Reportaż z brudnego świata wojny narkotykowej w Meksyku

Łukasz Czeszumski

Łukasz Czeszumski Nie ma bohaterów

Gdy Luis budzi się każdego ranka, przed świtem, niczym za wojskowych czasów, wściekłość nie pozwala już zasnąć. Ogarnia go nagłymi atakami, które odpuszczają na krótko, a potem wracają, wiele razy każdego dnia.

Kiedy Luis budzi się, zza okna dobiegają go odgłosy zwierząt mieszkających na jego farmie. To skromny, lecz ładny dom, na pustyni Teksasu, otoczony ogrodem i kaktusami. Słyszy oddech żony, śpiącej obok i dwuletniego synka w łóżeczku, w rogu pokoju. To taki sielski obrazek. Większość ludzi na jego miejscu żyłaby spokojnie, ciesząc się tym co mają — rodzinnym szczęściem, farmą w Teksasie — zwyczajnym życiem w zamożnym kraju.

I jest głos rozsądku w jego głowie, który mówi, aby się tym wszystkim cieszył. To takie komfortowe życie. Może je wieść spokojnie, pracować, cieszyć się każdym dniem, wychowywać dzieci, żyć w spokoju aż do śmierci.

Wie, że tak by było dla niego najlepiej. Ale choćby bardzo chciał, nie oszuka swojej natury.

Dlatego budzi się codziennie przed świtem i razem z nim budzi się jego wściekłość. Wie, że już nie zaśnie, więc musi się czymś zająć. Wstaje z łóżka tak, by nie obudzić śpiącej żony ani synka, wychodzi przed dom. Zanosi jedzenie dla konia, ziarno dla kur, karmi psy. Podlewa drzewa, które są jeszcze młode i które by uschły błyskawicznie w teksańskim słońcu, gdyby nie dawać im kilkunastu litrów wody każdego ranka i każdego wieczora. Na śniadanie wypija kubek mocnej czarnej kawy.

Farma wymaga dużo pracy. Kupił ten dom po ucieczce z Meksyku. Dom był stary, zaniedbany. Samodzielnie pomalował go, naprawił dach, zrobił remont w środku i postawił ogrodzenie dookoła, zagrody dla zwierząt, magazyn. Kupował zwierzęta, aby samotność i brak zajęcia nie doprowadziły go do szaleństwa. Zbijał drewniany płot i sadził drzewa.
Rok takiego życia powinien go uspokoić, ale wściekłość nie opuszczała go żadnego dnia. Ona rwie jego duszę falami od momentu przebudzenia i nie odchodzi mimo wypicia dwóch piw przed snem.

W końcu zrozumiał, że prawdopodobnie nigdy nie odczuje ulgi.

Gdy Luis budzi się przed świtem, widzi twarz człowieka, którego nienawidzi. Nic w życiu nie sprawiłoby mu większej przyjemności, niż strzelić w tę głowę. Nigdy nie spotkali się twarzą w twarz, ale są zaprzysięgłymi wrogami na wojnie, na której nie bierze się jeńców.

To twarz jednego z najbardziej poszukiwanych przestępców świata — zwykłego prostaka, który zapewne ku swemu zdziwieniu, wyrósł pewnego dnia na przywódcę jednego z głównych karteli narkotykowych Meksyku.

To człowiek, który w swoim rodzinnym stanie nigdy nie jest wymieniany z nazwiska, ani nawet po pseudonimie. Tam wszyscy mówią o nim tylko z szacunkiem — El Señor — Pan. I każdy wie, o którego señora chodzi. Mówią też o nim, niczym o muzułmanie o Allachu, że jest wszędzie i nigdzie jednocześnie. Opowiadają tyle historyjek o jego numerach, że trudno tak naprawdę powiedzieć, w jakiej części jest człowiekiem, a w jakim legendą stworzoną przez plotkarzy.

Luis wie, że jego największy wróg jest tylko człowiekiem, i to wcale nie nadzwyczajnym. I, że być może to jest największą ironią losu. Tym, który trzęsie fundamentalną częścią świata kokainy, nie jest jakiś niesłychany gieroj, lecz wiejski prymityw umiejący jednak do perfekcji korzystać z dwóch rzeczy — okrucieństwa i przekupstwa.

Ten kryminalista, to tylko symbol narkotykowej przemocy, jeden z jej wielu elementów. A cały kartel to mechanizm, który morduje co roku wiele tysięcy ludzi i zastrasza miliony. Macki jego organizacji sięgają krańców obu Ameryk. Powiązane z nim gangi działają w Kolumbii, Peru i Panamie. Dokonują morderstw i porwań w Nowym Jorku i Phoenix, w Sydney i w Jakarcie. Ten wiejski bandyta musi być dumny, że urósł do takiej wielkości.

Najpotężniejsi przywódcy meksykańskich karteli narkotykowych, schwytani przez służby specjalne i policję, m.in. Joaquín "El Chapo" Guzmán, Servando Gómez Martínez (La Tuta),  Omar Treviño Morales,    Benjamín Arellano Félix, José Díaz Barajas,    Iván Cazarín Molina, Beltrán Leyva. Foto: materiały prasowe
Najpotężniejsi przywódcy meksykańskich karteli narkotykowych, schwytani przez służby specjalne i policję, m.in. Joaquín „El Chapo” Guzmán, Servando Gómez Martínez (La Tuta), Omar Treviño Morales, Benjamín Arellano Félix, José Díaz Barajas, Iván Cazarín Molina, Beltrán Leyva. Foto: materiały prasowe

I tu każdy mógłby się zastanowić — jak tak duży i rozwinięty kraj, jakim jest Meksyk, mógł dać się zastraszyć i kontrolować bandom przestępców? To jest najbardziej tragiczne, bo twarz zbrodni w Meksyku, to nie twarz szefa kartelu, ale innego drugiego największego wroga Luisa − twarzy Polityka.

To twarz, która śni się Luisowi w jego koszmarach. Twarz, w którą potrafiłby tłuc pięściami, aż by zamieniła się w krwawą miazgę, a to i tak by nie ugasiło jego wściekłości. Polityk cieszy się wieloletnią karierą w różnych państwowych sektorach. To człowiek bez skazy, wykształcony i dobrze wychowany. Lubi fotografować się z prostymi ludźmi — zawsze robi wtedy starannie przećwiczoną minę człowieka, który rozumie ich problemy, starszego brata, w którym znajdą oparcie. To jedna z tych sztuczek, jakie zawsze działają na otumaniony naród.

Dowody na współpracę Polityka i Bandyty posiadają wszyscy zainteresowani, twierdzi Luis. Policja Federalna, rząd centralny. Ale nikt go nie ruszy, nikt nie powie jednego słowa. Nikt nie potrzebuje kłopotów. Ludzie, którzy za bardzo interesują się tymi sprawami, znikają.

W tych czasach nie opłaca się być bohaterem.

To Luis pewnego dnia nie wytrzymał. Ma żelazne nerwy w akcji, w walce, ale w życiu codziennym jest impulsywny i gwałtowny. Nie potrafi udawać. Nie potrafi grać. Luis nie wytrzymał podczas dużego wspólnego spotkania oficjeli z wojska, policji i władz stanowych. Kolejna z narad o tym, jak zwalczać przestępczość narkotykową, która pożera kraj. Znowu te same przemowy pełne patosu. Tu słowa o poświęceniu dla ojczyzny, a tam, w tym samym czasie kolejne miliony dolarów idą na konta numeryczne w Panamie. Każdy grzecznie gra swoją rolę w „kokainowym teatrze”.

Luis patrzył w twarz Polityka, tak gładko recytującą swoją przemowę. A przez jego umysł przelatywały obrazy rzeczy, które sam widział — leżące na pustyni głowy obcięte przez bandytów piłami spalinowymi. Poszatkowane kulami zwłoki. I ten straszny obraz, który zawsze powraca — ten jeden bandzior — a w istocie, gdy się zastanowić, przecież zwykły biedak, który poszedł do kartelu, bo chciał uszczknąć sobie kilka łyków z narkotykowej rzeki. Gdy Luis go dopadł, chłopak ranny i pokrwawiony krył się pod podwoziem samochodu i wrzeszczał histerycznie do swojej mamy, aby go ratowała. Jego matki tam oczywiście nie było. Byli za to liczni koledzy z gangu, pozabijani już w zasadzce żołnierzy rządowych.

Te sekundy ostatniej akcji wracały mu przed oczy ciągle i ciągle. Luis nie ma serca z kamienia, ale rozkaz to rozkaz. Łzy ciekły mu z oczu, gdy składał się do karabinu M-4 i naciskał spust, a pociski przebijały podwozie, pod którym chował się skomlący młodzieniec. Luis strzelał raz za razem i myślał tylko o jednym, by w końcu nieszczęśnika dobić, żeby go w końcu uciszyć.

Czasem to ten wrzask mamo ratuj! budzi go z otchłani snu w ciemnościach przedświtu, w bezpiecznym Teksasie, i nie daje już zasnąć.

I wtedy podczas tej narady otworzył oczy i napotkał spojrzenie Polityka, który stał w swoim eleganckim garniturze, wyperfumowany i z powagą na twarzy recytował z pamięci formułki o konieczności walki z przestępczością, o nadludzkim wysiłku, o lepszym jutrze — to nie był człowiek, który widział kiedykolwiek widok rozszarpanych ciał, który słyszał wrzaski umierających młodych ludzi. Polityk, a jednocześnie kamrat od interesów przywódcy kartelu.

Luis wyszedł na środek sali i wskazał na Polityka palcem. Ten przerwał mowę w środku słowa.
— Jesteś zwykłą kurwą kartelu — powiedział Luis. — Wszyscy to wiedzą i któregoś dnia zapłacisz za to.

Potem Luis wymaszerował z sali.
Wiedział, że klamka zapadła, ale wiedział też, że lepiej być sobą, niż do końca życia kulić głowę. Mina Polityka gdy usłyszał wyzwisko wystarczyła mu za całą satysfakcję.

Tydzień potem pierwszy raz próbowali Luisa zabić.

2.

Od dziecka marzył o wojsku. Gdy tylko nauczył się czytać, pochłaniał książki o walkach Azteków z konkwistadorami, o rewolucji meksykańskiej i życiu w dawnych wiekach. O drugiej wojnie światowej i szaleństwie nazizmu.

Z portretu na ścianie w rodzinnym domu spoglądał na małego Luisa człowiek, który nie znał strachu − José Arango, znany jako Pancho Villa, przywódca rewolucji meksykańskiej. Kowboj, który przez noce pił, rankami prowadził bitwy, a wieczorami odwiedzał nowe kochanki. Prawdziwy wojownik, człowiek który nie klękał przed nikim. I mały Luis chciał pewnego dnia być taki jak on.

Ruszył za swoją militarną pasją i wstąpił do akademii wojskowej. Żelazna dyscyplina szkoły wojskowej z internatem, potem ambicja, która prowadziła go dalej — od pozycji podporucznika w oddziałach piechoty, przez selekcję do oddziałów spadochroniarzy. A potem jeszcze trudniejszy cel, dostać się do elity armii, do „najlepszych z najlepszych” — sił specjalnych.

Wielomiesięczny kurs komandosów, podczas którego ani razu nie wyszli z dżungli. Musieli na przykład przez tydzień nie spać, jedna za drugą dobą na okrągło i bez przerwy wykonywać zadania. Mimowolnie zapadali w nieprzytomność, ale wymyślili sposób — łapali w dżungli jadowite mrówki i w chwilach słabości pozwalali im kąsać się w szyje. Jad wywoływał uderzenie adrenaliny i odpędzał senność. Przeszedł przez to wszystko, bo wiedział, że droga do wymarzonej formacji otwarta jest tylko dla ludzi niezłomnych.

Lata płynęły na ciągłej aktywności. Morderczy trening był tylko przygotowaniem do właściwej służby. Poligony, treningi, skoki spadochronowe, patrolowanie pełnego przemytników pogranicza z USA. W końcu pierwsze prawdziwe akcje.

W 2006 roku prezydent Calderón ogłosił rozpoczęcie wojny przeciw kartelom narkotykowym. Wojsko z entuzjazmem zabrało się do realizacji planu bezpieczeństwa. Podwyższono żołdy, zwiększono uprawnienia, na arenę wojny przeciw kartelom trafiły pojazdy humvee, helikoptery i mnóstwo amerykańskiej broni.

Meksykanski prezydent Felipe Calderon podczas spotkania dwustronnego z prezydentem Obamą w Białym Domu. May. 2010 rok. Foto: materiały prasowe
Meksykański prezydent Felipe Calderon podczas spotkania dwustronnego z prezydentem Obamą w Białym Domu. Maj. 2010 rok. Foto: materiały prasowe

Luisa wysłano do samego serca konfliktu. Ten stan był od dłuższego czasu areną najgłośniejszych walk pomiędzy władzami i dwoma konkurencyjnymi kartelami. Jeden z karteli był słabszy, a drugi silniejszy – wyrastał na monopolistę. Mówiło się o silnych powiązaniach między lokalną władzą i większym z karteli. Ten układ władzy i przestępczości ustalił się w wielu rejonach Meksyku.

— To działa tak — objaśnia Luis: Gdy wybierany jest nowy gubernator, prawie zawsze jest on człowiekiem kartelu. Kartel sfinansował jego kampanię wyborczą, pomógł wynieść go na pozycję. Nowy gubernator ma pod sobą prokuratorów i policjantów, aby wykonywać ich rękami brudną robotę. To są ludzie, którzy od lat dostają, jak to się mówi, „dwie pensje”, jedną od rządu i drugą od kartelu.

Wojsko miało uderzyć niczym żelazna pięść rządu i zaprowadzić porządek. Świat oczekiwał wyników tej potyczki. Skutki okazały się tragiczne. Ogień przemocy buchnął pod niebo, a kartele dalej rosły w siłę. W pierwszym roku po ogłoszeniu działań wojskowych zginęło prawie trzy tysiące ludzi. W kolejnych latach liczba ofiar miała tylko rosnąć. Kartele zaczęły stosować terroryzm. Zaczęły się zabójstwa wysokich funkcjonariuszy Policji Federalnej, masakry cywilnej ludności, egzekucje domniemanych konfidentów i świadków. Wskutek wzmożonych działań armii schwytano bądź zabito wielu szefów półświatka, lecz nie osłabiło to na dłuższą metę żadnego z wielkich karteli. Coraz częściej zaczęły się pojawiać głosy twierdzące, że kartele napuszczają na swoich konkurentów policję lub wojsko, rękami funkcjonariuszy wyrównując porachunki.

— W stanie działa duży kartel, który ma powiązania z urzędem gubernatora i policją. Gdy do stanu wkracza wojsko, ma walczyć z kartelem. Ale jak to zrobić? Gdzie szukać trafikantów? Jedyne co ci zostaje, to uzyskać informatorów w konkurencyjnym kartelu.

Mniejszy kartel chce bowiem odzyskać dawną pozycję, ale nie ma wystarczającej siły, aby tego dokonać. Wystarczy jednak wystawić transporty lub ludzi dużego kartelu siłom specjalnym, a one zajmują się resztą.

— Uderzasz, osłabiając duży kartel. Ty wypełniasz swoją robotę, a zyskuje inny kartel.
— A więc celem rządu nie jest zniszczenie wszystkich karteli? — pytam.
— Rządowi nie chodzi o wojnę z narkotykami. Celem rządu jest utrzymanie równowagi, zabezpieczenie sobie bytu. Osłabianie największych karteli, aby żaden nie wyrósł zanadto, aby nie osiągnął monopolu, gdyż wtedy stałby się zagrożeniem dla całości państwa.

— Wojna Calderona okazała się burdelem. Do tej pory było wiele ofiar narcos, a teraz było ich jeszcze więcej. Wojna trwa od lat, na miasta graniczne puszczono wojsko, ale ostateczny wynik jest taki, że korupcja zniweczyła wszystkie wysiłki. Bandyci wobec agresji działali coraz bardziej zajadle. Jeśli bandyta wie, że za to, że jest w kartelu będzie zabity albo osadzony na wiele lat, przestaje się krygować. Będzie mordował na lewo i prawo, będzie zabijał potencjalnych świadków, będzie strzelał do policjantów, bo wie, że kara i tak czeka go taka sama.

Wojna z narkotykami okazała się tak krwawa, że rząd zaczął w końcu fałszować statystyki dotyczące liczby ofiar, aby nie budzić paniki w kraju. Jak bowiem walczyć z przestępczością, która jest wrośnięta w tkankę całego społeczeństwa? Stereotypowy obraz kartelu to zamaskowani w kominiarki zabójcy albo pokazywani w telewizji bieda-przemytnicy, stojący pokornie obok paczek zarekwirowanych narkotyków. Ci ludzie to tylko mięso armatnie.

Tak trudno walczyć skutecznie z kartelami, które mają swoje macki wśród oficjeli rządu, prokuratorów, policjantów, wojskowych, biznesmenów, dziennikarzy, których władza w wielu stanach jest absolutna, zagwarantowana współpracą władz, mediów, pieniądza i powszechnym terrorem.

Luis był już wtedy od lat w mieście Polityka i Bandyty.
— Wykonywaliśmy dla rządu „czarne operacje”.

Rozkaz przychodzi na linii wywiad — generał sił specjalnych — oddział wykonawczy. Wszystkie takie akcje są tajne, tak samo jak ich wynik oraz tożsamość uczestniczących w nich weteranów. Tajność jest kluczowa, bez niej bowiem kartel od razu rozpracuje grupę wykonawczą i po kolei wymorduje jej członków. Nie można ufać lokalnej policji, nie można ufać lokalnym władzom, ani ufać innym oficerom czy żołnierzom, bo nigdy nie wiadomo, kto może przekazywać informacje kartelom. O tych operacjach nie mówi się w wiadomościach, ani nie pisze w gazetach. Nieistotny jest ani cel propagandowy, ani zdanie opinii publicznej. Liczy się tylko skuteczność. Skoro jest wojna z narkotykami, robimy kartelom wojnę. Zostawiamy trupy bandziorów i odjeżdżamy. Zawsze gdy wywiad namierza właściwy cel w tym mieście, do wykonania wyroku jedzie grupa Luisa.

Wojny narkotykowe pochłaniają co roku tysiące ofiar. Szacuje się, że od początku wojny proklamowanej przez prezydenta Calderona do 2011 w Meksyku śmierć poniosło już ponad 43 tys. osób. Foto: Luis
Konwój członków kartelu ostrzelany przez meksykańskie siły specjalne podczas jednej z operacji. Wojny narkotykowe pochłaniają co roku tysiące ofiar. Szacuje się, że od początku wojny proklamowanej przez prezydenta Calderona do 2011 w Meksyku śmierć poniosło już ponad 43 tys. osób. Foto: Luis

Te akcje są szybkie i bezlitosne. Ataki na konwoje z narkotykami. Akcje chwytania liderów kartelu. Rajdy na ich kryjówki. Zbrojne likwidacje band sicarios. Bo bandyci są mocni, gdy są w grupie i gdy kogoś napadają. Gdy to na nich uderzają z zaskoczenia zamaskowani komandosi, bandyci giną jak muchy, nie oddają jednego strzału. Dla operatora sił specjalnych dopuszczenie do takich akcji to najwyższy honor.

Czarne operacje odbywają się często na granicy prawa. To sposób, aby państwo pozbyło się zagrożeń w sposób skuteczny, ale sekretny. Rozkazy dawane są ustnie. Plotki i pytania dementowane. Za takie operacje nie dostaje się medali ani pochwał od dowództwa, często jedyną nagrodą jest duma z przynależności do towarzystwa dopuszczonego do sekretnych misji.

Na początku taktyka sprowadzenia do walki z kartelami armii była sukcesem. Kartele, mimo, że posiadające broń wojskową, pancerne pojazdy i rekrutujące wielu zawodowców, nie mogły równać się w starciach z zawodowym wojskiem. Luis ze swoją grupą miał w tym czasie wiele sukcesów. Czuł się człowiekiem pędzącym na fali kariery.

Oczywiście, system miał także swoje rysy. Znanym problemem armii było przechodzenie doświadczonych ludzi na stronę karteli. Liczba takich przypadków była często pokaźna. Jeszcze w 1997 roku miał miejsce głośny skandal — kilkudziesięciu żołnierzy GAFE kierowanych przez oficera Artura Guzmána Decenę zdezerterowało. Wszyscy przeszli na służbę kartelu Golf. Utworzyli Los Zetas — grupę narkonajemników. Dezerterzy byli bardzo dobrze opłacani przez kartel, jednak kilka lat później większość z nich zginęło w walce i egzekucjach. Sam dowódca zginął w 2002 roku w strzelaninie z wojskiem. Z czasem Los Zetas stworzyli własny kartel, który przejął między innymi przemytniczy korytarz przez graniczne miasto Nuevo Laredo.

— Dziwić się? Korupcja w Meksyku jest rzeczą powszechną — opowiada Luis. — Wiadomo było, że w armii są generałowie, którzy biorą pieniądze od karteli, wiadomo o gubernatorach i wysokich urzędnikach wymiaru sprawiedliwości kupionych przez organizacje przestępcze albo robiących im „przysługi”. Ale większość wojskowych wypełniała swoje zadania obowiązkowo. Wiedzieliśmy, że robota dla kartelu to krótka piłka, parę lat i będziesz zabity, a na dodatek ufajdany współpracą z kryminalistami. Nie po to cztery lata wysilasz mózgownicę w Akademii, nie po to oddajesz swoją młodość, trudząc się na najcięższej służbie, jaką można wymyślić, nie po to ryzykujesz życiem podczas skoków z samolotu i niezliczonych treningów, nie po to doskonalisz się latami w swoim rzemiośle, rzekami potu i krwi, opłacając każdy awans, nie po to miesiącami szarpałeś się w dżungli, trenując do utraty świadomości, aby potem sprzedać to wszystko za walizkę brudnej forsy i znaleźć się w jednym szeregu z gromadą kryminalnych łachmytów.

Kartel osiągnął swoją pozycję dzięki sile pieniądza. Gdy system przestępczy kontroluje władze stanowe, sądownictwo i sektor siłowy, już nie sposób mu się przeciwstawić.

— W końcu doszło do tego etapu, że chcą cię skorumpować i mają pozycję, by stawiać warunki — opowiada. — Pewnego dnia spotykasz kolegę z wojska. Wyszedł z jednostki kilka miesięcy czy lat temu. Nie mieliście ze sobą kontaktu przez ten czas, nigdy nie był bliskim kumplem, ale teraz wita cię na ulicy jak starego przyjaciela. Pyta, co u żony i tak dalej. Na końcu przechodzi do rzeczy, mówi: Słuchaj, przyjacielu, ważni ludzie chcą się z tobą spotkać. Chcą ci zaproponować dobrą pracę. Spotkanie będzie w tym i tym lokalu, tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie. To nie jest propozycja typu chcesz czy nie chcesz. To jest rozkaz. Jeśli odmówisz albo nie przyjdziesz, będzie wielki problem. Ci ludzie nie uznają słowa „nie” za właściwą odpowiedź. Dla nich twoja odmowa to śmiertelna obraza. Za samo to zlecą twoją śmierć.

Luis robi to, na co mało kto ma odwagę — twardo odmawia współpracy z kartelem. Później prosto w twarz nazywa Polityka „kurwą kartelu”. I właściwie to jest tak, jakby jego życie już się skończyło. Nie dociera to do niego. Lata spędzone w ciągłym zagrożeniu uodparniają na strach. Jest w grupie do zadań specjalnych, ma swojego generała i swoich żołnierzy, na ich wszystkich mógł już liczyć w niejednej groźnej sytuacji. Walczysz w środku piekła, ale śmiejesz się śmierci w twarz. Gdy żyjesz tak długo przywykły do niebezpieczeństwa, w momencie gdy staje się ono realne, wchodzisz w nie jak dziecko, nieświadomie.

Nie wiedział, że gdy gra naprawdę się zacznie, zostanie sam jak palec, zdradzony nawet przez państwo, któremu od lat służył.

3.

Tej niedzieli Luis miał wolne. Zapakował więc piankowy kombinezon i ekwipunek do nurkowania, wsiadł w samochód i ruszył szosą w kierunku wybrzeża. Nurkowanie było jego pasją od dawna.

Tego dnia nawet nie dotknął płetwami morskiej wody. Gdy wyjechał z miasta na szosę idącą przez pustynię, dostrzegł, że jest śledzony. Cztery SUV-y z przyciemnianymi szybami podążały za nim jak cienie. Jeden z nich, który jechał jako pierwszy, miał na rejestracji i drzwiach oznaczenia policji stanowej. To nie było żadne pocieszenie. Policja w północnych stanach Meksyku często sama wykonuje dla karteli zlecenia największego kalibru. Policjanci najlepiej potrafią zadbać, aby brudna robota była wykonana odpowiednio.

Adrenalina uderzyła. Pierwsza myśl — oczywista dla żołnierza — bronić się. Ale nie ma czym! Nie miał ze sobą nawet pistoletu. Nie zabierał broni na nurkowanie, od czasu gdy jego kolega po wyjściu z morza stwierdził, że ktoś wybił kamieniem szybę w pozostawionym na pustym parkingu samochodzie, aby ukraść radio, a zabrał przy okazji służbową broń. Ale nawet z pistoletem niczego by nie zdziałał wobec tylu zabójców.

Luis docisnął gaz i chwycił za telefon komórkowy.

Wcisnął numer 0-6-6. To w Meksyku numer alarmowy policji. Odpowiedział mu głos operatora. Luis podał swoje nazwisko, jednostkę i numer służbowy, upewnił się, że rozmowa jest nagrywana, po czym kazał zapisać numer rejestracyjny pierwszego z goniących go pojazdów.

Chevrolet Camaro używamy przez meksykańską policję stanową. Foto: materiały prasowe
Chevrolet Camaro używany przez meksykańską policję federalną. Foto: materiały prasowe

— To samochód policji stanowej, ma oznaczenia — powiedział. — Gonią mnie. Proszę o sprawdzenie, czy podlegam aresztowaniu i pod jakim zarzutem. Jeśli naprawdę chcą mnie aresztować, to zatrzymam się i oddam w ich ręce.
Połączyli go z siedzibą federalnych i kilka minut później usłyszał odpowiedź, której się spodziewał.

— Nie jest pan poszukiwany w żadnej sprawie.
Świadomy, że jest to prawdopodobnie jego ostatnia wiadomość zostawiona na tym świecie powiedział:

— Jeśli zniknę lub zostanę zamordowany, wiecie kto to zrobił — po czym rozłączył się.
Samochody prześladowców przyspieszyły. Kilka minut później zmusili go do zatrzymania się na poboczu. Wyskoczyło z nich kilkunastu mężczyzn w kominiarkach, uzbrojonych w kałasznikowy i pistolety. W mgnieniu oka wyciągnęli go z samochodu, skrępowali ręce plastikowymi kajdankami, wcisnęli na głowę kaptur i wepchnęli do jednego z pojazdów.

Domyślał się, co z nim teraz zrobią. Wybrał swoją stronę w tej wojnie i stał się wrogiem kartelu, za to czekała go standardowa kara. Jak cały Meksyk długi i szeroki, wszyscy niepokorni kończą podobnie. Wywożą ich na bezludzie za miastem i obcinają głowę piłą mechaniczną. Być może nawet nagrają tę scenę, aby przesłać rodzinie, albo pokazywać innym na postrach.

Nie miał szansy pożegnać się z żoną ani małym synkiem. Takie jest więc życie żołnierza i rodzina zawsze musi być przygotowana. Wyprostował hardo głowę. Wiedział, że gdyby mógł cofnąć czas i wybrać inaczej, nigdy by tego nie zrobił. Zawsze miał gdzieś konsekwencje. Nienawidził dwulicowości. Nie jest aniołkiem, w siłach specjalnych nie ma dla takich miejsca. To robota, w której trzeba umieć zmuszać żołnierzy do wykonywania roboty ponad ludzkie siły, trzeba umieć walczyć i trzeba umieć zabijać ludzi. I też trzeba umieć okazać obojętność śmierci, śmiać się z niej, gdy nadejdzie taki moment. Ale zawsze gardził przejściem na drugą stronę. Gardził kartelami, pluł na sprzedajnych gliniarzy i na polityków, oddających swoją ojczyznę na pastwę bandytów. Brzydził się ich strachem i tym, że sprzedawali swoje sumienia za brudne pieniądze.

I gdy już szykowali się do odjazdu, powiedział im z dumą i drwiną w głosie o swoim telefonie na policję: Możecie mnie zabić, ale federalni mają wasze numery i będą się wam dobierać do tyłka — powiedział.

Sprawdzili to przez radio na swoim komisariacie. Naradzili się. W końcu podeszli do niego. Policzymy się z tobą inaczej — stwierdzili, po czym jeden policjant założył gumowe rękawiczki, a potem włożył do jego samochodu worek z narkotykami i trzy pistolety ze startymi numerami seryjnymi. Potem dokonali formalnego aresztowania.
Podczas rutynowej „kontroli” cywilnego samochodu…

— Mogłeś skończyć szybko. A teraz masz zapewnione 50, może 60 lat umierania w więzieniu.
Śmiali się z niego, a on cieszył się w duchu, że przynajmniej pożyje trochę dłużej.

Został aresztowany.
Jednocześnie ruszyła machina propagandowa. Lokalne gazety otrzymały od urzędu gubernatora obszerne informacje na podstawie których powstały artykuły określające Luisa jako „terrorystę, handlarza narkotykami i mordercę” w szeregach armii. Gdy zobaczył te artykuły, stracił ostatnie iluzje.

Generał przyjechał do więzienia, aby go wyciągnąć. Właśnie odbył długą rozmowę z sędzią. Sędzia przejrzał dowody i stwierdził, że są nic niewarte. Cóż za handlarz narkotykami jechałby na nurkowanie z narkotykami i bronią, a ścigany dzwonił na policję? Ale to nie słabość materiału dowodowego uratowała Luisowi skórę, tylko protekcja oficera i jego koneksje z sędziami. Bez ich pomocy bramy więzienia zamknęłyby się za nim na zawsze.

4.

— Meksyk jest pełen takich historii. Ja miałem szczęście, ale co z tymi, przeciw którym ukartowano takie sprawy od początku do końca? Ci, którzy nie chcieli brać pieniędzy od karteli z obawy przed więzieniem są w ten sposób załatwiani i lądują z wyrokami opiewającymi na dziesiątki lat. Odarci ze stanowisk, szacunku, rodziny. Porzuceni jak śmieci, zdradzeni przez własnych kolegów i zmiażdżeni przez propagandę mediów. Tak niewiele brakowało, aby tamtej niedzieli wszystko i dla mnie się w ten sposób skończyło.

Dowódca przekazał mu najnowsze wieści:

— To jest koniec gry. Ja, ty i nasi żołnierze z grupy do zadań specjalnych jesteśmy na liście śmierci kartelu. Nie wiem, jak to zrobili, ale rozpracowali nas. Rząd nie kiwnie palcem. Ludzie kartelu dopadną nas wszędzie w Meksyku. Nasze dni są policzone. Rozmawiałem z ambasadą jednego z europejskich krajów. Zagwarantują mi azyl polityczny w Europie. Wyjeżdżam jak najszybciej. Tobie też mogę pomóc.

Luis nie chciał jechać do Europy. Zdecydował się na Stany Zjednoczone. Znowu niewiele brakowało, gdy jechał na granicę i meksykańska policja znowu próbowała go aresztować, ale widząc ich nawet się nie zatrzymał. Uciekł.

Teraz jest człowiekiem bez twarzy i bez ojczyzny. Wszystkie oszczędności zainwestował w to, żeby zniknąć.

Meksyk 2007-2012.

W 2014 roku Luis otrzymał status uchodźcy politycznego w USA.
Obecnie prowadzi nowe życie z dala od wojny narkotykowej.

Łukasz Czeszumski (1980) — autor książki „Biały szlak” — zbioru reportaży o kulisach wojen kokainowych w Ameryce Łacińskiej. Podróżnik, autor reportaży z Afganistanu, Pakistanu i Ameryki Łacińskiej.
Więcej: Portfolio|YouTube|Facebook
Slider na stronie głównej: ciało ofiary wojny karteli w kostnicy w Tijuana. Meksyk. Styczeń 2009. Foto: Photo/Guillermo Arias/AP.

Powiat Sanocki. Śladami zapomnianego sacrum

Może niektórzy chcą udawać, że tych miejsc nie ma? To pamiątka po naszej historii, z której nie możemy niestety być dumni — mówi Robert Bańkosz, historyk, etnograf, regionalista. Korzystając z wiedzy zawartej w książkach i internecie udaliśmy się w okolice Sanoka — poszukując właśnie tego, co zapomniane.
[Foto: Piotr Durak źródło: archiwum autora]

PIOTR DURAK
PIOTR DURAK
PIOTR DURAK
PIOTR DURAK
PIOTR DURAK
previous arrow
next arrow

Obecnie w powiecie sanockim znajdują się 44 cerkwie. Większość z nich służy jako kościoły katolickie — od czasów wojny były remontowane, i bywa, że zatraciły swój pierwotny charakter. Służą jednak ludziom, a przecież, jak twierdził Jan Paweł II „Bóg pozostał jeden i ten sam”.
Można powiedzieć, że cerkwie te miały szczęście. Są wśród nich takie, które po latach powróciły do pierwotnych właścicieli, służą jako świątynie w obrządku grekokatolickim i prawosławnym. Rzadko, bo rzadko, ale raz lub kilka razy w roku odbywa się tu msza, na którą przyjeżdżają potomkowie dawnych mieszkańców. Inne cerkwie, te najstarsze i najcenniejsze, zostały już odrestaurowane, służą turystom i można je znaleźć w licznych przewodnikach. Dwie z nich; z Grąziowej i z Rosolina podziwiamy w sanockim skansenie. To perełki architektury, których konstrukcje i zastosowane rozwiązania mogą posłużyć do nauki przyszłym pokoleniom.

Najpierw świątynia, później wychodek

Jednak z niektórymi cerkwiami jest spory kłopot. Po wojnie, gdy w ramach Akcji „Wisła” z terenu powiatu sanockiego wysiedlano wszystkich mających ukraińskie korzenie — pozostały bez właścicieli, niepotrzebne. Domy po wysiedleńcach zwykle palono. Ogień niszczył je szybko, deszcz i popiół wsiąkły w ziemię. Z cerkwiami obchodzono się różnie. Albo fundowano im świeckie przeznaczenie, albo rozbierano na budulec, albo zostały puste bo były „za małe” i obok nich postawiono nowe murowane kościoły. Pamiętam, jak „rozbierano” niektóre z nich. Pod cerkiew podjeżdżały trzy ciągniki, każdy zaczepiał liną o inną belkę rozporową, po czym ruszały w trzy strony świata i rozdzierali cerkiew na kawałki, dach z kopułami zapadał siędo środka, potem przychodzili ludzie, zabierali blachę i belki — opowiada Jacek Tejchma, etnograf. — Dla niektórych tych obiektów chyba lepiej by było, gdyby spłonęły tak jak wiele innych świątyń, których ślady dawno zatarł czas — dodaje Robert Bańkosz. — Niektórzy ludzie pewnie by woleli…
Mrzygłód. Miejscowa murowana cerkiew pw. Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny, wybudowana została w 1901 roku i należała do parafii greckokatolickiej w Hłomczy. Po wojnie zamieniono ją na magazyn, a gdy ten stał się niepotrzebny, w cerkwi urządzono… toaletę publiczną. Dziś stoi opuszczona, rozpada się. — Po wojnie rozszabrowano wszystko ze środka, pozostały chyba tylko dwie ikony. Składowano tu nawozy, materiały budowlane. Malowidła ze ścian starto niemal zupełnie. A później urządzono tu kibel — wspomina starsza mieszkanka wsi, napotkana pod sklepem. Na zdziwioną minę dziennikarza dopowiada: — Tak, sracz, wychodek! W miejscu ołtarza postawiono pakę z deską z dziurami, ludzie tam ze spółdzielni łazili za potrzebą — dodaje.
Nikt nie wie, kiedy zrujnowaną świątynię zamknięto. Z budynku odpada tynk, na czerwonych, oblazłych z farby drzwiach wiszą dwie pordzewiałe kłódki. Klucza nie ma nikt, ale do wnętrza można zajrzeć przez dziurę w jednej ze ścian, która nie wytrzymała próby czasu. W przedsionku cerkwi przed laty ktoś zaparkował wóz konny — stary karawan pogrzebowy. Stoi tam do dziś. Chyba ma już wartość zabytku, ale niedługo runie na niego dach.

Pozostaną ruiny

Podobną jak w Mrzygłodzie sytuację zastajemy w Tarnawie Górnej. Greckokatolicka cerkiew parafialna pw. Zaśnięcia Bogurodzicy, zbudowana z kamienia i otynkowana, konsekrowana w 1817 roku, wyróżnia się wysoką, kwadratową wieżą. Odnowiona w 1935 roku, od 1947 roku stoi opuszczona. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była składnicą Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Obecnie, pozbawiona opieki, jest w kompletnej ruinie.
Świątynia znajduje się przy głównej drodze, w centrum wsi. Jest naprawdę duża, tymczasem wszyscy przechodnie zdają się jej nie zauważać. Przywykli. Była i jest. Tylko dzieciom się mówi, żeby tam nie wchodzić. Bo cerkiew — grozi zawaleniem, jak głoszą tablice ostrzegawcze. Głoszą również, że wstęp do wnętrza zabroniony, ale to nas nie powstrzymuje.
W środku pustka. Kolorowa niebieska ściana, niewyraźne miejsce po ołtarzu, sterczące ze ściany belki, tam, gdzie był chór. W strumieniach światła wpadającego przez dziury po oknach, tańczy kurz.
Podobny widok zastajemy w pobliskiej Olchowej. Miejscowa cerkiewka była bardzo malutka i służyła kilkunastoosobowej grekokatolickiej społeczności. Zbudowana w 1887 roku, w miejscu starszej, drewnianej cerkwi, należała do parafii w Tarnawie Górnej. Na dawnych obrazkach widać ją między domami. Dziś otaczają ją pola. To kompletna ruina, na której z trudem utrzymuje się pordzewiały na wylot dach. Drzwi nie ma. W środku ktoś umieścił prowizoryczny ołtarz z kamieni i drewniany krzyż. Tyle zostało z głębokiej wiary dawnych mieszkańców. Niektórzy mówią, że w cerkiewce jeszcze pod koniec lat 60-tych zalegało całe liturgiczne wyposażenie. Później wszystko zniknęło.

Na co nam stary kościół?

Nieco inaczej było w Rakowej. Miejscowa cerkiew została zbudowana około 1779. Znajduje się w centrum wsi, na niewielkim wzniesieniu, ale obecnie jest tak zarośnięta, że nie sposób zauważyć jej z drogi. To budynek o konstrukcji zrębowej, dwudzielny, z trójbocznie zamkniętym prezbiterium. Nad nawą znajduje się dach kalenicowy zwieńczony hełmem. Nad przedsionkiem cerkwi wznosi się szkieletowa wieża nakryta dachem z hełmem. W wieży znajdziemy dzwony z 1680 i 1715. Po wojnie, od 1947, cerkiew wykorzystywano jako kościół rzymskokatolicki. Obecnie, po wybudowaniu nowego kościoła, cerkiew stoi opuszczona. Ostatnia msza odbyła się tu w 2011 roku. Później w cerkwi zamieszkały ptaki, wiewiórki i szczur. — Znowu wygryzają dziury w powale — skarży się sołtyska Rakowej, strażniczka klucza do świątyni. Na ołtarzu i podłodze zalegają wióry, piękny ikonostas namalowany przez Zygmunta Bogdańskiego w 1894 roku upstrzony jest ptasimi odchodami. Poza tym malowidła i obrusy wciąż wydają się świeże. Jak dotąd nie ma żadnego pomysłu, co zrobić z niepotrzebną świątynią.
Ten sam problem mają mieszkańcy Czaszyna. Tutejsza, murowana cerkiew została zbudowana w 1835 roku z inicjatywy właścicielki wsi Apolonii Łemkowskiej. Po Akcji „Wisła” i wywiezieniu ludności greckokatolickiej, została zaadaptowana na kościół obrządku łacińskiego. W latach 1954 i 1969 był on remontowany, co praktycznie usunęło z bryły budynku elementy charakterystyczne dla budownictwa cerkiewnego. Od kilku lat świątynia jest niepotrzebna — parafianie mają nową. Wnętrze cerkwi to dziś magazyn — właściwie jest tu wszystko co niepotrzebne.

Czego tu szukacie?

Na pograniczu powiatu sanockiego i brzozowskiego znajduje się niewielka miejscowość Grabówka. W centrum wioski wznosi się nowy kościół, zaś pod koniec wsi, na uboczu, zarośnięta krzakami i drzewami stoi cerkiew pw. św. Mikołaja. Wzniesiono ją w 1864 roku, ale jeszcze w latach 20-tych XX wieku została solidnie odremontowana. Może to sprawiło, że gdy grekokatolików wygnano z tych okolic, cerkiew, niepotrzebna nikomu, przetrwała przez 67 lat i jeszcze się trzyma.
— Tam nie ma co oglądać, ruina i kupa kurzu — mówi miejscowy ksiądz, który długo nie chciał dać się przekonać do udostępnienia wnętrza świątyni. — Nie wiem czego tu szukacie, chcecie zobaczyć cerkiew, jedźcie do Komańczy, albo na Wisłok Wielki… — dodaje.
Dla nas jednak Grabówka to miejsce magiczne. Drzwi otwierają się z wielkim trudem. Wewnątrz zapomnianej świątyni zachował się jeszcze ołtarz, liczne malowidła, rusztowanie po ikonostasie. W jednej ze ścian wmurowana błękitna tablica z epitafium: „Tu spoczywa Wiktorya z Domaszewskich Wisłocka, zmarła w roku 1844, matka całkiem poświęcająca się swojem dzieciom, których wdzięczność tę pamiątkę postawiła”. Pełno tu kurzu, wciąż jednak niezwykle wyraźnie odcina się piękny obraz na suficie — ukrzyżowanie pana Jezusa. Cerkiew można by odremontować. — Tylko po co? Dla kogo? — pyta mieszkaniec Grabówki. — Najlepiej rozebrać, niech nie niszczeje.

Pozostały tylko ściany

Takich opuszczonych i zapomnianych cerkwi na Podkarpaciu naliczyłem 57. Większość znajduje się na Roztoczu południowym, ale i ziemia sanocka nie jest od nich wolna. Niektóre, choć zrujnowane i opuszczone, mają wartość zabytkową, problem w tym, że zbyt małą, by szybko znalazły się pieniądze na ich renowację. Inne, jak ruiny cerkwi w Nagórzanach czy w Płonnej, pewnie już na zawsze pozostaną ruinami. — Zmieniają się czasy, to już inna epoka — mówi Robert Bańkosz. — Spieszmy się kochać te miejsca, bo nasze dzieci mogą już nie mieć szansy ich zobaczyć. W swoich wędrówkach po Podkarpaciu i Lubelszczyźnie, udało mi się udokumentować na fotografiach stan wszystkich zapomnianych i zrujnowanych cerkwi. Ukraińcy protestują jednak, gdy nazwać je porzuconymi: — Nie porzucone, a wygnane — mówi Olena Zamoyska, ze Stowarzyszenia Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej z Czerwonogradu. Nikt nie chciał ich opuszczać, to ludzi wygnano stamtąd bezpowrotnie — dodaje. Wystawa zdjęć z wygnanych cerkwi, połączona ze zdjęciami zrujnowanych polskich kościołów na terenie Ukrainy, pt. „Po obu stronach Bugu” wystawiana była w Muzeum Fotografii „Jadernówka” w Mielcu. Stamtąd trafiła do Czerwonogradu, skąd do Lwowa, Iwanofrankowska i Kijowa. Pod koniec roku wróci do Polski, by zagościć w Ustrzykach Dolnych i w Tarnowie.


Zdjęcia w sliderze (w kolejności wyświetlania):
1. Cerkiew św. Mikołaja w Grabówce.
2. Wnętrze cerkwi w Grabówce — nawet opuszczone ciągle wywiera wielkie wrażenie.
3. Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny w Mrzygłodzie — niegdyś świątynia, później toaleta publiczna, obecnie ruina.
4. Wewnątrz ruin cerkwi w Mrzygłodzie zaparkowano na stałe wiekowy karawan.
5. Tarnawa Górna — co zrobić ze świątynią, która przez lata służyła jako magazyn?
6. Zupełnie puste dziś wnętrze cerkwi pw. Zaśnięcia Bogurodzicy w Tarnawie Górnej.
7. Jedna z najmniejszych polskich cerkwi w ruinie stoi we wsi Olchowa.
8. Wewnątrz zrujnowanej cerkiewki w Olchowej. Świadkowie mówią, że do lat 70. w cerkwi znajdowało się wyposażenie i ikony. Później wszystko zniknęło.
9. Cerkiew Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Rakowej to bardzo cenny zabytek. Niestety od przeszło pięciu lat, pozbawiona opieki niszczeje.
10. Wydaje się jeszcze nienadgryzione zębem czasu. Wnętrze cerkwi w Rakowej.
11. Dawna cerkiew po wysiedleniach przemieniona na kościół w Czaszynie. Od wybudowania nowego kościoła stoi bezużyteczna.
12. We wnętrzu cerkwi św. Mikołaja w Czaszynie trwa nieustanny, wieczny „remont”.

Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły”. W roku 2007 otrzymał nagrodę równorzędną za najciekawszy debiut podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.

Misja Odra. Pontonem z Ostrawy do Świnoujścia

Kiedy po raz pierwszy wsiadłem do pontonu w 2009 roku i wypłynąłem na próbę na wody zalewu rzeszowskiego, wiedziałem, że odkryłem coś dla siebie. Pasję, w której odnajdę to o czym zawsze marzyłem. Przygodę, wolność, kontakt z dziką przyrodą i możliwość sprawdzenia się w walce z siłami natury. Ucząc się wiosłowania, poczułem się naprawdę wolny. W jednej chwili odciąłem się od brzegu, na którym pozostali inni ludzie, zmartwienia i troski. Byłem tylko ja, ponton i woda. I choć nie umiem pływać, wcale się nie bałem.

Piotr Dura -- polski prozaik, poeta, podróżnik, i pedagog.
Piotr Durak — polski prozaik, poeta, podróżnik i pedagog

Dzień po pierwszej próbie wypłynąłem z Rzeszowa do Gdańska. Nie wiedziałem jeszcze, czy tam dopłynę. Wziąłem ze sobą namiot, śpiwór, napoje w butelkach, trochę jedzenia. Pamiętam, że taksówkarz, który wiózł mnie pod most załęski w Rzeszowie, spod którego startowałem o 6 rano, gdy usłyszał, co chcę uczynić, postukał się w głowę. Ale i pogratulował pomysłu. Potem już był Wisłok, piękny i dziki, a następnego dnia San, który wydał mi się groźny i bardzo szeroki. Dużo by pisać o tym pierwszym spływie, o uczeniu się rzeki, poznawaniu, którędy biegnie nurt, gdzie jest mielizna, walce z wiatrami, wirami, pierwszym, drugim i ostatnim topieniu się – tylko przez nieuwagę, którą dziś nazywam już głupotą. Tak czy inaczej, po trzech tygodniach wypłynąłem na Bałtyk. I byłem smutny, że rzeka musiała się skończyć. Przepłynąłem przez centrum Gdańska i złożyłem hołd polskim żołnierzom poległym na Westerplatte, wszak był to koniec sierpnia 2009 roku, niemal 70. rocznica wybuchu II wojny światowej. Byłem spalony słońcem, zmęczony ciągłymi warunkami polowymi, po dwudziestu nocach pod gwiazdami, bez ciepłych posiłków, ale szczęśliwy i wyjątkowo silny. Z lustra spoglądał na mnie ktoś całkiem inny, umięśniony, z dziwnym błyskiem w oku. Wiedziałem już, że na rzekę powrócę.

6 tys. km po rzekach Polski

I tak to było, że od tamtej pory żyłem od spływu do spływu. Gdy tylko przejeżdżałem przez jakiś most, w miarę możliwości przystawałem na chwilę, wpatrzony w rzekę, zastanawiałem się jak by to było nią popłynąć. Szybko poznałem całą Wisłę, płynąc brakujący mi odcinek od jej źródeł do Sandomierza. Później pasowało spłynąć pontonem Odrą, ale jakoś nie byłem przekonany do tej rzeki. Zbyt zmieniona przez człowieka, zbyt uregulowana i zniszczona – myślałem. Potrzeba mi było dzikości, spłynąłem więc na pontonie cały Dunajec, a w 2011 roku – szaleństwo – najdłuższą wodną trasę, jaką można przemierzyć w naszym kraju – od źródeł Sanu do Dziwnowa na wyspie Wolin – 1500 km wodą po przekątnej Polski, przez siedem rzek: San, Wisłę, Brdę, Noteć, Wartę, Odrę, Dziwną. To wyprawa warta książki, która zajęła ponad miesiąc – jak dotąd najdłuższy mój spływ i, jak się okazało, pierwszy w historii Polski na pontonie bez silnika. Ale rok później też nie było gorzej. Wciąż szukając dzikości, przepłynąłem Bug, wypływając z Hrubieszowa, dotarłem do Zalewu Zegrzyńskiego i Narwi, którą wpłynąłem na Wisłę; Wisłą zaś do Nogatu, którym przez Malbork i Elbląg dotarłem na Zalew Wiślany i dalej do Krynicy Morskiej – 1200 km dzikości. I chciałem jeszcze.

Rok później przyszła kolej na Narew – startując z granicy polsko-białoruskiej po dwóch tygodniach zawitałem wodą do Warszawy i dalej do Nowego Dworu Mazowieckiego. Później była Pilica od Szczekocin – siódma rzeka Polski. W międzyczasie cała Wisłoka, Wisłok, parę innych, mniejszych rzek. Włącznie ok. 6 tys. km wodą na pontonie. Wciąż nie umiałem pływać, z moich spływów powstawały reportaże i zdjęcia, ze zdjęć wystawy, wiele osób dziwiło się, że w ogóle tak można. A Odra wciąż czekała…
Wreszcie przyszła kolej i na nią.

Technicznie niewykonalne

Ale po co piszę i chwalę się tym wszystkim? Głównie po to, by podkreślić, że w spływach nie jestem już nowicjuszem. Przeżyłem burze, szkwały i nawałnice na wodzie, fale przelewające się przez ponton, zmagania z najróżniejszymi zwierzętami i ludźmi, żyjącymi z rzeki i nad rzeką. Hartowałem się w wodach 22 rzek, wiem, że jest taki wiatr, pod który nie da się wiosłować, że pewne warunki trzeba przeczekać, i że czasami do punktu oddalonego o kilka kilometrów można płynąć przez cały dzień i nie czuć rąk. Wiem co to odciski, ból mięśni, bąble od oparzeń, pogryzienia od owadów i psów. Potrafię przewidzieć nadejście burzy, uniknąć wpłynięcia na mieliznę, czy przewrócenia pontonu przez wielką falę. Podkreślam więc, że nie jestem nowicjuszem nie bez powodu. Nowicjusz nie przepłynąłby Odry – myślę może i nieskromnie – że większość wycofałaby się w trakcie tego, co mnie czekało.

Pierwsze spojrzenie w Google maps i już wiedziałem, dlaczego niemal wszystkie historie ze spływu Odrą zaczynają się we Wrocławiu a kończą w Szczecinie. Druga największa rzeka Polski, mierząca od źródeł 854 km od początku XIX wieku była mocno regulowana. Łącznie na odcinku Racibórz – Brzeg Dolny postawiono 24 śluzy i jazy. Oprócz tego w górnym biegu, tym jeszcze nieżeglownym, sporo tu różnych kamiennych progów

{iotr Durak Odra spływ
i spiętrzeń. Oznaczało to 200 km wody niemal całkiem stojącej i głębokiej, często bez możliwości wyjścia na brzeg z powodu stromizn i trzcinowisk. Ponadto nikt nie próbował przepływać przez Zalew Szczeciński, na którym jest się jak na pełnym morzu, widząc dookoła tylko wodę, zresztą jest to zabronione dla jednostek bez napędu mechanicznego, czyli silnika. Ja miałem tylko swoje ręce, mimo to postanowiłem pokonać Odrę od jej źródeł – a raczej od miejsca, skąd tylko da się zwodować ponton, aż do Świnoujścia. Włącznie ok. 840 km.

Raz na wodzie, raz lądem

Wyruszam autobusem do Krakowa. Mam ze sobą torbę z pontonem, prowiantem, pompką i wiosłami, ważącą ponad 20 kg oraz na plecach podobnej wagi plecak z namiotem, śpiworem, kilkoma podkoszulkami, małą kuchenką, latarką czołową i dokumentami. Na cały spływ przeznaczam ok. 400 zł. Starczy na 3 tygodnie, bo poza jedzeniem i biletem powrotnym nie będzie innych wydatków.
W Krakowie przesiadka do Ostrawy i około 16-tej jestem już w Czechach. Teraz czeka mnie długa wędrówka przez miasto, aż do ujścia Opavy, skąd Odra z płytkiego kamienistego strumyka staje się możliwą do spływu rzeczką. W upale obciążony niemal 50 kg bagażu wędruję jakieś 5 km po ulicach Ostrawy. Pot leje się ze mnie strumieniami, wypijam 2 litry napoju, który miał wystarczyć na cały dzień, ale wreszcie po niemal 2 godzinach docieram do rzeki. Obfite deszcze podniosły stan wody, pompuję ponton, montuję wiosła, wypływam.

Pierwsza przenoska wkrótce po wodowaniu pontonu. Jaz w Ostrawie.
Pierwsza przenoska wkrótce po wodowaniu pontonu. Jaz w Ostrawie

Szczerze mówiąc nie wygląda to najciekawiej. Woda jest brunatna i śmierdzi ściekiem, nurtu nie ma tu wcale, a miasta praktycznie nie widać – tylko krzaki i rury gazociągu. Po kilkuset metrach mam pierwsze spiętrzenie – wysoki na ok. 4 metry jaz, czyli sztuczny wodospad z betonu, na którego wpłynięcie grozi śmiercią. Nikt nie zadbał o miejsce do wyjścia na brzeg, a rzekę trzeba szybko opuścić, wpadam więc w trzciny, wyskakuję z pontonu w gęste czarne błoto. Pierwsza przenoska, czyli wędruję trzy razy lądem sprzed jazu, za jaz, dwa razy z bagażami, raz z pontonem, na żółwia, czyli do góry dnem, z głową opartą o podłogę a burtami na plecach. Znoszę wszystko na drugą stronę jazu, na ostry i stromy betonowy brzeg.

Z ziemi czeskiej do Polski

Dalsza część rzeki jest przyjemna, dzika. Nurt przyspiesza, płynę pod kilkoma mostami, w tym pod ładnym, podwieszanym, obwodnicą Ostrawy. Miasta wciąż nie widać, i dopiero gdy mosty się kończą, rozumiem, że to także koniec aglomeracji. Nieujarzmiona, choć niewielka Odra płynie tu niewielkim parkiem krajobrazowym zwanym granicznymi meandrami, mijam urwiste brzegi i kamienno-żwirowe łachy. Tuż po zachodzie słońca przepływam pod mostem kolejowym, gdzie straszy duże kamienne bystrze z ułożonych głazów i resztek jakichś stalowych konstrukcji. Zaufałem nurtowi rzeki i przepłynąłem, ale takie miejsca potrafią być bardzo zdradliwe. Zawsze największy problem jest tam, gdzie człowiek coś porzucił, lub sztucznie na rzece postawił. Czasami lepiej zrobić kolejną przenoszę, niż rozedrzeć ponton. Tu jednak za sprawą wysokiej wody spłynąć się udaje, choć nie bez strachu. Mijam Bohumin, dawne przejście graniczne, i już we wieczornej szarówce rozbijam namiot na kamienistej łasze.

Pierwszy nocleg na granicy polsko-czeskiej. Gdzieś w Chałupkach.
Pierwszy nocleg na granicy polsko-czeskiej. Gdzieś w Chałupkach

Jestem już w Polsce, w okolicach Chałupek. W namiocie, śledzę trasę i planuję kolejny dzień. Jem kolację, złożoną z kilku kromek chleba i konserwy, czytam książkę – na ten spływ wziąłem m.in. „Lolitę” Nabokova – i zasypiam.
Budzę się na wschód słońca i to jest jeden z tych momentów, które kocham. Nie tylko widoki jutrzenki i mgieł nad rzeką, ale prosty fakt, że można położyć się wieczorem i obudzić rano – tak jak nasi przodkowie, nieznający prądu, telewizora, internetu. My, ludzie współcześni, oszukujemy nasz mózg światłem, kłamiąc mu, że jest dzień, wtedy, kiedy jest środek nocy, śpiąc, kiedy powinniśmy być aktywni, sztucznie ładując się kawą, kiedy zmęczony organizm błaga o sen. A na łonie natury wszystko jest proste – noc to pora snu – dzień – aktywności. I to solidnej, bo kolejnego dnia przepływam ponad 60 km. Ale nie wypływam zaraz o świcie, czekam aż słońce osuszy namiot, spokojnie jem śniadanie, zwijam obóz.

Meandry i dzika Odra z bystrym nurtem i starymi pniami przegradzającymi koryto, kończy się niemal równo z wpłynięciem do Polski. Widać tu już próby regulacji rzeki, kamienne zwaliska i małe ostrogi oraz pierwsze stalowe konstrukcje do transportu rzecznego. Niegdyś Odra była żeglowna już od Ostrawy, od powodzi 1000-lecia w 1997 roku, większe jednostki mogą nią pływać jedynie od ujścia Kanału Gliwickiego za Koźlem, ale i tych większych jednostek obecnie właściwie nie ma. Jestem sam, a dookoła łąki i pola. Tu i tam obserwują mnie czaple siwe. Jest ich tu bardzo wiele, wręcz całe skupiska. Zgaduję, że muszą mieć tu ryby, a wiec z czystością rzeki chyba najgorzej.

24 śluzy

Pierwsze poważne polskie miasto – Racibórz z wody nie robi wrażenia. Rozpoczyna się rozdzieleniem koryta rzeki na dwie odnogi. Prawa omija miasto, szumi w niej z daleka wodospad kolejnego jazu, wybieram więc lewą i po około 2 km natykam się na kolejny jaz. Widzę podniesioną klapę zapory, postanawiam spłynąć przez konstrukcję, zresztą nie mam wyjścia, nurt wpycha mnie w mały wodospad, ponton nurkuje, ale po chwili wynurza się, pełen wody w środku. Na szczęście jest upał, a obok mini plaża, zatrzymuję się, wylewam wodę, chwilę suszę bagaże. Zagadują mnie kąpiące się w Odrze dzieci. Chcą popłynąć ze mną pontonem w dół rzeki, ale tata im nie pozwala. W mieście mijam pustą zupełnie mini przystań, z ciekawymi malunkami jeleni, i innych dziwnych stworów. Zachwycam się chwilę wyobraźnią artysty, ale przystań zbyt odległa od najbliższego sklepu nie jest mi wygodna.

Cumuję ponton naprzeciwko widocznej z rzeki Biedronki,

wiążąc go do stalowej konstrukcji, będącej kiedyś chyba małym ujęciem wody. Pospiesznie robię zakupy – z ludźmi nigdy nic nie wiadomo, ale gdy wracam na brzeg, ponton i bagaże szczęśliwie są na miejscu. Tak to już bywa – czasem trzeba wyjść do cywilizacji. Zawsze zabieram ze sobą wtedy aparat, portfel z dokumentami i kasą, reszta musi zostać nad rzeką. Z groźbą kradzieży trzeba się liczyć, dlatego najbezpieczniej mi na odciętych od lądu wyspach, lub kiedy ponton zostaje pod czyjąś opieką – choćby świeżo poznanych wędkarzy, czy nawet miejskich dresów. Przekonałem się już nieraz, że typowi dresiarze,

Jaz w Raciborzu.
Jaz w Raciborzu

poproszeni o pomoc, potrafią być wspaniali i bardzo uczynni, jakby zdziwieni faktem, że ktoś obdarza ich zaufaniem, nie chcieli tego zaufania tracić, czuli się nim obdarowani, zaszczyceni.
Mając pełny zapas wody, chleba, batonów, jogurtów i konserw opuszczam Racibórz. Odra ma tu szerokość ok. 6 metrów i głównie widzi się z niej krzaki i drzewa. Krajobraz niewiele się zmienia. Pod wieczór niebo nieco się chmurzy, nurt zwalnia, a rzeka rozlewa znacznie szerzej. Mijam też pierwszą barkę zaparkowaną przy brzegu. Znak, że niedaleko Kędzierzyn Koźle. W mieście melduję się już po zmroku na eleganckiej przystani, przy moście. Korzystając ze slipu – łagodnego brzegu do wodowania łodzi, wychodzę na brzeg. Sporo tu motorówek i małych jachtów, ale nieco bezludnie. Na drzwiach budynku wisi numer telefonu bosmana, dzwonię i pytam o możliwość rozbicia namiotu. Nie ma z tym żadnego problemu. Nocą wychodzę na miasto, w świetle pełni księżyca oglądam pierwszą na Odrze śluzę. Jest nieczynna. Dzień rozpocznie się od przenoski.

Prawie jak barka

Długie przenoszenie pontonu. Podpływam do wrót śluzy, wychodzę na wysoki, stromy brzeg. Po kolei wyrzucam z pokładu wszystko, przywiązuję pusty ponton. Niosę bagaże wzdłuż śluzy i jeszcze kawał dalej, bo sztucznie utworzona wyspa na środku rzeki ciągnie się hen za śluzą, bez możliwości zejścia do wody. Tak wędruję po 400 metrów z bagażami, dwukrotnie, potem wracam się po ponton. W tym czasie robi się niemiłosierny upał. Chyba z kondycją u mnie kiepsko, bo zmęczyło mnie to okropnie, gdy wreszcie wypływam w dalszą drogę, nie mam już sił wiosłować. A woda stoi w miejscu. Ale płynę, do kolejnej śluzy Januszkowice, ok. 10 km, w upale. Mijam ujście kanału gliwickiego. Na śluzie tym razem, wbrew strzałkom nawigacyjnym, podpływam od strony jazu. Przenoszenia tu trochę mniej, krótsza droga, wystarczy przerzucić wszystko jakieś 50 metrów na drugą stronę wodospadu. Banał, choć na upale ponton ciąży potwornie. Kilka kilometrów dalej mijam złomowisko barek, dawną stocznię. Coś się tam dzieje, bo woda już z daleka niesie dźwięk maszyn, ale same barki pordzewiałe i porośnięte mchem, trawą i małymi krzakami, robią dość przygnębiające wrażenie. Przez lata zamordowano bestialsko polską żeglugę śródlądową, a wskrzeszenie tego trupa nie będzie łatwe.

Złomowisko barek obok dawnej stoczni w Januszkowicach.
Złomowisko barek obok dawnej stoczni w Januszkowicach

I znów kilka kilometrów wodą stojącą aż do kolejnej śluzy – Krępa. Nauczony doświadczeniem również podpływam tu od strony jazu. Prowadzi mnie łabędź, który długo płynie przede mną jak holownik, nie podrywa się do lotu, przed samym wodospadem łagodnie skręca. Cumuję ponton przy zrujnowanych filarach dawnego mostu, po kolei wynoszę na brzeg bagaże. Oglądam teren śluzy, szukając zejścia po jej drugiej stronie, gdy nagle słyszę ostry męski głos: A kim pan jest?!
Przedstawiam się, mówię skąd płynę i dokąd, i… dostaję solidne upomnienie. Bo: nie wolno nikomu wpływać w kanał z jazem, bo to jest śmiertelnie niebezpieczne, bo wodospad może mnie wciągnąć i zabić itp. Cóż na to mogę odrzec? Niby wiem, że powinienem wpłynąć na śluzę i jak barka przez nią przepłynąć, ponosząc odpowiednią opłatę. Ale po co zawracać komuś głowę? Nie wpływałem na jaz złośliwie – po prostu droga do dźwigania tędy jest krótsza. – Jeśli koniecznie chcę się pan przenosić, to tylko przez śluzę, nigdy przez jaz – informuje łysiejący, czerwony od słońca śluzowy. Inaczej w Krapkowicach, na kolejnej śluzie, na pewno dostanę mandat, bo tam obok urzęduje policja – dowiaduję się. Pouczony wielokrotnie przez pana, który nakręcił się spotkaniem ze mną jak katarynka, przenoszę cały ładunek, balansując na wyszczerbionych płytach betonowych z drugiej strony wielkich drewniano-stalowych wrót. Odpływam, postanawiając kolejną śluzę pokonać całkiem legalnie, jak barka.

Do Opola na ŚDM

W Krapkowicach pan na śluzie już na mnie czeka, stojąc na potężnych wrotach. Tu przenoska nie miałaby sensu, śluza jest bardzo długa, ogrodzona ze wszystkich stron, bez możliwości zejścia z drugiej strony. Oglądam jeszcze wszystko – nie podejmuję się chodzić z bagażami. Śluzujemy! – podejmuję decyzję. Płacę 4,08 zł, pan otwiera przede mną wrota, wpływam do ogromnej śluzy, wrota za mną zamykają się, poziom wody w śluzie obniża się o jakieś 3 metry, później otwierają się wrota z drugiej strony, wypływam. To proste. A przy okazji poznałem miłego pana śluzowego. I nie jest tak, jak czasem słyszałem – że lepiej wszystko przenosić, bo pontonu czy kajaka śluzować nie chcą – pracownicy śluz mają obowiązek śluzować każdą jednostkę, nawet materac dmuchany czy dętkę od traktora. Ja i mój ponton to „łódź wiosłowa pozbawiona silnika”. Płacę najniższą stawkę, która po godzinie 16 wzrasta jednak podwójnie do 8,16 zł. Jednak to i tak lepsze, niż dźwiganie bagażu, po 3 razy w tę i z powrotem. Od tej pory postanawiam śluzować się na każdej ze śluz. Przepłynę ten odcinek tak jak trzeba. To jest nawet przyjemne.

W drodze do Opola na ŚDM.
W drodze do Opola na ŚDM

Dopływam do kolejnej śluzy, otwierają się przede mną wielkie stalowe wrota, wpływam do środka, opadam razem z wodą, wypływam z drugiej strony. Trochę to trwa, bo trzeba zapłacić, obsługa musi wypisać kwitek, a i samo spuszczanie wody to operacja na pół godziny, bo śluzy przeznaczone dla barek, są bardzo pojemne. Ale to także nauka cierpliwości. Teraz dziennie mogę przepłynąć 35-40 km, po stojącej wodzie, od śluzy do śluzy. Zauważam, że im dalej, tym coraz większy spadek wody na śluzach. O ile na początku były to 3 metry spadku, w potężnej śluzie Zwanowice to już ponad 5 metrów. Nieco klaustrofobicznie – w tak wielkiej śluzie, tak mały ponton.

W Opolu mam już pierwsze bąble od oparzeń słonecznych na dłoniach. Kupuję krem na łuszczącą się skórę. Wiatr i woda bardzo wysuszają. Trafiam też na Światowe Dni Młodzieży, całe miasto pełne jest kolorowo ubranych młodych ludzi z wszelkich krajów świata. Prym wiodą Niemcy i Francuzi, ale dostrzegam też ekipę z odległej Australii. Przepływam niewielki, dostępny z Odry kawałek opolskiej Wenecji. Cumuję ponton przy restauracji zorganizowanej na barce, tam też podpinam do podładowania telefon komórkowy.
Z łącznością ze światem na spływach jest zawsze problem. Telefon wyczerpuje się zwykle po 3 dniach. Z nikim właściwie nie rozmawiam, ale czas na rzece umilam sobie słuchaniem muzyki, a to zżera baterie. Te z kolei trzeba ładować, czasem oddając komórkę na noc, gdzieś w najbliższym domu, lub podczas zakupów gdzieś w sklepie, podczas zwiedzania miasta.

Szybki rajd przez Wrocław

Kolejne noclegi wypadają mi na śluzach w Chróścicach i w Oławie. Za każdym razem słyszę, że ze względu na ŚDM i podwyższone zagrożenie terrorystyczne, nie mogę nocować na terenie śluzy, ani w jejzabudowaniach, zawsze jednak mogę tu skorzystać z prądu, łazienki, bieżącej wody. Będzie mi brakowało tego, gdy przepłynę ostatnią śluzę – w Brzegu Dolnym. Ale póki co Wrocław. Pontonem można go przebyć na dwa sposoby – jak barki głównym kanałem, który jednak omija miasto z prawej strony – albo skręcając w lewo na śluzę Opatowice. Wtedy przepływa się przez centrum, co miało być jedną z głównych atrakcji mej wyprawy.

Wewnątrz śluzy w Brzegu spotkałem pasażerów jachtu Jamaica.
Wewnątrz śluzy w Brzegu spotkałem pasażerów jachtu Jamaica

Z mapy wynika, że wszystko jest w porządku, tymczasem pan na śluzie, który specjalnie dla mnie przyjechał tu rowerem, z nieodległych Bartoszewic, by mnie śluzować, zaklina się, że przez centrum Wrocławia nijak nie przepłynę. Ja nie przepłynę? – myślę i wpływam długim kanałem w stronę centrum. Pierwsze kilometry tu nijakie, nie czuję, że wpływam do wielkiego miasta. Dopiero za zakrętem widać ostre jak brzytwy wieże katedry na Ostrowie Tumskim, przepiękne bulwary, budynek Politechniki Wrocławskiej, wiele innych znanych, choć dotąd nieoglądanych z tej perspektywy zabytków.

I wtedy dociera do mnie, że coś jest nie tak. Na mapie widzę, że na kanale dla barek, tym omijającym Wrocław, zaznaczono dwie śluzy, tu przepłynąłem przez jedną, a poziom wód w obu kanałach musi się przecież zgadzać. Spomiędzy licznych pływadeł wyłuskuję wzrokiem motorówkę WOPRu, macham ręką. Ratownicy tłumaczą mi, że pływanie bez silnika po centrum Wrocławia dozwolone jest jedynie do mostu na Wyspę
Piasek. Dalej zabronione, ze względu na nieczynną śluzę miejską i pięciometrowej wysokości jaz elektrowni wodnej. Jedyne, co mogą mi zaproponować, to zawrócić 8 km do śluzy Opatowice, którą wpłynąłem, i popłynąć jak barka – legalnie. Można też wyjść z wody przy wyspie Piasek i lądem z pontonem i bagażami dostać się jakoś za jaz. Do miejsca, gdzie możliwe będzie wodowanie, to piechotą 2 km. Które trzeba by pokonywać trzykrotnie. Ale to i tak niemożliwe, bo centrum miasta, wąskie chodniki itp. Wygląda na to, że utknąłem.

Widok na katedrę w Ostrowie Tumskim.
Widok na katedrę w Ostrowie Tumskim

Tymczasem nadchodzi burza. Nielegalnie dopływam do Wyspy Słodowej, wypijam szklankę soku, cumuję ponton i idę obejrzeć jaz i nieczynną ogromną śluzę miejską. Wygląda to groźnie. Decyzję trzeba podjąć szybko, umawiam się z ochroniarzem pobliskiego hotelu, że otworzy mi małą bramkę na zapleczu tarasu restauracji, tuż obok śluzy. W świetle piorunów, łamiąc wszelkie zakazy, przepływam zakazaną odległość, dobijam do śluzy. Tylko czekam na policyjną motorówkę. Z pomocą pana ochroniarza przenoszę część bagaży przez ruchliwą ulicę, śluzę i spory kawał w dół rzeki, z pontonem pomagają mi napotkani studenci, pijący piwo obok śluzy.

Ludzie potrafią być fantastyczni,

o nic się nie prosiłem, a oni sami widząc, jak męczę się z pontonem na przejściu dla pieszych, podbiegli, zabrali, przenieśli, zwodowali. Zamiast 2 km lądem było jakieś 400 metrów. Wreszcie jest! – motorówka policyjna pędzi w kierunku śluzy po mnie! Ale ja jestem już po drugiej stronie, nie dostaną się tu i mogę im pomachać.

Niebo pęka zalewając Wrocław ścianą wody. Płynę brzydkim, zaniedbanym kanałem Odry Południowej. Woda zalewa mnie, w dodatku nadchodzi noc. Na złączu z Odrą Północną przy elektrociepłowni widzę wyjście na brzeg. Mokry, ale szczęśliwy, wypełzam na trawę, rozbijam namiot. Przypominam sobie, że miałem we Wrocławiu zrobić zakupy. Na to jednak już za późno. Zostałem bez chleba i wody a potężny kompleks przemysłowy huczy mi przez całą noc tuż do ucha. Śpię doskonale.

Zupełnie inna rzeka

Następnego dnia wypływam skoro świt. Piękny ciepły dzień. Udaje się zrobić zakupy w jednej z dalszych dzielnic Wrocławia. Śniadanie jem na wodzie, wewnątrz śluzy Rędzin, tuż pod największym mostem w Polsce. Auta szumią mi nad głową.
Do Brzegu Dolnego jest stąd 16 km, które po stojącej wodzie płynę do 16-tej. Odra rozlana tworzy tu niemal jezioro. Dziwny cud: w Brzegu Dolnym nawałnica, a na mnie, kilometr od celu, nie spada ani kropla wody. Ostatnia śluza okazuje się być nieczynna. Na moje krzyki w końcu przychodzi pan Staszek – śluzowy. Jedyne, co może mi pomóc, to przenieść ponton na drugą stronę, nad kanał jazu. Za niska woda, by śluzować. Przenosimy się więc.

Śluza Rędzin i największy most w Polsce.
Śluza Rędzin i największy most w Polsce

Dalej jest już zupełnie inna Odra. Rzeka wreszcie płynie, silnym nurtem, prawie 6 km/h. Pod mostem kolejowym w Brzegu Dolnym, bystrze, wręcz jak na Dunajcu, fala przelewa się przez ponton. Płynę jak zwykle aż do zmroku. Dziko tu choć trochę jednostajnie, z powodu regularnych ostróg usypanych z kamieni przy obu brzegach. Tak już będzie praktycznie do Szczecina.

Kolejnego dnia zwiedzam ogromny kompleks opuszczonego klasztoru w Lubiążu. Od pani, u której zostawiłem telefon do podładowania, dostaję dużą reklamówkę ogórków, pomidorów, marchewek – prosto z ogródka. Moja dieta wzbogaci się. Mili ludzie mieszkają nad rzekami. Płynę nieco monotonną Odrą, zachwycając się, to bocianem czarnym, to orłem bielikiem, to bobrami, które wypływają wieczorami na żer. Czasem bobry są tak blisko, że można je pogłaskać, zwykle jednak wyczuwają mnie z odległości kilku metrów i nurkują bijąc ogonem o powierzchnię wody. Po wielu trudach mijam Głogów zupełnie bez wrażenia. Miasto choć duże, wydaje się być odwrócone tyłem do rzeki, tam gdzie we Wrocławiu są bulwary, w Głogowie są… tory kolejowe. Pociąg jedzie tu spory kawał tuż przy rzece. Co innego Nowa Sól, ładne miasto i przyjazny port, albo Bytom Odrzański – również ciekawie położony na niewielkim wzniesieniu. A później długi prosty odcinek, gdzie tylko krzaki, kamienne ostrogi i dzicz, aż wreszcie Cigacice i Krosno Odrzańskie

Nocleg tuż za Bytomiem Odrzańskim. Czasami Odra stwarzała niepodziewane łachy.
Nocleg tuż za Bytomiem Odrzańskim. Czasami Odra stwarzała niepodziewane łachy

z opustoszałą mariną i dumnym napisem „Wypożyczalnia jachtów”, ale żadnego jachtu tu nie widać. Nieopodal do Odry wpada Bóbr – dziesiąta pod względem długości rzeka Polski i Odra wzbogacona o jego wody, poszerza się nieco. Zaraz też mamy ujście Nysy Łużyckiej i od tej pory lewy brzeg to już Niemcy. Nocuję zwykle na piaszczystych łachach, które gdzieniegdzie rzeka tworzy tuż za kamiennymi ostrogami. Takie prywatne plaże, tylko dla mnie. Ciekawostką na tym odcinku jest ruina mostu we wsi Kłopot. Most wysadzili Niemcy w kwietniu 1945 roku i nigdy nie został on odbudowany. Dziś to monumentalny i piękny betonowy taras wrzynający się nieco w wodę. Wstęp na niego wzbroniony, wchodzę więc i robię kilka zdjęć rzeki z góry.

Szczecin to nie koniec

Frankfurt to piękne niemieckie miasto, zbudowane chyba celowo tak, żeby wywierać wrażenie piękna i potęgi na oglądających go z drugiego brzegu Polakach, mieszkańcach znacznie skromniejszych Słubic. Niestety tę okolice mijam w deszczu z kapturem opadającym na głowę. W Słubicach zachodzę do apteki po maść na oparzenia. Dłonie wyglądają nieciekawie. Od wewnątrz grube odciski od wioseł, od zewnątrz bąble i rany od oparzeń. Norma na spływach pontonem, ale ból nieprzyjemny i każde zaciśnięcie pięści go powiększa.

W Kostrzyniu krótki postój przy ujściu Warty – trzeciej polskiej rzeki. Odra staje się tu niemal dwa razy szersza. Niestety taka przestrzeń rodzi kłopoty – potężnie wieje, co chwila przechodzą czarne chmury, siejąc deszcz. Ale zaciskam zęby i płynę. Gdy zatrzymuję się w Osinowie – nocuję w najdalej wysuniętym na zachód punkcie Polski – ulewa nie wypuszcza mnie z namiotu do 17-tej. Czasem bywa i tak. Czytam wtedy książkę, zjadam zapasy. „Lolitę” już skończyłem, obecnie jest to „Żyjący z wilkami” Shauna Ellisa. Z Osinowa do Krajnika płynę nocą, w świetle latarki, ale omal nie wpadam na barkę, poza tym mgła nad rzeką podnosi się tak gęsta, że około drugiej w nocy kapituluję.

W Widuchowej Odra rozdziela się na Wschodnią i Zachodnią. Wyspa między nimi tzw. Międzyodrze była kiedyś zmeliorowana i zamieszkana przez Niemców. Dziś jest to dziki rezerwat przyrody, pełen ptactwa i niespodzianek.

Krzywy las w Nowym Czarnowie koło Gryfina.
Krzywy las w Nowym Czarnowie koło Gryfina

Oglądam dokładnie osiem zrujnowanych, nieużywanych od lat 70. śluz. Przygnębiający widok. Nocą wpływam do przyjaznej przystani w Gryfinie, wzbogacam sobie wrażenia poranną wycieczką do Nowego Czarnowa. Rośnie tam słynny na całą Polskę „krzywy las”. Kilkadziesiąt nienaturalnie wygiętych w łuki sosen ma być pozostałością po niemieckich czołgach, lub tajnej, magnetycznej broni Hitlera, w praktyce jednak kształt taki nadali im prawdopodobnie szkutnicy, chcący wystrugać z nich wręgi do kutrów rybackich.

Nocą do Zalewu

I wreszcie Szczecin. Kusi, żeby tu wysiąść i spływ zakończyć, bo dworzec kolejowy jest przy samej wodzie. Ja jednak kupuję tu jedynie kolejną książkę, zjadam niedobrą zapiekankę i płynę dalej. Od tej pory już nielegalnie, bo znajduję się na wewnętrznych wodach morskich. Wiem, że na ten odcinek powinienem mieć zgodę kapitanatu portu, ale wiem też, że zgodę taką trudno uzyskać. Już raz mi odmówiono, tym razem nawet nie próbuję pytać, po prostu płynę. Mijam szczecińskie bulwary, Wały Chrobrego. Podziwiam przycumowane przy nich zagraniczne, ogromne białe statki. Celem na wieczór są Police, ale żeby tam dotrzeć, muszę przebyć Stocznię Szczecińską i niezliczone przemysłowe przystanie. Oglądam remonty wielkich statków, na wyciągnięcie ręki. Spory tu hałas, powietrze niezbyt świeże od spalin wielkich maszyn i pyłu węgla. Nurt rzeki zniknął całkiem, woda znów stoi. Zanim dotarłem do Polic nastała noc.

I zostałem sam w ciemnościach na ogromnym rozlewisku Odry.

Ponieważ wreszcie wiatr nie wieje, płynę, kierując się światełkami toru wodnego. Obok mnie w mroku co rusz przepływają statki, takie na 200-300 metrów długości. Każdy robi falę, która mogłaby mnie zatopić, gdybym tylko nie ustawił się do niej pontonem pod odpowiednim kątem. Mam to opanowane do perfekcji.
Nie wiem, jakim cudem udało mi się minąć przystań w Świętach, naprzeciwko Polic. Liczyłem na światła, jakiś pomost, ale nie zauważyłem niczego, zmyliła mnie za to zielona poświata, do której wiosłowałem przez kolejne dwie godziny – aż to jedyne niemigające światło okazało się podświetlonym zakazem cumowania. Wyszedłem na dość nierówny, poryty teren i dostrzegłem tablicę: „metan, grozi wybuchem”. Jest po północy. Rozbijać namiot, czy nie? Nie decyduję się na nocleg. Odbijam w stronę lewego brzegu, uciekam przy okazji przed potężnym zbiornikowcem. Przemierzywszy w ciemnościach akwen wszerz, długo płynę wzdłuż brzegu, by około 3 nad ranem wylądować na stacji uzdatniania wody tuż przed Trzebieżą. Jestem bardzo zmęczony, to była cholernie długa noc.

Zalew

Rano widzę, że właściwie w nocy dopłynąłem pod sam Zalew Szczeciński. Jednak do 14-tej pada deszcz, siedzę więc w namiocie, czytam. Po 16-tej wypływam.
Na tym końcowym etapie planowałem być bardzo ostrożny. Chciałem zapytać kogoś o warunki, jakie mogę zastać na zalewie. Zbiornik długi na 70 km, szeroki na 22, nazywany jest małym morzem. Nie widać tu drugiego brzegu, a fale, które pojawiają się tu przy zachodnim wietrze, zatopiły już niejeden jacht. Wiedziałem jednak, że jeśli wpłynę do Trzebieży, to chcąc nie chcąc powiadomię wszystkich o moim istnieniu, wzbudzę alarm i nikt mnie na zalew nie wypuści. Postanawiam więc po prostu płynąć.

Jedna z bram nawigacyjnych na Zalewie Szczecińskim.
Jedna z bram nawigacyjnych na Zalewie Szczecińskim

Mijam Trzebież, wpatrzony w odległe bramy toru wodnego, prowadzącego do kanału portowego Świnoujścia. Mijam pogłębiarkę „inż. St. Łęgowski”, pracującą u wrót zalewu. Po pół godziny brzeg zostaje w tyle, a ja tylko czekam na motorówkę straży przybrzeżnej lub policji, która wypłynie do mnie i odholuje mnie do brzegu. Nic takiego jednak nie ma miejsca. Nie dostrzeżono mnie!
Dobrze! Płynę więc dalej, dookoła aż po horyzont mając tylko wodę. Okoliczności mi sprzyjają, pogoda również. Ale do czasu. Po dwóch godzinach wiosłowania, gdy już na horyzoncie zaczęła majaczyć ciemniejsza kreska brzegu Świnoujścia, zaczęło wiać. – No to koniec – pomyślałem, podmuchy szybko przybierały bowiem na sile, a po lewej dostrzegłem pędzącą od niemieckiego brzegu chmurę burzową. Jeżeli rozpęta się tu szkwał, będę bez szans, ale i będę walczył do końca. Już w odległości kilku kilometrów widzę nadpływający w moją stronę potężny gazowiec Arki, długi na przeszło 200 metrów i wysoki jak wieżowiec. Najgorsze, że jak na takiego olbrzyma, zbliża się bardzo szybko, a mnie wiatr wpycha prosto na jego tor wodny.

Spotkanie z gazowcem Arki o długości ponad 200 m.
Spotkanie z gazowcem Arki o długości ponad 200 m

Wiosłowanie przy niemal metrowych falach nie przynosi większych efektów. Daję z siebie wszystko, by na okręt nie wpaść, wiosłuję w przeciwnym kierunku, pod wiatr, ale jestem trochę jak łupinka orzecha wrzucona do oceanu.
Wreszcie Arki mija mnie o ok. 10 metrów, przy okazji robiąc falę wysoką na oko na 3,5 metra, spienioną u góry i wielką jak ściana. Fala ta idzie na mnie, odwracam ponton tyłem i przez chwilę lecę w powietrzu na jej grzbiecie, jak piłka kilka metrów nad poziomem wody. Cudowne przeżycie, choć groźne. Na szczęście takich olbrzymów nie widzę więcej, dalej mija mnie tylko kolejna pogłębiarka „Christophorus” i dwa spore jachty; załoga jednego podpływa do mnie i pyta, czy nie wziąć mnie na hol. Ale Świnoujście już niedaleko a burza, która szła od zachodu, zatrzymała się parę kilometrów dalej. Odmawiam. Oglądam cudowny zachód słońca nad zalewem – nagroda za trudy podróży. Po zmroku mijam wejście do kanału Świny, za zacisznym falochronem przestaje wreszcie rzucać pontonem. Z twarzą oblepioną przez jętki, zwabione światłem czołówki, szukam możliwości wyjścia na brzeg, wreszcie wspinam się po kamiennym falochronie i rozbijam namiot tuż nad kanałem.

Aresztowanie

Całą noc wiatr wyje w koronach drzew, jak wściekły pies. Rano też nie jest dobrze, deszcz przechodzi nade mną w regularnych odstępach co pół godziny. Ledwo namiot obsycha – leje znów. Co chcę wypływać – leje. Po którejś próbie powrotu do namiotu przykucam z obrzydzeniem – wewnątrz wyraźnie coś śmierdzi. Po chwili dochodzę do wniosku, że to ja. W kanale portowym robię więc pranie. Przez chwilę świeci słońce, wszystko schnie, ale chwila mija i znów ulewa. Jedzenie mi się kończy, korzystam więc z mapy Świnoujścia i dzwonię do wszystkich dostępnych pizzerii. Nikt nie chce mi jednak przywieźć nic w miejsce, w którym rozbiłem obóz. Za daleko. Dopiero przed 18-tą przeszła ostatnia chmura. Zwijam obóz i po chwili wiosłuję do Świnoujścia. Mijam pierwsze zabudowania, promy w Karsiborze. Zachodzi słońce, gdy mijam ogromne promy do Skandynawii, do przystani mam jakieś 2 km. Plan jest taki, by tam znaleźć nocleg, a rano, na wschód słońca wypłynąć na morze.

Nocne promy w Świnoujściu.
Nocne promy w Świnoujściu

Ale tuż po zmroku, przy wejściu do przystani pada na mnie ogromny reflektor światła z pogłębiarki pracującej u wyjścia w morze. A za chwilę drugi reflektor wyławia mnie z gęstniejącego mroku. Po chwili jest już przy mnie szybki bojowy ścigacz straży granicznej. – Proszę przybić do brzegu – mówi strażnik przez megafon. Nie mam wyjścia. Ponton zostaje przywiązany do przystani SG, a ja wzięty na pokład kutra na przesłuchanie. Krucho ze mną – nie mam zgody kapitanatu portu Świnoujście, odpowiedniego oświetlenia i płynę pod nieznaną banderą – flaga piracka. Jestem piratem, który nielegalnie wpłynął na wewnętrzne wody morskie Rzeczpospolitej. Zostaję aresztowany.
Moje wyjaśnienia budzą zdziwienie i śmiech. Jak to z Ostrawy? Bez silnika? I czemu bez zgody. Oczywiście tłumaczę, że nie wiedziałem o konieczności posiadania zgody, mówię skromnie, że jakoś udało się dopłynąć… Po sprawdzeniu dokumentów i sporządzeniu protokołu, zostaję zwolniony do przystani. Strażnicy robią sobie ze mną zdjęcie.

Tak pięknego finału nie spodziewałem się

O porannym wypłynięciu na wschód słońca nie ma mowy. Rozbijam namiot na terenie przystani miejskiej, rano myję się i golę w umywalni. Wyglądałem strasznie, teraz udało się zza warstwy brudu i zarostu wyskrobać całkiem przystojnego faceta, spalonego słońcem i szczęśliwego. Na dalszy odcinek 1 km do morza, muszę uzyskać zgodę kapitanatu portu. Bez tej zgody pogranicznicy nie wypuszczą mnie z przystani. Cóż, dzwonię do kapitanatu portu i mówię, jak sprawa wygląda… – No, skoro już tyle pan przepłynął, to proszę ostrożnie sobie dopłynąć do morza – słyszę. – Choć nie wiem, jakim cudem udało się panu tutaj aż dotrzeć…
I wypływam. Dobijam do białego wiatraka – symbolu Świnoujścia. Tam pamiątkowa sesja zdjęciowa i radość z osiągnięcia celu. Wokoło mnóstwo ludzi, niektórzy robią sobie zdjęcia, inni zagadują, pytają, com za jeden, a gdy już wiedzą, robią sobie zdjęcia również ze mną.

Biały wiatrak -- symbol Świnoujścia.
Biały wiatrak — symbol Świnoujścia

Już na falochronie odbieram telefon z kapitanatu portu: – Zapraszamy pana na wieżę, do nas. Musi nam pan koniecznie opowiedzieć o swoim spływie. Przeprawiam się więc pontonem na drugi brzeg Świny, a tam czeka na mnie pan Edward Cybulski – oficer dyżurny kapitanatu. Wita się ze mną, pomaga wyciągnąć ponton na brzeg i niesie go ze mną na teren wieży kapitanatu.

Na wieżę wjeżdżamy windą, obserwujemy z góry cały port. Pan Edward opowiada o swojej pracy, dowiaduję się, jak obserwowane są statki na Bałtyku, na Zalewie Szczecińskim, aż od Szczecina. Ja opowiadam o swoim spływie, pokazuję zdjęcia, pijemy kawę. Wreszcie pamiątkowe fotografie na wieży, uścisk dłoni. Aresztowaniem przez SG mam się nie martwić, ale lepiej sprawę tę wyjaśnić od razu w siedzibie kapitanatu, złożyć oświadczenie. Robię to następnego dnia.

Po co to wszystko?

W Świnoujściu pozostałem kilka dni. Nazajutrz po osiągnięciu morza odwiedziła mnie Telewizja Szczecin, wezwana przez jednego z żeglarzy. Jak to media; przez godzinę kręcili film o moim spływie, a zrobili z tego jednominutowy materiał, tak tnąc zdania, że wszystko wyszło pokręcone, ale i nie oczekiwałem nic więcej. Bo i nie dla mediów pływam, nie dla sławy.
Wielu pokonanie Wisły czy Odry pontonem bez silnika nazywało już wyczynem, dla mnie to najlepszy sposób na wypoczynek, oderwanie się od problemów, kompletny reset dla przemęczonego umysłu i kilka tygodni życia w innym świecie. Powrót do natury, płynięcie nago wśród czapli, bobrów, bocianów białych i czarnych, zwiedzanie miasteczek i wsi, tak pięknych i różnorodnych, aż nie do opisania. Wreszcie fotografia, ale ta zawsze jest spóźniona, najpierw bowiem chłonę dany widok, cieszę się nim. Czasami jest zbyt pięknie, by wyciągać aparat, by coś fotografować. Wiele ptaków uciekło mi zanim nacisnąłem migawkę, wiele wschodów słońca dojrzało zanim zachciało mi się w ogóle sięgnąć po futerał.
Mój spływ to przeszło 840 km w tym jakieś 240 km wodą stojącą. 24 śluzy, Zalew Szczeciński, wreszcie Bałtyk. To dla mnie przywrócenie utraconej wiary w ludzi, którzy nad rzekami są jakby bardziej przyjaźni i chętni do pomocy. To wiele godzin refleksji i przemyśleń nad światem, miłością i społeczeństwem, oglądanym z niezwykłego dystansu, z perspektywy wody. Najwspanialsza i najciekawsza, a przy tym śmiesznie tania forma wakacji. Wcale nie żaden wyczyn, a jedynie droga do spełniania marzeń, poznania własnych możliwości i słabości, bo podróż z nurtem rzeki staje się zawsze podróżą w głąb siebie.

Więcej: Pełna galeria zdjęć ze spływu Odrą (Facebook)

Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”, zaś w latach 2013-2016 dziennikarzem i redaktorem. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły” oraz redaktorem wielu zbiorowych publikacji. W roku 2007 otrzymał nagrodę za najciekawszy debiut Podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich. Więcej: Facebook
Mapka dorzecza Odry: RZGW w Szczecinie

Poszukiwania rakiety Hitlera

PIOTR DURAK -- reportaż

Lato 1943 roku. Do niewielkiej miejscowości Blizna, leżącej ok. 20 km od Mielca, przybywają oddziały niemieckie. Przymusowo wywożą mieszkańców, wysiedlając wieś i okolice. Palą domy, równają z ziemią zabudowania gospodarskie. W tym miejscu w okolicznych lasach, skryty przed światem, powstaje doświadczalny poligon, na którym ma być testowana tajna broń Hitlera — pierwsze na świecie rakiety dalekiego zasięgu o kryptonimie V2. Długie na 14 metrów i ważące ponad 12 ton rakiety to pierwsza taka broń na świecie. W zamyśle hitlerowców mają zniszczyć Londyn, Paryż, później Moskwę. W podmieleckich lasach wznoszone są betonowe bunkry i wyrzutnie, doprowadzane tory kolejki wąskotorowej. Po kilku miesiącach ściśle tajny poligon zaczyna funkcjonować. 5 listopada z Blizny startuje pierwsza próbna rakieta V2.

Ściśle tajne

W tym czasie w okolicy działa oddział partyzancki pod dowództwem Aleksandra Rusina „Rusala”. Partyzanci-dywersanci mocno dają się we znaki Niemcom. Po powstaniu poligonu „Rusal” otrzymuje rozkaz o zaprzestaniu działań dywersyjnych i skupieniu się na akcjach wywiadowczych — ma za cel rozpoznanie i, o ile to możliwe, przechwycenie którejś z niemieckich rakiet.

Roman Rusin -- syn żołnierza wyklętego Aleksandra Rusina z portretem ojca przy szczątkach rakiety V2. Foto: Piotr Durak.
Roman Rusin — syn żołnierza wyklętego Aleksandra Rusina z portretem ojca przy szczątkach rakiety V2. Foto: Piotr Durak

Rakiety V2, startujące z poligonu w Bliźnie, były prototypami testowymi, w miejscu głowicy z ładunkiem wybuchowym posiadały obciążenie z betonu lub z ołowiu. Pracowano wówczas nad doskonałością ich napędu i układów naprowadzających. — To między innymi w tej rakiecie zastosowano pierwszy, prymitywny komputer żyroskopowy i najnowocześniejszy radiowy system naprowadzający. Tą technologią Niemcy wyprzedzili swój czas i alianci gotowi byli wiele zrobić, by przejąć taką rakietę w jak najlepszym stanie — mówi Mariusz Mazur, historyk-pasjonat. Z poligonu w Bliźnie Niemcy wystrzeliwali V2 w kierunku zajętych przez siebie terenów, m.in. poligonów w Nowej Dębie czy w Sarnakach, by w razie niekontrolowanego upadku rakiet, uniemożliwić przechwycenie ich przez wroga. Szacuje się, że z Blizny wystrzelono ponad 200 tych ogromnych rakiet. Nie wszystkie jednak doleciały do miejsca przeznaczenia…

Rakiety spadały

— Był to chyba maj 1944 roku. Mój tata wraz z żołnierzami był wówczas w okolicach swojego domu pod Dobryninem, gdy zauważyli, jak wystrzelona z Blizny rakieta V2 zaczęła koziołkować w powietrzu i upadła około półtora kilometra od miejsca, w którym przebywali — opowiada Roman Rusin, syn Aleksandra. — Ojciec z żołnierzami natychmiast pojechali tam na rowerach. Jadąc, zauważyli połamany las i leżącą na ziemi, wciąż ziejącą ogniem rakietę. Podbiegli do niej, a ojciec krokami przemierzył długość i średnicę, po czym szybko się oddalili, ponieważ Niemcy na motocyklach przeszukiwali teren — dodaje. — Niedługo później ojciec, przebywając z oddziałem w lasach niedaleko Blizny, zauważył, jak wystrzelona rakieta V2 rozpadła się w powietrzu na dwie części. Tylna cześć spadła na torfowe łąki nieopodal Blizny, natomiast przednia część poleciała dalej i upadła w lesie. Ojciec natychmiast zamaskował oba miejsca upadku rakiety i Niemcom mimo poszukiwań nie udało się ich odnaleźć — mówi.
Wkrótce potem poligon w uwagi na zbliżający się front musiał zostać ewakuowany. Niemcy niszczyli budynki i zacierali ślady. Jesienią 1944 roku do domu Rusinów zapukała międzynarodowa komisja wojskowa. W jej skład wchodzili Amerykanie, Anglicy, Francuzi i Rosjanie. Aleksander Rusin oprowadził ich po Bliźnie, a następnie wskazał miejsce upadku tylnej części rakiety. Zabrano wtedy wystające z ziemi elementy. Było tego pół wojskowej ciężarówki. Miejsca upadku przedniej części „Rusal” jednak nie wskazał, czekając na dalszy rozwój wydarzeń…

To nie ta Polska

Przednia część rakiety, wraz z oprzyrządowaniem, komputerem sterującym i odbiornikiem radiowym pozostała ukryta w lesie. Spadając, wbiła się w ziemię, na głębokość ok. 2 metrów. Połamane drzewa powoli odrosły, a w miejscu upadku rakiety powstało oczko wodne, o średnicy ok. 6 metrów. W latach 70. Aleksander Rusin pokazał to miejsce dorastającemu synowi — Romanowi. — Razem z ojcem przychodziliśmy tutaj i z pomocą bosaka grzebaliśmy w dnie bajora, w torfie, czasem zahaczając o elementy rakiety i wyciągając z ziemi różne części: blachy; stalowe i aluminiowe, wiązki kabli, jakieś podzespoły elektroniczne. Wreszcie zahaczyliśmy osęką o coś dużego i bosak utkwił w bagnie, nie mogliśmy go wyciągnąć. Ale wydobyliśmy ok. 300 kg różnych elementów V2. Zwoziliśmy to do domu i… leżało pod płotem. Nikt się tym wówczas nie interesował, więc później ojciec przekazał te elementy do Muzeum Regionalnego w Rzeszowie – opowiada Roman Rusin. — Miejsce upadku jednak utrzymywaliśmy dalej w tajemnicy. Ojciec miał nadzieję, że kiedyś powstanie w Bliźnie muzeum i że ukryte w bagnie fragmenty V2 znajdą tam swoje miejsce — opowiada syn „Rusala”. — W późniejszym okresie do taty przyjechał ówczesny nadleśniczy Nadleśnictwa Tuszyma i zaproponował współpracę. Obiecywano mu, że w budynku Nadleśnictwa powstanie izba pamięci, w której jego zasługi będą wyeksponowane razem z leśnikami, którzy także uczestniczyli w ukrywaniu śladów rakiety. Ojciec, dzieląc się swoją wiedzą, zachowywał ostrożność. Wskazał tylko miejsce upadku pierwszej rakiety i tylnej części tej drugiej. Wydobyte fragmenty rakiet przejęło Nadleśnictwo do tworzonej izby pamięci. Tam przez krótki czas częściowo wyeksponowano zasługi mego ojca, potem jednak ekspozycję usunięto, a wszystkie zasługi przypisano leśnikom. Mój ojciec po tym fakcie był bardzo rozgoryczony. Mówił, że to jeszcze nie ta Polska, o którą walczył — opowiada Roman Rusin.

Tajemnica w testamencie

Krótko przed śmiercią „Rusal” upoważnił swego syna, aby ten, w przypadku gdy w Bliźnie powstanie muzeum, przekazał tam jego mundur i wszystkie po nim pamiątki oraz wskazał odpowiednim ludziom miejsce upadku przedniej części V2. — Prosił, abym stał na straży, by nieskrzywiona historia została przekazana następnym pokoleniom — opowiada Roman. — Na dzień dzisiejszy tylko częściowo spełniłem wolę ojca. Wypożyczyłem mundur i inne pamiątki do Parku Historycznego w Bliźnie — dodaje. Po latach milczenia postanowił też zaprowadzić poszukiwaczy w miejsce upadku przedniej części V2, stawiając tylko warunek, by to, co wydarte zostanie ziemi, pozostało na miejscu, w Bliźnie. To był początek wielkiej akcji poszukiwawczej.
— Razem z Andrzejem Helowiczem odnaleźliśmy pana Romana i zapewniliśmy go, że wszelkie warunki jego ojca zostaną spełnione. Wówczas zaprowadził on nas głęboko w las i wskazał niewielkie bagno. Już pierwsze badania wykrywaczem metalu wykazały, że na dnie znajdują się duże, metalowe elementy. Wykrywacz wskazywał zarówno na stal, jak i aluminium i miedź — opowiada Mariusz Mazur.
Ponieważ zgodnie z prawem podobnych poszukiwań nie można przeprowadzać bez uzyskania zezwoleń, detektywi historii zwrócili się o pomoc do samorządowców, władz Mielca i różnych regionalnych stowarzyszeń i pasjonatów. W pierwszej kolejności udało się uzyskać pozwolenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Nadleśnictwa Tuszyma. W poszukiwania zaangażowały się Park Historyczny w Bliźnie, Podkarpackie Stowarzyszenie „Ocalić od zapomnienia”, Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Bliźnienskiej, Aeroklub Mielecki — sekcja historyczna oraz OSP Dymitrów Mały i OSP Biały Bór, jako jednostki wspierające. Całą akcją kierował archeolog Dominik Kurek, który poinstruował poszukiwaczy o metodach prowadzenia wykopalisk. Wreszcie w sobotę rano wszystko było gotowe.

Wyciągamy z błota

Już przed ósmą rano wraz z grupą kilkudziesięciu mężczyzn zgromadziliśmy się pod budynkiem OSP Dobrynin, by pod przewodnictwem Romana Rusina wyruszyć do lasu. Na miejscu zastajemy podmokłe torfowisko w gęstym, brzozowo-olchowym zagajniku. Do niedawna cały teren był pod wodą, za sprawą żeremia bobrów, ale teraz woda opadła. Wykrywacz metalu, przyłożony w tym miejscu do ziemi, dosłownie oszalał. Pokazywał zakopane na głębokości 2,5-3 metrów duże kawałki aluminium, miedzi, stali. Na myśl, że tutaj tkwią szczątki słynnej rakiety, wszystkim szybciej płynie krew w żyłach. Rozpoczyna się kopanie i odpompowywanie wody, która co rusz napływa do wykopu. Strażacka pompa szlamowa ledwo radzi sobie w tych warunkach, wodę trzeba wylewać wiadrami. Co rusz odnajdujemy to fragmenty blachy z poszycia rakiety, to miedziane wiązki kabli, jeszcze w otulinach, doskonale zachowane.

Poszukiwania w błocie i w deszczu. Foto: Piotr Durak.
Poszukiwania w błocie i w deszczu. Foto: Piotr Durak

Jest tego kilkanaście kilogramów. Największe fragmenty rakiety są jednak ciągle głęboko. — Sądząc po kraterze, jaki wybity był w ziemi, byliśmy pewni, że w to miejsce uderzył jakiś duży przedmiot. Nie wiedzieliśmy tylko, jak to coś odkopać. Było nas na miejscu około 20 chłopa, ustawialiśmy się w rzędzie i kilkoma wiadrami wyciągaliśmy ziemię, wodę i szlam. Staliśmy po pas w błocie, a co odkopaliśmy, to szlam napływał od nowa — opowiada Andrzej Helowicz. To głównie on własnymi rękami wydobył z wykopu kilkaset wiader błota — łącznie kilka ton szlamu. Każde wiadro sprawdzano wykrywaczem, a z każdym odkrytym kawałkiem rakiety poszukiwaczom nie ubywało, a wręcz przybywało sił. Mijają godziny. Wreszcie w brunatnej wodzie udaje się odkopać uchwyt we fragmencie dużego elementu rakiety, o który można zaczepić linę. Na powierzchni ziemi ląduje szpic osęki, jakim w latach 70. Roman Rusin, wraz z ojcem wydobywali fragmenty pocisku. Znalezisko podnosi wszystkich na duchu. Niestety część dziobowa V2 wydaje się tkwić w ziemi bardzo głęboko, zassana przez błoto i czas. Nie daje rady zespołowa siła ludzkich mięśni ani quad terenowy, przybyły na miejsce. — Tu potrzeba ciężkiego sprzętu — stwierdza Mariusz Mazur. Na to jednak zgody z Nadleśnictwa nie było…

Koparka konieczna

— Byliśmy w kropce, bo nie mieliśmy zgody na użycie koparki, a była ona tutaj niezbędna — mówi Mariusz Mazur. Gdy na miejscu pojawiła się Telewizja Rzeszów, a dzień później poszukiwacze trafili do Teleexpresu, sprawa stała się ogólnopolska. — Trochę zadrwiła sobie z nas Panorama, przedstawiając ironicznie całą akcję i porównując nas do osób ogarniętych gorączką złota, jak dawni poszukiwacze w Ameryce lub obecni, w Wałbrzychu, rozbijający się za złotym pociągiem. Śmiano się, że grzebiemy się w błocie. W internecie pojawiły się komentarze, że kawał lasu niszczymy dla wydobycia „kilku blach”. Ale dla nas te blachy faktycznie były cenniejsze niż złoto. Szczęśliwie Nadleśnictwo Tuszyma zrozumiało wagę poszukiwań i zezwoliło nam na wjazd koparki — mówi Mazur.
— Osoby, które się tym nie zajmują, nie zdają sobie sprawy, jak cenne to znalezisko. Dla niektórych będą to jakieś pordzewiałe blachy, a dla innych ludzi bezcenny ślad historii — dodaje Andrzej Kulpa z Podkarpackiego Stowarzyszenia Poszukiwaczy „Ocalić od Zapomnienia”.

Będziemy drzeć pazurami

Drugi dzień wykopalisk zaczął się od szoku i niedowierzania. Okazało się, że przez jedną noc dół głęboki na ponad 2 metry całkowicie wypełnił się wodą. W nocy padało, ale nie na tyle, by zatopić cały rezultat pracy jednego dnia! Poszukiwacze natrafili jednak na podziemne źródło, które wybijało w tym miejscu. W ruch poszły pompy szlamowe trzech jednostek strażackich: Dymitrów Mały, Biały Bór i Rzemień, jednak wody wciąż przybywało. Na miejscu pojawiła się koparka, ale nawet po odwodnieniu wykopu niewiele mogła zrobić – zasięg jej ramienia był zbyt mały. Dół cały czas osuwał się i maszyna nie mogła podjechać blisko jego krawędzi. Operator nie był w stanie dosięgnąć łyżką do dna wykopu. W dodatku odkrywcom skończyły się środki finansowe. — Temat nas przerósł. Był poniedziałek i kryzys, jaki nas spotkał, był ogromny. Nie mieliśmy pieniędzy, a nie mogliśmy przecież porzucić prac w takim momencie! Pomyślałem, że będziemy drzeć pazurami, aż wydrzemy — mówi Mazur.

Tu z pomocą przyszedł Zbigniew Tymuła — starosta powiatu mieleckiego, który zaofiarował się ściągnąć na miejsce ciężką koparkę mieleckiej firmy Dziewit. W piątek olbrzymia maszyna na lawecie wjechała do lasu. I choć od rana padał ulewny deszcz, odkopywanie rakiety ruszyło pełną parą.

Ciężki sprzęt w akcji.
Ciężki sprzęt w akcji. Foto: Piotr Durak

Po odpompowaniu zalegającej wody koparka zaczęła wybierać z wykopu ziemię i szlam. Olbrzymia łycha wgryzała się w dół szybciej, niż ten zdążył się ponownie wypełnić wodą i zsuwającym się z brzegów błotem. Tak po godzinie pracy odsłonięto spory fragment rakiety. Widzimy sterczące z ziemi wiązki kabli i poskręcane blachy. Operator koparki delikatnie podważa znalezisko i wyciąga pierwszy obły kształt ważący około tony. To najcenniejsza część rakiety, przedział znajdujący się za głowicą z ładunkiem wybuchowym, a w nim komputer sterujący. Wygląda na nieuszkodzony. Jeśli to prawda, będzie to prawdopodobnie jedyny zachowany taki mechanizm na świecie.
Pogłębiając wykop, łyżka koparki natrafia na kolejne elementy. Po chwili na powierzchnię wyciąga stożkowaty element — głowicę rakiety. Emocje sięgają zenitu.

5 minut sławy

Każdy z obecnych na miejscu pragnie mieć zdjęcie z głowicą rakiety. Do zdjęć ustawiają się członkowie stowarzyszeń „Ocalić od Zapomnienia”, Miłośników Ziemi Bliźnieńskiej, Sekcji Historycznej Aeroklubu Mieleckiego — wszyscy przemoknięci od deszczu, czarni od błota, jednak szczęśliwi, zjednoczeni poszukiwaniami. Niecodziennie wydobywa się z ziemi rakietę V2 – tajną broń Hitlera, w dodatku tak dobrze zachowaną, jedyną taką na świecie.

Część dziobowa niemieckiej rakiety V2. Foto: Piotr Durak.
Część dziobowa niemieckiej rakiety V2. Foto: Piotr Durak

Jeszcze tego samego dnia Mariusz Mazur wraz z Andrzejem Helowiczem, Romanem Rusinem, Andrzejem Kulpą i archeologiem Łukaszem Sroką trafiają do studia TVP Rzeszów na kilkunastominutowy wywiad. — Spełniło się marzenie mojego ojca. Wreszcie ta rakieta, wystrzelona z Blizny ponad 70 lat temu, trafia z powrotem w to samo miejsce. Jestem szczęśliwy — mówi Roman Rusin.

To jednak nie koniec tej historii. Szczątki rakiety odjechały do Parku Historycznego w Bliźnie. Tam czeka je odczyszczenie i konserwacja, by mogły być prezentowane szerszej publiczności. Kiedy? Prawdopodobnie dopiero w przyszłym roku, na kolejnej militariadzie. Już zainteresowały się nimi środowiska akademickie i muzea. V2 pozostanie jednak na Podkarpaciu. Tak zadecydował sam „Rusal”.

A co dalej?

Wydobyte elementy rakiety trafiły do Blizny. Niestety, niecierpliwość ma swoje złe skutki. Umyty naprędce karcherem miejscami zgubił swoją oryginalną farbę. Nic to w porównaniu ze zniszczeniem, jakiego dokonało 70 lat spoczywania w ziemi, jednak można było tego uniknąć. Po 3 miesiącach od wydobycia z bagna szpic rakiety eksponowany jest w muzeum. Trwają badania specjalistyczne nad mechanizmem żyroskopowym znajdującym się pod głowica dziobową. Zanim wszystkie wydobyte szczątki staną przed oczami gości odwiedzających muzeum, musi potrwać jeszcze kilka miesięcy.

Piotr Durak (1985) — prozaik, poeta, dziennikarz, podróżnik i pedagog. Od 2009 roku absolwent polonistyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W okresie studiów pracował m.in. jako murarz, pomocnik operatora pługu śnieżnego, mechanik rowerowy, rozwoziciel pizzy, korepetytor, dziennikarz, korektor. Pisywał recenzje do regionalnych i ogólnopolskich czasopism literackich. Był też spadochroniarzem w Sekcji Spadochronowej Aeroklubu Rzeszowskiego. W roku 2007 był współpracownikiem i korektorem w mieleckim Tygodniku Regionalnym „Korso”. Debiutował w rzeszowskim BWA w kwietniu 2005 roku. Opublikował dwa zbiory wierszy: Odnaleźć siebie (SCK, Mielec 2006), Wiatrołomny (Biblioteka „Frazy”, Rzeszów 2008) oraz dwie powieści: Ostatni rok (Rzeszów 2007, SCK Mielec 2009), Dzienniki rowerowe („Nowa Dobra Literatura”, Kraków 2011). Jest autorem blogu literackiego „Raport zza mgły”. W roku 2007 otrzymał nagrodę równorzędną za najciekawszy debiut podkarpacia, przyznawaną przez rzeszowski oddział Związku Literatów Polskich.
Foto na stronie głównej: rakieta V2 w Liskowie (archiwalne)

Za pioniera bluesa chicagowskiego uważa się Muddy Waters’a

BARTOSZ BRZEZIŃSKI Gasnące serce chicagowskiego bluesa

Na ścianach wiszą pamiątkowe gitary i niezliczone czarnobiałe zdjęcia. Przy stolikach siedzą pary o siwiejących włosach, a kelnerka raz po raz przemyka między nimi niosąc tacę z napojami wyskokowymi. Porusza się szybko, energicznie, nawet nie patrzy pod nogi.
Nagle ze stojącego tłumu ktoś szturcha ją w ramię, chcąc złożyć zamówienie. Zaraz się potknie, butelki i kieliszki polecą na podłogę, ale nie, młoda dziewczyna uśmiecha się tylko, kiwa głową i dzielnie maszeruje dalej. W powietrzu unoszą się szepty rozmów, ktoś przechwala się swoją wiedzą i wyszukanym smakiem, ktoś inny narzeka na zbyt duży tłok. Na scenie Buddy Guy dostraja gitarę, za chwilę zacznie grać kolejny utwór. Z widowni dobiega czyjś męski głos.

Gitarzysta bluesowy. Chicago. 1968. Źródło: Wikipedia.
Gitarzysta bluesowy. Chicago. 1968. Źródło: Wikipedia

— Byłem na twoim koncercie w 68. Ale dawałeś czadu.
Muzyk spogląda na niego i mierzy surowym wzrokiem.
— W 68? To ile ty do cholery myślisz, że ja mam lat? Słuchaj jak opowiadam. Koncert dałem w 72.
Zapada cisza. I nagle Buddy Guy uśmiecha się spod kapelusza, a jeden z jego złotych zębów błyszczy w świetle lamp skupionych na scenie.
— Tylko sobie z ciebie żartuję. Ludzie, uwielbiam tego człowieka. To swój gość.
Poprawia zamszowe ogrodniczki i znów zaczyna grać, a gitara basowa i fortepian z trudem nadążają za tempem narzuconym przez tego weterana muzyki.
Jest mroźny czwartkowy wieczór. Na zewnątrz minus 10 stopni Celsjusza, wieje wiatr. W Chicago, położonym nad jeziorem Michigan, to jakby o dwadzieścia stopni mniej, na ulicach nie widać żywej duszy. Prognozy zapowiadały burzę śnieżną.

Czarne Metropolis

Blues to specyficzna muzyka. Nie narodził się w garażu, w szkole, czy w umyśle jakiegoś artysty na akademii muzycznej. Jego początków można doszukiwać się na południu Stanów Zjednoczonych XIX wieku, na olbrzymich plantacjach bawełny i tytoniu. Tam, miliony niewolników uprawiając ziemię przekazywały sobie zaszyfrowane wiadomości w formie przeciągłych śpiewów. U Ruth urodziło się dziecko. Chłopak, zaczynał jeden kraniec pola i po jakimś czasie wiedziała o tym cała plantacja, a nawet i okoliczne wsie. Śpiew wznosił się ponad wszelkie podziały, bo choć niewolnicy byli z różnych stron Afryki, i z początku nie mówili nawet w tym samym języku, tworzyli więzi, dodawali sobie otuchy i nadziei.

W połowie wieku, gdy po Wojnie Secesyjnej, Prezydent Abraham Lincoln podpisał dekret o zniesieniu niewolnictwa, miliony czarnoskórych Amerykanów uzyskały wolność.
Plantacje bankrutowały, bo nie stać ich było na płacenie robotnikom, na których nagle nie wystarczał bat i kajdany, a którzy chcieli być traktowani z godnością, jak ludzie. Nowe życie stawiało nowe wyzwania. Młodzi mężczyźni zabierali harmonijkę, czy gitarę i ruszali w drogę, grając od wsi do wsi, od miasta do miasta. Często nie mieli nawet formalnego wykształcenia, grali jak umieli, jedni lepiej, inni gorzej, lecz z czasem ich muzyka, wtedy jeszcze bez nazwy, zaczęła nabierać kształtów.
Północ Stanów Zjednoczonych, a w szczególności duże metropolie takie jak Nowy Jork, Filadelfia, czy Chicago, malowały się im jako miejsca pełne swobody. W pierwszych dekadach XX wieku, do Chicago, gdzie rozkwitał przemysł i urbanizacja, zaczęły napływać tabory murzynów zachęconych perspektywą lepszej pracy i ucieczką z plantacji, które wciąż przypominały im o brutalnej przeszłości. Liczba czarnoskórych mieszkańców miasta urosła z trzydziestu tysięcy na początku stulecia, do dwustu pięćdziesięciu w połowie lat trzydziestych.

Osiadali w południowej części miasta, w dzielnicy zwanej Bronzeville, bo dalej na północ już im nie pozwalano.

Powstawały bowiem przepisy, które zakazywały murzynom osiedlania w dzielnicach białych, a irlandzkie gangi, do których należał między innymi późniejszy burmistrz Chicago, Richard J. Daley, patrolowały ulice, uzbrojone w pałki i pistolety. Mit o przyjaznym mieście liberalnej północy prysł stosunkowo szybko.
Ale to właśnie tutaj, pośród mroźnych ulic, były niewolnik nagle stawał się obywatelem, choć nie do końca pełnoprawnym, i co najważniejsze, człowiekiem. Miał pracę, dom, rodzinę i dzieci. Ciężko pracował na długie zmiany w hutach i fabrykach, a po pracy, zmęczony i brudny, szedł do baru, napić się piwa i posłuchać muzyki.
Na scenę mógł wejść praktycznie każdy i śpiewać o czym mu się żywnie podobało. Jestem tylko biednym chłopakiem ze wsi. Teraz trafiłem do miasta i nie wiem co ze sobą zrobić. Śpiewano o miłości, tęsknocie i o wolności.
Wtedy narodziła się odmiana bluesa, która na zawsze zmieniła oblicze muzyki na całym świecie, i dała początek muzyce gospel, a później funk i soul, ale olbrzymi wpływ miała tak naprawdę też na rock and roll i jazz. Do gitar podpięto wzmacniacze i głośniki, dodano gitarę basową i pianino. Z improwizowanej muzyki śpiewanej na plantacjach, blues stawał się bardziej profesjonalny i zorganizowany. Od tej pory był też sposobem na życie.

Na każdym rogu, jak grzyby po deszczu, wyrastały nowe kluby. Wielu muzyków po latach opowiadało jak to całymi nocami szwendali się po mieście, i czasem nie trafiali do domu aż do świtu, bo po drodze zahaczali o każdą możliwą knajpę, gdzie z otwartych drzwi roznosiła się na ulicę głośna muzyka. Wtedy jeszcze wstęp do lokali był wolny. Do środka mógł wejść nawet bezdomny żebrak.
W Chicago tworzył się nowy ruch kulturowy. W dzielnicy, do której bał się zapuszczać biały człowiek, rosła w siłę sztuka, wyjątkowa w swojej treści i przesłaniu. Obok muzyki pisano też wiersze i opowiadania, powstawały nowe idee polityczne. Gdy w nowojorskim Harlem istniał już znany na cały świat murzyński ośrodek twórczości literackiej i ruchu intelektualnego, na południu Chicago rodziło się Czarne Metropolis.
Tu powstawały czarnoskóre banki, apteki, sklepy i teatry, kwitł przemysł. Bronzeville nazywane było stolicą czarnej Ameryki. Zjeżdżali muzycy, którzy nie mogli wybić się na rynku zdominowanym przez białych artystów. Amatorzy grali na ulicy i w parkach, a ci już uznani w klubach i tawernach, których było więcej niż domów mieszkalnych. Światła lokali nie gasły przez całą noc. Ludzie bawili się, pili, tańczyli i śpiewali. Muzyka była nierozłączną częścią życia dzielnicy.

Za pioniera bluesa chicagowskiego uważa się Muddy Waters’a. Pochodził z Rolling Fork, w stanie Missisipi, ale to właśnie w wietrznym mieście, w Bronzeville, stał się znany szerszej publiczności. Zawsze grywał przy akompaniamencie pianina, gitary basowej, perkusji i harmonijki, ale tworzyły one tylko tło dla jego głosu.
W połowie lat czterdziestych Waters podpisał profesjonalny kontrakt z wytwórnią Chess Records, założoną przez pochodzących z Polski braci Leonard i Phil Chess, naprawdę nazywających się Lejzor i Fiszel Czyż, i wypuścił takie hity jak Rollin’ Stone, I Can’t Be Satisfied, czy I Feel Like Going Home.
— Ludzie z zewnątrz, a nawet instytuty społeczne i uniwersytety, nie mogli się nadziwić, że skazane na niepowodzenie murzyńskie getto rozkwita. Bronzeville rosło i rosło. Mimo przeciwności losu, życie miało tu posmak normalności.
Pat Fox, kustoszka niewielkiego muzeum mieszczącego się w Bronzeville, na pierwszym piętrze zabytkowej kamienicy, na rogu 35-tej i Alei Martina Luthera Kinga, poświęciła całe swoje życie historii tej dzielnicy. Do skromnej kolekcji, którą się opiekuje, należy kilkadziesiąt czarnobiałych zdjęć, obrazów, mosiężne figurki i miniatury z brązu. Gdy opowiada o dziejach Bronzeville, czasem się plącze i gubi myśl. Wydaje się być czymś rozproszona i co chwila przeprasza za swoje potknięcia. W zimie nie przychodzi tu zbyt wielu gości.
— Choć piękny, ten sen nie mógł jednak trwać wiecznie.

W 1958 roku, Muddy Waters wyjechał w trasę koncertową do Wielkiej Brytanii. Tam zaszokował publiczność, która do tej pory blues utożsamiała z melodią folkową, a nie ciężkim brzmieniem gitary elektrycznej i szybkiego tempa. Niedługo później, do Bronzeville zaczęli napływać brytyjscy muzycy. Zafascynowani bluesem, potrafili godzinami wsłuchiwać się w grę na gitarze, analizując i kopiując chwyty, a chicagowscy bluesmani z chęcią służyli im za nauczycieli.
— Stąd wywodzi się ich styl, to tu uczyli się swojego fachu — mówi Fox.
Na świecie zapanowała moda na tę muzykę, a artyści z Bronzeville przez noc stali się gwiazdami. Muddy Waters nie był już sam. Pojawiły się pieniądze, trasy koncertowe i profesjonalne kontrakty, a wraz z nimi kolejne wytwórnie płytowe i zastępy profesjonalnych bluesmanów. Biali mieszkańcy Chicago nagle zapragnęli słuchać ich gry, ale wciąż nie chcieli zapuszczać się do południowej części miasta.
— Bronzeville stało się za ciasne. Lokalni bluesmani byli co raz częściej zapraszani do innych dzielnic i miast, i skuszeni zarobkiem, a czemu by im się dziwić, zostawiali za sobą miejsca gdzie uczyli się bluesa.

Przez lata odizolowywani, mieszkańcy Bronzeville nagle urośli w oczach reszty miasta. Jednak to co starali się osiągnąć z tak wielkim trudem, okazało się początkiem końca Czarnego Metropolis.
— Wkrótce nastąpiła odwilż polityczna. Wygasły restrykcyjne przepisy miejskie. Ludzie nie musieli już tu mieszkać, przeprowadzali się gdzie indziej, wyjeżdżali. Upadek Bronzeville nastąpił gwałtownie. Gdy byłam małą dziewczynką, gdzie bym nie spojrzała, stał jakiś klub. Nawet mój tato był muzykiem. A dziś nie ma już nic. W pewnym sensie Bronzeville zabił jej własny sukces.
Przez następne dekady wiele się zmieniło. Co prawda Chicago nadal jest najbardziej podzieloną rasowo metropolią w Ameryce, ale blues stał się muzyką całego miasta. „Home of the Blues,” wieszczą przewodniki książkowe na pierwszych stronach. Na północy, w bogatszych dzielnicach, kluby co wieczór zapychają się po brzegi, a turyści odwiedzający te miejsca przynoszą miastu milionowe zyski. Co roku odbywa się też festiwal poświęcony bluesowi i jego dziedzictwu, na który zjeżdżają się artyści z całego świata. Blues wciąż trzyma się mocno, głoszą artykuły w gazetach.
Tylko jedno miejsce nic na tym nie zyskało.

Bronzeville

Dziś Bronzeville, miejsce narodzin chicagowskiego bluesa, gdzie swoją wielką karierę rozpoczynał Muddy Waters, a takie sławy jak Howlin’ Wolf czy Jimmy Reed święcili największe sukcesy, niczym nie przypomina tamtych czasów. Puste place znaczą miejsca gdzie kiedyś mieściły się kluby, trawa, pożółkła i przesuszona, rośnie na wysokość ramion, a z budynków z zabitymi oknami i drzwiami odpada tynk i dachówka. Zamiast muzyki, pełno jest tu pustych butelek po piwie i rozerwanych toreb na śmieci. Młodzi ludzie szwendają się bez celu po ulicach, a żebraka można spotkać na każdym rogu.
Z niezliczonych klubów z połowy zeszłego stulecia, nie ostał się żaden. Od dawna nie ma już Silvio’s, Gatewood’s Tavern, czy The Flame Club, gdzie dniami i nocami grywały pierwsze pokolenia bluesmanów, a Checkerboard Lounge, znany z występów między innymi The Rolling Stones, został zamknięty w 2003 roku, po wizycie inspektora budowlanego, który uznał, że budynek w którym mieścił klub, nie nadaje się do użytku.
Gdy kilka lat temu brytyjski komik Stephen Fry odwiedził Chicago przy okazji kręcenia kolejnego odcinka serialu Stephen Fry w Ameryce, spotkał się z Buddy Guy’em, jednym z najstarszych muzyków bluesowych, i obaj wybrali się na krótką przejażdżkę po Bronzeville. W jednym z ujęć, gdy tak jadą sobie londyńską taksówką, Guy opowiada jak to w młodości biegał z gitarą z jednego końca ulicy na drugi i wsłuchiwał się w dolatujące z zewsząd echa muzyki. Tam pierwszy raz ukradziono mi gitarę, śmiejąc się pokazuje na zarośniętą parcelę. A teraz nie ma tu absolutnie nic.
Wasteland, wtóruje mu Fry. Pustkowia.

Z końcem lat 50-tych, z Bronzeville nastąpił masowy exodus. Ponad trzy czwarte społeczności wyprowadziło się do innych części miasta. Dziś, tym którzy zostali wcale nie wiedzie się lepiej. Choć bezrobocie mieści się w granicach dziesięciu procent, prawie połowa mieszkańców żyje na skraju ubóstwa. Przestępczość jest tu rekordowa, lokalne władze bezsilnie rozkładają ręce, nie wiedząc jak sobie z nią radzić. W pewnym momencie pojawiła się inicjatywa by postawić tu muzeum połączone z klubem bluesowym, i tym przyciągnąć do siebie turystów, ale na razie pomysł utknął w martwym punkcie.
— Chcemy wypromować Bronzeville, jako kolebkę muzyki i kultury afroamerykańskiej — tłumaczy mi Harold L. Lucas, urodzony w Bronzeville siedemdziesięcioletni aktywista, przewodnik i dyrektor muzeum w którym pracuje Pat Fox — Ale także jako miejsce, które wyniosło Baraka Obamę na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Niestety nie jest to łatwe.
Dzielnica do dziś zwana dystryktem bluesowym świeci pustkami. Co piąty budynek jest niezamieszkany, a puste parcele, które należą do miasta niechętnego ich sprzedaży, jeszcze długo pozostaną nieużytkami. Powstają co prawda nowoczesne osiedla, a część zabytkowych kamienic z przełomu poprzedniego stulecia doczekała się gruntownych remontów, ale stać na nie tylko niewielką część mieszkańców.
Smutnym przykładem zmian w Bronzeville jest nieistniejący już teatr Regal, który mieścił się przy skrzyżowaniu 47 i Grand Boulevard. Swego czasu grywali tu najwięksi muzycy, w tym Louis Armstrong, Ella Fitzgerald, czy Duke Ellington. W przeciwieństwie do innych podobnych miejsc w mieście, zarządzany był w całości przez murzynów. I prosperował. Na archiwalnych zdjęciach widać długie kolejki ustawiające się na zewnątrz. W bogato strojonym wnętrzu, z puszystymi dywanami i wzorzystymi zasłonami, nocami bawiły się masy ludzi, a w dzień było tu też kino na trzy tysiące miejsc. Aż nagle, w latach 60-tych, gdy ludzie zaczęli masowo wyjeżdżać z Bronzeville, teatr zamknięto, a niecałe dziesięć lat później, nie było już po nim śladu.

Wycieczki bluesowe

Jednym z ostatnich klubów po tej stronie miasta jest Lee’s Unleaded Blues Club, mieszczący się raptem kilka kilometrów na południe od Bronzeville.
Małżeństwo Ray i Leola „Lee” Grey kupiło to miejsce w latach 80, gdy złoty okres bluesa w Bronzeville był już tylko wspomnieniem. Wspólnie stworzyli klub o niepowtarzalnym klimacie, z własną obsadą muzyków i stałymi bywalcami, którzy przyjeżdżali tu z każdej strony miasta, a nawet, jeśli wierzyć ich słowom, z tak odległych miejsc jak Japonia, czy Tajwan.
— Swego czasu byliśmy znani na całym świecie — mówił Ray kilka lat temu.
— Ludzie wracali w swoje strony, a ich znajomi zazdrościli im tych wojaży po południu Chicago, i sami też tu zjeżdżali.

Początki tego miejsca sięgają lat sześćdziesiątych, gdy popularna wodzirejka Queen Bee otworzyła swój własny lokal, gdzie oprócz lejących się strumieniami trunków, grali też najlepsi muzycy bluesowi, wśród nich Muddy Waters i Buddy Guy. Nawet biali przyjeżdżali z północnych części miasta, by ich posłuchać. Queen Bee prowadziła jednak szalony tryb życia. Wydawała masę pieniędzy, na ciuchy, na alkohol, na podróże i samochody. I ciągle piła. Aż wreszcie w 1974 zmarła na zawał, w wieku 34 lat.
Od tamtej pory, aż do 1983, lokal stał pusty. Małżeństwo Grey odkupiło go od córki Queen Bee i pomału zdobywało serca nowych bywalców. Lee Grey, choć nie piła tyle co jej poprzedniczka, miała smykałkę do interesów. Gdy dookoła upadały kolejno wszystkie lokale bluesowe, Lee’s Unleaded Blues trzymał się mocno.
W 2002 roku, po prawie 30 latach działalności, państwo Grey zdecydowali się sprzedać jednak swój klub i przejść na zasłużoną emeryturę.
— Mam 74 lat, przeżyłem zawał, teraz pora trochę odpocząć — tłumaczył Ray.
— Trzeba wiedzieć kiedy odejść z podniesioną głową.
Po dziesięciu latach nowy właściciel, miejski policjant na emeryturze, zmuszony został na pewien czas zawiesić działalność i przeprowadzić gruntowne renowacje. Choć obiecał ponownie otworzyć drzwi na początku 2013 roku, do dzisiaj stoi zamknięty. Nieduży, z zewnątrz niepozorny klub do czasu zamknięcia utrzymywał się głównie z promowania nowych artystów i wycieczek, które przyjeżdżały tu autokarami z centrum miasta.
Moja znajoma wybrała się kiedyś na taką wyprawę śladami chicagowskiego bluesa. Jechali tak od miejsca do miejsca, biali turyści i pasjonaci muzyki, wsłuchując się w dolatujący z głośników ciepły głos narratora, który opowiadał im kolejną anegdotę, gdy w pewnym momencie autobus zatrzymał się z piskiem opon na środku ulicy. Ku niedowierzaniu pasażerów, którzy siedzieli jak skamieniali, raptem kilka przecznic dalej odgrywała się scena niczym z filmu gangsterskiego. W biały dzień strzelało do siebie kilku młodocianych chłopaków. Na chodniku leżały czyjeś zwłoki. W oddali słychać było echo syren radiowozów. Autokar czym prędzej zawrócił. Lekcja historia skończyła się przed czasem.
I choć wycieczki po dzielnicy bluesowej odbywają się nadal, nie są najpopularniejszą atrakcją turystyczną w mieście.

Muddy Waters’ long dead

Piętrowy dom z oknami zabitymi płytą wiórową i drzwiami, które ledwo trzymają się we framudze, wygląda na zagubionego pośród świeżo wyremontowanych kamienic. Przy wejściu ktoś namalował różowe flamingi, ale i one wyblakły już i poszarzały. Cegła sypie się i kruszy, a metalowe rynny pod dachem lada chwila zwalą się na ziemię. Trawy na działce już nie ma, zamiast niej leży jakaś opona i stary fotel. Tylko wiszący nad oknem arkusz białego papieru z wielkim czerwonym X nadaje miejscu jakiegokolwiek kolorytu.
Na chodniku przed budynkiem stoi czworo ludzi, trzech młodych mężczyzn i kobieta. Kolejny przechodzi przez ulicę, wymachuje i mówi coś do nich, wreszcie zatrzymuje się i odchodzi w przeciwnym kierunku. Kobieta, z lekka chyba znudzona towarzystwem, kieruje się jego śladem. Staję obok, przy znaku, który opisuje to miejsce, i zaczynam czytać.
— Ta, tu mieszkał Muddy Waters — mówi jeden z mężczyzn, ni to do mnie, ni to do swoich znajomych.
— Wiesz, ten budynek może i wygląda żałośnie, ale chyba tak źle to z nim nie jest – wtóruje mu drugi.
— Gdzie tam… brudny, brzydki, wszystko roznieśli… a środek szlag trafił — przerywa mu pierwszy.
— Trochę farby, tynku. Pewnie jest coś wart — najmłodszy nie chce odstępować od reszty.
— Może i masz rację. Wystarczy włożyć w to trochę serca, nic więcej.
Budynek — jak wiele w tej okolicy — jest na miejskiej liście zabytków. Swego czasu Muddy Waters założył w nim studio, a na działce przed domem grywał całonocne koncerty. Przez dwadzieścia lat, sąsiedzi zamiast dzwonić na policję, schodzili się masowo i bawili wraz z nim. Tu spotykali się muzycy, by grać, pić i zabijać nudę.
Czasy się jednak zmieniły. Czerwone X na ścianie oznacza, że budynek jest dziś w rozsypce i nie nadaje się do użytku. Miasto miało dość skarg od mieszkańców dzielnicy, w których skarżyli się na zaniedbania, i złożyło odpowiednie dokumenty u konserwatora zabytków. Lada dzień zjadą się tu buldożery i koparki, i budynek przestanie istnieć.
— Ostatnio należał chyba do syna Muddy’ego, Larrego, ale sąd mu go zabrał, więc stoi taki nieużytek – kobieta, która odeszła już jakiś kawałek, wróciła zaintrygowana rozmową.
— Mieszka tu w okolicy, widuję go nieraz.
— Kto, Muddy Waters? — zagabuje najmłodszy.
— Gówno prawda. Muddy Waters już dawno nie żyje.

Dziedzictwo

Czasy świetności bluesa chicagowskiego — tego z południa miasta, z ubogich murzyńskich dzielnic, którego melodie dodawały otuchy uciemiężonym potomkom migrantów z Południa — już nigdy nie wrócą. Większość klubów już dawno zniknęła, a te które grają do dzisiaj powynosiły się na północ miasta, tam gdzie więcej jest białych mieszkańców i turystów, a ich kieszenie są zasobniejsze.
Blues stał się przemysłem, maszynką do robienia pieniędzy, z charakterem, choć już bez duszy, jak twierdzi socjolog David Grazian, w swojej książce Niebieskie Chicago (Blue Chicago: The Search for Authenticity in Urban Blues Clubs, 2003). Kolejne lokale, to imitacje tego co było, obrazki do których przywykli ludzie z zewnątrz, ci niepamiętający czasów Czarnego Metropolis. Piosenki są do siebie łudząco podobne, i zamiast opowiadać o trudach życia artysty, po prostu wpadają w ucho swoją melodią i rytmem, pisze Grazian. Coraz mniej jest murzyńskich zespołów, a coraz więcej białych, które wplatają w utwory własne bardziej współczesne motywy. Widownia, dawniej składająca się głównie z czarnoskórych mieszkańców Chicago, dziś jest o przeważająco jasnej karnacji.
Stojąc na chodniku, przy 35-tej i Alei Martina Luthera Kinga, w samym centrum Bronzeville, aż trudno wyobrazić sobie, że kiedyś istniała tu tętniąca życiem scena muzyczna. Blues został stąd jakby wydarty, a blizny widać do dzisiaj.
— Robimy co tylko się da, żeby odmienić nasz los — mówi Harold Lucas.
— Ale to co stało się z takimi miejscami jak Checkerboard Lounge, to wręcz kradzież naszego dziedzictwa kulturowego.
Klub o którym mówi, niecałe dwa lata po tym jak inspektor budowlany zaplombował drzwi, został przeniesiony kilka kilometrów dalej na teren kampusu Uniwersytetu Chicagowskiego, do jednej z najbogatszych dzielnic w mieście. W oczach niektórych była to akcja ratunkowa, dla innych, chęć łatwego zysku i mataczenie historii.
— To już nie to samo miejsce — żali się Lucas.
— Brakuje mu klimatu i duszy.
Muzyka biednych murzyńskich robotników, dziś nazywana dorobkiem kulturowym miasta, zdaje się zapominać o swoich skromnych początkach, a tym bardziej o miejscach z których pochodzi. Choć minęło raptem pół wieku od czasów gdy okolica ta nazywana była jeszcze czarnym metropolis, dziś ostały się po niej tylko pojedyncze turystyczne plakietki, pomniki i place, które wręcz przygnębiają swoją pustotą.

Buddy Guy’s Legends

Przy skrzyżowaniu Wabash Avenue i Balbo Street, raptem kilkaset metrów od centrum miasta, mieści się założony w 1989 roku klub bluesowy Buddy Guy’s Legends. Jak sama nazwa wskazuje, ojcem tego przedsięwzięcia jest Buddy Guy, ostatni przedstawiciel i żywa legenda złotego okresu bluesa z Bronzeville. Ten wywodzący się z Luizjany muzyk o charakterystycznym głębokim głosie, mimo 76 lat na karku, ciągle aktywnie uczestniczy w życiu muzycznym i w jednym miesiącu potrafi udzielić nawet dwudziestu koncertów, z których każdy wyprzedaje się z kilkutygodniowym wyprzedzeniem.

W zestawieniu magazynu Rolling Stone na najlepszych gitarzystów wszech czasów, Buddy Guy uplasował się na 23 miejscu. W 2005 roku, przy okazji nominacji Guy’a do Rock and Roll Hall of Fame, w przemowie gratulacyjnej Eric Clapton nie omieszkał wspomnieć jak wielki wpływ na jego własny styl miał talent tego muzyka. Do jego najzagorzalszych fanów należą też członkowie Rolling Stones i nieżyjący już legendarny gitarzysta Jimi Hendrix. W swej półwiecznej karierze, zdobył sześć statuetek Grammy i ponad dwadzieścia W.C. Handy Blues Awards, zwanych potocznie bluesowymi oskarami, najwięcej ze wszystkich nominowanych artystów. W 2003 roku prezydent George W. Bush odznaczył go Narodowym Medalem Sztuki za zasługi dla rynku muzycznego. Jego autorytet jest niepodważalny, a styl i poświęcenie jakie wkłada w granie, przykładem dla kolejnych pokoleń adeptów melodyjnej gry na gitarze elektrycznej.
Choć ostatnio nie grywa w swoim klubie zbyt często, na początku roku Buddy Guy zagościł tu na dłużej. Przez cztery dni w tygodniu dawał koncerty przy pełnej widowni i akompaniamencie innych muzyków, tak młodych i starszych, mniej i bardziej znanych.
Na trzystu miłośników bluesa zebranych w lokalu, może dwudziestu było czarnoskórych. Większość stanowiły pary w podeszłym wieku i grupki znajomych, ale było też sporo młodych ludzi. Mężczyźni pochłaniali alkohol niczym wodę, kobiety raz po raz zaglądały do łazienki, by przypudrować nos i plotkować przed lustrem. Brakło tylko tak charakterystycznego dymu tytoniowego unoszącego się pod sam sufit.

W przerwach między piosenkami, Buddy Guy opowiadał historie i żartował sobie z widownią. Przekomarzał z członkami orkiestry i przerywał granie, bo a to gitarę miał niedostrojoną, a to musiał napić się wody. Ale nie zawiódł. Porwał głosem widownię, która znała wszystkie jego utwory na pamięć, i trącał struny jak gdyby jego palce zapomniały ile ma lat.
— O nie, nie chodziłem na lekcje do żadnej tam szkoły. Gry na gitarze, wszystkiego co umiem, nauczyłem się na ulicy.
Na koniec, nim publiczność skierowała się do drzwi, Buddy Guy zaprosił jeszcze na scenę młodego gitarzystę Quinna Sullivana. Mimo stosunkowo późnej pory, ten trzynastoletni chłopak bez trudu wygrywał na gitarze swoje sekwencje, a także, na życzenie publiczności, znane kawałki Erica Claptona i Jimiego Hendrixa.
— Ten chłopak to przyszłość. Talent czystej wody — zachwycał się nim starszy od niego o ponad 60 lat gwiazdor wieczoru.
Kilka dni później Pat Fox spoglądała sentymentalnie przez okno swojego muzeum w kierunku niewidocznego stamtąd Buddy Guy’s Legends.
— Gdy Buddy Guy przejdzie na emeryturę, to miejsce pewnie zamkną na zawsze. To będzie koniec pewnej epoki. Bez niego blues nie będzie ten sam — powiedziała.

Bartosz Brzeziński — urodził się w Warszawie, a młodość spędził w Górze Kalwarii. W 2003 wyjechał do Chicago, gdzie ukończył studia dziennikarskie. Podróże po Ameryce wywiodły go między innymi do Hondurasu, gdzie był świadkiem zamachu stanu w 2009 roku i do Indian Lakota, do których ma nadzieję będzie jeszcze dane mu wracać nie raz. Interesuje się fotografią. Obecnie pracuje jako dziennikarz w anglojęzycznej gazecie w Brukseli.
Więcej: Portfolio

Młoda kobieta autostopem. Samotna. Do Rumunii. To się musiało udać

KAROLINA KOWALCZE -- opowiadanie

KAROLINA KOWALCZE Rumunia za jeden uśmiech

Czternaście, trzynaście, dwanaście, jest! Nasz peron. Pociąg do Braszowa. Uff, nie odjechał bez nas. Konduktorzy specjalnie poczekali na dwie Polki, które cztery minuty przed odjazdem kupiły bilety i biegły przez dworzec z plecakami większymi od nich samych. Ciekawy widok, kiedy pakowały się z nimi do przedziału.
— Excusez-moi, pouvons-nous rester ici?
— Yes, of course.

Dziwne. Język rumuński należy do języków romańskich. Swoją melodią przypomina włoski. Wszystkie przewodniki i fora internetowe ostrzegały nas, że rozmawiać z Rumunami będziemy mogli tylko po francusku lub włosku, ale z oni z wyjątkiem angielskiego, niechętnie używają innego języka niż ich własny.
Siedzimy naprzeciwko różowej damy. Ona – uczesana, ubrana, świeża. My zmęczone podróżą, zziajane, z rozwianymi włosami… Już nieważne. Byle do Braszowa, do Braszowa, byle szybko…
Jeszcze nie wiemy, że kilka godzin później będziemy stać przed węgierską granicą, patrzeć jak „nasi kierowcy” „zapijają mordy”. Libacja się rozkręca, a my nie możemy zrobić nic, by ją zakończyć… Ale gust to przynajmniej chłopaki mają bo jak już się spić to nie byle czym…

Żegnamy Bukareszt: powierzchnia 228 km², wysokość 60-90 m n.p.m., 2 mln mieszkańców, parlament — największy budynek w Europie Wschodniej, niewielki Łuk Triumfalny, niezwykle piękna Starówka, która wielkim szczęściem, nie została zniszczona przez rządy Nicolae Ceauşescu – komunistycznego dyktatora Rumunii.
Z pociągu oglądamy domy i ulice, wyjeżdżamy z wielkiego miasta i przejeżdżając przez barwne wsie, kierujemy się na północ.
Podróż zaczęła się w Czechach. Z Czeskiego Cieszyna kierowałyśmy się na Węgry. Pierwszym kierowcą, który nas podwoził czerwonym rozklekotanym żukiem, był Czech mieszkający „na granicy”. Często powtarzał „masakra” — słowo, którego nauczył się od Polaków perfekcyjnie wymawiać. Wysadził nas na autostradzie. Było południe, 30°C. Żadnego cienia. W tym potwornym słońcu postanowiłyśmy łapać następną okazję. Wtedy przyłączyła się do nas Judyta, szalona autostopowiczka z Bielska Białej. W końcu jechałyśmy w jednym kierunku do Wiednia, miałyśmy nadzieję, że ktoś nas tam zabierze, że wysadzi w małej wsi przed stolicą, tak żeby można było rozłożyć namiot w jakiś krzakach… Tak się śmiesznie składało, że Judyta nie miała namiotu. Wraz z koleżanką wyjechały autostopem z Polski, ale podczas pierwszej nocy „na dziko” przestraszona koleżanka zdecydowała się wracać do domu. Z namiotem. My miałyśmy duży namiot, we trzy z pewnością byśmy się zmieściły.

Długo czekałyśmy na samochód. Zmęczone, trochę głodne, wykończone słońcem. Ale warto było czekać. Zatrzymał się elegancki samochód, kierowca jechał na Węgry przez… Wiedeń. Kilka godzin później już tam byłyśmy, po tym jak János, bardzo miły kierowca, odwiózł Judytę prawie pod dom jej cioci mieszkającej w stolicy Austrii. Nam zaproponował nocleg w jego domu, po kilku namowach zgodziłyśmy się. Spałyśmy w jednorodzinnym domku, ciepło, pod dachem. Zaprzyjaźniłyśmy się z Ediną, żoną Jánosa i synem Richardem. Miał dwanaście lat, mówił po angielsku nie gorzej do nas, trenował wschodnie sztuki walki, uczył się grać na gitarze i dlatego wieczór spędziłyśmy z muzyką zespołu Metallica, graną
w jego wykonaniu. Rano obudziła nas muzyka Vivaldiego… Po tym jak János odwiózł nas na „wylotówkę”, a my znów zatrzymywałyśmy samochody, podjechał w naszą stronę mały, rozklekotany samochód z niedomykającym się bagażnikiem. Kierowca, czarnowłosa i żywiołowa Anna, pomogła nam zapakować plecki do środka. Wsiadłyśmy wszystkie trzy, ale nigdzie nie pojechałyśmy. Anna złamała kluczyk w stacyjce…

Dalej już śmigałyśmy po Węgrzech. Przesiadałyśmy się z auta do auta. ludzie, twarze, imiona, historie, anegdoty, pytania, mapy, zakręty… Podróże stopem nie są zwykłymi podróżami. Nie można tylko gapić się przez samochodowe okno i zamilknąć. Rozmowy z kierowcami sprawiają największą radość, zwłaszcza kiedy ci zatrzymują się ze zwykłej ciekawości jak Luisa, fryzjerka z Budapesztu, która specjalnie dla nas przez niego przejechała. Policjant, który zatrzymał się tylko po to, by dowiedzieć się w którym kierunku jedziemy (że też nie jechał w naszym!), albo Beata, pielęgniarka jadąca na koncert chóru swojej córki, żegnająca nas słowami „God bless you”…

Granicę węgiersko-rumuńską przekroczyłyśmy po dwunastej w nocy czasu polskiego, jadąc w małym Cinquecento, należącym do Wery, studentki germanistyki i psychologii oraz Bartosza, jej brata. Wieźli nas kilka godzin, prawie od samego Budapesztu. Pierwszy nocleg w Rumunii, w namiocie, na dzikim polu namiotowym – zimna noc po niemiłosiernie gorącym dniu…

Wyobrażenie o Rumuni, jakie nosimy w sobie, jest bardzo mylne. Nie jest to dziki kraj, w którym łatwo jest zostać okradzionym lub pobitym, ale niesamowicie piękny i ciekawy kawałek świata – zapomniany i trochę niedostępny, co czyni go bardziej tajemniczym i pięknym. Ludzie biedni i bogaci, zazwyczaj są życzliwi i otwarci na świat. Rumunia jest krajem kolorowych wsi, cerkiew, kościołów, kapliczek, zamków, lasów i ogromnych zielonych przestrzeni… Łączy w sobie wpływy łacińskie, azjatyckie, niemieckie, francuskie, słowiańskie, węgierskie, ormiańskie… Zielone i spokojne wsie żyją zupełnie innym życiem niż większe miasta. Polami wypasane są stada owiec, dzieci biegające boso, staruszkowie siedzący na ławeczkach przed kolorowo ozdobionymi domami… Praca na wsi, mimo zadbanych dróg i rozwoju w ostatnich latach, opieraja się głównie na pracy zwierząt pociągowych – koni, bawołów i osłów.

Wczesnym rankiem, po spakowaniu namiotu i zjedzeniu śniadania w postaci ciepłej kaszki dla dzieci, ruszyłyśmy dalej. Pierwszym samochodem, który gotów był nas gdzieś podwieźć był znowu! – radiowóz policyjny. Nieźle musimy wyglądać, myślałam. Policjanci tylko pokazali nam na mapie nasze miejsce pobytu, nie zabrali nas ze sobą, drogi znów biegły w inną stronę…

Do uniwersyteckiej miejscowości Cluj-Napoca, przy muzyce nigdy nie starzejących się Beatlesów, podwiozły nas dwie Rumunki. Ludwik Wittgenstein, autor słów: „granice mojego języka są granicami mojego świata” chyba nigdy nie dogadywał się z Rumunami, którzy nigdy w życiu nie mieli styczności z językiem angielskim; okazało się, że słowami „ok” i „good’ można opowiedzieć wszystko, skąd się pochodzi, gdzie się jedzie, gdzie mili kierowcy nas wysadzą i w którą stronę kierować się dalej. Dokładne tak, panie Wittgenstein! Można nawet dostać dwa życzliwe buziaki na dalszą podróż!

Cluj-Napoca, po Bukareszcie drugie z największych uniwersyteckich miast Rumunii, mogące pochwalić się pięknym, średniowiecznym rynkiem, małymi, ale urokliwymi kamieniczkami, sławnym Teatrem Narodowym, ogromną Katedrą Prawosławną oraz największym w kraju kościołem rzymskokatolickim św. Michała. Wybudowany w stylu gotyckim, niezwykłym urokiem przyciąga turystów: strzelisty i surowy, z gwieździstymi sklepieniami, gotyckim na pół złotym ołtarzem i dużymi, bogato zdobionymi organami jest ozdobą dla barwnego średniowiecznego miasta.

Uwagę przechodniów przyciąga również osobliwy pomnik jednego z najwybitniejszych władców Węgier – króla Macieja Korwina. Wsparty na masywnym cokole przypominającym mury obronne miasta, król hardo siedzi na koniu — z daleka widać, że wyrzeźbiona w brązie postać dumnie wpisała się w karty historii państwa.

Dopiero wychodząc na „wylotówkę” prowadzącą w kierunku Rupei, mogłyśmy zobaczyć, że Cluj-Napoca jest otoczona wzgórzami. Dalej nie było tak łatwo. Wykończone słońcem długo czekałyśmy na uprzejmego kierowcę. Ten, w trakcie jazdy, wypatrzył na drodze polskiego TIR-a, którego kierowca zaszczepiony przez krótkofalówkę, zgodził się podwieźć nas do Rupei.
Przejeżdżaliśmy przez Sighisoarę – najatrakcyjniejszą miejscowość Siedmiogrodu. Znana głównie z nazwiska „Dracula”, które bardzo ją rozsławiło, ale nieco spłyciło jej rangę. W Sighisoarze znajduje się dawny klasztor dominikanów wybudowany w XIII wieku. Zachował się w nim ołtarz z XVII wieku oraz kolekcja XIII wiecznych muzułmańskich kobierców. Natomiast w tzw. Kościele Górnym, wybudowanym w XV wieku, można oglądać odrestaurowane po pożarze malowidła ścienne i ołtarz z nastawą dłuta syna Wita Stwosza – Jana.

Miejscowość Rupea, znajdująca się w cieniu średniowiecznego zamku, była dla nas schronieniem na kolejną noc. W lesie, za miastem, rozłożyłyśmy namiot. Zaczęło się robić chłodniej. Zjadłyśmy ciepłą kolację (kuskus, konserwa, sos pomidorowy). I kiedy ledwo zdążyłyśmy zasnąć, jakieś zwierzę, prawdopodobnie sarna, przebiegło koło naszego namiotu spędzając nam sen z powiek na resztę nocy. Rankiem na miejscu naszego obozowania, nie było po nas śladu — stałyśmy na drodze i znów zatrzymywałyśmy samochody; zatrzymał się trzeci jadący TIR, w dodatku z polską rejestracją.
— Co wy tutaj robicie?! — usłyszałyśmy od kierowcy gdy ten tylko otworzył nam drzwi.
— Jedziemy do Braszowa, podwiezie nas pan kawałek? — Podwiozę was do samego Braszowa, jeśli chcecie! Kierowca, Profesor, zatrzymał się tylko dlatego, że na plecaku towarzyszki zobaczył białego orzełka. Przezwisko zawdzięcza swojemu zamiłowaniu do książek, które namiętnie czyta.
— Skąd jedziecie? — dopytywał się Profesor.
— Z Krakwa, ale pochodzimy z Zakopanego.
— No to ja po sąsiedzku, mieszkam w Rabce, ale pracuję w Mszanie.
— Śmiesznie się składa — odpowiedziałyśmy.
— Bo przed świętami Wielkiejnocy jechałyśmy z „Kraka” do „Zako” stopem, też TIR-em i podwoził na kierowca z Mszany, który wtedy jechał do Rumunii.
— Pięknie, jak się nazywał?
Tu chwila zawahania. Jak on się…
— To było tak dawno. Nie pamiętamy, ale mówił wtedy, że Mieszka w Krakowie, a pracuje w Mszanie.
— A! Grzesiu! Czekajcie chwilę, on jest pięćdziesiąt kilometrów prze de mną!
Tu Profesor wyciągnął telefon komórkowy.
— Halo? Grzesiu? Ty podwoziłeś może kiedyś takie fajne dwie studentki z Krakowa do Msza… Tak? Stopem? A no właśnie! Wiesz! One tu jadą ze mną, oflagowane z napisami „GRZESIU WEŹ NAS”, a ja tu oczami za ciebie świecę! Wstyd!
Tym sposobem dowiedziałyśmy się, że Profesor i Grzesiu tego samego dnia będą wracać do Polski. My z Braszowa do Bukaresztu, a z Bukaresztu chcemy do Konstancji — dali nam numery telefonów jakbyśmy chciały jechać z nimi. Następny powrót TIR-ów za tydzień…

Z Braszowa szybko złapałyśmy okazję do Bukaresztu. Rumuni autostopem jeżdżą do Kościoła, do pracy, na zakupy. Kierowcy często ich podwożą, zwyczajowo im się płaci po kilka groszy. Dziewczyny i obcokrajowcy też zwyczajowo mają taryfę ulgową i są zwalniani z opłat. Bukareszt miło nas zaskoczył. Był zupełnie inny do pozostałych miast, które poznałyśmy w Rumunii. Duży i w pewnych rozwiązaniach bardziej nowoczesny od Polski. Po drodze całkowicie zmienił się krajobraz — ogromne, zielone przestrzenie zastąpiły ostre szczyty gór. Miejscowości ze spokojnych i cichych wsi zmieniały się w kurorty. Jedna rzecz najbardziej nas zaniepokoiła — wszyscy kierowcy ostrzegali nas przed Konstancją. Najbardziej niebezpieczny teren do podróżowania autostopem, slumsy cygańskie ciągnące się przez całą drogę w kierunku morza. Jeśli tam, to tylko pociągiem. Problem polegał na tym, że jeden bilet kosztował tyle, co nasze pieniądze razem wzięte, a zniżki mają tylko studenci rumuńscy. Mogłyśmy jechać jak do tej pory, na wariata, albo wracać do Braszowa i z polskimi TIR-ami jechać do domu. Moja towarzyszka, której mama umierała o nią każdego dnia, ze względu na nią, chciała skorzystać z okazji i szybko wracać do Polski. Ja natomiast marzyłam o Morzu Czarnym i krzyczałam w duchu, żeby jechać dalej. Moja mama, przyzwyczajona obozami harcerskimi, Woodstockami i wcześniejszymi podróżami stopem, była o mnie spokojna. Niestety, argument mojego kamrata wygrał – wracamy do Braszowa. TIR-y będą na nas czekać tylko dwie godziny. Dworzec. Minuta na decyzję, dwie na kupienie biletów, zapłacenie i wydanie reszty, minuta na dobiegnięcie na peron… Na następny pociąg już byłoby za późno…

Szybko zapomniałam o marzeniach i żalu. Spotkać tylu niezwykłych ludzi, poznać kawałek obcej ziemi, a do tego znaleźć transport bezpośrednio do Polski, to i tak za dużo jak na jeden weekend. Jadąc w dwóch osobnych TIR-ach, z „własnymi” kierowcami, a do tego rozmawiać z nimi o Goethem, Kancie i Remarque’u, to dopiero była frajda! Granica z Węgrami zatrzymała nas w Rumunii na jeszcze jeden dzień. Węgrzy nie wpuszczają takich pojazdów jak „my” w Święto Pracy, dopiero w nocy granice są przejezdne.

I wyjechalibyśmy w nocy, gdyby nie… Zakrapiana impreza między polskimi TIR-ami. Wtedy zaczął się drugi rozdział naszej podróży. Do domu wróciłyśmy dwa dni później…

Mojej Mamie — tak właśnie jest, kiedy się podróżuje ze św. Krzysztofem

Karolina Kowalcze — studentka ostatniego roku kulturoznawstwa na krakowskiej Akademii „Ignatianum”. Interesuje się sztuką, kulturą popularną, od czasu do czasu ucieka od świata „na stopa”. Wolontariuszka Festiwalu Kultury Żydowskiej. Lubi czytać książki, spacerować i jeść naleśniki. Foto: W. Foszczyńska

Wieczna atmosfera przygody

Wieczna atmosfera przygody. EDWARD PORANEK „Święte Szczyty Henteyn”

EDWARD PORANEK Święte Szczyty Henteyn

O świętych górach, buddyźmie, szamaniźmie, Czyngis Chanie i osiemnastu miesiącach w Ułan Bator.

Przez główną ulicę przewijały się grupy turystów, studentów w wytartych dżinsach, trampów i rocznych lub też wiecznych podróżników na minimalnym budżecie. Motele i bary zapełniły się białymi ludźmi nadciągającymi w lecie niczym fale suchego powietrza- to przybywającymi, to znów opuszczającymi miasto dla dzikiej prowincji. Tylko ja utkwiłem w jednym punkcie. Wszystko oddalone było o minimum kilka dni drogi po jednych z najdzikszych bezdroży Azji, podczas gdy ja wpakowałem się w sam środek liczącej przeszło milion mieszkańców betonowej doliny- pułapki. Sytuacja, której nie przewidziałem przyjeżdżając tu pociągiem przez Syberię, wiedziony pragnieniem poznania najrzadziej zaludnionego państwa na świecie – Mongolii.
Mając pozostać w stolicy na rok, już w pierwszych wolnych dniach skierowałem swoje kroki w najbardziej naturalnym dla mnie kierunku, w stronę wynoszących ponad 2000 metrów i ciągnących się na południe od Ułan Bator gór Bogd Chan.
Będące częścią pasma Henteyn, wypełniającego prowincję Tov i pokryte płaszczem cedrowych lasów, stoki Bogd Chan okazały się szybko ciekawsze niż przypuszczałem. Już bowiem w ciągu krótkich wypadów zacząłem odnajdywać zupełnie dzikie rejony oddalone zaledwie o dzień marszu od cywilizacji.

Okazały się one jednym z najstarszych rezerwatów przyrody na świecie,

którego założenie datuje się na rok 1778, kiedy to rejony masywu Bogd Chan leżały w strefie wpływów Mandżurów. To właśnie tą datę uznaje się za początek nazwy masywu oznaczającej Świętego Króla, jak również podjęcie pierwszych buddyjskich ceremonii mających na celu oddawanie dwa razy do roku hołdu lokalnym bogom. Co ciekawe Mongołowie utrzymują, że te lesiste rejony były rezerwatem już w trzynastym wieku, kiedy to Czyngis Chan przebywał tu ze swoją armią obozując nad rzeką Tuul wijącą się wokół podnóży Bogd Chan. Wtedy to nakazem wodza zabronionym miało być polowanie, wycinka drzew oraz trwałe zamieszkiwanie w obrębie rezerwatu. Niestety, jak często ma to miejsce w przypadku nomadycznego ludu bez instytucji i bibliotek, brak jest rzetelnych źródeł historycznych potwierdzających te informacje.
Dla mnie wszystko to wydawało się niezwykle egzotyczne i nie kryłem radości z faktu, że w zasięgu kilkugodzinnego spaceru znajduje się tak majestatyczna i bogata w historię góra, gdzie na tle kopców kamieni i barwnych pali ozdobionych kolorowymi flagami i wstążkami fotografują się dumnie rzadcy niedzielni turyści z Ułan Bator i jeszcze rzadsi podróżnicy z przewodnikami w dłoniach. Stojąc obok ogromnego kopca kamieni oraz drzew ozdobionych kolorowymi wstążkami cieszyłem się bardzo, że zdobyłem uchodzący za święty i niezwykle ważny dla Ułan Bator szczyt. Nie mogłem być bardziej naiwnym. Prawda była taka, że choć malownicze to jednak małoznaczące wzniesienie zwane Tushee Gun jest popularnie mylone z prawdziwą świętą górą ukrytą znacznie dalej na wschód, o wiele trudniej dostępną i jakby skrywaną w rozległym masywie Bogd Chan.
Czas w Ułan Bator mijał bardzo szybko na uczeniu się nowego miejsca, trudnych dźwięków języka, opanowywaniu przechodzenia przez ulice pośród impulsywnego ruchu drogowego, przeciskaniu między samochodami i unikaniu kieszonkowców. Kolejne wyzwania nowego świata i obserwowanie dynamiki niezwykle szybko rozwijającego się miasta były ciekawe. Bycie częścią nowego społeczeństwa, o którym nie wiedziałem wiele, zdawało się intrygujące na każdym kroku.
Nie dało się też nie lubić wiecznej atmosfery przygody oraz przewijających się coraz to nowych przyjezdnych z plecakami. Moje mieszkanie stale kogoś gościło. Ludzie wiecznie w drodze skądś dokądś. Rozentuzjazmowani jadący na prowincję, lub powracający wycieńczeni i zachwyceni. Potargane spodnie, piach w butach, końskie włosie we wszystkich zakamarkach sprzączek i klamer. Nowe dziury w starych plecakach. Nie mogłem doczekać się na moją kolej. Lato jednak szybko minęło, a goście odeszli. Z nastaniem jesieni poczułem jakbym wyjechał do innego kraju, choć tkwiłem w jednym miejscu. Hotele i knajpy na głównej ulicy opustoszały. Sprzedawczynie w sklepach z pamiątkami coraz częściej zaczęły pozwalać sobie na drzemki w środku dnia.
Ja natomiast coraz lepiej poznawałem otoczenie Ułan Bator. Moją uwagę przykuła północna część miasta okryta egzotycznym morzem białych kopuł. Ta część stolicy, zwana dystryktem jurt, stanowi dom około 700 tysięcy ludzi, czyli ponad połowy ludności miasta. Wielokrotnie przekraczałem te rejony wiedziony chęcią spędzenia czasu w górach, tym razem na północ od Ułan Bator.
Pasmu Chingelt Khairkhan brakuje nieco do 2000 metrów ponad poziom morza, ale ani trochę do miana widowiskowego. Ciągnące się po horyzont wzgórza rolują się i mienią barwami żółci i brązu. Jesienią były już solidnie wysuszone, a nieprzyjemne podrywy wiatru sprawiały, że wielokrotnie powracałem z tułaczek w tym rejonie kompletnie szary od kurzu i piachu. Przy okazji jednego z wypadów dostrzegłem w dolinie jakby daleką odnogę Ułan Bator. Coś na wzór małej osady z buddyjskim klasztorem po środku. Całość zbyt ukryta w nieznanym zakątku i zbyt ciekawa, by nie zachęcić mnie do powrotu przy kolejnej możliwej okazji.
Zainteresowany miejscem i kulturą jakiej przyszło mi doświadczać, zacząłem poszukiwania informacji u znajomych i w opracowaniach. Szybko zorientowałem się, że istnieją obszary niedokładnie opisane przez książki i Internet. Luki w informacjach. Wyszukiwarki dostarczają mnóstwo odpowiedzi, szybko jednak przekonałem się, że sporo z tej wiedzy to amatorskie teksty, mylne dane, opracowania będące kopią kopii czegoś bez rzetelnego źródła. Niektóre z nich znajdują nawet swoje echo w renomowanych przewodnikach, gdzie konfrontacja opisów niektórych miejsc z rzeczywistością sugeruje, że autorzy nie zweryfikowali faktów, a być może nawet nie widzieli niektórych z opisywanych miejsc. Wszystko to sprawiało, że jeszcze bardziej chciałem odkrywać te tajemnicze otoczenia Ułan Bator doceniając wartość każdego doświadczenia. I jeszcze chętniej szukałem informacji u autochtonów.
Zupełnie z zaskoczenia i jakby za wcześnie spadła na nas zima. W halloween stojąc w grupie znajomych i łapiąc taksówkę w drodze do jednego z wielu klubów uzmysłowiłem sobie nagle jedno: będę potrzebował więcej ciepłych ubrań. W pierwszych miesiącach mrozów, od których zamarzały mi powieki,

oddalenie się od miasta wydawało mi się samobójstwem.

Powoli jednak uczyłem się spędzać coraz więcej czasu na zewnątrz. Bardzo szybko przekonałem się, że największym wrogiem moich wypadów będzie wiatr, a wyprawy dalej od miasta możliwe będą jedynie w bezwietrzną pogodę.
Dzielnica Chingeltei oddalona od centrum Ułan Bator około dziesięciu kilometrów zwykle dostępna była zniszczoną drogą asfaltową. W okresie moich eksploracji, okazała się jednak czasowo odcięta z powodu robót drogowych. Większość aut osobowych odbywała tą podróż wzdłuż krętego koryta zamarzniętej rzeki. Ja postanowiłem odbyć ją pieszo, jako że zima pozwalała mi na kompletne zamaskowanie twarzy i zniknięcie w ciekawych dla mnie zakamarkach dystryktu jurt okalającego podnóża gór Chingelt Khairkhan. Jak łatwo się domyślić, pewne części tego dziwnego tworu urbanistycznego były fascynujące. Niektóre wręcz przerażające. To w końcu najzimniejsze getto na świecie. Labirynt wąskich przejść i zagród strzeżonych przez psy, dla których jakkolwiek zamaskowany, pozostawałem nadal obcy. Ślepe uliczki wijące się wzdłuż przyniszczonych ogrodzeń, bramy ze zdobytej po kawałku blachy, rzadcy przechodnie puszczający zaniepokojone spojrzenia, wszystko to wraz z zimnem nadawało niesamowitego klimatu odmienności tego lodowego świata od miejsc, do których przywykłem.
Podczas jednej z włóczęg, kiedy to po paru godzinach spędzonych w temperaturze minus trzydziestu dotarłem do zabudowań buddyjskich, zaskoczył mnie widok daleki od kolorowych zdjęć z magazynów turystycznych- obraz zniszczonego i wypłowiałego kompleksu budynków z walającymi się kawałkami gruzu i śmieci. Jednakże całość wciąż w jakiś sposób pozostawała majestatyczna na tle ośnieżonych wzgórz, zapewne za sprawą toczącego się tam życia i naturalnego codziennego bytu, którego mogłem być świadkiem. Na placu obok świątyni, w świeżym śniegu bawiła się grupa mnichów. Ubrani w tradycyjne stroje deel siłowali się jak zapaśnicy. Szybko wciągnięty w wir pytań i uścisków zdołałem uniknąć brania udziału w zapasach. Nie mogłem jednak odmówić kubka gorącego tsutecaju. Zaproszony do świątyni rozsiadłem się pośród zapachów kadzideł i dźwięków mantr kilku mężczyzn. Pozostali obsiedli mnie dookoła i obsypali pytaniami o to skąd pochodzę, czym się zajmuję i dokąd się udaję. Ciepło drewnianej świątyni w kształcie dużej jurty oraz mleko z herbatą rozgrzewały mnie równie szybko, jak uczucie radości na ten moment siedzenia pośród przyjaznych mnichów. Nie pozostawałem dłużny i łamanym mongolskim, ruskim i angielskim zadawałem również swoje pytania, ucząc się nieco o ich obowiązkach wobec świętej góry Chingelt Khairkhan.
Okazuje się, że w określonych przez gwiazdy i astrologów terminach, raz lub dwa razy do roku mnisi udają się na czczoną przez ich klasztor górę, aby złożyć uroczyście dary. Jest to ważny punkt w ich życiu liturgicznym. Wydarzenie, mające korzenie głęboko w historii całej doliny, w której umiejscowiony jest Ułan Bator. Wczesne osady zakładane w tym rejonie miały bowiem związek z lokalizacją zapewniającą błogosławieństwo i ochronę lokalnych duchów. Około czterystu lat temu powstało tu na herbacianym szlaku z Rosji do Chin miasto Urga, którego dzisiejsza nazwa, Ulaanbaatar oznacza Czerwonego Bohatera.

***

Z nastaniem środka zimy nie miałem już złudzeń, że to będzie dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Lód pokrywający drogi i chodniki, rewia zimowej mody futer i czap oraz ciągłe wyzwania pogody nakazywały mi testowanie naturalnych wełen wielbłądzich oraz coraz grubszych getrów i skarpet. Szykując się na zimno i starając się pozostać na zewnątrz coraz dłużej starałem się także zachować wszystkie zmysły. W okolicach świąt i sylwestra niektórzy współpracownicy opuszczali nagle Mongolię, by nigdy już nie powrócić. Obstawianie zakładów na to, kto z nowych zastępców pozostanie, a kto ucieknie zrywając kontrakt, stało się ciekawą rozrywką. Całe to doświadczenie wokół życia w najzimniejszej stolicy świata okazało się inne niż się spodziewałem. Odmienne od tego, co serwuje nam wyobraźnia karmiona książkami. Trudniejsze. Z drugiej strony, w każdej minucie tej egzystencji było niepowtarzalne piękno. Lodowisko na placu Sukhbaatar,

lodowe rzeźby przed dyskoteką,

czy sportowe auta ścigające się po zamarzniętej rzece Tuul dawały niesamowity obraz świata, gdzie lód scala przeszłość z postępem. Dodatkowo moje prywatne poszukiwania przyniosły skutki. Podczas nieśmiało nastającej wiosny, znalazłem górę o nazwie Chingelt Khairkhan wspomnianą wcześniej przez mnichów.
Odległy kilkanaście kilometrów od centrum i liczący zaledwie 1949 m n.p.m. szczyt zwieńczony był sporym ovoo, kopcem kamieni, którego trzykrotne okrążenie ma zapewnić pomyślność i spełnienie marzeń. Obrazu dopełniała umiejscowiona tam końska czaszka, dar złożony bogom po śmierci najlepszego ogiera. Całe miejsce ozdobione było kolorowymi flagami modlitewnymi, które poruszane wiatrem wypuszczają nieprzerwanie słowa modlitw. Nieco poniżej szczytu znajdowało się miejsce, o którym słyszałem w monastyrze- kolejne rozległe ovoo z otaczającym je kręgiem marmurowych pomników przedstawiających postacie z buddyjskiego panteonu. Do tego jeszcze więcej flag, błękitnych szali hadak oraz woń gnijących kadzideł z jałowca unosząca się w powietrzu. Zawiedziony zorientowałem się, że zjawiłem się za późno. Modlitwy musiały zakończyć się kilka dni przed moim przybyciem. Dookoła wciąż widoczne były ślady rozlanych alkoholi, wosku ze świec, a z przodu ułożony był stos wypieków i inne dary pozostawione duchom podczas rytualnej ceremonii. Wyraźnie umknęło mi coś, co bardzo chciałem zobaczyć, ale terminy takich uroczystości nie są nagłaśniane w dzisiejszych czasach. Po dwóch pokoleniach ateistów wychowanych przez komunę, buddyzm dopiero powoli odżywa w cieszącej się dziś wolnością religijną Mongolii.
W okolicach szczytu zauważyłem też dziwną kamienną rzeźbę przedstawiającą uśmiechnięte stworzenie wysokie na około metr i owinięte w błękitny hadak. Nie wiedziałem, co sądzić o pociesznym potworze przypominającym nieco żabę. Szybko okazał się on być moim tropem w kierunku kolejnej świętej góry. Tylko one mają bowiem swoich władców, boskie postacie czczone przez wiernych.
Tak też zorientowałem się, że istnieją cztery góry w czterech pasmach okalających Ułan Bator tworzące symetryczny krzyż, gdy połączy się je liniami na mapie. Od wieków uznawane za święte i czczone przez cztery odrębne dzielnice miasta zdawały się odtąd wzywać mnie i nie dawać mi spokoju. Jednak jakiekolwiek informacje wyszukane w dostępnych mi opracowaniach nie były ścisłe, a czasem wręcz zwodnicze. Nawet sami Mongołowie pytani o góry, wskazywali rozbieżne kierunki.
Spędzanie dni w obrębie Rezerwatu Bogd Chan na południe od stolicy nie zawiodło mnie ani razu. Całe pasmo szczytów przebijających się często powyżej dwóch tysięcy metrów jest odizolowane i zapomniane przez zarówno strażników jak i turystów. Nie ma oznaczeń szlaków, a wszystkie przebiegające przez lasy ścieżki należą do dzikich zwierząt, w tym wilków i niedźwiedzi. Jedynie w rejonie doliny Zajsan spotykałem spacerowiczów i zbieraczy szyszek cedrowych, których nasiona rozprowadzane są w handlu ulicznym Ułan Bator. Poza tą doliną rozciągało się już tylko królestwo dzikiej przyrody.
W maju, choć dni były ciepłe i pogodne, noce nadal pozostawały chłodne i przypominały mi o tym, jak dość mam już zimy. Mimo to udałem się wzdłuż pasma Bogd Chan, głębiej w góry niż kiedykolwiek wcześniej. Musiałem oddalić się od rejonów, które kryły dziwne tajemnice. Kilkakrotnie ostrzegano mnie przed doliną, nieoficjalnie nazywaną prezydencką, rządowym obiektem z pałacem u jego początku oraz drogami prowadzącymi w góry i niknącymi w lasach. Dodatkowo w połowie lat dziewięćdziesiątych w sąsiednim rejonie ukrywała się też grupa uciekinierów z więzienia rabując rzadkich turystów w dolinie Zajsan. Zabawne o ile lepiej czułbym się nie mając wiedzy na temat niektórych zdarzeń. Na szczęście jednak już po dniu marszu udało mi się przekroczyć skryte w lasach i niewidoczne z dolin gruzowiska pełne głazów wielkości aut, by zniknąć w pustych górach. Poranek w namiocie rozstawionym pod różowo fioletowym niebem ogrzanym wschodzącym słońcem rozegnał wszelkie niepokoje. Wciąż jednak główny cel moich wypadów, intrygująca formacja skał wzbijająca się ponad lasy, pozostawała nieodkryta. Wszystko przez otaczające cały płaskowyż lasy uniemożliwiające zlokalizowanie szczytu. Ogromne jęzory pełne niewygodnych do marszu skał i bulderów okalały niektóre stoki uniemożliwiając prostą marszrutę i utrudniając pracę na kompasie. Po raz kolejny góra musiała zaczekać, a ja wycofać się, ścigając się jak zwykle z czasem.

***

W maju minął rok od mojego przyjazdu do Ułan Bator i wiedziony różnymi motywami postanowiłem pozostać w Mongolii na jeszcze sześć miesięcy. Kupiło mi to nieco czasu na dalsze eksploracje gór. Kolejna okazja natrafiła się w lipcu, gdyż w samym środku upalnego mongolskiego lata miał miejsce coroczny festiwal Naadam, czyli tradycyjne zawody w łucznictwie, jeździectwie i zapasach. Znając już to święto z poprzedniego roku, postanowiłem odszukać intrygujący mnie szczyt. Upał zdawał się starać uprzykrzyć mi każdą chwilę. Dodatkowo komary zmusiły mnie do rozbicia sypialni namiotu w środku dnia, by spokojnie zjeść posiłek. Najbardziej niedogodnym było dla mnie jednak ograniczenie wody do niesionych w plecaku zapasów. Całe pasmo Henteyn jest bowiem bardzo suche, nawet w zalesionych północnych stokach.
Przed wieczorem jednak znalazłem szczyt Tsetsee Gun liczący 2258 metrów nad poziom morza. Wygląd i klimat miejsca wprawiły mnie z miejsca w zdumienie. Modlitewne flagi i młynki, ławki, szale hadak, drobne rzeźby, świeczki, darowizny z banknotów i ogromny kopiec ovoo pośrodku, a wszystko otoczone ogromnymi formacjami skalnymi niczym ścianami świątyni. Z boku falliczne rzeźby mające za zadanie zbalansowanie żeńskiej energii matki ziemi. Wszystko zadbane i znów ze śladami niedawnych obrządków i ceremonii. Nawet na maszcie wisiała jeszcze ogromna i porządnie wykonana flaga Mongolii. Ze szczytu, w odwrotnym kierunku niż z którego się zjawiłem, odchodziła górska ścieżka, którą rano podążyłem w stronę małej miejscowości i dalej do Parku Narodowego Terelć.
Przez resztę drogi przebytej w palącym słońcu upalnego mongolskiego lata

zastanawiałem się, czy to możliwe, że spędziłem nocleg w tym samym miejscu, gdzie osiem stuleci temu medytował sam Czyngis Chan.

Książka zatytułowana „Tajemna historia Mongołów” wspomina o umiłowaniu wodza do gór, gdzie jak wierzył był bliżej „wiecznych niebieskich niebios”. Istnieje kilka wzmianek o samotnych trzydniowych wędrówkach Czyngis Chana, podczas których starał się ułaskawić duchy i prosić o błogosławieństwo przed rozpoczęciem swoich krwawych wypraw. Zapewniając wszystkim wolność religijną, sam był jednak wyznawcą szamanizmu.
Choć bardzo cieszyłem się ze swojego odkrycia, coś niepokoiło mnie w głębi. Kwadrat mający opierać się czterema rogami o cztery święte góry wydawał się bardzo niemiarowy. Coś zaburzało symetrię i nie byłem pewien, gdzie szukać czwartej góry i którym informacjom wierzyć. Postanowiłem skupić się na symbolice. Szczyt Tsetsee Gun był bowiem strzeżony przez patrona, któremu w tymże miejscu oddawano cześć. Był nim mityczny ptak Garuda zwany pożeraczem, władca Bogd Han. Misternie wyrzeźbiony w metrowej wielkości kamieniu pół człowiek- pół sęp z kluczem symbolizującym powodzenie w jednej ręce i kwiatem lotosu symbolizującym równość i czystość w drugiej. W dziobie trzymał węża, jego dowód na to, że zło nie będzie tolerowane. To oblicze człowieka- ptaka intrygowało mnie przez długi czas.
Dzięki informacjom o mitycznych patronach świętych gór zorientowałem się, że pierwszy szczyt zaliczony przeszło rok wcześniej nie był częścią wyróżnionej honorami czwórki. Góra zwana popularnie Bogd Chan z niby- świętym miejscem odległym o dwie godziny marszu od Ułan Bator okazała się być zwyczajnym szczytem dla niedzielnych spacerowiczów i turystów z przewodnikami w dłoniach. Wciąż brakowało mi dwóch gór, a ogólnikowe informacje oszukiwały mnie od samego początku.
W lecie ulice ponownie zalane zostały przybyszami wyglądającymi mi bardzo futurystycznie w technicznych ubraniach i kapeluszach niczym na safari. Moje mieszkanie znów zapełniło się gośćmi, znajomymi, rodziną i przyjaciółmi. Stali się przypomnieniem o innym świecie z funkcjonalnymi sygnalizatorami świetlnymi, bezpiecznymi pokrywami studzienek kanalizacyjnych, kierowcami zatrzymującymi się przed przejściami dla pieszych, ciepłą wodą w kranach i wszystkich wygodach, o których zdążyłem zapomnieć.
Wyprawy w góry zostały odłożone na bok pomimo kurczącego się czasu, jaki pozostał mi w Mongolii. Zająłem się za to wraz z odwiedzającą mnie siostrą oglądaniem muzeów i monastyrów. Zwiedziliśmy zimowy pałac ostatniego króla Mongolii, cudem nierozjechany buldożerami przez Rosjan, oraz monastyr Gandan Khiid z kopią statuy buddy o imponujących rozmiarach. Oryginalna została przetopiona podczas komuny na pociski balistyczne. Co bardzo nam się podobało, to groźne tradycyjne maski wykorzystywane niegdyś podczas religijnych tańców Tsam. Wśród nich znalazła się jedna z wizerunkiem ptaka Garudy z góry Tsetsee Gun przechowywana w muzeum Choijin Lamy, a obok niej inna, symbolizująca swym ciemnym obliczem starca zwanego Czarnym Szamanem. Wskazówka w moich poszukiwaniach, którą wtedy przegapiłem.
W lecie odłożyłem na bok wyprawy w góry wokół stolicy na rzecz innych włóczęg. Udało mi się kilkakrotnie wyjechać na jakiś czas dalej ze stolicy. Smak podróży po rozległych bezdrożach Azji nie zabił jednak ochoty na dokończenie zaczętej pracy wokół czterech świętych gór. Udało mi się zebrać informacje i zrozumieć nieco więcej na temat ich kultu. W listopadzie, na miesiąc przed wyjazdem, udałem się na zachód w stronę prozaicznie i łyso wyglądającej góry, która jak wierzyłem miała być brakującym szczytem w mojej kolekcji.
Po opuszczeniu w kursowym autobusie okrytego brązowym smogiem Ułan Bator, udałem się pieszo w stronę podnóży masywu góry Bayanzurh, co znaczy bogate serce. Wysuszony step okryty był grubym szronem, a gdzieniegdzie i śniegiem. Rzekę skuł gruby lód pozwalając mi przez jakiś czas ślizgać się po tafli tuż pod nosami bacznie obserwującego mnie stada jaków. Później nadjeżdżający znikąd samochód osobowy zatrzymał się obok, a pijany kierowca ze szczerą chęcią pomocy usiłował zapakować mnie do środka. Nie mogłem doliczyć się ilości pasażerów, ale jasnym było, że już się nie zmieszczę. Wytłumaczyłem, że i tak udaję się w góry i opuściłem serdecznych i rozbawionych ludzi.
Bardzo szybko po wkroczeniu na stoki wyrastającej na 2004 metry ponad poziom morza góry Bayanzurh otworzyły się przede mną doliny i pasma niewidoczne z dystansu i dwugodzinny marsz w stronę szczytu stał się bardzo ciekawy. Pomimo mrozu czułem na ustach i twarzy promienie słoneczne opalające szybko moją skórę. Lekko spocony i podekscytowany doszedłem do szczytu, by zorientować się, że nie będę na nim sam. Intensywne zapachy artz, czyli kadzidła ze zmielonego jałowca zdradziły mi, że przy kopcu ovoo odbywała się ceremonia. Znalazłem to, czego tak bardzo chciałem doświadczyć.
W listopadzie, z dala od ludzi i turystów, miało miejsce naturalne i skromne składanie darów z rąk grupy Mongołów zamieszkujących zachodnie dzielnice Ułan Bator. Po krótkim powitaniu i wymianie grzeczności zauważyłem uśmiechy na ich twarzach, częsty rezultat moich prób posługiwania się lokalnym językiem. Co dla mnie najważniejsze, zostałem zaakceptowany i usadowiony z boku. Mogłem obserwować to, co było najprawdziwszym rytuałem składania darów, a nie widowiskową imprezą zainicjowaną przez biura turystyczne w celu pobudzenia ekonomii, czy też sztucznym show opłacanym z kieszeni żądnych zdjęć reporterów. Siedząc pośród ludzi mile spędzających chwile we własnym gronie na szczycie góry, starszych pań wymieniających uśmiechy i panów ubranych częściowo w tradycyjne stroje i częściowo w dżinsy i puchowe kurtki poczułem, że cały trud włożony w błąkania się po górach został wynagrodzony. Dziwny biały człowiek, który przybył z nikąd i mówił nieco po mongolsku został przyjęty jak jeden ze swoich. Pozyskałem wtedy coś, czego nie da się kupić ani przybić w paszporcie. Coś, czego również nie da się odebrać i pozostanie moje na zawsze.
Kobieta w złotym stroju deel nadawała mantrom rytm i tempo, pozostali podejmowali te melodie za nią. Mały bębenek w jej dłoni wydawał z siebie monotonne dźwięki będące jednym z wymiarów modlitw. W powietrzu rozpływał się zapach ogniska i kadzideł będących wonną postacią moralności. Uczestnicy ceremonii w skupieniu okrążali kamienne ovoo rzucając dookoła kolejne produkty podawane im przez prowadzącą rytuał. Ryż, mleko, liście herbaty, wódka i inne proste dary mające symbolizować oddanie się wszystkimi zmysłami dla religii. Teatr błękitnego nieba dookoła nas dopełnił piękna.
Gdy uznałem, że nastał mój czas, pożegnałem grupkę ludzi ze szczytu świętej góry Bayanzurh i udałem się dalej na wschód podziwiając widoki sięgającej po horyzont pustki rolujących się łagodnie wzgórz. Tamtego dnia, pomimo mrozu nie miałem ochoty schodzić z gór, wiedziałem jednak, że nadciągający zmrok przyniesie natychmiastowe i niebezpieczne ochłodzenie. Łapiąc stopa na jedynej drodze w dolinie obserwowałem niknące wśród wzgórz ostatnie ciepłe promienie. Niedługo potem jechałem już w busiku zaintrygowanych moją ogorzałą twarzą pasażerów. W jakiś sposób czułem się spełniony, pomimo że nadal pozostała mi ostatnia góra i kilka tygodni do wyjazdu z kraju.

***

Listopad obsypał Ułan Bator świeżym śniegiem i skuł wszystko lodem. Ulice pokryły się zamarzniętą benzyną kapiącą z rur wydechowych będących na wiecznym ssaniu aut ugrzęźniętych w korkach. Chodniki zalśniły kolorami purpurowych zachodów słońca odbijanych prozaicznie w zamarzniętej ślinie pokrywającej beton wokół przystanków autobusowych. Dystrykt jurt kopcił na okrągło brudnym dymem palonych obficie opon, śmieci i węgla. Miejskie życie toczyło swoją odwieczną rutynową walkę o przetrwanie. Ja na szczęście znalazłem towarzysza do kilku wypadów w góry. Znajomy Amerykanin przyleciał do Mongolii prosto z Alaski i z radością udał się ze mną kilka razy w dzikie rejony dookoła Ułan Bator. Kilkakrotnie biwakowaliśmy pośród skał i cedrowych lasów, raz spędzając noc przy minus trzydziestu stopniach.
W takiej temperaturze lasy zdawały się być pozornie martwe i niebezpiecznie ciche nie licząc rzadkich trzasków suchych drzew oraz naszych kroków wydających ostre skrzypienia. Przyroda wyzuta z wilgoci i szczelnie okryta szronem sprawiała wrażenie obcego świata innej planety. Osłonięci szczelnie od mrozu i pokryci lodem rozbiliśmy późne obozowisko w bezpiecznym od zabójczego wiatru miejscu między skałami. Rozgrzani lekko wódką zapakowaliśmy się w śpiwory wraz ze wszystkim, co nie powinno było zamarznąć. Pożerając wzrokiem ostatnie płomienie ogniska zasnąłem zastanawiając się, czy mróz może czasem nabrać materialnych kształtów przyprawiając zagubionych ludzi o lęki i paranoje nieznane jeszcze psychologom.

Biwakowanie przy minus trzydziestu nie było aż tak trudne, jak by się zdawało.

Temperatura odczuwalna wydaje się za sprawą suchego powietrza o kilka stopni cieplejsza od rzeczywistej. Nic nie przemaka, drewno pali się mocnym żywym płomieniem, a słońce ślizga po niebie tuż nad horyzontem przez długi czas. Z drugiej strony zamarzają rzeczy, które byśmy o to nigdy nie podejrzewali, a część sprzętu zwyczajnie przestaje działać. Nie odbierało mi to jednak radości z przebywania na łonie natury. Poruszając się po górach nie korzystałem z map, mając całą topografię zapamiętaną i przećwiczoną podczas oglądania pasm z różnych miejsc. Okazało się to niezbędne podczas ostatniej samotnej włóczęgi do gór Songino, ciągnących się około dwudziestu kilometrów na zachód od Ułan Bator.
Kiedyś zachodnie części miasta zwane były Maimaicheng, a zamieszkiwali je chińscy handlarze. Co roku pod koniec lata udawali się oni na świętą górę w celu złożenia darów. Moim ostatnim celem było znalezienie miejsca ich pielgrzymek. Podróż rozpocząłem jako pasażer busa wyglądającego jakby garażowany był w zamrażalniku. Przez okna nie byłem w stanie dostrzec nic poza zarysami wzgórz odcinających się bielą od błękitnego i bezchmurnego nieba. Tuż za lotniskiem pod Ułan Bator rozpocząłem dwugodzinny marsz wzdłuż rzeki Tuul po śladach wyznaczonych przez stada jaków. Zanim jeszcze stanąłem u podstawy gór, mróz zaczął dobierać się do mojej twarzy. Na widok pasma Songino zapomniałem jednak o niedogodnościach. Obraz ciągu dwutysięczników onieśmielił mnie nieco. W duchu uśmiechnąłem się na informację przeczytaną kiedyś w jednym z popularnych anglojęzycznych przewodników mówiącą, że aby wspiąć się na tą górę, wystarczy zajechać do miejscowości Biokombinat i udać się przez most w stronę szczytu. To zupełnie jakby powiedzieć komuś, że aby wspiąć się na Giewont musi udać się do „miejscowości Krupówki”, a następnie w górę potoku i w stronę skalistego szczytu. Jednak to, że nie wiedziałem dokąd mam się udać, pobudzało moją wyobraźnię. Wdałem się więc w rozmowę z dwójką pracowników przerabiających stary PGR na hotel. Nie byli w stanie pokazać mi dokładnie świętej góry, ale poprosili o poświęcenie nieco wódki w ich imieniu, gdy już się tam dostanę. Poszukiwań nie ułatwiał fakt, że Songino nie jest wcale najwyższym szczytem pasma. Wiedziałem, że czekał mnie wielogodzinny spacer.
Po rozgrzewającej wspinaczce na główny grzbiet odkryłem z radością, że im wyżej, tym cieplejszy stawał się dzień. Już wkrótce zostawiłem w dole morze gęstego i mroźnego powietrza wyścielającego doliny, by rozkoszować się nieskazitelnym błękitem nieba, siejącego rozgrzewające promienie. Rzadkie tropy rysi i koziorożców przecinały moją drogę w stronę szczytu wieńczącego ostre pasmo skalistych grzbietów ośnieżonych jakby cukrem. Ciężko mi było uwierzyć, że te jałowe góry porasta wszędzie cebula, co znajduje odzwierciedlenie w ich nazwie- Songino. Być może lato dostarczyło by poparcia dla słuszności nazewnictwa.
Podziwiając widoki rozumiałem coraz bardziej dlaczego w XIII wieku Czyngis Chan uznał barwne dorzecze Tuul za oazę godną jego zmęczonej armii. Jak donosi „Tajna historia Mongołów” rozbił on obóz w Czarnym Lesie, który do dziś rozpościera się u stóp Songino.
W konfrontacji faktów i mitów na temat tego regionu niewiele było informacji którym mogłem zaufać. Uciekając się do lokalnych wierzeń i buddyzmu zagłębiłem się bardzo daleko w historię, by przekonać się, że gdy rozgrzebie się mongolski buddyzm, dojdzie się wprost do szamanizmu, wiary Czyngis Chana. Religia ta głosi, że dusze zmarłych wędrują w przyrodzie szukając miejsca spoczynku w drzewach, skałach, czy górach, nie pamiętając, że były niegdyś ludźmi. Im potężniejszy duch, tym wspanialszy obiekt. Stąd ceremonie mające na celu pomóc duszom w spokojnym osiedleniu się oraz dary składane na kopcach ovoo dla ojca niebieskiego. Dzięki tym informacjom poznałem genezę kultu góry Songino, najwyraźniej zamieszkanej w czasach zakładania osady Urga przez potężnego szamana, który po śmierci został pogrzebany w szamańskim rytuale mającym ułatwić mu zjednanie z naturą. Stał się władcą góry wznoszącej się ponad Czarnym Lasem. Czczony przez lokalną ludność i nazwany Czarnym Szamanem został wciągnięty później do panteonu buddyjskiego. Olśniło mnie, że jego wizerunek, czarną maskę wykorzystywaną w tańcu Tsam widziałem wcześniej w muzeum Choijin Lama w Ułan Bator, leżącą tuż obok Garudy. Zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że również i Garuda, pół człowiek- pół sęp był w odległych czasach duchem zwanym Shonkhor, przed którym czuli trwogę najwięksi szamani. Duchem, który rozwścieczony byłby w stanie zasłonić swoimi ogromnymi skrzydłami słońce.
Zbliżając się do ostatniego z moich czterech szczytów nie mogłem czuć większej radości. Wieńczący górę kopiec ovoo oraz kamienny posąg Czarnego Szamana zakryte były śniegiem i wyraźnie dawno nie odwiedzane. Dookoła rozpościerała się egzotyczna panorama, a stare buddyjskie flagi modlitewne zmrożone były na kość. Ja jednak byłem nieobecny, oddalony już nie tylko od cywilizacji ale i od teraźniejszych czasów. W głowie przywołałem całą swoją półtoraroczną wędrówkę przez cztery święte góry, stosy materiałów, wieki historii i mieszające się wpływy buddyzmu i szamanizmu. Byłem w stanie wyobrazić sobie obraz armii wojowników i jurt rozłożonych w Czarnym Lesie i stad koni zbitych w ciasne grupy dla zachowania ciepła. Z Songino, ponad mgłą, widoczny był wyraźnie wzbijający się ku błękitnemu niebu masyw góry Bogd Chan, pod którą dawno temu rozbił swój obóz Czyngis Chan po siedmiu latach kampanii wojennych. W 1226 roku, po trzech dniach spędzonych samotnie w górach ruszył na kolejną wojnę przeciw Tangutom w północno- zachodnich Chinach, z której nie powrócił żywy. Jego ciało poprowadzono w orszaku elitarnych wojowników mordujących i palących wszystkich i wszystko na swojej drodze, a następnie pochowano w nieoznaczonym ustronnym miejscu pośród któregoś z setek pasm gór rozpościerających się jak Mongolia długa i szeroka.
Poszukiwanie jego grobu to duże tabu dla Mongołów. Pomimo to znajdują się ludzie twierdzący, że tego dokonają, lub też inni głoszący, że owy grób już widzieli. Ja jednak wierzę, że nigdy nie zostanie on odnaleziony pośród niezliczonych jałowych grzbietów i dolin tej zimnej przestrzeni, gdzie to nie góry ciągną się po horyzont, lecz horyzont zdaje się być zewsząd osaczonym górami. Wśród nich znajdują się bowiem cztery święte szczyty z drzemiącymi w nich wielkimi duchami trzymającymi straż nad ludem wielkiego wodza.

Edward Poranek — lingwista zainteresowany obcymi językami i kulturami. Wykonywał różne zawody w wielu krajach na trzech kontynentach. Od lat związany z Azją. Jego reportaże publikuje Tygodnik Podhalański. Więcej: Blog.
Foto: Edward Poranek

Emoralni*