wypiętrzony wał wzniesień, szerokości 12–32 km i długości około 180 km, przebiegający z północnego zachodu, od Kraśnika, na południowy wschód do Lwowa. Roztocze oddziela Wyżynę Lubelską i Wyżynę Wołyńską od Kotliny Sandomierskiej i Kotliny Naddniestrzańskiej. Źródło: Wikipedia

W Polsce można być szczęśliwym i bogatym! Ja nie narzekam! Na szczęście nie narzekam, nad bogactwem pracuję, ale trzeba mieć grubą skórę, twardą dupę i wyjebane na ludzkie gadanie. Na Seszele też można. Czemu nie? Chociaż wolałabym gdzie indziej. Kocham Grecję! Kanary są świetne. Chce mi się też na Dominikanę, do Czarnobyla, na chwilkę do Azji. Uwielbiam podróże, zwiedzanie, pyszne żarcie, poznawanie ludzi i innych kultur. Docelowo taki dom w Grecji byłby spoko opcją, ale drugi chcę mieć na moim ukochanym Roztoczu. Tak, tu gdzie Kora miała ranczo. Mój Krasnystaw jest nazywany Wrotami Roztocza, chętnie strzeliłabym sobie domek w Guciowie, to akurat przez las do Kory. Strasznie żałuję, że już nigdy nie zdołam jej poznać osobiście… Pamiętam jak umarła. Siedziałam sobie na Peloponez, było zaćmienie księżyca, a od strony Cyklad grały cykady. Czyż nie wymownie?

Ty masz 33 lata? Chyba żartujesz. Wyglądasz na 25. Rozwalił mnie Twój ostatni post na fb na temat gry firmowanej przez Ministerstwo Edukacji i Nauki „Godność, wolność, niepodległość”, związanej z tematyką dziedzictwa kulturowgo Jan Pawla II. Cytuję: wiadomo, że jak wybierasz papieża, to masz najłatwiejsze misje, dziwki, koks i tajski boks. Generalnie zero funu. Leżysz w Watykanie, raz w tygodniu wygłaszasz monolog do zgromadzonych”. Co Ty robiłaś na lekcjach religii, że ośmielasz się drwić z naszego świętego Kościoła katolickiego, który jest Domem Boga.

Nie żartuję. Przecież mówiłam już, że jestem ładna, mądra, zdolna i do tego bez botoksu [śmiech].
Nie wiem, co robiłam na religii. W sumie to religia podwyższała średnią na świadectwie i był czas na pisanie ściąg na chemię. Nigdy nie chodziłam do kościoła, poza białym tygodniem po komunii, bo wszystkie dzieci chodziły. Potem zrobiło mi się słabo w kościele i więcej nie poszłam. Chodzę tylko na pogrzeby, wesela i inne takie imprezy, ale to z szacunku dla bohaterów wydarzenia. Nie muszę drwić z Wielkiego Kościoła, oni sami z siebie robią komedię, ja to tylko relacjonuję.

Wróćmy na chwilę do polityki. Popierasz gniew postępowego ludu skierowany od jakiegoś czasu przeciwko ekipie rządzącej spod znaku PiS?

Chyba każdy myślący człowiek popiera. Ludzie nie są głupi. No, przynajmniej część nie jest. I właśnie ta część, która widzi coś więcej niż daniny z dupy, widzi, że w państwie źle się dzieje.
Wiesz, ja nie jestem ani politologiem, ani socjologiem, ani żadnym logiem, ale tu nie trzeba być specjalistą, żeby postawić diagnozę – ten kraj jest chory. Ludzie się buntują, bo co mogą zrobić zrobić?
No wiem, wiem, mogą iść na wybory. Ja chodzę na wszystkie, chociaż nie do końca wierzę, że są uczciwe, ale chodzę.

Co myślisz o walce kobiet o swoje prawa? Często czytam o tym, że Polska to kraj od wieków patriarchalny. Kobiety gorzej zarabiają i nie zajmują wysokich stanowisk. Kościół i prawica tylko ten patriarchat pogłębia. Co chwila wybuchają jakieś afery z mobbingiem i molestowaniem. Kilka naszych topowych felietonistek nie potrafi napisać nawet jednego zdania bez wstawek o dziadersach, o tym, że Polska to ciemnogród, gdzie kobieta ma siedzieć w kuchni, rodzić dzieci i być posłuszna mężowi. Masz w sobie coś z aktywistki czy Cię to nie interesuje?

Mam aż za dużo z aktywistki. Jak coś robię, piszę, protestuję, to na maksa. A potem się zastanawiam czy jak wyjdę na miasto, to mi ktoś kulasów nie poprzetrąca [śmiech].
Ale myślę, że nie będzie tak źle. Czasami sobie myślę, że po co ja się pcham w jakieś aferki, protesty, nic z tego nie mam. Najwyżej się naczytam, jaka ze mnie suka, idiotka i pół dnia banuję trolli, ale potem ktoś mi napisze, że dziękuje, że się angażuję, że komuś pomogłam, że komuś dodałam otuchy i jestem szczęśliwa. Jeden powie, że marnuję czas, że jestem nikim, małą internetową pchłą, nikt mnie nie zna. A drugi przyjdzie i mi powie: dziękuję. I ja dla tego lepszego jutra i dla tego „dziękuję”, angażuję się w różne sprawy. Czuję, że muszę, że chcę, że mój głos, to mała cegiełka, a dużo cegiełek może stworzyć dużą podwalinę pod jutro. Brzmi to strasznie górnolotnie, ale tak jest. Przecież zamiast kłapania mordą, mogłabym siedzieć cicho, reklamować byle gówno i trzepać hajs. Tylko że ja nie umiem stać i tylko się przyglądać. Kasa jest super, te wszystkie współprace, ale cholera… ja chcę czegoś więcej. Zamiast kilku stów chcę słyszeć, że dobrze piszę. Może kiedyś spieniężę to pisanie.

Rozumiem, ale nie odpowiedziałaś na pytanie, czy tu jest ciemnogród i czy po ulicach chodzą sami dziadersi. Kobiety w Posce mają o co walczyć?

Chciałabym powiedzieć, że nie, bo jakiś sentyment mi w genach płynie, patriotyzm, czy coś. Ale prawda jest taka, że żyję w bańce, otaczam się normalnymi, myślącymi i dobrymi ludźmi. Czarne owce szybko wykluczam. Kiedy wychylę nosa, widzę, że dziadersów nie brak, a ciemnogrodu też jeszcze dużo do wyplewienia z chwastów. Nie można powiedzieć, że mamy całkowity ciemnogród i samych dziadersów, ale jeszcze jest sporo do naprawy w tej kwestii.

WIOLETTA PYZIK (Niewyparzona Pudernica) — wywiad
Miejsce pochodzenia nie ma znaczenia — mówi Wioletta Pyzik, do której przylgnął nick „Wiejska blogerka”. Źródło: materiały prasowe

Czy kobiety mają o co walczyć? Wszyscy mamy o co walczyć. Chyba każdy chciałby żyć normalnie? Normalnie, czyli po prostu spokojnie. Bez stresu, że uczciwie pracując, wystarczy na rachunki, jedzenie, czasem na kino. Bez nerwów, że zabraknie na dentystę, a zagrożona ciąża będzie wyrokiem .
Z dostępem do lekarza, bez strachu o przyszłość. Chciałabym móc założyć rodzinę, chciałabym, żeby moi przyjaciele LGBT nie bali się trzymać za rękę. Kurwa! To nie są chyba jakieś wielkie marzenia? Mamy 2021 rok! To powinno być normalne. Chcę normalności. Po prostu!

Kończąc ten wątek — nie myślałaś o karierze polityczki? Nie pociąga Cię zmienianie rzeczywistości w Sejmie? Mogłabyś zrobić karierę polityczną jak Jachira albo Kukiz.

W bagno się nie pcham. Kiedyś miałam propozycję startu w wyborach na radną powiatu, ale nie wyobrażam sobie chodzenia w chujowej garsonce i przecinania wstęg z proboszczem.
Nope. Ja się nie mam zamiaru do nikogo i niczego dostosowywać, to nie ja. Ja jestem szczera, a może i wyszczekana, takie rzeczy w polityce to samobój. Polityka to łgarstwo, podporządkowanie, uległość, kompromisy, przymykanie oczu na pewne sprawy i włażenie w dupę. Nie wyobrażam sobie, żebym miała się do czegokolwiek i komukolwiek podporządkować. Nie. Nigdy. Nie chcę I nie potrafię.

Która postać z życia publicznego Ci imponuje i dlaczego. Kogo szanujesz? Wspominałaś o Korze. Ona była Twoją największą idolką?

Opowiem Ci taką historię. Byłam chyba w piątej klasie, kiedy nauczycielka — swoją drogą katofanatyczka — kazała wyjąć karteczki i napisać kto i dlaczego jest naszym idolem, kto jest naszym wzorem cnót wszelakich i dlaczego chcielibyśmy być tą osobą.
Wiesz, co napisałam? Że lubię być sobą, zawsze chcę być sobą i nie chcę być nikim innym, nie chcę nikogo naśladować. Dzieci napisały, że ich ideałem jest ich ojciec, kuzyn, jakiś aktor. Jedna dziewczynka napisała, że papież i jako jedyna dostała piątkę. Mnie nauczycielka kazała przyjść z Mamą, bo coś ze mną nie tak, takie indywiduum to dziwactwo. No i przyszłam z Mamą. Mama wyśmiała nauczycielkę. Nauczycielka przez kolejny rok mi dokuczała, a potem dokuczała mojemu bratu. I tak było warto.
Ale do meritum — nie mam konkretnych idoli. Wiadomo, do niektórych ludzi mam większy sentyment, lubię, w jakiś sposób zgadzam się z ich postawą, wypowiedziami, stylem życia, ale nie potrafię powiedzieć, że ten i ten jest moim idolem. Nie potrafię wskazać konkretnej osoby. Lubię natomiast ludzi mądrych, odważnych, nietuzinkowych. Do Kory mam sentyment. Mama słuchała winyli Kory, Lombardu, Lady Panku, Perfectu i innych popularnych wtedy zespołów. Wychowałam się na tych winylach, a potem na taśmach magnetofonu szpulowego. Kiedy dorosłam, trochę zagłębiłam się w to, co Ci ludzie mają do powiedzenia poza sceną. Kora była niezaprzeczalnie ikoną. Mądrze i bez zadęcia wypowiada się Skiba. Maria Czubaszek była taką równą, bezkompromisową i wyluzowaną osobą. Szanuję dużo osób, ciężko mi teraz wymienić konkretne. W ogóle nie lubię takich wyliczanek, bo mi głupio, że o kimś zapomnę.

Kto jest autorytetem dla młodego pokolenia? Dla Twoich followersów. Pytam, bo od czasu wynalezienia Internetu i social mediów, świat stanął na głowie. Teraz wszystko jest możliwe i każdy może próbować robić karierę.

Nie wiem, jak jest z młodym pokoleniem, bo dla takich piętnastolatków, to ja już nad grobem stoję [śmiech]. Nie ogarniam, co teraz jest w trendzie.
Jeśli chodzi o moich Lubiczy, to nie podejrzewam ich, że lubują się w silikonowych awatarach z Instagrama, bo mam bardzo mądrych i fajnych obserwatorów.
Obstawiam, więc, że mają dobre wzorce i autorytety. U mnie nie ma głupich ludzi, tacy nie ogarnęliby tego, o czym piszę. Za dużo u mnie metafor, sarkazmu, mieszania faktów z moim floł i bajania. Żeby rozumieć o czym piszę, trzeba mieć większą rozkminkę. Część tekstów jest dosłownych, ale czasami odlatuję I trzeba się skupić, żeby wyłapać “co autor miał na myśli”.

Jesteś proekologiczna? Żeby wyprodukować jedną parę butów, potrzeba ponad 2 tys. litrów wody, której niedługo zacznie brakować, jeśli nie dokonamy rewolucyjnych zmian w naszym życiu. Problemów ze środowiskiem naturalnym jest tak dużo, że nie wiadomo, od czego zacząć. Marnotrawstwo żywności, zaśmiecone oceany, wszędobylski plastik, wycinanie lasów, wymieranie gatunków, mordowanie zwierząt przez tych psychopatów — myśliwych. Zastanawiasz się nad tym, jaki los czeka planetę, na której żyjemy i co się stanie z ludźmi za kilkanaście, kilkadziesiąt lat?

Nie lubię się określać. Nawet nie potrafię. Od zawsze dbałam o rzeczy. W słoikach po miodzie trzymam zioła z własnego ogródka. W opakowaniach po mandarynkach z takich drewienek trzymam warzywa. Segreguję śmieci. Lubię chodzić do second handów. Ubrania, w których nie chodzę, a są w świetnym stanie, oddaję do domów dziecka. Nie wyrzucam jedzenia, staram się ze wszystkiego coś wyczarować. Nie kupuję niczego nadmiernie i kompulsywnie. Nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że tak mam i już. Wiesz, była kiedyś taka akcja, żeby nie kupować plastikowych słomek, a ja nigdy żadnych słomek nie kupiłam, bo nie widzę sensu ich używania. I strasznie chciało mi się śmiać z tej wojny na plastikowe słomki.

Wioletta Pyzik (Niewyparzona Pudernica) -- wywiad
Na swoim blogu Niewyparzona Pudernica publikuje wiele memów. Źródło: Fan page

Laski na instagramie wojowały tymi słomkami, pieprzyły o ekologii, a jednocześnie co dwa dni pokazywały nowe kosmetyki w plastikowych opakowaniach. Kupowały i dostawały to na tony. A ja? Owszem, czasem mam zachciankę, kupię zbędną parę butów. Zdarza mi się, ale patrząc na świat wokół, to raczej nie przeginam. Najśmieszniejsze, że ja nie zdawałam sobie długo sprawy, że to jak żyje, jest mocno eko. Ja to po prostu wyniosłam z domu. Dla mnie to jest normalne, a nie jakieś górnolotne słowa. Nie latam do Pepco, bo jakieś pierdoły są na promce. Ja śmieci nie potrzebuję. Mam zajebistą szafę, a w niej zamiast plastikowych organizerów, skarpetki posegregowane w kartonowych pudełkach po czymś tam.

Edukacja seksualna w Polsce. Pamiętam taki obrazek z telewizji: młoda, ładna dziewczyna z mężem i dzieckiem mówi do kamery, że „jest przeciwko edukacji seksualnej w szkołach, ponieważ to powinna być prywatna sprawa rodziców”. Pamiętam też taki cytat z internetowego forum, z ust mężczyzny w średnim wieku: „jak zrobią tą edukację [seksualna], to córka będzie mi się puszczać z byle kim i przyjdzie do domu z brzuchem”. Jak wygląda twoim zdaniem sprawa edukacji seksualnej w naszym kraju i dlaczego władza oraz Kościół katolicki jest przeciwny wprowadzeniu jej do szkół.

O, stary. Temat rzeka. Nie mam tyle wkładu w długopisie, żeby to opisać. Edukacja seksualna jest niezbędna, a w Polsce nie ma jej niemal wcale. Bardzo często poruszam ten temat. Dlaczego KK jest przeciwny? Bo kler jest pojebany. A dlaczego władza jest przeciwna? Bo boją się kleru.
Osobiście znam laskę, która zakopała dziecko za stodołą, znam taką, która przysypała noworodka gnojem. Takich historii jest mnóstwo! A o ilu nie wiemy! To wszystko się wiąże ze sobą. Naprawdę nie mam już siły maglować tego tematu, bo wyć się chce. Edukacja seksualna w Polsce jest niezbędna. Trzeba zacząć od podstaw i edukować. Edukacja to podstawa. Tylko głupi będzie przeciwny.

Co sądzisz o dziewczynach, które pracują w branży erotycznej? Nie chodzi mi o aktorki porno, bo to jest dla ludzi hardcore, ale o tancerki w nocnych klubach czy striptizerki. Dlaczego jedne kobiety nie mają z tym problemu, a inne wolą pracować w korpo albo na kasie w Lidlu. To kwestia braku moralnych zahamowań?

Póki nikomu przez to nie dzieje się krzywda, to nie mam nic przeciwko. To nie moja sprawa. Jeden pracuje w Lidlu, drugi na kopalni, trzeci w korpo. Podobno żadna praca nie hańbi, a wstyd to kraść i z cudzej baby spaść, czy jakoś tak. Bardziej niemoralne jest wciskanie drogich garnków i pościeli z wielbłąda starszym ludziom? Wszystko jest dla ludzi, byle nikomu nie szkodzić. Tancerka w klubie nie szkodzi, pani na kasie nie szkodzi, za to oszuści, którzy wciskają garnki za 7 tysięcy starszej babuleńce z małą rentą, to bezczelni złodzieje bez serca I to jest niemoralne, a nie dziewczyna, która sobie tańczy.

Pamiętasz ten słynny magazyn, który już upadł — „Playboy” i jego roznegliżowane sesje fotograficzne? Swojego czasu wszystkie liczące się aktorki chciały tam zaistnieć. Zgodziłabyś się na sesję fotograficzną w Playboyu? Czy kobieta ukazująca swoje nagie, piękne ciało jest niemoralna?

Pamiętam. Nie. Na ten moment nie, ale tylko krowa poglądów nie zmienia, więc nie będę się zapierać, może za 30 lat Playboy powróci, to będę chętna? Wolałabym jednak publikacje w miejscach, gdzie mogłabym się wyżyć literacko. Dupę każdy ma, nie ma się czym ekscytować, szczególnie że teraz i tak wszystkie zdjęcia są grubo obrabiane. Nie mam na myśli konkretnych tytułów, tak tylko gdybam. Wiesz, ja serio lubię pisać. Marzy mi się książka, tylko nie mam kiedy jej pisać. Na co dzień pracuję w copy, ogarniam też kryptowaluty, tokenizację, inwestycje, generalnie niebabskie zajęcia i dużo trudnych słów [śmiech]. Mam też na głowie dom, koty, pranie, sprzątanie, gotowanie, jak wszyscy. No i moje social media, blogowe przyjemności, które też zabierają czas. Ja to wszystko uwielbiam, ale doba ma tylko 24 godziny, a przecież mam jeszcze przyjaciół i rodzinę. Czasami chcę pozamulać na Netflixie, a jak jest ciepło, to gdzieś wyjść, pojechać i wyczilować. Żeby pisać książkę, musiałabym rzucić copy. I właściwie rozważam to, ale kasa z nieba mi nie spadnie. (Nie liczę tego, co mam z kryptowalut, bo jestem raczej hodlerem). Koło się zamyka. Albo mam na żarcie, albo piszę książkę [śmiech].
 

Wioletta Pyzik (Niewyparzona Pudernica) -- wywiad
„Lubię balansować na granicy kiczu – może czasami nawet jestem nad przepaścią” — powiedziała Niewyparzona pudernica Wysokim Obcasom. Źródło: materiały prasowe

A kobieta, która ukazuje swoje ciało i sprawia jej to przyjemność, nikt jej nie zmusza, nie przeszkadza jej to, niech to ciało ukazuje tam gdzie jest na to miejsce. W sensie — na Insta cycki są zakazane i git, taki regulamin, chociaż chyba laski mają to gdzieś. W Playboyu proszę bardzo, po to jest, a właściwie był.

Co to za książka? O czym? A tak przy okazji — chciałabyś otrzymać propozycję pracy jako dziennikarka?

To będzie żółta książka, bo lubię żółty. Jak napiszę, to Ci powiem. Na razie nie ma o czym dyskutować.
Zależy jaka dziennikarka i gdzie miałabym pracować. Jak dobrze płacą, to why not. Jak kiepsko, to wolę patrzeć jak Bitcoin rośnie. I tak w różnych miejscach trafiam na moje teksty, ale piszę „z ghosta”. Od paru lat działam jako copywriter. Od opisów materiałów na nagrobki, przez opisy AGD i broszurki dla hodowców pszczół, po teksty na różne portale. Dużo już przerabiałam. Kiedyś nawet trafiłam na moje teksty u kilku blogerek — dość znanych — co to zawsze głośno krzyczą, że one wszystko piszą i prowadzą same samiuteńkie. No jednak nie.

„U innch blogerek”. Co masz na myśli? Skopiowały Twoje posty?

Nieeee, kupiły je na legalu w agencji, dla której milion lat temu pisałam. Ja pisałam jako ghostwriter, puszczałam do agencji i miałam w dupie gdzie to trafia, bo hajs się zgadzał. Jak sama zaczęłam blogować świadomie, to dałam znać, że mogę pisać wszystko, ale nie dla blogerów, bo jakieś to dla mnie nieetyczne.

Widzę Cię nie w gazecie, ale w TV, prowadzącą własny programy telewizyjny, lekko skandalizujący, może o zabarwieniu life-stylowym. Jesteś wygadana, masz charyzmę i dobrą aparycję. Pytanie, jak się dostać do telewizji. Nie wydaje Ci się, że w naszym kraju bez koneksji trudno dostać pracę marzeń? Mam wrażenie, że u nas wszystko funkcjonuje po znajomości.

O tak, uwielbiam być w telewizji. Zero stresu, zero przejęcia, siadam i jadę z tematem. Jak się dostać do telewizji? Do śniadaniówek dostawałam się łatwo. Bez znajomości. Po prostu dostawałam propozycje. Nigdy nie wiadomo kto nas czyta. Czytają i producenci. Ale żeby dostać się do czegoś więcej? Jak się dostanę to Ci powiem.

Co do znajomości. No wiesz, to wszędzie pomaga. W social media, w pracy, na co dzień. Ale ja nie umiem sprzedać się za lajki. Znajomości, koleżeństwo, stawiam ponad to. Miło mi, jeśli ktoś wspiera mnie sam z siebie, ale prędzej mi trzecia ręka wyrośnie, niż wykorzystam znajomość, żeby się wybić.

Sprawa wygląda tak, że znajomości, kasa i szczęście to większa część sukcesu. Talent, praca, pomagają, ale nie oszukujmy się, to nie zawsze działa. U mnie znajomości odpadają, milionerem nie jestem. Talent myślę, że mam, pracuję nad sobą. Myślę też, że mam szczęście i tego się trzymam.

Teraz koniec przynudzania. Teraz mi opowiedz jak imprezujesz. Liczę na pikantne szczegóły i anegdoty z nocnego życia na tasie Krasnystaw — Warszawa.

[Śmiech] Ja i imprezowanie? Moja ulubiona forma to dresy, przyjaciele, dużo żarcia i wino, prossecco, albo dobry kraft. Jestem okropnie nudna. Kiedyś to były czasy i kluby, ale to było lata temu. W czasach sprzed zarazy były jeszcze jakieś iwęty dla blogerów lub kryptowaluciarzy i Chmielaki raz do roku. Teraz nie ma niczego. To znaczy są domóweczki starych ludzi i tyle. Na wyjazdach piję dwa piwa, opcjonalnie dwa drinki i po balu panno lalu. W domu pozwalam sobie na więcej, bo nie muszę wyglądać, a do łóżka blisko. Łeb mam twardy, ale nie głupi, więc nie robię z siebie błota.

Ciekawostka jest taka, że niektórzy mają obraz baby ze wschodu, co na śniadanie pije szklankę bimbru. Szalona imprezowiczka taka. A mi się nawet w życiu film nie urwał, nigdy się nie narąbałam. Owszem, czasem tam podpiłam, ale nigdy do przesady. Jestem za imprezowaniem z głową. Nikt i nic nie będzie miało nade mną kontroli, a tym bardziej jakiś głupi alkohol. Nienawidzę pijaków, chlania i ćpania na umór. Wszystko jest dla ludzi, ale wszystko z umiarem.

Jak imprezują Twoi rówieśnicy? Sodoma i Gomora czy grzecznie jak na szkolnej dyskotece.

Różnie. Ciężko uogólniać. Są tacy co imprezują, są tacy co mają gromadkę dzieci, są tacy, którzy wyjechali, zostali, są szczęśliwi i nie. Ilu ludzi, tyle opinii. Ja żyję w bańce. W mojej bańce moi przyjaciele podróżują, zwiedzają, wspólnie piją winko na kanapie, grillują, cieszą się życiem. Boją się o przyszłość, ale nie żyje się nam źle. Wśród bliskich znajomych nie mam raczej szalonych imprezowiczów. Szaleństwem było jak nam się grill zapalił, a ogień sięgał po dach domu i do tego siedzieliśmy do 4 rano. Szał taki, że potem 2 dni odsypiania [śmiech]. A jeszcze naście lat temu mogłam balować do 4 — a o 6 wstać do szkoły. Pójść do tej szkoły, wrócić do domu i znowu na imprezę. Zaprawdę powiadam Wam młodzi! Bawcie się póki czas, bo potem się nie chce. Ja się czuję wybawiona. Niczego w życiu nie żałuję i myślę, że jeszcze dużooo przede mną. Byle mi nie kazali siedzieć do 4 rano i żebym nie musiała rano wstawać.

Dwa dni temu napisałem post o marihuanie [link]. Lubisz?

Nie, bo potem chodzę cały dzień rozkojarzona. Ostatni raz paliłam grubo ponad 10 lat temu. Swego czasu paliłam, ale to nie dla mnie. Zdecydowanie wolę żryć? Żarcie to życie. Ale jestem za legalizacją. Przecież i tak kto chce, to kupi trawę od ręki. Nawet nasze koty ogarnęłyby blanta w pół godzinki. O czym my mówimy? 18 lat temu, na wsi, nie miałam problemu, żeby ogarnąć. Teraz miałby to być problem? Tylko że 18 lat temu trawa nie była niczym żeniona, teraz strach palić, bo nie wiadomo kto i czym nasączył susz. Legalna trawa to też badania, atesty, nikt nie wciśnie szitu. To, że ja nie palę, nie znaczy, że jestem przeciwna.

Męskie towarzystwo też lubisz, żeby nie „żryć” w samotności? Będziesz miała męża i dzieci?

Bardzo lubię mądre towarzystwo. Męskie, żeńskie i mieszane. Mam Niemęża od ponad 15 lat, może kiedyś zalegalizujemy. Na razie za krótko się znamy, trzeba się dotrzeć? Dzieci nie wykluczam, jeśli sytuacja będzie w miarę stabilna.

Masz jakieś ważne przesłanie do ludzi, dla świata? Co byś wykrzyczała do kamery telewizyjnej, wiedząc, że ogląda Cię i słucha miliard ludzi na całym globie (albo chociaż 65 mln jak Meghan I Harrego podczas wywiadu u Ophry).

Eeee, nie wiem. Jebać PiS.

Dziękuję za rozmowę i życze wielu sukcesów.

Z Wiolettą Pyzik rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
24.03.2021

Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Emoralni, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).

Wioletta Pyzik — blogerka i influencerka pisząca pod pseudonimem Niewyparzona Pudernica. Blogująca – praktykująca. Widzę, słyszę, piszę, mówię. Czasami widzę za dużo, słyszę za wiele, piszę za ostro, mówię za szczerze. Zamiast lukru, chleb ze smalcem i cebulą. Zamiast Moeta, kraftowy browar. Zamiast delikatności, prawda między oczy. Zamiast słit fotek i barwnych stories, rzeczywistość i podśmiechujki. Kocham pisać, kocham się uśmiechać, kocham zwiedzać i kocham jeść. Święty spokój, to mój ulubiony stan. Marzy mi się własna książka i mały domek w Grecji, i święty spokój oczywiście. Nie umiem pisać o sobie, bo jestem nudziarą z końca świata, a jednak ludzie są mnie ciekawi. Paradoks!
Więcej: Facebook | Instagram | Niewyparzonapudernica.pl

To nie są czasy błyszczących poetów

Karol Maliszewski: To nie są czasy błyszczących poetów

Poezja. Filozofia. Krytyka literacka. Sukcesy literackie. Intuicja i akademicki balast. Wolność. Swoboda ekspresji. Mediumiczna konieczność uwalniania wewnętrznego głosu. Karol Maliszewski — poeta, prozaik, literaturoznawca, doktor habilitowany. Jeden z najważniejszych polskich krytyków literackich. Zapraszamy do lektury wywiadu o świecie, gdzie poezja i literatura ma jeszcze znaczenie.
[Na zdjęciach: Karol Maliszewski żródło: archiwum prywatne]

KAROL MALISZEWSKI -- wywiad
KAROL MALISZEWSKI
Karol Maliszewski
Karol Maliszewski
Karol Maliszewski
Karol Maliszewski
Karol Maliszewski
Karol Maliszewski
Karol Maliszewski
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Jak to się stało, że zostałeś humanistą, poetą, filozofem. To był przypadek czy świadomy wybór życiowy?

Karol Maliszewski: Bardzo trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Czy nie jest tak, że niektóre przypadki bywają jakoś wybrane? Dzieciak w podstawówce dobrze czyta i opowiada, a bardzo słabo rozwiązuje matematyczne słupki. Czy to wybór czy przypadek? Dzieciaka kierują potem do klasy humanistycznej, niechaj dalej czyta i opowiada. I tak to idzie.

Nagle zdajesz sobie sprawę, że studiujesz polonistykę, piszesz wiersze, zaczynasz publikować.

Potem rzucasz polonistykę, wybierasz filozofię, dalej piszesz wiersze. Jeszcze więcej czytasz. A gdy tak czytasz, to już wiesz, że z odpowiedzią na pytanie o to, kim się zostało, będzie spory kłopot.

Kiedy ten dzieciak zdaje sobie sprawę, że ma talent, wrażliwość, lekkie pióro? Ktoś mu to mówi czy sam to odkrywa?

O wrażliwości wiele mu mówi matka. Talenty odkrywają w szkołach, zachęcają i wciągają do tego, co literackie, teatralne, dziennikarskie. Szkolna gazetka, kabaret, olimpiada polonistyczna i tak dalej. Już w pierwszej klasie ogólniaka wpadłem w ręce profesora Antoniego Mackiewicza, który intelektualnie wyrastał ponad noworudzkie opłotki i wprowadzał nowatorskie metody nauczania. Obok zeszytu przedmiotowego każdy uczeń miał diariusz, a w nim pisał, co chciał, hulaj dusza, piekła nie ma. No to hulałem. I tak profesor przypadkiem odkrył jakieś pierwociny talentu i zaczął je podsycać. Wszystko, co w tej dziedzinie stworzyłem, w pewien sposób Jemu zawdzięczam.

Pamiętasz swoją pierwszą poważną publikację w prasie? Jakie to było uczucie?

Ach, to było wielkie przeżycie. Uczeń drugiej klasy ogólniaka widzi swoje nazwisko w druku, wierszyk w „Radarze”. Potem był „Miesięcznik Literacki, akceptacja Andrzeja Lama. I kilka wierszy zaakceptowanych przez Tadeusza Nowaka, a więc „Tygodnik Kulturalny”.
Tam też drukowałem jako licealista recenzje teatralne w ramach stałego konkursu dla młodzieży z prowincji opisującej swoje wrażenia ze spektakli teatru telewizji. Uwieńczeniem tych wczesnych lat stała się duża, poważna publikacja w „Odrze” u Urszuli Kozioł.

Koleżanki z klasy musiały być pod wrażeniem [śmiech]. Czy w tamtych czasach istniało coś takiego jak „sława” i „popularność”? Jak wtedy traktowano kogoś, kto publikuje swoje wiersze i odnosi sukcesy literackie?

Na dziewczynach robiły wtedy wrażenie zupełnie inne “ciacha”. Zresztą nadal tak jest. Nie poderwiesz na wiersz czy tomik. Ja w sumie nie wiem, jak się traktuje kogoś, kto odniósł literacki sukces. Raczej coś takiego nie było mi dane. Drukowałem od czasu do czasu tu i tam, chodząc przy tym do rożnych prac. Moim sukcesem jest to, że przez kilkadziesiąt lat przetrwałem w tym środowisku, stopniowo zyskując jakieś znaczenie. Ale i to jako krytyk literacki. Moje dokonania poetyckie i prozatorskie są, delikatnie mówiąc, zbywane.

Porozmawiajmy przez chwilę o krytyce literackiej, bo jest coś, co nie daje mi spokoju od lat. Nie umiem sobie wyobrazić w jaki sposób dokonuje się ocena i wartościowanie utworu poetyckiego. Poezja to materia metafizyczna, więc w jaki sposób określasz jej wartość? Co decyduje o tym, że jeden autor jest wybitny, a drugi przeciętny? Jak mierzyć coś, co nie ma wymiarów czyli sztukę? Nie wiem czy w dzisiejszych czasach ciągle tak jest, ale przed rewolucją cyfrową autorytety literackie cieszyły się szacunkiem — wpływowi krytycy potrafili wprowadzić do obiegu nowe nazwisko i je wypromować. Tak było z Markiem Hłasko, który miał swojego protektora w osobie Igora Newerlego. A dzisiaj? Jak promuje się poetów? Jak pisze się recenzje tomików poetyckich?

Do krytyki przyszedłem z poezji. I chyba nigdy mnie ten poetycki, osobisty punkt widzenia nie opuści. Jako poeta piszę o poecie (poetce), każdy wiersz biorę do siebie, przez siebie przepuszczam. Porusza albo nie porusza, prosta sprawa. Subiektywne to moje krytycznoliterackie pisanie, nic na to nie poradzę. Szukam czegoś, co mnie na nowo otwiera, co dla mnie jakoś brzmi, co odkrywa mnie dla siebie, co przełamuje bądź ryzykuje. A może przy okazji inni się załapią, jacyś duchowi pobratymcy. Po latach dodałem do tego oczytanie, wiedzę, wytrwałe studia. Ale nawet ten akademicki balast nie zdusił pierwotnej intuicji. Nią się posługuję czytając tomik, jej zawierzam. Ona mi podpowiada, czy to jest odkrywcze, intrygujące, pomysłowe. O takich rzeczach piszę, gdy czuję z nimi więź. Inne pomijam.

Czym kieruje się autor rozpoczynający twórczość literacką? Czego jest więcej — potrzeby wyrażenia emocji, zrealizowania talentu czy budowania pozycji w mediach i środowisku? Mit wielkiego artysty otoczonego splendorem jest ciągle bardzo silny. Poeci chcą wykrzyczeć duszę czy błyszczeć?

Niektórzy mówią o jedynej wolności, o swobodzie ekspresji albo też o musie wyrzucenia czegoś z siebie, o mediumicznej konieczności uwalniania jakiegoś wewnętrznego głosu. Inni uprawiają psychoterapię. Jeszcze inni spełniają się w rzemiośle, są imitatorami, świetnie się czują, naśladując różne wątki poetyckiej tradycji. Mało który czy która chce błyszczeć. To nie są czasy błyszczących poetów. Żyjemy w niszy, która interesuje nielicznych. Ostatnio ważne jest zaangażowanie – mimo poczucia niszowości poetki i poeci chcą zmienić zmierzający do upadku świat, interweniować, wpływać na system, nadwerężać jak tylko się da niesprawiedliwą i anachroniczną strukturą społeczną.

Czy artyści, poeci powinni siać zamęt, robić ferment? Buntować się przeciwko autorytaryzmom? Walczyć słowem o wolność. Angażować się politycznie jak ludzie z Beat Generation w USA.

Artyści niczego nie muszą. Raczej mogą to czy tamto. Samym swoim kłopotliwym istnieniem sieją – jak to określiłeś – zamęt. Artysta zawsze był i będzie dla mieszczańskiego społeczeństwa prowokacją, a nieraz wręcz zniewagą. Żyje inaczej, myśli inaczej, zachowuje się inaczej niż stado, to jest już podejrzane. Nawet gdy używa wspólnego języka, to na swoich warunkach. Zmusza do wysiłku, refleksji, a wszelkie oczywistości w świetle jego wrażliwości  i wyobraźni orbitują gdzie blisko stanu podejrzenia. Świat, układ społeczny i  język, przyklepujący to wszystko dla ułatwienia życia, muszą się mieć na baczności.

Nie należy podziwiać za odwagę artystów zaangażowanych politycznie? Banksy. Ai Weiwei. Rudolf Baranik. Lisa Barnard. Maurice Becker. Robin Bell. Joseph Beuys i inni, mniej znani.

Nie chcę nikomu narzucać, kogo ma podziwiać i za co. Mam wielki szacunek dla artystów, którzy kładą na szalę własną wolność i wygodę, angażując się swoją twórczością w ryzykowną kontestację doraźną, społeczno-polityczną. Uważam, że w sztuce odbywa się często kontestacja mniej oczywista, bardziej światopoglądowa czy filozoficzna, i być może ona ma największe znaczenie.

KAROL MALISZEWSKI -- wywiad -- eprawda
Ma zdjęciu: „Devolved Parliament” — jeden z najsłynniejszych obrazów (olej na płótnie) artysty ulicznego znanego jako Banksy, przedstawiający obrady posłów w brytyjskim parlamencie. Źródło: materiały prasowe

Wracając na własne podwórko: w swojej poezji nie staram się być bezpośrednio zaangażowany, co nie znaczy, że bujam w obłokach. Dzisiaj się tak nie da, każda wypowiedź poetycka jest społecznie umocowana. Gdy chcę uderzyć w bezpośrednie tony, zawsze mam w pamięci Brechta, Broniewskiego albo poetów Nowej Fali, myślę, że to są dobre wzorce.

Jak rewolucja cyfrowa — digitalizacja mediów i życia społecznego — wpłynęła na Twoją twórczość poetycką? Zgodzisz się z tym, że w „czasach papieru” poeci pisali „pod krytyków”, a obecnie muszą pisać „pod publiczność”?

To nie takie proste. Nie wiem pod kogo pisałem kiedyś, a pod kogo dzisiaj. Zawsze pisałem, żeby zaspokoić jakiś wewnętrzny głód, uciszyć niepokój. Kwestia odbioru jest sprawą drugorzędną. Ale pewnie, że miło przeczytać jakąś inteligentną wypowiedź o tym, co się robi. Człowiek chce być zrozumiany. Kiedyś na ten odbiór (i opinię) czekało się tygodniami i miesiącami, teraz w Internecie z minuty na minutę już masz sygnał na temat tego, co zamieściłeś. Sygnał często niezdarny i mało fachowy, ale jednak jakiś człowiek kieruje w twoją stronę swoją energię i uwagę.

Dlaczego kwestia odbioru jest sprawą drugorzędną? Pisząc utwór poetycki nie zastanawiasz się nad jego warstwą techniczną? Nad tym jak jest skonstruowany i czy jest dziełem doskonałym pod każdym względem. Jest to moim zdaniem bardzo ważne, zwłaszcza gdy wysyła się wiersze na konkursy poetyckie. Jest druga strona medalu czyli słynne „pisanie do szuflady”, ale czy pisanie dla siebie różni się aż tak bardzo od pisania dla wydawcy? Nie sądzę.

Ocena innych liczy się, i to bardzo. Chodzi mi o to, że jest czymś wtórnym. Piszę, nie myśląc o niej. Najpierw jest pierwotny impuls wypowiedzenia, a potem refleksja – o, to będzie ktoś czytał. A forma, czyli kształt zapisu, już współdziała z wypowiedzeniem, z pierwotnym impulsem. To nie jest tak, że ona przychodzi później wraz z refleksją, że to musi jakoś wyglądać, bo ktoś będzie czytał. Ona staje się, już wyglądając. Potem tylko kosmetyczne poprawki.

A propos konkursów poetyckich, literackich. Są ważne i potrzebne dla twórców? Czy to raczej forma promocji organizatorów np. urzędów miast czy innych instytucji. Brałeś udział w konkursach poetyckich?

Brałem udział w konkursach. Mimo wszystko człowiek szuka potwierdzenia wartości tego, co pisze. Twój tekst wyszedł z szuflady, wyszedł z siebie i stanął obok. Stanął jako czytelny, interesujący dla kogoś jeszcze. O tym mówią publikacje, ale również wyróżnienia i nagrody w konkursach. Często z takimi konkursami związane są warsztaty, spotkania, rozmowy. Odbywa się samokształcenie przyszłego poety. Jednak kiedy zaczęto mnie zapraszać do jury takich konkursów, natychmiast przestałem wysyłać. Zrozumiałem, że zdałem do następnej klasy i że trzeba zrobić miejsce dla młodych.

Wierzysz w moc poezji i słowa pisanego? W latach 60. Truman Capote mówił, że właściwie nie ma szans, żeby pisarz zaistniał na pierwszych stronach gazet czy w telewizji dzięki temu co tworzy. Pisarze mają i tak lepiej niż poeci, bo powieści osiągają większe nakłady. Na czym polega moc poezji, jeśli rzeczywiście istnieje.

Moc, mocarność, mocarz… Nie, poeta to dzisiaj ciułacz skojarzeń, poruszeń, zaiskrzeń. Robi swoje w dość już wąskich granicach. Czytelnik nie oczekuje od niego mocy, a raczej zaskoczenia, inteligentnego zastopowania zalewającego go banału. Poezja pełni rolę laboratorium nastroju, myśli, wyobrażenia. Laboratorium paradoksalnie użytego języka. Potem czerpie z tego wielu. Także prozaicy.

Nie oczekuję zaiskrzeń tylko błyskawic i huraganów zaciśniętych w słowną pięść. Nie infantylizm tylko wiwisekcja. Nie skojarzenia tylko brawurowe obezwładnienie prawdą. Nie laboratorium nastroju tylko seria z karabinu maszynowego porównań — tak niesłychanych i odkrywczych, że odbiorca ląduje na oddziale psychiatrycznym w ciężkim szoku poznawczym. Poezja to nie zabawa dla gimnazjalistek, akademików i filologów po godzinach, wędrujących po krakowskich błoniach w niemodnym garniturze. Poezja współczesna, to broń atomowa służąca do eksterminacji banału i pseudointelektualnych frazesów.

Pewnie jakaś grupa czytelników ma podobne, jak Ty, karabinowe i bombowe oczekiwania. Szanuję te potrzeby, ale niestety nie nadaję się do ich spełniania. Realizuję się w innych rejestrach języka. W poezji tak naprawdę nie wiadomo, co wybucha i kiedy. Ona ma swoje dosć zaskakujące działanie.

Proszę powiedzieć czy w naszym kraju istnieją tzw. środowiska, salony literackie? A jeśli tak, to gdzie one są. Jak się nazywają. Dla młodego czytelnika i twórcy, to będzie wartościowa informacja. Który salon jest najbardziej opiniotwórczy? Nike Agory? Wrocławski Silesius? Krakowski Festiwal Conrada? A może coś zupełnie innego?

Nie wiem, czy pojęcie „salonu” ma dzisiaj jakiekolwiek zastosowanie. Środowisko literackie jest tak bardzo podzielone, że o jakimś spajającym je centrum chyba mówić nie można. Jeden z podziałów przebiega między poezją a prozą. Ta pierwsza egzystuje w niszy, z trudem pokazując się światu, szukając jakiegokolwiek chętnego wydawcy. Dla niszowej poetki czy dla takiegoż poety jedyne w tej chwili istotne przystanie, to na przykład Biuro Literackie Artura Burszty, Convivo Anny Matysiak, poznańska oficyna Mariusza Grzebalskiego, wydawnictwo Jacka Bieruta, ośrodek łódzki wydawniczo kojarzony z Rafałem Gawinem, Stowarzyszenie Żywych Poetów Radka Wiśniewskiego, krąg Toposu pod wodzą Krzysztofa Kuczkowskiego czy Duży Format Rafała Czachorowskiego. Co do nagród w tym świecie, to najważniejsze kojarzone są z Silesiusem i Szymborską, może też Gdynią ewentualnie Kutnem (nagroda za poetycki debiut roku). Zupełnie inaczej trzeba patrzeć na promowaną przez media prozę. Tu w grę wchodzą inne perspektywy i inne pieniądze. Ten świat jest o wiele bardziej zorganizowany (może nawet wręcz korporacyjnie) i skomercjalizowany. Na jego temat powinien wypowiedzieć się ktoś bardziej zorientowany. Ja żyję i pracuję w niszy, w sensie środowiskowym i dosłownie lokalnym, prowincjonalnym.

A „kaskaderzy literatury”? „Poeci wyklęci?” Kultura alternatywna? Outsiderzy palący za sobą wszystkie mosty społecznych norm? Istnieją jeszcze tacy poeci czy wszyscy odeszli w zaświaty? Przypominają mi się takie nazwiska jak Wojaczek, Bursa, Stachura, Liciński, Ratoń, Libowicz, Belwit.

Zacząłem pisać w liceum właśnie pod wpływem wierszy Rafała Wojaczka. Potem doszedł Andrzeja Bursa. Mnie nie trzeba mówić o tym, jaką rolę odgrywają tego typu „poruszyciele”. Ich nieobliczalność to wielka siła napędowa liryki. Na tej liście brakuje mi Włodka Szymanowicza i Andrzeja Babińskiego. O Libowiczu nie słyszałem. Może chodzi o Rybowicza? Dla mnie w jakiś sposób podobnymi postaciami są dzisiaj Konrad Góra i Robert Rybicki.

Nigdy wcześniej niepublikowane wiersze oraz opowiadania Rafała Wojaczka znalazły się w tomie „Nie te czasy. Utwory nieznane”, który ukazał się w grudniu 2016 r. nakładem Instytutu Mikołowskiego. Rękopisy znajdowały się w 16 teczkach zdeponowanych w Bibliotece Ossolineum we Wrocławiu. Źródło: materiały prasowe

Tak. Chodziło mi o Rybowicza [przejęzyczenie]. Ciekawe czy gdyby ciągle żył Wojaczek, to stałby się influencerem, osobowością medialną. Czy używałby YouTuba, żeby nagrywać obrazoburcze podcasty i wywrotowe patostreamy. Dlaczego poeci nie chcą masowo wykorzystywać mediów społecznościowych do autopromocji? Na własne oczy widzę jak podczas wieczorów autorskich młodzi poeci uparcie czytają swoje wiersze z kartki — bez kontaktu wzrokowego z widzami. To moim zdaniem robi fatalne wrażenie. Nawet niedawno Amanda Gorman z USA na Kapitolu czytała swój wiersz z kartki — nie potrafiła go wykuć na blachę, wiedząc jaka to dla niej szansa? Dlaczego poeci nie dbają o swój „image”? Nie starają się by wieczory poetyckie i spotkania z czytelnikami miały elementy aktorstwa, teatru, happeningu, prowokacji. Dlaczego nie chodzą na lekcje dykcji, bo mówią fatalnie. Nie ubierają się stosownie do występów publicznych. Poezja to nie booty tylko ludzie i mam wrażenie, że sami twórcy na własne życzenie niszczą ten piękny gatunek literatury swoim amatorstwem.

Naprawdę ma to jakieś znaczenie, kto z czego czyta? Z kartki czy laptopa? A nie ważniejsze jest co czyta, co ma do powiedzenia? Jak dla mnie, poeta jako niedoskonałe, źle ubrane ciało mógłby zniknąć. Mnie wystarczyłby głos. Jeśli chcą doskonałej dykcji i zajebistego występu, niech idą do teatru, tam są piękne ciała dobrze przygotowane do spektaklu. Poeta nie musi. Jest chodzącym tekstem, a nie latającym cyrkowcem. Odpowiedziałem przekornie, bo już mnie irytują te rosnące wymagania. Ale rzeczywiście pewne podstawowe warunki kontaktu powinny być spełnione, jeśli już ktoś zdecydował się wystąpić przed audytorium.

Tak. Moim zdaniem ma to kluczowe znaczenie, ponieważ jakoś trzeba przekazać odbiorcy tekst. Zły przekaz równa się brak odbioru. A głos też musi być dopracowany, żeby ktokolwiek chciał tego głosu posłuchać. Żyjemy w takich czasach, że najpierw „ogląda się” artystę w Internecie, a potem kupuje jego książkę. Wynika to z faktu, że mamy olbrzymią nadprodukcję dzieł sztuki i literatury. Mamy artystyczną klęskę urodzaju.
Porozmawiajmy o realu ponieważ trudno sobie bez niego wyobrazić twórczość artystyczną. Jak odbierasz polską rzeczywistość? Jako coś inspirującego czy odpychającego?

Poeta żywi się rzeczywistością. W każdym wierszu odnosi się do niej, szukając ukrytego sensu, szyfru. Powietrze, pogoda, ukształtowanie terenu, takie a nie inne uwarunkowanie chwili – to wszystko wpływa na mój krajobraz wewnętrzny, na gotowość, na intencję, na warunki wstępne ekspresji. Druga rzeczywistością poety jest język. A może pierwszą, nie wiem. I te dwie płaszczyzny czy przestrzenie bez przerwy ścierają się ze sobą, to buduje napięcie, jakim karmi się wiersz. Rozumiem, że „polska rzeczywistość” to jakaś specyficzna odmiana ogólnej rzeczywistości. Tak, nieraz mnie porusza, irytuje, pobudza. Nieraz pisze się coś wychylonego w tym kierunku, właśnie społecznym, politycznym.

Artyści emigrowali z Polski, bo źle się tutaj czuli. Gombrowicz, Mrożek, Hłasko. Obecnie również wyjeżdżają nie mogąc znieść prawicowego, nacjonalistycznego rządu PiS i naszej przaśnej, pseudo-katolickiej „polskiej rzeczywistości”. Dobrze Ci się mieszka w naszym kraju czy wolałbyś wyemigrować?

Gombrowicza w podróży, i już na zawsze na emigracji, zatrzymała wojna. Jego sytuacja była inna niż Mrożka, Hłaski, Miłosza. Oni wyjechali z przyczyn politycznych, nie mogąc być sobą w określonej ideologii i reżimie. Natomiast to, co się dzieje obecnie, nie można porównywać do tamtych czasów i tamtych uwarunkowań. Z wielu względów, także pandemicznych. Jeżeli ktoś ma możliwość emigracji z tego dewocyjno-nacjonalistycznego zaścianka, niechaj emigruje. Jest wolny i prawdopodobnie młody. Dla mnie za późno, zbyt wrosłem w moją lokalność, w moją prowincję. To dla mnie prawdziwa rzeczywistość tylko w małym stopniu skalana polityką, o której tyle trąbią gdzieś tam na górze. Tu są ludzie, wspomnienia, pamiątki, baśnie i legendy, tu są groby, Jest polsko-czesko-niemiecka, śląska historia i jedyny w swoim rodzaju krajobraz, bez których nie umiem żyć.

Na koniec chciałbym zapytać kto jest największą nadzieją młodej, polskiej poezji? Na kogo trzeba zwrócic uwagę?

Oj, byłbym z tym ostrożny. Przez czterdzieści lat czytania i pisania wierszy obserwowałem wiele karier, które nie wypaliły, choć się zapowiadały. W tej chwili zachwycam się pewnymi tomikami, ale to nie znaczy, że za 20 lat ktoś będzie o nich pamiętał. Różnie się układa w tym kapryśnym życiu literackim. Obecnie wśród młodych najjaśniej świecą: Radosław Jurczak, Anna Adamowicz. Ale zaraz obok Nina Manel, Kamila Janiak, Katarzyna Szaulińska, Antonina Tosiek, Katarzyna Szweda, Jakub Pszoniak, Przemysław Suchanecki, Patryk Kosenda, Natalia Malek, Ilona Witkowska, Łukasz Barys, Justyna Kulikowska, Patrycja Sikora. Ot, tak tylko z jednej półki, bo nie ma tu miejsca na więcej.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Dziekuję bardzo.

Z Karolem Maliszewskim rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
14.02.2021

……………..
Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Emoralni, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).

Karol Maliszewski – ur. w 1960 r. w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Doktor habilitowany w dziedzinie nauk humanistycznych. Opublikował osiem zbiorów wierszy i siedem książek prozatorskich. W roku 1999 ukazała się jego książka krytycznoliteracka pt. „Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy”, a w 2001 druga książka tego typu, zatytułowana „Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach”. Następnie wydał: „Rozproszone głosy. Notatki krytyka”, 2006 (nominowana do Nagrody Nike), „Po debiucie”, 2008, „Pociąg do literatury”, 2010, „Wolność czytania”, 2015. Jest współautorem podręcznika „Jak zostać pisarzem”, 2011. Ostatnio wydał książkę krytycznoliteracką pt. „Bez zaszeregowania. O nowej poezji kobiet”, zbiór wierszy pt. „Piosenka o przymierzaniu” i prozę pt. „Szpok. Próby”. W 2017 zadebiutował jako twórca dla dzieci książką pt. „Przypadki Pantareja”. Razem z Olgą Tokarczuk organizuje festiwal Góry Literatury.
Foto na stronie głównej: Piotr Ososko

Karol Maliszewski — podstawowe linki:
Strona autora — literackie.pl
Strona autora — poezja.polska.pl
Zbiór wierszy „Zdania na wypadek”, 2007
Inne:
Poecipolscy.pl
Poezja.exe.pl
Culture.pl
Dwutygodnik.com
Helikopter.pl
Ppibl.ibl.waw.pl

Im dalej od kapitalizmu, tym lepiej dla przyrody

Szymon Bujalski wywiad

Przyszłość planety, na której żyjemy. Świat jak Titanic. Chciwość wielkich korporacji. Farmy trolli i dezinformacja. Nadzieja na przełom. Wdrażanie rozwiązań proekologicznych. O ochronie środowiska rozmawiał z nami Szymon Bujalski — dziennikarz w zawodzie od 2008 roku, zajmujący się tematyką miejską, w tym ekologią i ochroną środowiska. Prowadzący na Facebooku stronę “dziennikarz dla klimatu”. Obecnie pisze książkę o zmianach klimatu w kontekście miast, która zostanie wydana w ramach cyklu „Miasto szczęśliwe. Weganin.
Na zdjęciach: Szymon Bujalski. Źródło: archiwum prywatne

SZYMON BUJALSKI — wywiad
SZYMON BUJALSKI — wywiad
SZYMON BUJALSKI — wywiad
Szymon Bujalski
bujalski5
Szymon Bujalski
bujalski2
bujalski7
bujalski6
Szymon Bujalski
bujalski3
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Większość aktywistów pro-ekologicznych bardzo mocno krytykuje stan środowiska naturalnego w naszym kraju. Oczywiście, mają rację, ale chciałbym na chwilę odwrócić sytuację i zapytać o pozytywy. Mamy jako kraj w kwestii ekologii i ochrony przyrody w ostatnich latach jakieś osiągnięcia? Pewnie każdy słyszał o ustawie antysmogowej w Krakowie i zakazie ogrzewania w tym mieście węglem i drewnem. Ale czy to nasz jedyny sukces?

W kwietniu poinformowano o tym, że w Polsce żyje łącznie 2269 żubrów. To prawie 400 więcej niż dwa lata wcześniej, kiedy było ich 1873. Dużo dobrego słyszałem też o tym, jak Lasy Państwowe podchodzą do problemu suszy i stawiają na budowę wielu małych zbiorników retencyjnych. A w latach 2009-19 powierzchnia lasów wzrosła o 188,5 tys. ha. Jeśli chodzi o samorządy, to warto odnotować, że władze miast coraz częściej organizują panele obywatelskie poświęcone ekologii, zmianom klimatu itp. Doszło do nich m.in. w mojej rodzinnej Łodzi i Warszawie.

Ale te dobre działania to ledwie kilka jaskółek, które wiosny na pewno nie czynią. Z pewnością mógłbym wymienić ich więcej, tyle że nie ma to większego sensu. Przyroda w Polsce ma źle, a szukanie pozytywów na siłę może prowadzić co najwyżej do przekłamania tego obrazu. A w mojej ocenie obraz jest równie smutny, co prosty: obecne władze centralne i samorządowe ani nie doceniają natury i bioróżnorodności, ani nie dostrzegają zagrożenia, jakie niosą ze sobą zmiany klimatu.

Uparte trzymanie się przy węglu z tylko politycznych i personalnych pobudek, nieustające betonowanie miast, masowe wycinki drzew czy traktowanie przyrody jako problemu to myślenie, które powinno umrzeć już lata temu.

I w wielu krajach Europy umarło. Niestety u nas się na to nie zanosi. Ekologów i aktywistów wciąż traktuje się jak kogoś, kto chce zaszkodzić, a nie pomóc. Przykłady z Zachodu są u nas wyśmiewane, a zrównoważony rozwój miast pomijany. Jesteśmy krajem polityki przez małe p, gdzie ekologia jest tematem nawet nie trzeciorzędnym.
Dlatego tak — mamy dobre przykłady. I nie — absolutnie nie zmieniają one całokształtu.

Czy jest prosta i jasna odpowiedź na pytanie dlaczego jest źle? Dlaczego jesteśmy „krajem polityki przez małe p”? Czy prawda jest taka, że ponad połowa polskiego społeczeństwa i politycy, którzy ich reprezentują, to głupcy?

Nie zamierzam obrażać ludzi. Korporacje i państwa zrobiły przez ostatnie dekady wiele, by położyć edukację i przemienić nas — wyborców, konsumentów — w doręczycieli głosów i pieniędzy. Jednocześnie ludzkie mózgi nie są stworzona do tego, by myśleć o świecie jako wielkiej planecie. Przez wieki naszym światem była wioska czy małe miasto i garstka ludzi w niej żyjąca. Rewolucja, która się dokonała w ostatnich dekadach, po prostu nas przerasta. Dlatego bardziej oburza nas jedno ścięte po sąsiedzku drzewo niż hektary wyciętych lasów gdzieś w Amazonii. To sąsiedzkie drzewo po prostu znamy, jest nam bliższe. Chciałbym, żeby było inaczej, ale rozumiem, czemu nie jest.

Szymon Bujalski wywiad
Na zdjęciu: postępująca wycinka lasów tropikalnych w Amazonii. Żródło: Ulet Ifansasti / Greenpeace

A dlaczego mamy politykę przez małe p? Bo mamy w niej głównie małych ludzi i głównie mali ludzie trafiają na listy. Zasada „mierny, bierny, ale wierny” jest u nas wiecznie żywa i dotyczy nie tylko obecnego rządu. Politycy chcą zamieniać politykę w szambo, bo dzięki temu nikt inny nie będzie chciał w nią wchodzić. Farmy trolli i dezinformacja nie biorą się z przypadku, w dużej mierze są właśnie po to, by nam politykę obrzydzać i mieszać ludziom w głowach, żeby niczego nie byli już pewni. Większości polityków to na rękę — chętnie podpalą kraj, byleby zostać panami zgliszczy. Niestety, większość z nas, obywateli, godzi się na to bezwiednie, bo z jednej strony komu chce się taplać w szambie, a z drugiej — wspomniana edukacja leży. Także ta obywatelska. Ale powodów jest oczywiście więcej, jak np. uniwersalne i absurdalne straszenie komunizmem, gdy mówi się o wprowadzaniu do Polski sensownych rozwiązań z Zachodu. Z jakiegoś powodu w indeksach szczęśliwego życia wygrywają jednak miasta holenderskie czy skandynawskie, a nie polskie.

„Politycy chcą zamieniać politykę w szambo, bo dzięki temu nikt inny nie będzie chciał w nią wchodzić” — to oryginalna i brawurowo postawiona teza. Warto do niej dopisać słynne powiedzenie Johna Emericha Actona „władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie”. Zastanawiasz się nad tym jak potoczą się dalej losy błękitnej planety? Jesteśmy więźniamy Ziemi — nie możemy stąd odlecieć, wyprowadzić się… Czy jesteśmy skazani na powolną autoeksterminację? Nikt nie wierzy w to, że grupa G8, ONZ czy EU dokonają globalnej rewolty — zmienią prawo, usuną marnotrawstwo, zamkną kopalnie, fermy zwierząt, zakażą produkcji przemysłowej jeśli nie jest w 98% oparta na recyklingu. Zmuszą korporacje do uległości. Świat to Titanic i liczy się tylko to, kto przedrze się do kilku szalup ratunkowych dla najbogatszych, prawda?

Dużo racji i w tej demoralizacji, i gonitwie za szalupami. Choć tak naprawdę żadnej gonitwy nie będzie. Kto ma mieć szalupę — bo ma wystarczającą władzę czy ilość kasy — szalupę dostanie. Trochę jak w filmie „2012”, choć oczywiście w rzeczywistości miejsce na pokładzie łodzi podwodnych traktuję metaforycznie, nie dosłownie. Dlatego wyobrażam sobie, że te same korporacje, które dziś niszczą środowisko, za ileś lat będą zarabiać i na tym, że środowisko zostało zniszczone. Zresztą już się tak dzieje. Wystarczy podać przykład stolicy Nigerii i jeden z odcinków dokumentu Rotten. W stolicy kraju, Lagos, ok. 19 z 21 mln osób nie ma dostępu do czystej wody pitnej. Woda w butelce kosztuje zaś połowę dniówki. Jest więc dobrem luksusowym. Bogaci mogą sobie na nią pozwolić, miliony biednych ludzi musi pić skażoną wodę z niesprawdzonych odwiertów. Obstawiam, że im większe skutki zmian klimatu, tym więcej takich historii będzie. Coraz więcej problemów, coraz większa polaryzacja między bogatymi a biednymi, coraz więcej konfliktów i śmierci. Dziś w Nigerii, jutro w kraju bardziej rozwiniętym, pojutrze wszędzie. Bo wszędzie będą biedni, których się wyzyskuje, i bogaci, którzy wyzyskują.

Ale o przyszłość planety jestem spokojny. Szacuje się, że Ziemia ma ok. 4,5 mld lat, homo sapiens istnieje 200-300 tys. lat. Dla planety jesteśmy ułamkiem sekundy. Jednodniowym katarem, który trzeba przeboleć. Tak naprawdę nie zniszczymy więc planety jako takiej. Niszczymy naszą własną przyszłość i istniejący obecnie świat przyrody, w tym niezliczone miliardy zwierząt. Gdy znikniemy, przyroda odzyska jednak planetę bardzo szybko. Nie twierdzę, że to wielkie pocieszenie. Z pewnością taka myśl może być jednak dla niektórych kojąca.

Wiem, że to, co powiem, zabrzmi jak fantastyka, ale może do tego czasu uda nam się opanować reakcję zimnej fuzji. Potem jej autor — jakiś nowy Tesla — przekaże wszystkim państwom darmowe patenty na reaktory i przynajmniej problem paliw kopalnych zostanie rozwiązany. Nie jest to niemożliwe. Jeżeli dodatkowo, w tym czasie, wybuchnie kilka nowych zabójczych pandemii i nastąpi głęboka depopulacja ludzkości, to jesteśmy uratowani. Chciałem Cię zapytać, czy zbierając i analizując dane na temat geopolityki, zmian klimatycznych dostrzegasz jakieś sygnały powstania nowego pro-ekologicznego paradygmatu? Czy te ruchy wykonywane przez rządy w postaci porozumienia paryskiego są szczere? Czy przeciwnie — chodzi o wytworzenie zasłony dymnej dla opinii publicznej, aby korporacje mogły zachować swoje status quo.

Możliwe, że jakaś firma wymyśli super technologię, która zmieni świat. W dużej mierze takich właśnie odkryć potrzebujemy. Mniej istotne czy będzie to wielka korporacja, czy mały start up, czy ze szczerej chęci zrobienia czegoś dobrego, czy z czystej chęci zysku — najważniejsze, żeby zmiana zaszła. Nawet jeśli ze zwykłej chęci zarobku — niech tak będzie. Jeśli na rzeczywistym ratowaniu planety ktoś ma zarabiać, to bardo dobrze, niech zarabia. Tak naprawdę musi tak to wyglądać. Jeśli mamy uznać, że zarabianie na niszczeniu środowiska jest naturalne, a zarabianie na jego ratowaniu jest niemoralne, no to do widzenia — mamy pozamiatane. Na szczęście wdrażanie rozwiązań proklimatycznych czy proekologicznych staje się coraz tańsze i zaczyna stanowić sensowne źródło zarobku.

W 2020 r. pierwszy raz w historii Unii Europejskiej więcej energii elektrycznej wytworzono z odnawialnych źródeł niż paliw kopalnych.

Energia słoneczna jest zaś dziś najtańszą energią na świecie. Ta zmiana paradygmatu, o którą pytasz, ma więc miejsce. Ale dzieje się za wolno i na zbyt małym obszarze planety. Przynajmniej w kontekście największych wyzwań, przed jakimi stoimy. Dlatego odpowiadając na twoje ostatnie pytanie, oceniłbym, że chcemy mieć ciastko i zjeść ciastko. Niby o ekologii myśli się coraz więcej i zmiany faktycznie widać, a jednocześnie wciąż chęć utrzymania status quo jest wielka. W takim rozkroku długo się nie wytrzyma. Albo pójdziemy w kierunku proekologicznym, albo wywalimy się na własne życzenie. I możliwe, że już się nie podniesiemy. A nawet jeśli — na pewno nie wstaniemy już tak silni.

Z tego, co powiedziałeś wynika, że ekologia i ochrona środowiska musi być skomercjalizowana. Musi być biznesem i przynosić zysk.

Dokładnie tak. Bo niby czemu by nie miała, a przede wszystkim — jak może się udać bez tego? Jeśli taniej jest niszczyć planetę, niż ją ratować, to większość będzie ją niszczyć. Jeśli zarobisz więcej na niszczeniu planety, niż na jej ratowaniu, to większość będzie ją niszczyć. Większość z nas kieruje się głównie portfelem, nie wartościami. Nie twierdzę, że to coś złego, bo trudno się dziwić komuś na minimalnej, że woli kupić dwa razy tańsze mleko krowie niż droższe owsiane czy ryżowe. Dlatego tak ważne są takie odgórne decyzje, jak np. unijny system opłat za emisje, który sprawił, że węgiel stał się po prostu ekonomicznie nieopłacalny. Potrzeba więcej takich działań — od usuwania subsydiów dla trucicieli, po wprowadzenie w życie strategii „zanieczyszczający płaci”. Jeśli ratowanie naszej przyszłości będzie opłacalne dla ludzi tu i teraz, to możliwe, że ją uratujemy.

Ale to jest wbrew podstawowemu instynktowi przetrwania — „jeśli taniej jest niszczyć planetę, niż ją ratować, to większość będzie ją niszczyć” — i brzmi bardzo złowrogo. Jeśli katastrofy naturalne spowodowane ociepleniem klimatu zaczną się wydarzać regularnie i będą monstrualnych, niemal biblijnych rozmiarów, to żadne pieniądze świata tego nikomu nie wynagrodzą. Wtedy nawet krezusi ze słynnego klubu 1% nie znajdą na Ziemi azylu.

Krezusi znajdą azyl. Zmiany klimatu nie dotkną przecież wszystkich tak samo. Najgorzej ma globalne południe. My w Europie w porównaniu z Afryką czy Indiami nie będziemy mieli tak źle. Raz, że mamy bogatsze społeczeństwa, więc lepiej się do nowych realiów przystosujemy, a dwa, że skutki zmian klimatu będą większe właśnie tam. Oczywiście u nas też będą duże — wiele osób straci swój dorobek podczas błyskawicznej powodzi, zginie w upalny dzień, a wszyscy zapłacimy więcej za żywność i będziemy opłacać podatkami coraz większe straty w rolnictwie czy szkody w infrastrukturze. Wyzwaniem będą też migranci klimatyczni i pytanie o to, co zrobić z niezliczoną ilością osób, która będzie wyjeżdżać ze zniszczonych przez zmiany klimatu krajów.
O czyj instynkt przetrwania pytasz? Polityków i prezesów wielkich firm, którzy żyją w niewyobrażalnym luksusie? Oni sobie to przetrwanie właśnie kupują. A walutą jest krew, śmierć i wyzysk biedniejszych. Myślisz, że tacy ludzie przejmą się cierpieniem nieznanych im osób gdzieś za 30 lat, skoro nie przejmują się cierpieniem nieznanych im osób, za które w dużej części odpowiadają, już teraz?

Które współczesne państwo jest Twoim zdaniem najczystsze?

To zależy o co pytasz. Powietrze bez smogu jest w Skandynawii, a kraje te podawane są często za wzór do naśladowania. Ale ja idealnych państw nie widzę. Przykładowo Norwegowie w 2020 r. jako pierwsi na świecie kupili w ciągu roku więcej samochodów elektrycznych niż innych. Niby super, ale bogactwo Norwegów w dużej mierze bierze się z odwiertów ropy w Arktyce. Duńczycy mogą się szczycić pełną rowerów Kopenhagą, ale mają też największe w Europie fermy zwierząt futerkowych. Nie ma więc krajów idealnych, co najwyżej poszczególne mają dobre rozwiązania. Jeśli już miałbym jednak wskazać kogoś, kto naprawdę docenia naturę, to wskazałbym na rdzenne plemiona. Im dalej od kapitalizmu, tym lepiej dla przyrody.

Nie wspomniałeś o Szwajcarii. Czytałem, że wysypisk śmieci nie ma w Szwajcarii, ale nie jestem pewien jakim kosztem osiągnęli ten sukces. Prawdopodobnie eksportując pewne partie odpadów do krajów biedniejszych — głównie afrykańskich. Czy jest Ci coś wiadomo o nowych technologiach utylizacji odpadów? Ale takich, kóre dawałyby skuteczność rzędu 95% — bez widocznych produktów spalania.

Oczywiście Szwajcaria jest super krajem do życia, ale też nie jest idealna. Prosty przykład — emisje CO2 w przeliczeniu na mieszkańca są tam ponad dwa razy większe niż w Indiach. Jeśli chodzi o gospodarkę odpadami, to wolę się nie wypowiadać. Nie jest to temat, który śledzę najpilniej. Natomiast mogę wspomnieć o tym, że naukowcy stworzyli już bakterie, które zjadają plastik w kilka tygodni. Z pewnością i w tej branży nie brakuje więc rozwiązań, które mogą być bardzo pomocne. Pytanie, czy wielki biznes i politycy na ich masowe wprowadzenie pozwolą.

A w Polsce? Który region naszego kraju uważasz za najczystszy? Najzdrowszy dla jego mieszkańców.

Żaden. Wystarczy poczytać o wycinkach drzew w miastach, popatrzeć jak wysychają kolejne jeziora lub na mapy smogowe albo przyjrzeć się temu, jak topornie idzie nam gospodarka odpadami. Gdybym miał wybierać najlepsze miejsce do życia, zapewne wybrałbym jakąś nadmorską miejscowość, ale tylko ze względu na położenie geograficzne, nie realną gotowość władz do stawiania na ekologię.

Wierzysz w to, że uświadomieni, młodzi, wściekli, podtruci smogiem obywatele się obudzą i to oni, a nie ONZ przeprowadzą światową proekologiczną rewolucję? Duże nadzieje wiązano 3 lata temu z ruchem Rebel Extinction. Wierzysz w sens i siłę wielkich manifestacji ulicznych i społecznej presji na polityków?

Manifestacje i strajki to według mnie jedno z najlepszych, co możemy zrobić. Potrzebujemy presji w takiej postaci, tak samo jak zasypywania profili polityków i firm krytycznymi komentarzami i ujawnianiem ich wątpliwych etycznie powiązań. Potrzebujemy petycji i apeli. Potrzebujemy też notorycznego nagłaśnianie problemu przez media i celebrytów, którzy mają ogromną siłę oddziaływania.

Szymon Bujalski wywiad
Na zdjęciu: członkowie orgaznizacji Rebel Extinction podczas póby zakłocenia London Fashion Week 2 lutegto 2020 roku. Żródło: Crispin Hughes — Panos Pictures/Redux

Generalnie uważam, że nasza realna siła leży właśnie w jednoczeniu się. Jest mnóstwo osób, którym zależy, ale każda zajmuje się swoim skrawkiem — albo innym miastem, albo innym tematem. Gdyby wszyscy łączyli siły, wspierali się w protestach, pisaniu petycji, nagłaśnianiu afer… Bardzo żałuję, że tego nie ma. Wszystkim zaangażowanym de facto chodzi przecież o to samo — byśmy bardziej dbali o środowisko i starali się o lepszą przyszłość dla następnych pokoleń.

Nie zrozum mnie źle — nasze decyzje konsumenckie też są ważne. Co najwyżej stanowią one jednak sygnał dla rynku. Mogą wprowadzać zmiany, ale zbyt wolno. A jak dobrze wiemy — czasu nie mamy. Potrzeba działać pilnie. A zmiany w takim trybie mogą wprowadzić tylko rządy i korporacje. Dlatego tak ważne jest to, żebyśmy je do tego nakłaniali. Na wszelkie możliwe sposoby. I wspólnie.

Czy to dlatego wybrałeś zawód dziennikarza? Żeby spróbować zmienić świat? Dlaczego zajmujesz się ekologią i środowiskiem naturalnym, a nie np. motoryzacją albo sportem, który dałby Ci pewnie więcej osobistych profitów.

Pracę jako dziennikarz zacząłem już jakieś 13 lat temu. Studiowałem dziennikarstwo, poszedłem na praktyki do działu sportowego, zostałem na stałe. Na początku zajmowałem się właśnie sportem, ale po kilku latach przeszedłem do działu miejskiego. Dzięki temu poznałem wiele wartościowych i zaangażowanych osób, aż w końcu zapoznałem się bliżej z problemem niszczenia środowiska i zmian klimatu. Zawsze oburzała mnie niesprawiedliwość tego świata i chciałem się przyczyniać do tego, by to zmienić. Zajmując się kryzysem klimatycznym mogę więc nie tylko próbować zmienić coś na lepsze, ale i działać w sprawie największego problemu, z jakim przyjdzie nam się zmierzyć. Pewnie zajmując się inną branżą zarabiałbym więcej, to prawda… Ale czy byłbym w związku z tym szczęśliwszy? Nie wydaje mi się. Szczęście daje mi życie w zgodzie z moimi wartościami. Patrząc na to, jak dobre osoby poznałem dzięki temu na swojej drodze, mam najlepszy dowód na to, że wybrałem słusznie.

Chciałem na koniec zapytać co każdy z nas, Twoim zdaniem, może zrobić żeby zatrzymać zmiany klimatyczne i degradację środowiska. Czy jest jakiś wypracowany plan działania — również w Polsce — tak aby każdy obywatel, internauta mógł się włączyć do akcji? Wspomniałeś o zasypywaniu profil polityków komentarzami. Powiedz nam co dokładnie mamy robić.

Nie ma prostej recepty. Przez tyle lat zwlekaliśmy z działaniem, że teraz którą drogą nie pójdziemy — czy to z wyboru, czy z przymusu — za jakiś czas będzie się ona wiązała z dużymi zmianami, wyrzeczeniami itp. Jeśli w jakiś sposób każdy z nas może się włączyć do działania, to najpierw niech w swoim sercu znajdzie odpowiedź na pytanie: dlaczego warto? Czy z troski o komfort własnego życia? Życia swoich dzieci? Życia milionów osób w regionach świata, które mają znacznie gorzej? A może ze względu na wymierające gatunki? Zadanie sobie tego pytania pozwoli odnaleźć to, w jaką działalność najlepiej się zaangażować — pomóc chronić lasy, wspierać weganizm, nagłaśniać afery na szczytach władzy, ograniczać konsumpcję i produkcję odpadów etc.
Jeśli chodzi o strony, to polecam przede wszystkim Naukaoklimacie.pl, gdzie wybitni polscy naukowcy tłumaczą, w jakiej sytuacji się znajdujemy i obalają najczęstsze mity. Co do innych stron, to jest ich naprawdę sporo, nie sposób wymienić wszystkie. Bardzo ważne jest jednak to, by szukać informacji w wiarygodnych źródłach i nigdy nie traktować jako źródło informacji mema z demotywatorów czy niepodpartych żadnymi odnośnikami komentarzy w sieci.
Na koniec mogę zaproponować też dwa podejścia, które traktuję jako fundamenty:
1. Popatrz na to, jakie osoby cię otaczają. Jeśli są to osoby agresywne, aroganckie, myślące tylko o sobie i wyśmiewające tych, którzy wykazują się empatią, to być może warto zastanowić się nad zmianą otoczenia. Przyjrzyj się jednocześnie temu, o co te osoby walczą. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że skoro myślą egoistycznie i zachowują się arogancko, to proponowane przez nie rozwiązania wcale nie są tymi, których ludzkość potrzebuje.
2. Niech każdy niesie taki ciężar, jaki jest w stanie udźwignąć. Dla jednego to krzyczenie na protestach, dla drugiej wyrzucenie z diety mięsa, a dla trzeciego — dołączenie do organizacji pozarządowej lub startowanie w wyborach.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Szymonem Bujalskim rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
07.02.2021

Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Emoralni, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).

Szymon Bujalski — z urodzenia łodzianin. Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Łódzkim. Prowadzący stronę „dziennikarz dla klimatu” (na Facebooku) i ekodziennikarz (na Instagramie). W zawodzie dziennikarza od 2008 r. Przez pierwsze lata pisał o sporcie, od kilku lat zajmuje się tematyką miejską, w tym ekologią, ochroną środowiska i zrównoważonym rozwojem miast. Jeździ komunikacją miejską, jest weganinem, nie kupuje ciuchów w sieciówkach. I żyje. Obecnie pracuje nad książką, której tematyką będzie wpływ zmian klimatu na miasta i adaptacja do nich. Zostanie wydana w ramach cyklu „Miasto Szczęśliwe” przez wydawnictwo Wysoki Zamek.
Więcej: Facebook | Instagram

Literaci XXI wieku — część II

Człowiek w dobie XXI wieku. RAFAŁ RÓŻEWICZ — wywiad

Sam jestem siebie ciekawy — mówi Rafał Różewicz — poeta i redaktor czasopisma internetowego 2Miesięcznik. Tematem sierpniowej, wakacyjnej rozmowy były placki po węgiersku i nowe objawienia literackie. Seks i sport, oraz fakt, że słowom można nadać dowolne znaczenie.
[Na zdjęciach; Rafał Różewicz. Żródło: materiały prasowe]

rozewicz2
rozewicz
Rafał Różewicz
różewicz
Rafal_Rozewicz
rafal-rozewicz-piec-wierszy
rafal-rozewicz-piec-wierszy-opt.wroclaw
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Rafał Różewicz, poeta, człowiek, którego przedstawiać nie trzeba.

Nie wydaje mi się, na pewno nazwisko odsyła do kogoś innego… I może to i lepiej, ponieważ nie czuję presji. Nikt mnie nie zaczepia, nie prosi o autograf, mogę bez problemu jeździć komunikacją miejską, a to oznacza, że jestem anonimowy. Jak większość piszących. Lubię to, żadna rozpoznawalność nie jest mi potrzebna, pisanie jest bowiem prywatnym zajęciem. Kiedy natomiast pisarz staje się rozpoznawalny, wówczas rozprasza się i robi dziesiątki innych rzeczy, zamiast skupić się na pisaniu. Chyba o tym Kapuściński mówił. Mnie to nie grozi, bo powiedzmy sobie szczerze: są lepsi ode mnie.

Jak tam Twoje plany życiowe, postanowienia, marzenia? Mam nadzieję, że wszystko gra, a lista się wydłuża, choć i tak dużo osiągnąłeś, jako jeszcze cały czas młody człowiek. Przypomnę trzy tomiki, wiele publikacji w pismach, nagrody. To nie mała korzyść, ale na pewno wielu chciało by podjąć wyzwanie?

Podobno życie kończy się po trzydziestce, a ja obchodzę ją w tym roku (śmiech). Piszę od prawie piętnastu lat, mógłbym więc powiedzieć, że czuję się spełniony jako poeta, ale tak nie jest. Coś we mnie wciąż szuka nowych form wyrazu.  „Po mrokiem” zamknąłem pewien etap w pisaniu. Teraz nie piszę, zbieram doświadczenia do nowych utworów, które wierzę, że powstaną. Nie wiem ile to potrwa, ale coś we mnie musi ponownie dojrzeć. Sam jestem siebie ciekawy. Jeśli chodzi natomiast o plany: myślę o wznowieniu dwóch pierwszych książek „Product placement” i „Państwo przodem”, zamierzam wydać je razem, jako taki dwupak, ponieważ nie są już raczej dostępne, a ludzie pytają. Kilka rzeczy zamierzam w nich poprawić, kilka uwypuklić. Może uda się w przyszłym roku, ale na pewno chcę to zrobić.

Czy jesteś szczęśliwy? I nie pytam tu o dobra stricte materialne, ale zdrowie, miłość, powodzenie, a także rodzinę.

Odpowiem przewrotnie: czy poeta może być szczęśliwy? Zależy kto, co rozumie przez słowo „szczęśliwy”. Nie narzekam, ale nasze życie opiera się na braku i powolnym kolorowaniu pustki. Wciąż jestem na etapie dobierania kredek.

No ale te kredki także muszą być dobre.
Czy kierujesz się ciężką pracą i wartościami duchowymi w zdobywaniu serc Czytelników, a także sympatii takich ludzi jak ja? Bo przecież jesteśmy kolegami, a wręcz łączy nas stopa przyjacielska, przynajmniej tak bym chciał i tak to odbieram. Wiem, że pytanie jest niekoniecznie na miejscu / lakoniczne, ale dużo Ci zawdzięczam (m. in. moje pierwsze poważne publikacje), a także poznanie nowych materiałów literackich, ze sfery literatury niszowej, albo nawet czymś, co jest na „gruncie” nieco zapomnianym? Nie wolno nam zapominać o naszej tradycji / korzeniach? Ani podcinać skrzydeł przeszłości, z której wyrośliśmy.

Oczywiście talent to jedno, zaś praca to drugie. W pisaniu kieruję się pracą, uczciwością i szacunkiem wobec przeszłości. Również tej literackiej. Kanon należy znać, eksperymenty muszą z czegoś wyrastać, mieć swoje uzasadnienie. Jednak przeszłość nie powinna rzutować na naszą teraźniejszość i przyszłość. A z tym w Polsce mamy problem. Za dużo mówi się o przeszłości, korzeniach, tradycji. Tymczasem przyszłość ucieka nam coraz szybciej. Za chwilę całkiem stracimy ją z oczu. I nie mówię tutaj o odcinaniu się, mówię o konieczności przepracowania pewnych rzeczy. A my żyjemy przeszłością, natomiast w ogóle się nad nią nie zastanawiamy, nie potrafimy jej okiełznać. Stąd wciąż ona nam się wymyka i ma wpływ na nasze obecne życie.

Czy uważasz tak jak Szymborska, że najważniejsze z uniesień, to jest „uniesienie brwi”?

Chyba tak. Powinniśmy wciąż dawać się zaskakiwać. I nie powinniśmy wstydzić się tych „uniesień”, tego, że czegoś nie rozumiemy. Bo kiedy czegoś nie wiemy, to wówczas się o tym uczymy. Mam jednak wrażenie, że dziś wszyscy wiedzą wszystko. Od razu. A gdzie miejsce na naukę, poznanie? Wiedza, edukacja – te dwie rzeczy kompletnie nam się rozjeżdżają. Przez to jako ludzie stajemy się mniej ciekawi, znudzeni życiem, bo nie zostawiamy w nim miejsca dla żadnych odkryć, które zmusiłyby nas do wyjścia poza własną, nieomylną strefę komfortu.

Mamy kilkoro wspólnych znajomych. Których z tych poetów / poetek cenisz najbardziej? Jej kunszt, dorobek literacki – pytam poważnie, a także o osobowość. O czym mówi się dzisiaj mniej.

Cenię Konrada Górę, fascynujące jest to, jak na naszych oczach zmienia się jego poetyka, poza tym to człowiek, który w zanadrzu zawsze ma jakąś anegdotę, której nie sposób zapomnieć. Bardzo podobały mi się debiuty Jakuba Pszoniaka i Juliusza Pielichowskiego. Szybko rozwija się Maria Czekańska, czekam na książki Justyny Charkiewicz i Natalii Dziuby. Ciężko jest mi jednak napisać coś więcej. Od kilku lat mniej udzielam się towarzysko i mam mniejszy kontakt z poetkami i poetami na żywo. Media społecznościowe natomiast nie oddadzą nigdy w pełni czyjejś osobowości. A kto dziś zniknął? Zainteresowanym polecam przeczytać książki krytyczno-literackie sprzed kilkunastu lat i przejrzeć indeks nazwisk. Sporo się zmieniło.

No tak choćby z roczników 80 i 90, to przeżycie pokoleniowe jest zupełnie inne niż przeżycie. Masz swoje ulubione wiersze, do których często wracasz?

Kilka swoich wierszy bardzo lubię. Na przykład „Owoce” i „Ty też zostań bohaterem we własnym domu” z „Po mroku”. Poza tym „Fugę śmierci” Paula Celana, „Kolegę” Konrada Góry. Ostatnio zachwyciły mnie wczesne wiersze Urszuli Kozioł, ciężko wymienić tu wszystkie.

Jakie lubisz jedzenie? Nasze polskie, czy może zachodnie, a może coś całkowicie ze wschodu? Powiem Ci, że ja uwielbiam chińszczyznę. Mimo wszystko co się o niej mówi i jakie są rytuały z tym związane.

Moim ulubionym daniem jest placek po węgiersku. Swoją drogą, właśnie wróciłem z Budapesztu, ale tam nie miałem okazji go zjeść. Ponadto bardzo lubię żurek. Tak, ograniczam mięso i nie wykluczam zostania wegetarianinem w przyszłości, ale to jeszcze nie jest ten moment. Pracuję jednak nad tym.

Co sądzisz o sexie w dzisiejszych czasach? Czy jest to produkt, cel, a może półśrodek? Albo co gorsza artykuł, o który biją się cierpiący za miliony? (Spójrzmy na celebrytów).

Dziś wszystko jest seksem i kojarzy się z seksem. Jest to jednak część naszego życia, nad którą każdy powinien przejść do porządku dziennego. Normalna, ludzka rzecz. No właśnie, rzecz? Produkt? Czy kiedy czytasz książkę, to zastanawiasz się nad tym, ile jej autor sprzedał egzemplarzy, czy czytasz ją dla przyjemności? Myślę, że to zależy od osoby i jej punktu widzenia.

Jaki lubisz sport najbardziej? Może zimowy, a może letni? Któryś z obecnie odbywających się? Albo co lada moment nastąpi? Za niedługo Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

Haha, Euro 2020 dopiero za rok! Najbardziej lubię skoki narciarskie, ale w ostatnich latach stały się bardzo skomplikowane. Co do futbolu: oglądam tylko zmagania reprezentacyjne, czyli bardzo rzadko. Zupełnie nie interesują mnie klubowe puchary, ostatnią Ligę Mistrzów oglądałem będąc nastolatkiem. Piłka klubowa stała się dziś bardzo nudna i przewidywalna, właściwie mogliby już zrobić tę ligę G8, czy jak to tam było, bo w obecnej sytuacji są to tylko pozory. Mam wrażenie, że dziś w piłce liczą się przede wszystkim rekordy, tzn. ile razy dany klub z rzędu coś wygrał i po raz setny przeszedł do historii. Nuda.

Co sądzisz o „365 słowach papieża Franciszka”? Pytam, bo to popularna książka (śmiech). Czy to dowód, że: „Takimi jasnymi w przekazie słowami są m.in.: miłosierdzie i czułość, misja i świadectwo, grzech i zepsucie, nadzieja i życie, pokój i wiara, pokora, edukacja czy lud? Dezaprobata… aprobata?

Niestety nie czytałem. O ile dobrze rozumiem pytanie… słowom można nadać dowolne znaczenia, nawet tym oczywistym na pierwszy rzut oka. Strasznie komplikujemy sobie nasze słowniki, szukając kontekstów, podtekstów, przez co coraz trudniej jest się nam porozumieć posługując się słowami, które podobno są uniwersalne. Przydałaby się brzytwa Ockhama. Jeśli Franciszek ją zastosował i przywrócił prostotę słowom, to dobrze zrobił. Choć to wybitnie niepoetycki zabieg (śmiech).

Szybkie pytanie… Czy wolisz księżyc (noc) czy zenit (dzień)? Tak / Nie

Lubię każdą porę, kiedy czuję, że mam dużo zapału i energii.

I pytanie ostatnie: czy chciałbyś być kanonizowany? ;)

Jezu! Odpowiem fragmentem utworu Tadeusza Różewicza „Normalny poeta”.

czasem niepokoję się tym
że jestem taki zwyczajny
pisałem gdzieś kiedyś
o tym Nie martwię się ale zaczynam
myśleć że chyba to nie jest
normalne kiedy „poeta” nie jest
„zjawiskiem”
już czas wykreować siebie
poetyckiego malowniczego szalonegoM

(…)

Dziękuję za rozmowę, to było dla mnie przyjemne doświadczenie. Jak zwykle życzę wielu sukcesów na wszystkich płaszczyznach.

Z Rafałem Różewiczem rozmawiał Maksymilian Tchoń
06. 08. 2020

Literaci XXI wieku. RAFAŁ RÓŻEWICZ — wywiad część I

Rafał Różewicz (1990) — poeta. Redaktor naczelny internetowego czasopisma 2Miesięcznik. Pismo ludzi przełomowych (2015-2016). Publikował m.in. w miesięczniku Nowaja Polsza, w Odrze, Wakacie, Arteriach, Akancie, Redzie, Cegle, Szafie, Pressjach, Zeszytach Poetyckich, Pomostach, artPAPIERZE. Nominowany do nagrody głównej XIX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina 2013 za projekt tomu Product placement. Laureat pierwszej nagrody XXIII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. K.K. Baczyńskiego 2014. Wyróżniony w XI Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Złoty Środek Poezji” 2015 na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2014 za tom Product placement. Za ten sam tom był nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius 2015 w kategorii debiut roku, oraz do Nagrody Kulturalnej Gazety Wyborczej wARTo 2015. Nominowany do Nagrody Kulturalnej Gazety Wyborczej wARTo 2017 za tomik Państwo przodem. Tłumaczony na język ukraiński i rosyjski (tłumaczenie: Igor Biełow). Mieszka we Wrocławiu.

Maksymilian Tchoń (1987) — licencjat filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest członkiem Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literackiego (STAL) z siedzibą w Krakowie. Jest autorem kilkunastu tomów poezji, m. in.: Wiedziałem (Wyd. Episteme, Lublin 2020), Ziemia złych wyroków (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2019), Kolor po dniu Teoria geocentryczna (Wyd. Episteme, Lublin 2018), Potępiony (Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2016), Ars poetica (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2015), Http (Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2015), Niecierpliwy (Miniatura, Kraków 2013) i innych. Publikował w wielu ogólnopolskich pismach literackich, np: Wyspa, Akant, Poezja dzisiaj, Biuro Literackie, 2Miesięcznik. Pismo Ludzi Przełomowych, Wydawnictwo J, Okolica Poetów, Gazeta Kulturalna, Eprawda, KoziRynek. Pasjonuje się muzyką, sportem, oraz dobrą książką. Teksty autora tłumaczone są na język angielski i włoski. Uczestnik corocznego festiwalu Pożegnanie Lata Pisarzy i Artystów.

Diler metafor — część II

BARTEK FETYSZ — wywiad

Co lepsze — Londyn czy Warszawa? Jak żyć w czasach influencerów. Walka dobra ze złem. Rasizm. Poniżenie. Hejt. Brudy tego świata i jego największe przyjemności czyli… jedzenie. Bartek Fetysz twierdzi, że pisze dla siebie, bo to jego katharsis. Mówi, że Polska, to „słaby serial” i nigdy do niej nie wróci. To człowiek, który nie chce zdradzać szczegółów ze swojego życia prywatnego.
[Na zdjęciach: Bartek Fetysz. Żródło: archiwum prywatne]

Bartek Fetysz wywiad
BARTEK FETYSZ — wywiad
BARTEK FETYSZ -- wywiad
BARTEK FETYSZ — wywiad
Bartek Fetysz
Bartek Fetysz
Bartek Fetysz
Bartek Fetysz
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Znasz jakieś lepsze miejsca na świecie niż Londyn?

Siedzę tu od 10 lat. To nie jest najlepsze miejsce. Bardzo się zmieniło. Pewnie są lepsze. Zależy kto czego szuka. Ja w Londynie szukałem wolności i nowego życia. Znalazłem i jedno, i drugie. Na ten moment to dobre miejsce dla mnie. Jestem białym emigrantem. Spotyka mnie wiele przywilejów z tego powodu, ale jest i trudniej. Według wielu przyjechałem tutaj po to, aby ukraść im pracę. Tylko którą? Tę, której nie chcą wykonywać, czy tę, którą mógłbym mieć ze swoim doświadczeniem, ale nie mam, bo nie jestem uprzywilejowany, bo nie jestem Brytyjczykiem?    

A gdzie byś ustanowił swoją kwaterę główną, siedzibę firmy Fetysz Co.? Gdzie byś wybudował swoją rezydencję albo dom, gdybyś miał na to wszystko hajs? Masz upatrzone takie miejsce?

Firmę? Haha. Na wsi. Jestem takim samym wieśniakiem jak Eva Minge. Królik, wielki pies, własne maliny, truskawki, warzywa, malinowe pomidory. Konie chciałbym mieć. I wielkie okno na przyrodę. Joanna Bator, którą uwielbiam, pisze swoje książki tylko przy oknie. Ja mam tak samo.  

Czyli te maliny na polskim terytorium będą. To chyba dobrze. Jesteśmy niewolnikami swojej płci i swojego pochodzenia. Plus języka ojczystego, bo niestety jak praktyka uczy — bardzo trudno zacząć myśleć w obcym języku. Wróćmy do wielkiego świata. Jak Europa, a w szczególności biała Europa i Ameryka ma poradzić sobie ze swoją brudną, rasistowską i kryminalną przeszłością? Od śmierci Georga Floyda wychodzą na jaw różne fakty — na ulicach Londynu i innych dużych miast UK stoją pomniki handlarzy niewolników i morderców. Europa ma wspaniałą i paskudną historię zarazem. Jak sobie z tym poradzić?

Moje maliny na polskim terytorium? Dobre. Chyba tylko na jakiejś polskiej szyi (śmiech). Do Polski na stałe nigdy nie wrócę. Emigrantem się nie bywa. Emigrantem się jest. Zamykasz jeden rozdział, wracasz ewentualnie na wakacje. Zdarzyło Ci się kiedyś obejrzeć ten sam serial jeszcze raz po jego zakończeniu? Tak od razu? Mnie nie. Wraca się czasami do niego, do konkretnego odcinka, ale nie ma już tej pasji. Polska jest słabym serialem i nie chce go znowu oglądać. To serial, do którego nie wracam. Do momentów owszem, ale nigdy do całego sezonu. 

BARTEK FETYSZ: Diler metafor — wywiad część II
Na zdjęciu: malina właściwa (Rubus idaeus L.) – gatunek rośliny wieloletniej z rodziny różowatych. Foto: Wikipedia

Jak Europa ma sobie poradzić z #blacklivesmatters? Nie jestem od jej edukacji. Jestem biały. Niech sobie sama poczyta i się dokształci w temacie. Edukacja to klucz. My nie rodzimy się rasistami czy homofobami. To nam się wpaja. Weź nie udawaj, że tego nie wiesz i że odkrywam tu brudna Amerykę, którą rządzi blond-solaryjny debil.     

Tak. To niewiarygodne, że Ameryką rządzi taki conman i bejsbol w garniturze jak Trump. A jednak to nie serial, to się dzieje naprawdę. Czytałem, że burmistrz Londynu kazał sprawdzić wszystkie pomniki i nazwy ulic w całym mieście. Na serio. Jak sądzisz, odczuwałbyś różnicę w swoim życiu, gdybyś nie był biały? 

Przeczytaj książkę „Czarny jak ja” z 1961 roku. Napisał ja reporter John Howard Griffin, który z białego postanowił zostać ciemnoskórym.  Obciął proste włosy, skórę sztucznie przyciemnił. Naświetlał się lampą kwarcową i przyjmował lek na bielactwo o nazwie Oxsoralen. Resztę dopełnił makijażem. Nagle zaczęli pluć mu w twarz. Stał się częścią czarnego społeczeństwa. Za napisanie książki Ku Klux Klan prawie zatłukł go na śmierć. Spędził 5 miesięcy w szpitalu, aby dojść do siebie. 

OK, ale jest czerwiec 2020 i Londyn albo Warszawa. Jak by to teraz wyglądało? Zawsze był i będzie podział klasowy. Jak duży jest problem rasizmu w Wielkiej Brytanii?

Rasizm był i jest. To jest tendencyjne pytanie na maksa. Zapytaj jakiejkolwiek ciemnoskórej osoby w Polsce, czy podziały rasowe istnieją. Włącz wiadomości. Zrób z nimi wywiad. Ja mogę wspierać #blacklivesmatter tak, jak ktoś hetero wspiera #lgbtq. Ale nie jestem częścią problemu. Nigdy nie doświadczyłem tego na swojej skórze. Bo jestem biały. Daj głos komuś, kogo problem dotyczy. Kto jest od dziecka prześladowany. Poszukaj, co to znaczy white privilege. Dlaczego my – obaj biali, mamy się wypowiadać? Bo mamy ku temu prawo? Jakie?

Jak to jakie? Bo jesteś dziennikarzem i możesz przekazać informację o problemie, który sam obserwujesz lub znasz z relacji przyjaciół i znajomych. Nie musimy rozmawiać o rasistach. Możemy porozmawiać o kobietach i narkotykach. 

I co z tego? Wciąż nie jestem prześladowany tak samo jak ciemnoskórzy. Nie daję sobie prawa do wypowiadania się na ten temat. Jestem dziennikarzem, blogerem czy influencerem? Bo sam się ostatnio pogubiłem. Opowiadałem o tym problemie, ale chcesz to voila. Pracowałem dla wielu światowych marek — od Versace po Gucci. Obserwowałem zjawisko rasizmu w luksusowych butikach codziennie. Zawsze wygląda tak samo. Kiedy do sklepu wchodzi osoba ciemnoskóra lub para — natychmiast jest grupowe zezowanie — wskazywanie głowami, język migowy opanowany do perfekcji, obsługa na rzep, czyli nie opuszczasz na krok. Ktoś zawsze przy drzwiach, niby na wypadek — takie usprawiedliwienie. Ale każdy wie o co chodzi.  O stereotyp — „czarny to złodziej”. W Versace, supervisor z drugiego sklepu, na moje pytanie, dlaczego nie mamy w firmie ani jednej osoby ciemnoskórej, odpowiedział mi wprost: „Ja się cieszę. Czy to dla Ciebie problem? NIGDY nie zatrudniłbym ciemnoskórego — oni wszyscy są tacy sami – NIGDY bym im nie zaufał. Czarny równa się „problem”.

Moja managerka każde „kolorowe” CV odsyłała z kwitkiem. Nawet go nie czytała. Od razu do kosza.

Kiedy kapnęliśmy się, że jest rasistką, zaczęliśmy umawiać jej spotkania tylko z ciemnoskórymi kandydatami. Trochę na złość i aby mieć niezbity dowód, że to rasistowski kurwiszon. Kończyła te interviews w 3 minuty, wychodziła wściekła: „Szukamy dalej, oni mieli złą energię, nie umiałabym z nimi codziennie pracować”. Kiedy organizowaliśmy event w butiku z okazji nowej kolekcji Anthony Vaccarello x Versus Versace, brytyjski Head Office firmy zaprosił dwie DJ-ki — na tak zwany pojedynek na sety. Zaproszenie przyjęła pochodząca z Korei, a mieszkająca na stałe w Berlinie, Peggy Gou i Brytyjka Siobhan Bell, rezydentka uznanego Boiler Room. Moja managerka o mały włos nie weszła Peggy w dupę, a ta zachowywała się jak rozkapryszona gwiazda — podaj, przynieś, pozamiataj, odłóż mi telefon do torebki, wyciągnij ponownie, idź po kawę — czy możesz ją podgrzać — wystygła… Na evencie butik zapełnił się przyjaciółmi i fanami Siobhan. Ciemnoskórymi. I co zrobił Head Office? Kiedy doszło do glosowania na zwyciężczynię pojedynku, polegającym na owacjach — kazali klaskać głośniej przy Peggy, bo „ona ma więcej lajków, większy zasięg, lepiej rozreklamuje ubrania, które otrzymała na wieczór w prezencie i musi wygrać”. Jeśli ktokolwiek był na jakimkolwiek koncercie hip-hopowym czy R&B to wie, jak reaguje ich publika — to jest pełen odlot. Tak samo było tego wieczoru. Peggy została bezsprzecznie przegłosowana.  Ale… Organizatorzy ogłosili remis i dogrywkę na drugi dzień na evencie zaplanowanym w drugim butiku. Wygrała Peggy  Gou. Moja managerka, po powrocie do pracy dnia trzeciego, powitała nas tą radosną wiadomością, dodając: „Jezu, jak się cieszę, że przeżyłam najazd tej dżungli…”. Nie mieliśmy szansy jej zgłosić — jej przełożona, Polka (surprise!), zamiatała wszystkie takie próby pod dywan. Były przyjaciółkami. Obie uznawały się za osoby niezwykle duchowe, z czystą energią, uprawiające jogę, medytację i praktykujące miłość.  Pierdolone ściemniary.  W wypowiedzeniu napisałem o rasistowskich praktykach mających tam miejsce — podałem je zresztą jako główny powód odejścia. Nigdy nie trafiły do Head Office. A jeśli trafiły, to nikt z tym nic nie zrobił.    

W Stanach jakiś czas temu do sądu wpłynął pozew przeciwko Moschino. Za używanie kodu „Serena” (kod białych przy obsługiwaniu ciemnoskórych klientów). Obrzydliwe poniżenie drugiego człowieka ze względu na kolor jego skory. Mentalne dno. Nawet nie piwnica. Grób myślenia. W Versace też mieli kod. D410. Niedawno wyszło na jaw, że w Anthropologie również. Kod brzmiał „Nick”.   

Kim jesteś… Dziennikarz powinien pracować w renomowanej gazecie, TV lub rozgłośni radiowej. Jeśli ktoś pisze na własny rachunek, to jest blogerem, youtuberem, influencerem. Ja jestem blogerem. Nie mam prawa nazywać siebie dziennikarzem. Od kiedy sława stała się commodity, towarem, wystarczy ją zdobyć, by wejść na wyższy poziom w hierarchii społecznej i zarabiać więcej hajsu, bo sławę można łatwo monetyzować. Produkcja i promocja „gwiazd”, to podstawa działania showbiznesu. Ty interesujesz się modą, a moda to również znani projektanci i modelki. Dlatego, co jest zrozumiałe, piszesz o postaciach z polskiego świata mody i showbiznesu. Ale dlaczego właściwie nie lubisz tych biednych celebrytek znad Wisły, tych dziwnych postaci typu pani ex-modelka, która siedziała w areszcie, nadużywa alkoholu i mieszka w Stanach. Drwisz z nich dlatego, że nie są i nigdy nie były żadnymi ikonami stylu i mody, tak? Nazywasz rzeczy po imieniu. Odbarwiasz real. Jeśli ktoś robi z siebie idiotę na tik-toku, a publika mu klaszcze, to Ty nie klaszczesz, tylko mówisz, że zrobił z siebie idiotę. Za to ktoś może Cię faktycznie cenić. I za barwny styl wypowiedzi.

O i stąd sią bierze ten cały „hejter”. Postaram się najłatwiej jak potrafię, żeby i czytająca rzesza skumała o co chodzi. Nie znam tych ludzi. Jak zatem mogę ich nie lubić? Nie śmieję się z nich tylko z ich zachowań — z debilnych książek i poradników, z kąpieli w paśmie śniadaniowym, z udawanego życia Made in Poland na kredycie i firmach płacących podatki na Cyprze, które udają, że wspierają polska gospodarkę. Zajrzyj do KRS. Tam jest wszystko. Drwię, bo mogę. Bo to co robią, jest publiczne i każdy ma to prawo skomentować. U nas jest o byle co obraza majestatu. W Ameryce czy UK ciągle ktoś z kogoś drze łacha. Oglądasz to, co wyprawia Piers Morgan? Wkurza mnie czasami, ale wali prawdę między oczy. To jest jego prawda i jest w tym bezkompromisowy. Często się z nim nie zgadzam, tak jak ze znienawidzoną przez Brytoli Katie Hopkins. Gdyby ktoś polskiemu celebrycie dał z główki w programie tak, jak oni walą w banie to byłyby takie pozwy, że ho ho. Albo od razu szabelka na antenie i „chcesz wyjść na zewnątrz”? To takie polskie. A tutaj sobie podają potem rękę i za moment znów roastują. U nas ma być jak w reklamie srajtaśmy. Miękko, najlepiej trzywarstwowo, w tle kudłaty piesek, a z dupy ma pachnieć tulipanem.

Katie Hopkins
Na zdjęciu: Katie Hopkins — brytyjska osobowość telewizyjna i dziennikarka. Foto: materiały prasowe

Co do początku pytania. Obecnie siedzę po raz pierwszy w życiu nad scenariuszem do filmu. Współpracuję nad dialogami. Tylko tyle mogę na ten moment powiedzieć. Wymyśliłem sobie zawód. Pieprzę tych dziennikarzy, blogerów, influencerów. Jestem dilerem metafor. Może tak być? Poza tym nie piszę tylko na własny rachunek. Publikowały mnie wszystkie polskie media — od Onetu po WP. Z tego, co wiem, nadal dla SO Magazynu, który należy do WP robię wywiady… Natomiast powiedz mi, która to jest ta renomowana gazeta?

W Polsce media ciągle się rozwijają i nowe tytuły aspirują do roli opiniotwórczych. Co jest renomowane? Twój Styl, Pani, Polityka, Newsweek, Gazeta Wyborcza i dodatki, Rzeczpospolita, Gazeta Prawna. Niestety, według mnie, te tytuły mają wiele wad. Dlatego warto czytać anglojęzyczne periodyki, które reprezentują wyższy poziom edytorski.  Jesteś wrażliwy na krytykę? Czy podałbyś rękę rozmówcy, który nazwałby Cię publicznie hejterem? Pozwałbyś go do sądu?

Ja czytam Zwierciadło od lat i Wysokie Obcasy. Ale tam mnie nie chcieli. Tam siedzi jakiś Pan, który jest sekretarzem i jest to niezmienne od lat i wydaje mi się, że ma więcej mocy niż sama naczelna, a ja nie lubię się prosić. Ale upomniano się o mnie gdzie indziej. Pisze pierwszy w życiu monodram dla Kamila Maćkowiaka i jego teatru Fundacja Kamila Maćkowiaka. Obcy mi to gatunek, dlatego na razie się boksujemy. Ja zawsze jestem gotowy na krytykę, ale znajdź mi osobę, która jest na nią odporna albo niewrażliwa. Jeśli znajdziesz to znaczy, że kłamie. Kiedy ktoś krytykuje mój sposób pisania to mam to w dupie, bo wiem, już wiem i nie boje się o tym mówić, że jestem dobry w tym, co robię. Kropka. Ale wiesz, jak mi jakaś niunia czy niuniek pisze, że uprawiam seksizm czy rasizm, to mam ochotę zrobić im teleport jak z Matrixa i dać z bani. Ja w ogóle uważam, że niektórzy są tylko po to, żeby ciągle miauczeć. Siedzą ci na profilu i miauczą. Nie znoszę kotów. Najbardziej mnie śmieszą komentarze: „przestało mi się podobać, idę”. A idź w chuj, krzyż na drogę, co mnie to obchodzi?

Nie mam kogo podawać do sadu, weź przestań, mam 36 lat i umiem wziąć na klatę pewne rzeczy i nie mówię tu o klockach z Dubaju (śmiech). Poza tym — co mnie interesuje opinia kogoś, kto mnie nie zna na mój temat? Niech se gadają. A z tym podawaniem ręki to do kogo pijesz? 

W tak konserwatywnym kraju jak Polska, bycie kontrowersyjnym oznacza klepanie biedy. Jest na Polsacie nawet taki program „Skandaliści”, ale zobacz tylko, kto się tam lansuje — starzy lamerzy typu Korwin Mikke, który obraża kobiety i homoseksualistów. Na tyle ich stać — na prostackie, słowne utarczki. Skandalistą to był Larry Flynt, a nie Wojewódzki czy Doda. Do kogo piję z podawaniem ręki… a choćby do urodziwej właścicielki La Manii, która wprost sugerowała, że jesteś hejterem, kiedy rozpocząłeś na swoim fb tzw. „aferę metkową”. Co zrobisz kiedy Twoja rozpoznawalność w kraju wzrośnie i będą Cię śledzić stada prawdziwych hejterów, tych od gróźb karalnych? Zwalczasz wszystkie przejawy rasizmu i homofobii, a to w Polsce doprowadza łyse karki, pisowską władzę i kościół katolicki do białej gorączki. Musze Cię też zapytać bez ogródek — masz taki plan, żeby sam zostać w Polsce celebrytą i z tego dobrze żyć?

Ale ja nie mieszkam w konserwatywnym kraju, takim jak Polska, i nie klepię tam kontrowersyjnej biedy. I żyć na stałe w Polsce też nie zamierzam, już to mówiłem. Co zrobię, gdy wzrośnie moja rozpoznawalność w Polsce? Pewnie wyłączę Internet i pójdę do pracy w Anglii. A najpierw przeczytam wszystkie komentarze. To nie jest moim celem w życiu. Nigdy nie było. Jakbym chciał się lansować na ściankach to, wierz mi, mogłem to robić ponad dekadę temu. Nie chciałem wtedy, teraz też nie chcę. To nie mój świat i jego wnętrze mnie nie interesuje ani nie ujmuje swoim smrodem.  

Poczekaj. Twoja popularność w mediach społecznościowych, to wypadek przy pracy, a nie realizowanie zaplanowanego od lat scenariusza? Wiesz jakie jest moje zdanie na temat zdobycia popularności w Londynie albo Nowym Jorku, nie będąc z ich kręgu kulturowego? Szanse są zerowe. Ja wiem, że jest Jennifer Lopez, Salma Hayek, ale to są wyjątki potwierdzające regułę. Ktoś z Polski na londyńskich salonach, to Mission Impossible 6. Nie zrobisz wielkiej kariery w Londynie, choćbyś się zesrał. Ja też nie. Cezary Pazura też nie. Jessica Mercedes, to już w ogóle nie. Tacy ludzie mogą cieszyć się popularnością tylko na swoim podwórku. Na pewno każdego, kto Cię czyta, zastanawia to, jakimi kierujesz się pobudkami. Czy jest inny powód Twoich wypowiedzi w sieci, inny niż ten, który oficjalnie podajesz czyli praca dziennikarza. Dlaczego się tak wijesz jak piskorz — kpisz z celebryckiego świata, ale o nim najwięcej piszesz. To jest ręka, która Cię intelektualnie karmi. To symbioza.

Jaka popularność? Błagam. Nigdy nie miałem żadnego scenariusza, nawet przestałem pisać na parę lat, nie miałem Instagrama ani fan page’a. Myślisz, że mi wtedy jakoś smutno było z tego powodu? (śmiech) Nigdy! Popularność internetowa jest jak kupa — nie ma co na nią patrzeć i jej podziwiać, tylko się spłukuje i idzie dalej. Mam swoje życie. Kompletnie niepopularne. Tak, lubię, kiedy jakiś mój tekst jest dobrze odebrany, w końcu jestem artystą — serwuję słowo. Chcę, żeby było rozpoznawane i cenione. Jak każdy, kto coś tworzy. Tesco też chce mieć dobre rekomendacje swoich produktów. Żyjemy w takich czasach. Wcale nie piszę najwięcej o celebrytach. Chyba jestem w miarę 50/50 z tematami. Może ostatnio było więcej. Ale wiesz z czego to wynika? Oni się klikają, a mnie ciekawi to, co ludzie mają do powiedzenia. Napiszę tekst o rasizmie — 300 reakcji. Napiszę o kimś znanym — 1300. Mnie też chodzi o jakieś zasięgi. Dzisiaj zasięgi = praca w zawodzie. Po ostatnich wydarzeniach mnie się posypały propozycje współpracy. Przyjąłem wszystkie. Zycie jest krótkie, chcesz mieć sukces, to zapierdalaj. 

Co to są londyńskie salony? Wystarczy znać kilka osób albo mieć taką pracę i już tam jesteś. Bywam na London Fashion Week, pracowałem dla największych domów mody na świecie, jestem w trakcie castingu do pewnego programu, bo wypełniłem zgłoszenie, zadzwoniła produkcja i pomyślałem, czemu nie. Tak że wszystko się może zdarzyć, gdy kieliszek pełen wina :D Zauważ, że nikt nie wie, gdzie ja pracuję, czym się zajmuję czy z kim sypiam. I nigdy o tym nie będę mówić. Raz wystawiona naga dupa już zawsze będzie bez majtek i każdy będzie chciał ci w nią zaglądać. No, thanks. 

Przed chwilą kliknąłem do znajomej nauczycielki, czy kojarzy typa o nazwie „Bartek Fetysz”. Odpisała, że coś słyszała, czyli cień popularności masz. W Polsce influencerem jesteś, gdy masz 20 k fanów na fejsie. Ty masz więcej. Najtrudniej jest zacząć, a potem utrzymywać się na fali. To właśnie odróżnia prawdziwą popularność od występu w X-Factor. Londyńskie salony? To pewnie imprezy u Simona Cowella, Eltona Johna lub inne bzdury. Są salony rządowe, celebryckie i niezależne. Poznałem kiedyś na evencie w Sandbanks menędżera „prestiżowego” londyńskiego klubu Amika. Tam też był salon — robili tam after party dla London Fashion Week i finał Miss UK. Salon to lepsze towarzystwo. To ludzie, którzy mają gruby hajs i inwestują go w showbiznes przez duże S. To ludzie, którzy imprezują po Bafta Awards. Ludzie o międzynarodowej sławie. Jeśli uda Ci się tam wbić i namieszać, to masz u mnie porządną kreskę. A propos — jakie lubisz narkotyki?

Jak ta nauczycielka lubi seks, to nie dziwne. Wpisuje w Google „Fetysz” i wyskakuje. Ulubiony narkotyk? Adrenalina. I pizza.

Nie ściemniaj. Rozmawiasz z Eprawdą [śmiech]. Nie ma dobrego występu na żywo bez porządnej kreski. Zwłaszcza, gdy akurat budzisz się podły. OK. Wspomniałeś o klikalności swoich postów. Czy to nie jest pułapka? To, że zasięgi determinują tematy postów. To się robi chore, bo to znaczy, że niedługo wszyscy będziemy Pudelkiem.pl. Jak wyrwać się z tego zaklętego kręgu klikalności i schlebiania tanim gustom publiczności?

To jest pułapka dla apolitycznych blogerów, którzy piszą o wszystkim, a tak naprawdę o niczym. Zależni są od reklamy i od swoich rozchwianych poglądowo fanów. Uprawiają kalkulacje i bezpieczne lizodupstwo, żeby im się cyferki nie posypały. A ja jestem bardzo polityczny i nie zamierzam schlebiać niczyim gustom, prócz swoich. Piszę przede wszystkim dla siebie, bo to moje katharsis. Jeśli ktoś ma z tym problem — to jego problem, ja będę pisać dalej. Ostatnio urządziłem nawet akcję „zapraszam wypierdalać, jeśli głosujesz na PiS”. I tego się trzymam.    

Co myślisz o PiS? Będziesz brał udział w wyborach prezydenckich w Polsce?

Oczywiście, że będę głosował, natomiast wyczuwam ściemę. Rejestrowałem się do glosowania na początku maja. W zeszłym tygodniu przyszedł e-mail, że muszę zmienić sposób głosowania i zarejestrować się jeszcze raz. No to wchodzę, rejestruję. Błąd. I tak przez kolejne dni. Wszystkim ten błąd na stronie MSZ wyskakiwał. Na całym świecie. Napisałem maila do konsulatu — przyjęli wniosek, wysłali pakiet wyborczy, ale ile osób go nie dostało? To mi śmierdzi. Ciekaw jestem, kiedy też przyjdzie ten mój pakiet i ile czasu będę miał na jego odesłanie. Wszystko last minute. Nie uważasz, że to dziwne? I dlaczego nie można głosować normalnie przy zachowanych środkach ostrożności, skoro sklepy są już w UK otwarte? Co myślę o PiS? Dehumanizuje Polaków. I dzieli. Prezydent powinien reprezentować potrzeby narodu. Duda różne grupy Polaków nastawia przeciwko sobie nawzajem i dzieli na społeczności i ideologie. To chore. Powinien być odsunięty od władzy.

Gdyby to ode mnie zależało, to wysłałbym cały PiS, na czele z ich prezesem, do kopalni uranu na Jowiszu. Dlatego musimy zmienić temat. Co robisz — oprócz pisania felietonów — gdy budzisz się podły? Moim zdaniem tytuł Twojej książki brzmiałby lepiej bez słowa „trochę”.

Piję wodę z cytrynę. Biorę zimny prysznic. Zastanawiam się z kim zrobić kolejny wywiad. Tak naprawdę, to ja nie obudziłem się trochę podły, tylko podły się urodziłem, ale uwielbiam ten tytuł. Wiele osób się z nim utożsamia. Brzmi jak klasyk. Ja wypowiedziałem te słowa szukając tytułu, a ówczesna moja przyjaciółka, powiedziała: no i masz tytuł książki. I tak zostało. Potem opowiadała, że napisała moja książkę. Szkoda, że jej nigdy nie przeczytała. Każdy sukces ma wiele matek. To nie jest jakiś wydawniczy hit, zbiór osiemnastu felietonów, ale sam z kilku tekstów do dzisiaj się śmieję. Okazuje się też, że przepowiadam przyszłość, bo wszystkie teksty są nadal aktualne. Pracuję nad drugą. Piszę monodram, o którym Ci mówiłem i powoli siadamy do wspólnej książki z Evą Minge. No i siedzę nad dialogami w scenariuszu, przy którym współpracuję.    

Jaka jest największa przyjemność na świecie?

Jedzenie. Kiedyś Hugh Jackman, którego ja wielbię i który jest moim ulubionym aktorem, zapytany o ulubione słowo powiedział, że to FOOD. A zapytany o to, o co zapytałby Boga u nieba bram odpowiedział: „Czy macie tu dobre jedzenie?”. Nie lubię gotować, ale kiedy już gotuję, to robię to na maksa i wszystkim smakuje. Mam to we krwi. Moja babcia jest świetną kucharką, moja mama także. Ja wole jednak serwować pisanie. Zawijam metafory w zdania, jak zawija się pierogi. Gotuję, żeby przed kimś się popisać. Lamerskie, wiem, ale bywam i lamerem. Ostatnio wszystkim serwuję pasta al limone. Wygrywam tym życie (śmiech).

Myślałem, że odpowiesz, że najlepszy na świecie jest seks. Chcesz się ożenić i założyć rodzinę?

Dobre jedzenie jest lepsze od seksu. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy zazwyczaj to szybki numerek. Czy chce założyć rodzinę? Nie wiem. Na pewno nie teraz. Do założenia rodziny potrzeba dojrzałości i odpowiedzialności, a ja czasem nawet nie odpowiadam za siebie. Nie każdy ma marzenie „i żyli długo i szczęśliwie”. Myślę, że małżeństwo się zdewaluowało. Poza tym rozwody są drogie. Branie ślubu jest nieopłacalne. W moim przypadku stagnacja równa się śmierć. Postarzałbym się o sto lat, w miesiąc wysechł jak rodzynek. Fetysz Gandalf Biały. No i nie lubię dzieci. Nie zniósłbym takiej dawki inteligencji pod jednym dachem (śmiech). 

Wierzysz w to, że każdy człowiek może być w życiu tym, kim chce i osiągnąć taki sukces, jaki chce, przy sporej dawce ciężkiej pracy, pozytywnego myślenia i wiary w siebie?

Ja sobie raz wymyśliłem i powtarzam: „Never a victim always the boss”. Jak się przewracam to wstaję. Tak się uczy chodzić od dziecka. W dorosłym życiu też się można potknąć. Uważam, że każdy ma swoja karmę i prędzej czy później na niego spłynie. Ale tak, wierzę, że kiedy ciężko pracujesz i czegoś chcesz, to w końcu to do ciebie przychodzi.  

Tak, bestsellery o „rozwoju duchowym i pogłębianiu samoświadomości” są wypełnione sloganami o pogoni za marzeniami. Wszystko wygląda pięknie na papierze. Jest tylko jeden problem — matematyka. Intratnych stanowisk w każdej branży jest niewiele, a chętnych bardzo wielu. Rywalizacja. Wyścig szczurów. Wygrać może tylko jeden. Reszta to przegrani. Więc co niby znaczy, że „kiedy ciężko pracujesz i czegoś chcesz, to w końcu to do ciebie przychodzi”?

Ja nie gonię marzeń. Gonię swoje słabości. Prowadzę wyścig. Na ten moment wygrywam (tfu tfu tfu przez lewe ramię). Nie ma Ciebie i reszty. Ty do siebie przychodzisz i odkrywasz siebie samego. A udany związek z samym sobą to to o co w życiu chodzi. Amen. 

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Bartkiem Fatyszem rozmawiał Krzysztof C. Gretkus
30.06.2020. Londyn

DILER METAFOR — część I

Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Emoralni, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).

Bartek Fetysz, autor książki „Obudziłem się trochę podły”, felietonista. Ponoc mistrz metafor i stylu, ale tak naprawdę mistrz w ubieraniu się w rzeczy czyste, rozrzucone po podłodze. Bałaganiarz. Obecnie współpracuje z Plotkiem/Gazeta.pl, Gońcem Polskim w Londynie i brytyjskim RION Magazine.
Zdjecia w sliderze: Ariel Majtas, stylizacja: Bartek Fetysz, korona z rogów: Radek Anais Laró.

Moja poezja jest czystym pięknem

EWA SONNENBERG wywiad

To była rozmowa z wyjątkową artystką, ponieważ niewielu jest ludzi wewnętrznie wolnych, odważnych i niezależnych. Ewa Sonnenberg mówi rzeczy trudne do zaakceptowania. Robi to z królewską gracją. Czasami kłując fragmentami prawdy boleśnie jak sztyletem, zadziwiając błyskotliwością, zdradzając swoje myśli o tym jaki jest świat. Czym jest sztuka. Kim jest człowiek. Społeczeństwo. I czy naprawdę można być w życiu tym, kim się chce.
[Na zdjęciach Ewa Sonnenberg żródło: archiwum prywatne i materiały prasowe]

EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG wywiad
EWA SONNENBERG
EWA SONNENBERG
EWA SONNENBERG
EWA SONNENBERG
EWA SONNENBERG
EWA SONNENBERG
EWA SONNENBERG
EWA SONNENBERG
EWA SONNENBERG
previous arrow
next arrow

Portal Emoralni: Czytałem, że lubisz obserwować ludzi i dlatego jesteś fanką Facebooka.

Nie jestem fanką Facebooka, to wymysł tak zwanej nowoczesnej cywilizacji powszechnie zwany również medium społecznościowym. A ja stronię od wszystkiego, co wiąże się z tłumem. Jestem indywidualistką i wierzę tylko w siebie i w swoją sztukę. Nie znoszę tłumu, motłochu, plebsu, od dziecka brzydziłam się czymś takim. Zawsze czułam się na Ziemi jak książę. Można nawet powiedzieć: „jak książę ciemności”, jeśli to komuś sprawi przyjemność, a mam nadzieję że są tacy. Zawsze trzymałam się z boku, na dystans i nie lubiłam się spoufalać. Nie miałam przyjaciół czy znajomych, a jeśli – byli to ludzie zawsze dużo starsi ode mnie. Tylko tacy ludzie mi imponowali i potrafiłam w nich znaleźć odpowiednich partnerów do rozmów i przebywania. Facebook przez jakiś moment stał się ważny dla upowszechniania mojej poezji, ale niestety od jesieni tamtego roku mam zablokowany dostęp na mój profil. Tak że wynika z tego, że to nie ja lubię obserwować ludzi, a raczej ktoś lubi obserwować mnie i posty jakie umieszczałam na Facebooku.

 
Blokada trwa już jakiś czas, ale też jakoś już nie zależy mi na tych facebookowych prezentacjach artystycznych. Niekiedy kieruje się takim założeniem, że jeśli ktoś wykonuje jakiś gest w moją stronę, nawet negatywny, należy to pozostawić samemu sobie. Dlatego też jakoś nie histeryzuję, że nie mam już tego obszaru, jakim był Facebook, i że już niestety nie pozwala mi się umieszczać postów z moimi wierszami i zdjęciami dla moich czytelników. Dzięki temu zyskałam około 5 godzin więcej w ciągu dnia, bo tyle mniej więcej przebywałam codziennie na Facebooku. Facebook przez jakiś czas był wielką przygodą, pamiętam jeszcze w sobie te emocje dzielenia się z czytelnikami tym, co aktualnie przeżywałam, tym, co stanowiło dla mnie największą wartość, tym, co miało moich czytelników naprowadzić na wolne i prawdziwe myślenie.

Tak… kilku pisarzy i filozofów, o których słyszałem, było mizantropami: William S. Gilbert, Artur Schopenhauer. Martin Heidegger, Jean Paul Sartre. Teraz doliczę do nich Ewę Sonnenberg [śmiech]. Jesteś odludkiem? Samotnikiem? Izolujesz się od świata czy wprost przeciwnie — lubisz dobre towarzystwo i dobrą zabawę. Bo nawet przyjmując, że większość ludzi jest beznadziejna, to nie brakuje przecież takich, którzy chcą i potrafią się dobrze zabawić.

Nudzi mnie wszystko w świecie. Świat wydaje mi się jak zbiorowy grób, gdzie nic nie ma w sobie prawdziwego życia. Zresztą nasza cywilizacja jest cywilizacją śmierci. Już w chwili urodzenia jesteśmy przeznaczeni i naznaczeni śmiercią. Nie rodzimy się przecież po to, by żyć wiecznie. Wszystko w tym świecie podlega zniszczeniu i rozpadowi. Tak jest stworzony ten świat, że coś, co się rodzi, przeznaczone jest na śmierć, rozpad i gnicie. To jest cywilizacja śmierci, organiczność jest synonimem śmierci. Organiczność w formie roślin, zwierząt, ludzi to wyjątkowo zawodny produkt biologiczny. Wydaje się, że to, co żyje wiecznie, jest poza organicznością jak jakiś szlachetny metal, kruszec lub kamień. To, co wieczne, jest jak liczba, dlatego słowo od początku jest skazane na porażkę, na mutacje, na chorobę.

Świat jawi mi się jak jakiś śmietnik, po którym się łazi i zbiera jakieś resztki, które jacyś ludzie nazywają pięknem, dobrem, prawdą.

Ale to śmietnikowe rzeczy, takie, które można jeszcze bardziej zniszczyć i zdegradować. Prawdziwie bezcenny produkt jest hermetyczny i niedostępny.
Jak to napisał Herbert w wierszu Studium przedmiotu: „piękny jest ten przedmiot, którego nie ma”. Ale czy można nazwać zabawą świadomość tego, że żyje się w świecie nieustającego rozkładu, niedoskonałości i jakichś resztek. Choć kiedyś, na jakimś dalekim spacerze, powiedziałam sobie: kochaliśmy ten świat za to że był niedoskonały. Właśnie ta niedoskonałość świata najbardziej mogła przyciągać, bo ten świat jest jak jakiś źle skonfigurowany program „reality”, podczas gdy gdzieś istnieje doskonałe cyfrowe odniesienie do tego świata bez jednej skazy, bez jednej niedoskonałości, bez jednej nieprecyzyjnej wartości. Jest jedynie kolorem bez wskazań na słowo, znaczenia czy sensy, logos to wymysł słowa, które jest jak upadek w ten gorszy świat, jest jak czyjaś łza, którą ktoś inny próbował nazwać i wtedy musiał zacząć używać słów. W ogóle uważam że Raj jest ogrodem, który wyrósł na pięknie ciała Umarłej — Ukochanej, że historia świata wcale nie zaczyna się od księgi Rodzaju. To, że zaczyna się jakaś cywilizacja człowieka i przekaz dla człowieka w słowie już oznacza upadek. To zresztą piękna metafora: Ogród Raju jako inna forma Umarłej-Ukochanej, i ten ogród, który ma być jedynie pocieszeniem dla tego, kto opłakuje i tęskni za Ukochaną. Wracając do zabawy i tego świata — w sumie te resztki, odchody, słabości, mogą też kręcić, bo taka sytuacja nie stawia wymagań, między odchodami i resztkami na wiele można sobie pozwolić, jak choćby na bycie artystą. Ale też inaczej — w tym, co niedoskonałe, można odnaleźć własne uczucie wzruszenia, czułości, a nawet litości i współczucia.

Wspominałaś przed chwilą o autopromocji. Jaki jest jej ostateczny cel? Kim chciałabyś zostać? Kim chcesz być? Miliarderką? Noblistką? Królową? Bogiem? A może Diabłem?

Nie chcę być nikim. Mam gdzieś bycie kimkolwiek. Od dziecka miałam to gdzieś. W sumie to jako dziecko chciałam być szpiegiem — akurat wtedy w telewizji leciał taki radziecki film Stirlitz o szpiegu z ZSRR. Bardzo mi się to spodobało, to trwanie nieustannie w napięciu i w niebezpieczeństwie. Od dziecka lubiłam ekstremalne doświadczenia, ale kaskaderem też jakoś nie chciałam zostać. Ani kaskaderem, ani kosmonautą. Ale to krótko trwało, prawdę mówiąc miałam gdzieś kim chce być. Liczyło się dla mnie tylko to, że w ogóle jestem i że jest świat wokół mnie — to zawsze mnie cieszyło. Chociaż, prawdę mówiąc, już jako dziecko założyłam sobie, że zostanę pisarką.

EWA SONNENBERG wywiad
Na zdjęciu: okładka najnowszej książki Ewy Sonnenberg „Moi papierowi kochankowie” 2017. Wydawnictwo Rita Baum

W wieku 4 lub 5 lat nauczyłam się czytać i pisać i od razu zaczęłam pisać moje teksty, które tytułowałam Historyjki. Zrobiłam sobie biurko z tekturowego pudełka, od ojca wzięłam pióro, jakiś zeszyt i pisałam, traktując to bardzo poważnie, jakbym to robiła od zawsze. Co tu dużo mówić, od początku wiedziałam, że będę moje pisanie traktować zawodowo. Ale tak w ogóle, to bycie kimś zawsze uważałam za jakiś fałsz. Bo to było jak granie jakiejś roli, a nie prawda o mnie czy o byciu człowiekiem. Prawdę mówiąc to nie wiem czy człowiek zostaje tym bądź tamtym, bo tego chce czy dlatego, że tak go widzą inni ludzie. Że gdyby był kimś innym niż chcą tego ludzie być może robiono by takiemu komuś jakieś trudności lub nawet może źle by mu się żyło.

W sumie można być wszystkim, kim się chce. To wszystko są jedynie role społeczne uwarunkowane aktualnymi realiami. To chyba proste, że jak spotyka się królową to czujemy, że również wypadałoby być jak królowa. Jak jest popyt na lekarzy, to kończy się medycynę i wybiera się zawód lekarza, a nie astronoma. Są też ekstremalne przypadki jak spotyka się na swojej drodze mordercę, który wyciąga nóż i chce nas zabić — wtedy i atakowana osoba może okazać się mordercą nie gorszym od tego, który zaatakował. Tak że to sytuacja i społeczeństwo czynią z nas postaci, jakimi jesteśmy, a nie to kim jesteśmy w głębi ducha, bo to w sumie nie ma dla świata znaczenia. To można zaobserwować na przykładzie historii. Taka postać Kaliguli. Nie byłoby okrucieństwa Kaliguli, gdyby nie to, że wymordowano mu w okrutny i podstępny sposób cała rodzinę. Dużo jest takich przykładów z historii jak to sytuacja i otoczenie kształtują danego człowieka.

Jesteś religijna? Chodzisz do kościoła? Co sądzisz o Papieżu Polaku — w świetle nowych faktów, podnoszą się krytyczne głosy, że Jan Paweł II nie zasługuje na status świętego, ponieważ kazał kryć afery pedofilskie wśród księży.

Nie znam się na kościelnych realiach. Daleko mi do kościołów, a zwłaszcza katolickiego. Właściwie to bliżej mi do tych pedofilii kościelnych niż do kościołów. Właściwie to bardziej rozumiem pedalstwo kleru niż te ich mury kościelne. Bo w sumie nie wiadomo, kto bardziej zasługuje na czułość mury kościoła czy pedały kościelne, instytucja kościoła czy pedofile z trzęsącymi się rękami na widok ślicznych małych dziewczynek w kątach krucht. Ale nic mi do tego — na pewnym etapie mojego życia odrzuciłam religię katolicką i kościoły. Nic mnie już nie łączy z katolicyzmem i z kościołami, z ich problemami i grzechami.
Ja nie jestem spowiednikiem kościoła katolickiego. Zresztą z tą pedofilią to chyba jest różnie. Ale ja ani nie spowiadam ani nie rozgrzeszam. A na status świętego to po takich postaciach, jak św. Franciszek czy ksiądz Jerzy Popiełuszko właściwie już nikt nie zasługuje na status świętego. Każdy święty to profanacja zbrodni dokonanej na tym ostatnim księdzu. Dla mnie Popiełuszko jest ostatnim księdzem kościoła katolickiego i na nim kończy się kościół katolicki. Ale to moje własne zdanie.
Po takim heroizmie walki o prawdę tego księdza nie sposób spojrzeć na żadną inną postać w kościele, bo to by było jak zdrada walki w imię prawdy. Zresztą, jak już mówiłam, nie zajmują mnie tematy kościelne, kiedyś w dawnych czasach grzecznie chodziłam do spowiedzi, ale wydaje się jakby to były wspomnienia z jakiegoś nieistniejącego świata. Wszystko się bardzo zmieniło od czasów mojego dzieciństwa, a nawet młodości. Nie mówię, że na gorsze, ale taka instytucja jak kościół już nie jest tak potrzebna jak kiedyś.

Ludzie się wycwanili, uważają, że do szczęścia wystarczą jedynie pieniądze i orgazm,

a nie Bóg i wiara w Chrystusa. Wygląda na to, że ta cała scheda po starym i nowym testamencie jakby została zupełnie zlaicyzowana i zbagatelizowana przez ludzi. Ale ja nie jestem egzegetą ani mistykiem, a tym bardziej kaznodzieją czy nauczycielem ludzi. Prawdę mówiąc, nie interesuje mnie problem kościoła katolickiego czy jakieś dwuznaczności, czy trudne tematy wokół tej instytucji. To nie mój problem.Ja nie zakładałam tego kościoła, to nie ja zostałam oszukana i olana przez wiernych. Trzeba powiedzieć, że to wielka odwaga założyć taki kościół i wziąć na barki tylu modlących się oszołomów. Aż płakać się chce, jak widzi się tych facetów w sukienkach wznoszących oczy do nieba. Już nie wiadomo czego bardziej szkoda tych facetów czy nieba.

Masz jakichś wrogów we Wrocławiu?

Sama nie wiem. Raczej nie powinnam. Jestem jak każdy w tym mieście i w tym kraju. Chyba raczej niczym się nie różnię od innych ludzi, ale faktem jest że od dziecka nie wiedzieć czemu drażniłam ludzi. W szkole podstawowej miałam tak poważne problemy z dziećmi, które mnie nieustannie biły i goniły korytarzami szkoły, że aż moja rodzina musiała interweniować u dyrektorki. Jakaś tam nauczycielka polskiego, chyba w trzeciej albo w czwartej klasie, powiedziała do dzieci, że mam niemieckie nazwisko i że trzeba mnie bić. Mój dziadek wtedy się bardzo zaniepokoił, bo nosząc to rzeczywiście niemieckie nazwisko, podczas II wojny światowej walczył po stronie Polski i otrzymał szereg medali. Znał biegle niemiecki i podczas wojny wielokrotnie proponowano mu podpisanie listy, że jest Niemcem, ale on nigdy tego nie zrobił. Przeciwnie podkreślał swoją polskość. Tym bardziej był zdenerwowany, gdy dowiedział się, co mnie spotyka. Ale to dawne czasy.

Potem, jak zaczęłam w połowie lat 80 studiować na Akademii Muzycznej we Wrocławiu, zaczęto mówić, że to żydowskie nazwisko i wtedy opowiadano mi sporo ohydnych kawałów i przytyków o Żydach. Tak że coś w tym jest, że niekiedy budziłam w ludziach dziwne uczucia niechęci. Niekiedy się nawet zastanawiałam skąd się to bierze, jakoś nie znalazłam odpowiedzi. Jedyne co po tych wszystkich latach wiem to to, że człowiek w ogóle jest organizmem zawodnym i mało wiarygodnym. Że człowiek raczej dysponuje negatywnością niż pozytywnością. To znaczy, gdyby miał wybrać zdradę i wierność większość wybrałaby zdradę. Gdyby miał wybrać kochanie kogoś i nielubienie wybrałby nielubienie. Gdyby miał wybrać wartość, ale okupioną trudem i bezwartościowość zdobytą łatwo i przyjemnie, wybrałby bezwartościowość. Ale co mi do tego, właściwie to może cieszyć. W sumie byłam zawsze zazdrosna że ludzie mogliby być dobrzy, kochający i mili. A taka chciałam być zawsze ja, nikt inny. To tak mówiąc żartem. A na serio, mało mnie to już wszystko obchodzi, kto jakim jest czy ktoś mnie kocha, czy nienawidzi, bo nie wiem czy w sumie nie wychodzi na jedno i to samo, a jeśli chodzi o wrogów, to ponoć im się ma więcej wrogów tym ma się większą wartość. Im więcej wrogów, tym człowiek bardziej rozumie siebie i swoje miejsce w świecie.

Porozmawiajmy przez chwilę o poezji. Których poetów kochasz, a których nienawidzisz?

Nie ma takich poetów. Dla mnie jedynym Twórcą jest Anioł Gibril, który podyktował Koran i to tyle. I kilku poetów sufi, i kilku poetów buddyjskich. Ja w ogóle nie lubię sztuki wytwarzanej przez ludzi. Uważam, że to zbyteczny produkt pseudo uczuć, udawanego przeżywania świata i ludzi oraz ubogiego obcowania z wewnętrznym ja. To mnie nie obchodzi, te wszystkie ludzkie próby i usiłowania dotarcia do miejsc dla ludzi zakazanych i przesłoniętych. Do obszarów, gdzie mieści się to prawdziwe piękno. To, co robią ludzie to dla mnie nie jest sztuka tylko jakieś mierne próby robienia sztuki. Zresztą o tym tez pisze Platon w którymś ze swoich dialogów. Że tworzenie sztuki to nawet nie jest odbicie idei w przedmiocie, ale odbicie idei w przedmiocie przedmiotu. Że więcej artystycznej prawdy ma dobrze wyheblowany stół od takiego stołu pokazanego na obrazie.

Myślę podobnie o poezji, ale nie zgadzam się z tym, ze sztuki mogłoby nie być. Sztukę tworzą jednostki wyjątkowe, uduchowione. Szczytowym osiągnięciem ludzkiej twórczości jest muzyka, ponieważ jest żywym bytem — muzyka płynie, tak jak płynie czas — jest żywa, namacalna, jest realną energią, a nie pustym słowem, znakiem na papierze. Muzykę można poczuć, przenika przez ciało jak fala ciepła. Dlatego nawet osoby niesłyszące odczuwają potęgę muzyki. To wszystko dlatego, że muzyka to dźwięk, a dźwięk to fala złożona z atomów, czyli z materii.  Zatem obcując z muzyką, obcujemy z żywym bytem. Jeden z moich znajomych recenzentów powiedział, że 70% współczesnej poezji polskiej to grafomania. Twoja poezja mi się podoba ponieważ nie jest liryczna, nie jest egzaltowana. Poezja powinna być intelektualną bombą, a nie egzaltacją. Z kolei inny mój znajomy pisarz powiedział kiedyś, że rolą sztuki jest tworzenie piękna. Czy wiesz czym jest piękno?

Nie wiem. Ja jestem pięknem. Jakiś mój gest bywa pięknem. Moja poezja jest czystym pięknem. Ja sama dla siebie jestem pięknem. Mam już tyle lat, że nie szukam piękna na zewnątrz bo już mnie to mało obchodzi. Młodość ma to do siebie, że lubi szukać rzeczy poza sobą by siebie uwydatnić w świecie i utwierdzić w realiach. Że jest coś więcej niż ja, że istnieje coś jeszcze poza mną. Ale teraz? Jedno wiem: to człowiek projektuje własne piękno na przedmioty, które nazywa pięknymi lub które się podobają. Nie ma autonomicznego piękna, piękno staje się poprzez pięknego obserwatora.

To widzimy w świecie, jacy jesteśmy wewnętrznie. To odczuwamy ze świata, jak bardzo ten świat jest w nas. Mieć świat w sobie to kochać świat. Ale to już inne tematy. Piękno jest też pojęciem względnym i umykającym. Mało uchwytnym i tak jak słowo właściwie nienamacalnym. Piękno bywa uczciwą pracą i dyscypliną. Piękno to również szczerość i siła, heroizm charakteru. Prawdę mówiąc gdyby pojawiła się na Ziemi idea piękna zostałaby przez ludzi natychmiast okaleczona lub nawet zniszczona. Może dlatego człowiek się nie dowie czym jest to prawdziwe piękno.

Czy człowiek może być wolny? Czy wolność nie jest najważniejszą wartością w życiu człowieka? A jeśli nie, to co nią jest — miłość, dobro, sprawiedliwość? Co nam z miłości, jeżeli będziemy zamknięci w klatkach — i nie mam tutaj na myśli klatek naszego umysłu, tylko prawdziwe więzienia, do których zamyka się wszelkich aktywistów, opozycjonistów, a nawet niepokornych artystów.

Te wszystkie terminy, którymi operujesz, wydają mi się mocno przestarzałe. Wolność, miłość, dobro, sprawiedliwość. To określenia całkowicie demode. I nie mówię tego, żeby kokietować czy łkać za czymś, co bezpowrotnie przeminęło. Po prostu są to określenia z jakiegoś starego systemu i z jakiegoś świata którego nie ma już. Nie znam się też na więzieniach, bo i skąd. Nigdy takimi tematami się nie zajmowałam. Poza może losem Jean Geneta, którego literaturę od zawsze bardzo ceniłam i lubiłam. Poza tym z tego co wiem tym aktywistom i opozycjonistom wcale tak źle w tych więzieniach nie jest, potem wychodzą z nich sławni i opromienieni walką o naszą i waszą wolność. To kolejny rodzaj tworzenia fasady w masowym więzieniu zwanym ludzkość. I to publicity więzienne takich ludzi, artykuliki w gazetach i filmiki na Youtube. Niepokornych artystów też już raczej nie ma, a ci co udają niepokornych są tworzeni przez system na użytek tworzenia ułudy niepokorności. To jedna blaga i gówno. Gdyby pojawił się prawdziwie niepokorny artysta nie byłby w więzieniu, ale zostałby po prostu zlikwidowany przez system. Z tego co wiem system raczej się nie cacka z niewygodnymi jednostkami. Więzienia to takie hanhary na pokaz z tuzinem pedałów do wyruchania pod prysznicem.

Pussy Riot eprawda
Na zdjęciu: rosyjska grupa rockowa Pussy Riot. W 2012 roku, trzy członkinie grupy zostały skazane na 2 lata więzienia, co spotkało się z szeroką krytyką na świecie. Źródło: Wikipedia

Z tego co mówię wynika, że niby jestem buntownikiem i coś tam, a to nieprawda. Z chęcią bym była takim artystą, który stworzyłby dla ludzi taką egzystencję, żeby budzili się w więzieniach i zasypiali w więzieniach. Prawdę mówiąc sympatyzuję z orwellowskim sposobem porządkowania jednostek w społeczeństwie. Każdy ponumerowany, z kodem numerycznym wytatuowanym na czole i z kodem paskowym. Z chipem na dupie i chipem na ręce. Oczywiście te chipy miałyby nie tylko ułatwiać transakcje, ale również możliwość nieustannego namierzania i nieustannej kontroli. Ale to oczywiście zbyt piękne i zbyt czasochłonne, żeby poświęcać czas na taki rodzaj społeczeństwa. Lepszy jest chaos i brak rozeznania. Zresztą mnie to gie wszystko obchodzi. Więzienia, społeczeństwa, niepokorni artyści, opozycjoniści, aktywiści… ja po prostu już w coś takiego nie wierzę. Wierzę w skurwysyństwo i łamanie życiorysów pod dyktando jakichś niedouczonych panów bez skrupułów.

Wcześniej pytałeś mnie, czym jest dla mnie piękno. Właśnie tym, orwellowska rzeczywistość całkowicie hermetyczna i homogenizowana, syntetyczna i sterylna, wszystko idealnie zaprogramowane co do sekundy. Bez wiary w cokolwiek, bez Boga, bez dziecinnego gadania o duszy i duchowości. Słowem pusta wypolerowana płaszczyzna z konkretnymi dyrektywami i nakazami. Jak to właściwe słowo, które posiada wytyczony obszar do stworzenia danej rzeczywistości.

Co Ci sprawia przyjemność? Co daje uczucie ulgi od bólu życia, od cierpienia? Co robisz by poczuć się dobrze?

Powinnam chyba powiedzieć, że idę do burdelu i relaksuję się przy jakiejś prostytutce lub przy jakimś żigolaku. Bo to tak ładnie brzmi, chyba jakoś prospołecznie. W sumie to taki żigolak jak najbardziej. Zawsze lubiłam zabójczo perwersyjnych facetów, zblazowanych bydlaków z rozepchanym odbytem od miłości pedalskiej i takich, co to nie poetyzują zbytnio przy byle suczce. Tak, seks jest dobry na ból i cierpienie. Jak się bardzo cierpi, to całkiem nieźle wyruchać coś co się jeszcze rusza. Wtedy oczywiście pełny relaks. W sumie to nie wiem, co jest lepsze na cierpienie: ruchać czy być wyruchanym. Nigdy nie opuszczam codziennych wiadomości i programów oświatowych.

W sumie wychodzi też na to, że relaksują mnie dramaty i tragedie oglądane na portalach informacyjnych. Prawdę mówiąc nigdy nie unikałam cierpienia, bo byłoby to dla mnie jak tchórzostwo. Dlatego nigdy nic nie robiłam, żeby poczuć się dobrze; przeciwnie drążyłam ból i cierpienie by iść w tym bólu i cierpieniu jeszcze dalej. Unikać bólu i cierpienia to jak zdradzić, jak zdezerterować, jak skalać się tchórzostwem. To jak być małostkowym, płytkim i nic niewartym człowiekiem

Rozważałaś wyjazd z Polski na stałe? Wzorem Mrożka albo Gombrowicza — na południe Francji albo do Włoch — do jakiegoś przyjemnego, eskapistycznego azylu, z daleka od złych wspomnień. Można w ten sposób rozpocząć nowe życie, a przecież pisać można wszędzie.

Ja nie mam złych wspomnień poza mniej lub bardziej ekstremalnymi. Jakoś nigdy nie myślałam, by gdziekolwiek wyjeżdżać. Miałam takie okazje kiedyś, ale jakoś nie skorzystałam. Uważałam, że jestem polską poetką i moje miejsce jest w Polsce. Czesław Miłosz mówił, że poezję pisze się językiem dzieciństwa, dlatego pozostawałam w kraju swojego dzieciństwa. Od dziecka miałam świadomość, że to prowincjonalny i biedny kraj, bez prawdziwej nośnej historii i bez wielkiej sztuki i kultury. Raczej przypadkowy zlepek jakichś wydarzeń historycznych. Jeszcze może czasy królów dynastycznych Piastów i Jagiellonów mogą przekonywać co do jakiegoś europejskiego poziomu, ale potem ten kraj nie miał w Europie żadnego znaczenia. Ale mimo to lubiłam ten kraj i podobała mi się jego prowincjonalność, o której zresztą pisze w swoich dziennikach Witold Gombrowicz.

Ja zawsze lubiłam małe biedne państwa, jak i prowincję. To były moje ulubione rewiry i obszary, w których się czułam dobrze i na swoim miejscu. Ale już jako dziecko wiedziałam, że Polska jest mało znanym krajem z nieciekawą historią. Nie było porównania z historią Francji i wyrafinowaniem królów i dworu francuskiego. Czy taka Anglia lub Niemcy, gdzie panował przepych, bogactwo z rozmachem, najwyższy poziom intelektualny, artystyczny. Nie mówię już o historii Włoch, która jest wielkością samą w sobie jeśli chodzi o władców, dwory książęce, mecenasów sztuki czy artystów. Już jako dziecko to wiedziałam, ale mimo to nawet przez chwilę nie chciałam nigdzie wyjechać. Jako dziecko właściwie fascynowałam się prehistorią i starożytną Grecją. Ale tam też mnie nie ciągnęło.

W sumie lubiłam podróżować, ale zawsze wracałam do siebie, do swojego biurka, do swojego miejsca, do swoich przedmiotów, do swoich rzeczy. Ja życie rozpoczęłam już w dzień swoich urodzin a nowe życie zaczynam każdego dnia, gdy się budzę. To nie ma znaczenia, gdzie jestem, znaczenie kiedyś miało to, że pisałam dla ludzi, którzy mówili językiem mojego dzieciństwa i w tym języku mogli mnie czytać. Ale to teraz jest właściwie mało ważne. W sumie to nie mam już dla kogo pisać. Moje pisanie było miłością, ale ta miłość okazała się zupełnie niepotrzebna. Nie sądzę, żebym miała obecnie sporo czytelników, a za jakiś czas zupełnie przeminę i tego bym sobie życzyła w ramach nowego życia, ale już na tamtym świecie.

Jak poetka polska jest traktowana we własnym kraju?

Nie chcę odpowiadać na to pytanie.

Która rzecz jest dla Ciebie najważniejsza? Co chciałabyś powiedzieć ludziom na świecie?

Szczere? Spierdalać. To oczywiście mówiąc żartem. Nie posiadałam rzeczy najważniejszej by móc o niej mówić — i w imieniu której móc mówić do ludzi. A gdybym nawet posiadała taką rzecz, to ukryłabym ją w płaszczu mojego serca, jak kiedyś napisał poeta suficki Kabir — i byłabym niemową by nikt nie przejrzał moich słów. Stałabym się wtedy niema jak kamień by nikt nie rozpoznał kim jestem. Gdyby wyrwano mi serce by odebrać mi tę rzecz, kamień stałby się wtedy ogniem. Gdyby chciano ugasić ten ogień, moje serce stałoby się niebem pełnym deszczu by pochłonąć ten ścigany przez ludzi ogień wraz z tym deszczem. Kiedyś dawno temu sporo mówiłam o Prawdzie, pięknie i prawie do wolności każdego człowieka. Ale nie wiem czy to są dla ludzi rzeczy najważniejsze. Chyba raczej nie.
A jakoś o pieniądzach, seksie i odpowiednim ustawieniu do przychylnych wiatrów historii, nie miałam ochoty ani pisać, ani rozmawiać, ani mówić, bo po prostu nie znałam się na takich rzeczach, a chyba te rzeczy są dla ludzi najważniejsze. Brzmi dziecinnie prosto, ale jest to też dziecinnie prosta prawda o świecie. Nic nie mam do powiedzenia ludziom. Mam sporo do powiedzenia swoim wierszom na ciągle czekającej na mnie białej kartce papieru. Jestem na tej kartce jak jedna z liter, ale nawet nie wiem w jakim języku jest zapisana ta litera. Ludziom mogę życzyć jedynie jakiś wesołych świąt i dalszych sukcesów w zdobywaniu świata i w rządzeniu światem.

Jak osiągnąć artystyczny sukces? Jak zdobyć sławę i pieniądze?

Co epoka, to chyba inna metoda osiągania sukcesu. Raz chyba delikatność i kokieteria. Raz odpowiedzialność i pracowitość. Innym razem przemoc i niszczenie przeciwnika. Jeszcze innym razem gry nie fair i bezczelność. Można by się zastanowić jak zdobył sławę i sukces towarzyski taki Casanova.

EWA SONNENBERG wywiad
Na zdjęciu: portret słynnego uwodziciela Giacomo Casanovy, pędzla Antona Mengsa. 1760. Źródło: Wikipedia

Ciekawa jest też kariera rewolucjonistów francuskich z roku 1792 i taki zaskakujący przełom historyczny. Interesująca jest popularność i kariery świętych. Niby nic, pokora i cierpienie, a tu nagle, że sława i że można na takim zarobić kasę. Albo w jaki sposób przebiegała kariera Chrystusa. Z tego co wiem, to ten facet zrobił chyba największe pieniądze w historii. To był chyba największy biznes w historii ludzkości, większy od takiego nawet Steve Jobsa — twórcy Apple’a. Mozart na przykład nie zrobił wcale kariery za życia, jakby się wydawało — wprost przeciwnie — był niedoceniany należycie. Prawdę mówiąc, patrząc na historię, pewnym ludziom zaczęło zależeć na robieniu kariery sławie i pieniądzach dopiero w pewnym okresie istnienia kultury europejskiej. Wcześniej takiemu Leonardowi da Vinci wystarczało że był i że miał coś do powiedzenia ludziom, nie myśląc o tym czy będzie sławny i czy zrobi karierę. Isaak Newton chyba też nie myślał o nagrodzie Nobla, pisząc swoje trzy zasady dynamiki czyli podstawę naukową fizyki tradycyjnej.

Ci ludzie po prostu posiadali w sobie tęsknotę za jakąś Tajemnicą, którą nazywali niekiedy nauką, innym razem sztuką, jeszcze kiedy indziej poszukiwaniem i umiłowaniem mądrości. Największymi znawcami od robienia kariery są chyba rockmeni i aktorzy, ale nad nimi pracuje cały sztab ludzi. Nie znam się na robieniu pieniędzy, nie mam głowy do geszeftu. A sukces i sława to rzeczy, które różnie się zdobywa i mają też różny wymiar. Jest sukces i sława jak Mount Everest, a bywa sława i sukces jak babka z piasku. Ale nic mi do tego. Po latach zdobywania sławy i sukcesu, raczej jakoś te słowa nabrały jakiś innych znaczeń. Moje wiersze raczej drażniły i budziły niechęć aniżeli przychylność. Jedynie co, to ciekawiły, intrygowały i inspirowały całe rzesze młodych poetów czego mam świadomość.

Nawet zdarzało się, że niekiedy pisano pode mnie i w moim stylu. Tylko ciekawość mnie, pobudzała ludzi do obcowania z moją poezją, a nie z moją prawdą, by naprawdę zrozumieć i odczuć moje ciało mojej poezji. Ciekawość i węszenie za skandalem, prowokacją. Nic poza tym. Raczej mądrość i nauka piękna nie interesuje ludzi jakby się wydawało. Słowem żeby zdobyć sukces należy być powierzchownym, płytkim, znać parę chwytów z socjotechnik i robić dobrą minę do złej gry, warto również od czasu do czasu uświnić się bo taki uświniony ktoś robi się nagle taki swojski i łatwy do zrozumienia, a jeszcze jak trąci tym samym smrodem i gównem co jakaś wygodna większość, to już w ogóle pełny respekt i bierzemy cię. Dla bardziej wyrafinowanych dodałabym kilka treści podświadomych i kilka komunikatów podprogowych. Ten opis dotyczy oczywiście czasów obecnych. Oczywiście, inaczej zdobywa sukces mężczyzna, a inaczej kobieta. Ale to już lepiej by napisać bestseller jak być pięknym i bogatym.

Jak jesteś przygotowana na koniec świata i koniec ludzkości? Katastrofa klimatyczna. Susze. Pandemie o wiele bardziej zabójcze niż obecny covid – 19. Jesteś przygotowana na śmierć?

Ja od zawsze byłam przygotowana na śmierć — od pierwszego dnia mojego życia na Ziemi. A czy ty też jesteś przygotowany na śmierć? Ile razy dziennie myślisz o swojej śmierci i umieraniu? Boisz się śmierci? Czy ludzie boją się śmierci? W sumie to pytanie o przygotowaniu na śmierć powinno się zadać terroryście-samobójcy, bo chyba tylko ci faceci wiedzą czym jest przygotowanie na śmierć. Oni to chyba traktują jakoś tak zawodowo więc chyba ich odpowiedź bardziej by ciebie usatysfakcjonowała na twoje pytanie, a nie odpowiedź jakiejś poetki z prowincjonalnego kraju. Oni to chyba traktują jakoś bardziej niż zawodowo — to chyba bywa ich sensem życia.
Ja raczej jako poetka planuję długie i płodne życie w wiersze. Jest jeszcze do napisania wiele książek przede mną i raczej nie wybieram się na łono Abrahama, wbrew politycznej propagandzie zwanej „zmiany klimatyczne” czy jakieś pandemie. Z tego co wiem, w takim przygotowaniu na śmierć specjalizowali się Japończycy, Samurajowie, Ninje, oraz Kamikaze. Aż wstyd by było i niegodnie w obecności takich facetów-samobójców zadawać takie pytanie przez laika siedzącego w ciepłych papciach za biurkiem. Jak jestem przygotowana? Śmierć ma to do siebie, że raczej nie wysyła zaproszenia jak ma przyjść. I raczej nie ma czegoś takiego jak próba generalna umierania. Umiera się i na zawsze. Koniec świata już się zaczął jakoś w XVII wieku o czym pisał Swedenborg.

Każdego dnia jest koniec świata jak zachodzi słońce i staje się noc. Noc jest końcem świata jak z wiersza Charles Peguy „La nuite o ma fille la Nuite Je te cree la premiere”. To pytanie jest źle postawione bo gdyby można było przygotować się na jakiś koniec to nie byłoby tego końca. Koniec jest wtedy gdy jest tym czego człowiek nie potrafi ogarnąć ani przewidzieć i dlatego to można nazwać koniec. Twoje pytanie to też jest jakimś koniec. Bo słowa którymi operujesz — „koniec”, „ludzkość”, „śmierć” — właściwie już nie mają w sobie tego sensu co kiedyś. Słowo „koniec” można by zastąpić wyrażeniem „liże loda”, słowo „śmierć” „którą masz godzinę”, słowo „ludzkość” „buty mnie obcierają” i w sumie wyszłoby na to samo. Można by tak bez końca. Słowo „śmierć” na wyrażenie „możesz być dumny”, słowo „ludzkość” na „zaraz wracam”, słowo „koniec” na „do użytku wewnętrznego”. Jeśli rzeczywiście mówić o jakimś końcu, to jest to koniec Logosu i sensu. Mówił kiedyś o tym na jakimś spotkaniu Michel Deguy w Instytucie Francuskim w Krakowie, że poezja porzuciła Logos. Zabawne jest jeszcze co innego, że dawniej o końcu świata mówili ludzie na wsiach, a teraz tego rodzaju pytania zadają elity intelektualne, co znamionuje koniec rozsądku, dobrego smaku i elegancji estetycznej.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Z Ewą Sonnenberg rozmwawiał Krzysztof C. Gretkus

Krzysztof C. Gretkus (1970) — wydawca portalu Emoralni, fotoreporter. W latach 90. publikował opowiadania i wiersze w legendarnym warszawskim magazynie literackim bruLion. W 1995 r. wydał tom wierszy pt. „Szept i wrzask”. W 1999 r. ukończył poemat prozatorski „Czarne Światło”, od 2013 r. dostępny na Amazon i Smashwords pod angielskim tytułem „Puff of Black”. W latach 2008-2012 fotoreporter współpracujący z magazynem The Polish Times i agencją fotograficzną London News Pictures (LNP).

Ewa Sonnenberg — poetka. Publikacje w pismach literackich w Polsce i za granicą. Wiersze tłumaczone na język angielski, francuski, hiszpański, niemiecki, szwedzki, turecki, rosyjski, węgierki, słoweński, słowacki, czeski, serbski, macedoński, bośniacki, włoski, ukraiński. Opublikowane tomiki: „Hazard” (Wrocław, 1995), „Kraina tysiąca notesów” (Dzierżoniów, 1997), „Planeta” (Katowice, 1997), „Smycz” (Wrocław, 2000), „Płonący tramwaj” (Kraków, 2001), „Lekcja zachwytu” (Kraków, 2005), „Pisane na piasku/Written on send” (Kraków, wyd. Ha–art., 2007), w angielskim przekładzie Katarzyny Jakubiak, „Rok Ognistego Smoka” (Kraków, 2009), „Wiersze zebrane” (Wrocław 2014, Biblioteka Rity Baum), „Hologramy” (Poznań 2015, WBPiCAK), poemat prozą „Obca” (Szczecin 2015, wydawnictwo Forma). Ukazała się również książeczka „Paź królowej. Bajka dla zakochanych” (Kraków, 2006) oraz „Encyklopedia szaleńca” (Wrocław, 2006, w bibliotece „Rity Baum”). W 2006 ukazał się wybór wierszy „Imperium łzy” w Belgradzie oraz „Nieobliczalni” w Bania Luce (2016) w tłumaczeniu Biserki Rajcic. W 2009 ukazał się wybór wierszy „ Spowiedź” w Skopi w tłumaczeniu Risto Jaceva. Była stypendystką Kultury Niezależnej w Paryżu, dwukrotną stypendystką (2001, 2008) Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Za tomik „Hazard” otrzymała nagrodę im. Georga Trakla (1996), 2008 Nagrodę dla najlepszego poety festiwalu Ilinden/Skopie, Macedonia, 2012 Nagrodę Czterech Kolumn za całokształt twórczości. W 2016 została finalistką Orfeusza — Nagrody Poetyckiej im. K. I. Gałczyńskiego za tom „Hologramy”. Wiersze prezentowane w wielu antologiach m.in. Rosyjskiej: „Polskie poetki”, Petersburg, 2002 Szwedzkiej: „17 Polskich poetów” Sztokholm, 2003, „Jag i forsta och sista person/Poetki polskie”, Sztokholm, 2008. Słoweńskiej: „Akslom poljska nazaj”, Ljubljana, 2005, Amerykańskiej: „New European Poetry”, Graywolf Press, Saint Paul, Minnesota, 2008. Serbskiej: „International Writers Colony. Cortanowci”, Serbia Literary Society, Belgrad 2008, Hinduskiej: „Aria“ translations by Sudeep Sen, Yeti Books&Monsoon Editions, Mulfran Press, India, England 2009 , Niemieckiej: „Das Unsichtbare Lieben.
Anthologie polnischer Lyric“, K.Gutke Verlag, Köln, 1998, Artur Becker, „Ein Kiosk mit elf Millionen Nachten“, Stint, Bremen 2008. Rosyjskiej: “ Było, jest, będzie” ( Collection wierszy polskich poetów) , Wahazar, Moscow, 2009. , Hiszpańska: “Poesia a Contragolpe”, Antologia Polskiej Współczesnej Poezji (1960 – 1980) pod redakcją Abel Murcia, Gerardo Beltran, Xavier Farre, Prensas Universitaires de Zaragoza, 2012 , Serbska: “Moi poeci XX wieku” w tłumaczeniu Biserki Rajcic, Belgrad, Treci Trg, 2012, Tureckiej z okazji Festiwalu poetyckiego , “Wiersz Istambułu. Poeci Świata”, Istambuł 2013, Amerykańskiej: “With our eyes wide open”, West End Press, Albuquerque New Mexico 2014. Hiszpańska: “El cerezo crece…” Uniwersytet w Grenadzie, redakcja: Joelle Guatelli- Tedeschi, Grenada 2015. Niemiecka: “Dzieciństwo w Polsce. Dzieciństwo w Niemczach” verlag Heidi Ramlow, Berlin 2015. Amerykańska: “Scattering the Dark/An Anthology of Polish Women Poets”, redakcja i przekład Karen Kovacic, USA 2016, Polskiej: “Przewodnik po zaminowanym terenie” redakcja Krzysztof Śliwka, Wrocław 2016. Prezentacja wierszy z tomu „Wiersze zebrane” w języku włoskim na blogu Paolo Statuti: www.musashop.wordpress.com.. Wiersze ukazywały się w pismach za granicą m.in.: „Literaturkreis Lichtungen” (Graz, 1996), „Nagy Vilag” (Budapeszt, 2002), „Gulf Coast” (USA, 2003), „ Lyrikvannen” (Sztokholm, 2003), „Poesie” (Paryż, 2004), „Romboid” (Bratysława, 2004), „Apokalipsa” (Ljubljana, 2004), „Lyric” (USA, 2005), „Apokalipsa” (Ljubliana, 2006), „Polityka” (Belgrad, 2007), „Treci trg” (Belgrad, 2007), „Blesok” no. 54 (Macedonia, 2007), „Heviz” (Budapeszt, 2007) „Treci trg” (Belgrad 2008). W „OEI” (Sztokholm, 2008) ukazał się jej artykuł o młodej poezji polskiej. Ostatnio ukazały się wiersze w piśmie „Nuovi Argomenti” we Włoszech (2014) i w Waxwing Magazine w USA (issue V – spring 2015). Publikowała na portalach internetowych: PKP Zin, Helikopter, sZAFa, Pro_Arte, Śląska Strefa Gender, Pisarze.pl, Eprawda.pl Jej twórczość była prezentowana w I i II programie Polskiego Radia. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wiersze prezentowane w „Inter-„ pochodzą z przygotowywanego do druku tomu „Schizofrenia&company”.
Foto na stronie głównej: Barbara Ligman

Emoralni*