Recenzja książki „Nekrotrip”

MAKSYMILIAN TCHOŃ o książce Nekrotrip

Idąc szlakami wzdłuż prawa i bezprawia, alei leniwie zarzuconej cumy w głębię codzienności, od delty twoich ud po ul słońca z którego wylatują sekundy żądlące i żądane, tego co daje wiarę ale i wznosi na gruzach jakąś twierdzę, którą niewoli mgła: Współczesności; na pograniczu wielu dziedzin kognitywistycznych, bo z dziecięcego głosu powstają rzeczy niebywałe, a wiatr trzyma na łańcuchu przywiązanie do tęsknoty za domem, osiedlają się słowa potoczne — jednak mieszczące znaczenia wytrawne. Modelowe i wierne przekładom, ale także te nie do przełożenia,

Wymowne są słowa autora:
To żółte to może być rzepak albo mlecz, bo kocham
całą przyrodę, zaś taksonomią, jak ludźmi, spluwam do kubła.

77

To dobrze skomponowana arteria.
Ułamek skracamy dzieląc licznik i mianownik — w ciszy dorobku nocy i dorobku światła, o postawie nie raz negującej raz aprobującej, życiowy dylemat, suplikacje i wulgaryzmy rzucone na szalę, gdzie każdy dzień, każdy stosunek wielowymiarowego – tego prawa co we mnie i nade mną daje jakieś określenie, kategorię w której możemy zmieścić „ziemską dobę” i „elejską strzałę”, a ta być spowodowana alegorią pędu ‘ucieczki’, ‘pogoni’, w którym zmęczenie to tylko substytut tego co za chwilę, nadprzyrodzonego, albo po prostu wylanie łez miliony — predysponuje jak

differentia specifica.

Harmonia jaka wyłania się z kształtującego się tomu jest pełna kruczków, haczyków wbitych we współczesny ton, narracyjne kwestie – nie koniecznie uniwersalne metodycznie – wiersza, o charakterze pewnego rodzaju sekwencji, detalu, bo jest to poezja detalu, ziarna, z którego wieczność, sen i smak świata są pewnego rodzaju szyfrem i rekordem.
Według mojego gustu: albo jednak otwarte na pluralizm rany z postrzelenia, na krawędzi wariactwa ale i pewnej powagi – świata matematycznego, bo tak określiłbym te wiersze – uporządkowane, ciekawe graficznie, binarne, o charakterze regularnym, nie raz językiem zahaczającym o styl hip-hopowy.

MAKSYMILIAN TCHOŃ o książce Nekrotrip
Na zdjęciu: okładka książki „Nekrotrip” Piotra Jemioły. Foto: materiały prasowe

Ciekawe jest to, co przyjęte na wiarę, a to co udowodnione (Q.E.D. — tytuł zbioru), czy w panicznym tempie w jakim porusza się świat jest solidarność, kolektyw? Gdzie jest nazwa, a gdzie znaczenie?
Gdzie podwaliny (na całe szczęście) dowolny pejzaży serca to stan, w których troski i strapienia zastępuje wewnętrzny spokój, tutaj pojawia się pytanie, dla kogo dziś poezja? Dla wytrawnego czytelnika a może blokowego wyrostka…
To jednak jest pytanie bardziej dogłębne!

W wierszach Piotra Jemioły dominuje jakaś tęsknota ale zarazem elementarny kult życia, witalności i świadomości cielesności. Żar do słowa, gdzie odpowiednio zważone wykroczy poza granice tzw. poezji klasycznej, gdyż ta poezja na pewno taką nie jest.
Jest to poezja nowoczesna, odseparowana od archetypów czy etosów, jednak pełna symboli i parafrazując słowa jednego ze współczesnych poetów:

Posłuszni jesteśmy w czekaniu jak zwierzę na powrót zza drzwi,
by obejrzeć gwiazdy i świat tysiąca porażek i miliona zwycięstw.

Poezja konkretu ale tu w grę wchodzi ulotność, efemeryczność chwili. Kiedy to kochająca kobieta porzuca ciebie Autorze i wchodzi w relację z innym. Wydawałoby się wątpliwej opinii. A jednak są to dewaluujące się znaki i pierwszoplanowe znaczenia.
Na nową drogę i górę wchodząc już czujemy pewien odcisk.

Bo byłam jak cień wymęczony, jednak źródłem do którego musimy wracać i to od ręki bez wahania, jak piorunem odprawa ze starego filmu kulminacją jest spełnienie.

Ja identyfikuję się bardziej z poezją klasyczną, jednak czytelnik wykształcony, z bazą doświadczeń o których jest mowa w wierszach P. Jemioły, odsyła nas do manifestów: miejskiego, postępowego i turpistycznego, z moim „ja”, które rozdziera język i formę, tak aby zmienić swój asortyment: dłuto na pióro, a papier na cyfrowy kadr o eksperymentalnej klauzuli i technice, bo cały czas wciąż niewiele wiemy o literaturze.

Nie sposób zarzucić tej poezji braku treści i monologów hamletowskich. To sposób postrzegania człowieka w początkowych dekadach XXI wieku, kwestie — korelacją i więzią zastygającą we współczesnych konwenansach i normach współczesnego świata.
Jedynie to, czego „poczułem” troszeczkę za mało, to czysta liryka, owszem, jest w tych wierszach poetyckość, ale w pewnych momentach czuję, że można by ulirycznić pewne frazy i nadać im koloryt pasji, zataczając koło, gdzieś między Małgorzatą Hillar; a bystrym przejawem obserwacji i bezkompromisowości Miłosza, zabawy językiem Jemioły, jego kontinuum stylu np. Sadulskiego albo Koteji, które jest widoczne w poszukiwaniach własnego stanowiska.

Miłość, wiara, wątpliwości egzystencjalne, degradacja pewnych tradycyjnych wartości, zachwyt jako wyraz pochwały istnienia. Poeci żyjący na styku tysiącleci, a jest to esencjonalny, programowy — odczuwalny „weltszmerc”, po sposobie układania wersów i strof możemy stwierdzić, iż poeta miał spore tendencje do współczesnej ‘nadbudowy’ wiersza, ale powściągającej, zakorzenionej w normie literackiej, kolektywie uproszczonego i sprowadzonego do aktu fizjologicznego, potrzeby manewru świadomości ulepionej z gliny, jakby osobnej kultury języka. Ale to tylko tendencja.

Warto wspomnieć, że Piotr Jemioło publikował, m.in. w piśmie ‘Kontent’, gdzie jego wiersze były już opatrzone pewnego rodzaju komentarzem krytycznym i dyskursem polemicznym.

W tej poezji etosy ciągle są przetransformowywane na istotę bytu i z powrotem. Ale literatura to ‘moment’, w którym są opisy pejzażu czy aktów ‘dobra’, miłości — tutaj jest degradacja sumienia ale to początek nie da się ocenić twórczości przez pryzmat jednego dystychu, całość tworzy współczesny mit, a jego uzasadnieniem jest partykularny świat ale przejmująco hedonistyczny i pełen okultyzmu, bo taki spirytualizm też tutaj wyczuwam:

Czy dżinn prędzej wylezie z niemej muszelki, czy flaszki?
ameryka na dragach wtargnęła do gabinetu dziekana
nigdy my, skoro chciały wtulać się w nasze / ptasie kości, sypiać z nami bez zobowiązań

M. in. Literaturo

Ciekawe tytuły.
Żeby zamordować literaturę albo zostawić otwartą kartę i/lub pozostawić do naświetlenia, (gdyż jak wiemy biel nie przyjmuje promieni ale promień, który codziennie wstaje na nowo może wyznaczać swoje granice) trzeba układać piramidę w szum dźwięków miasta.
Wszystko należy do nocy, natomiast za dnia wszystko jest rzeczą najpierwszą, nie ma przesileń, nie ma równonocy, są tylko spekulacje.

Maksymilian Tchoń (1987) — licencjat filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest członkiem Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literackiego (STAL) z siedzibą w Krakowie. Jest autorem kilkunastu tomów poezji, m. in.: Wiedziałem (Wyd. Episteme, Lublin 2020), Ziemia złych wyroków (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2019), Kolor po dniu Teoria geocentryczna (Wyd. Episteme, Lublin 2018), Potępiony (Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2016), Ars poetica (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2015), Http (Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2015), Niecierpliwy (Miniatura, Kraków 2013) i innych. Publikował w wielu ogólnopolskich pismach literackich, np: Wyspa, Akant, Poezja dzisiaj, Biuro Literackie, 2Miesięcznik. Pismo Ludzi Przełomowych, Wydawnictwo J, Okolica Poetów, Gazeta Kulturalna, Eprawda, KoziRynek. Pasjonuje się muzyką, sportem, oraz dobrą książką. Teksty autora tłumaczone są na język angielski i włoski. Uczestnik corocznego festiwalu Pożegnanie Lata Pisarzy i Artystów.
Na stronie głównej: Piotr Jemioła
15.03.2020 | Więcej: portfolio

Recenzja książki „Domy ludzi” Karola Samsela

Zauważam.
Jest to literatura oblężenia zapewniająca pokój i bezpieczeństwo norm, archetypów, etosów, symboli, które miało miejsce w roku wstrzemięźliwej niewiedzy następującej, wzrastającej w polemice duchowości z ciałem, zwrócone na zewnątrz ale z przyczyną, która dała swój początek językowi z doświadczenia stworzenia.

Nurt rzeki uderza o brzeg i go niszczy — jednak na tym brzegu stojące znane mi filary religii, filozofii, etyki wyznaczają granicę za którą ‘zamyka się wiersz’ właściwy. Za którą pewna sekwencja zdarzeń kulturowych ‘oczyszcza’ zarówno odbiorcę (czytelnika), jak i autora. To poezja trudna, lecz nie pozbawiona wymowy, w której dużo jest odniesień.

Polisemia słowna, jak mniemam stawia pytania o otwartej strukturze — rozumiem w celu poznania siebie i zaprzepaszczenia wędrownych szlaków migracji, które znamy chyba wszyscy biorąc pod uwagę prawa natury, temperament, głębię duszy — tutaj obecny rys prometejski, który to nauczył ludzi pisać, gotować jedzenie, uprawiać rolę, budować domy, czytać, pięknie żyć i pięknie umierać, a także ujarzmiać siły przyrody. A zarazem być oddanym nauczycielem i uczniem, mężem i ojcem, i co najważniejsze starającym się brud, nikczemność, krzywdę — kwiaty zła i lekcję ‘stanów poetyckich’ przemienić w dobro.

Karol Samsel, Z domami Ludzi, Biblioteka „Toposu”, Sopot 2017
Na zdjęciu: okładka książki Karola Samsela „Z domami Ludzi”, Biblioteka „Toposu”, Sopot 2017. Źródło: materiały prasowe

Wersal jest moim pasterzem. Niczego mi
nie braknie. Wehrsahl zmienia swą postać
i swoją definicję. Dziś Wersal oznacza dystych,
którym zamknę ten wiersz, właściwie
jego siłę podaną w liczbie wehrsahli,
z których fildekosy wyjmę, by liczba ta
wzrosła (…)

Moja


odwieczna walka:
prymasa Europy Wschodniej
z prymasem Aurory Zachodniej.

  • Wersal [w:] Z domami ludzi, s. 9
  •  
    Mam tu garść pełną motywów literackich wpisanych w krąg tematów tabu.
    Za namową własnej stalówki, wstrzymuje deszcze a daje niebo.
    Oto literatura najbardziej ascetyczna w swoim dostatku.
    Gdzie burzy się dom z naszego dzieciństwa,
    jednak spadek dziedzictwa wiedzy, kultury, wartości pozostaje.

    Do Ciebie, zmęczeniu, któreś zamieszkało
    w moim ciele i którego nie wiem, jak z siębie wyprowadzić.
    Do Ciebie, zmęczeniu

    *

    lecz zrozum mnie właściwie. Po pierwsze:
    ciało, cuchnące ciasto niesione w rękach,
    w zakrwawionych paterach sytuacji kafkowskich.
    (…)

    z ludzkich źdźbeł, kosmogonady świata. Trzeba
    to wyjaśnić, może wytłumaczyć, skąd
    wiem, że aż do śmierci będzie mi towarzyszyć


    Zmęczenie, w którym umrę. I czemu jestem
    śmiercią bijącą we własne okno, czemu nie jestem wojną
    (…)

    *

    Czkawką po Desdemonie? Kataklizm oprowadzania? Wstydliwy
    strach o dno skóry, o to, że umrę zmęczony w trakcie nocnego dwupunktu?

  • Czkawka po Desdemonie [w:] Z domami ludzi, s. 55-56
  •  
    Wiarą moją mnie prowadź, jeśli tylko mały i zawstydzony nie wyznam się na subtelności i urodzie tej poezji. Daj mi kamień, który porwę do swojego pawlacza; kamień ten należy do mojego wachlarza interpretacji odzwierciedlenia głosu, a z końcem dzieła buduje gwiazdy, o mocy dla których warto i trzeba się dokształcać, nieustanną w drodze być kometą — słyszalnym milczeniem, wymownym esejem i widzialnym niematerialnym, energetycznym zasobem źródeł. Głosu uznanych i ostatnich, tych, którzy będą pierwszymi, nawet jeśli stracone zostaną pokutne dwupunkte ‘Amen’.

    Karol Samsel, Z domami Ludzi, Biblioteka „Toposu”, Sopot 2017

    Maksymilian Tchoń (1987) — licencjat filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest członkiem Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literackiego (STAL) z siedzibą w Krakowie. Jest autorem kilkunastu tomów poezji, m. in.: Wiedziałem (Wyd. Episteme, Lublin 2020), Ziemia złych wyroków (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2019), Kolor po dniu Teoria geocentryczna (Wyd. Episteme, Lublin 2018), Potępiony (Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2016), Ars poetica (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2015), Http (Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2015), Niecierpliwy (Miniatura, Kraków 2013) i innych. Publikował w wielu ogólnopolskich pismach literackich, np: Wyspa, Akant, Poezja dzisiaj, Biuro Literackie, 2Miesięcznik. Pismo Ludzi Przełomowych, Wydawnictwo J, Okolica Poetów, Gazeta Kulturalna, Eprawda, KoziRynek. Pasjonuje się muzyką, sportem, oraz dobrą książką. Teksty autora tłumaczone są na język angielski i włoski. Uczestnik corocznego festiwalu Pożegnanie Lata Pisarzy i Artystów.
    02.03.2020 | Więcej: portfolio

    Recenzja książki „Odmienne stany świadomości”

    GRAŻYNA BARANOWSKA o książce Odmienne stany świadomości

    Arkadiusz Aulich, niespełna rok po debiucie (Dom czystych myśli 2018), opublikował drugi tomik wierszy o znamiennym tytule Odmienne stany świadomości. Jest on realizacją projektu o charakterze autotematycznym nacechowanym biografizmem — portret autora na okładce dobitnie to potwierdza. Czytelnik poznaje jego sposób myślenia, jest świadkiem tworzenia mitologii własnej, zmagań z materią językową i własną naturą. Uczestniczy w procesie twórczym, któremu towarzyszą napięcia charakterystyczne dla początkującego, aczkolwiek wyjątkowo egocentrycznego poety.

    Tomik składa się z czterech działów, których tytuły są desygnatami skrajnych stanów umysłu: poszukiwania własnego „Ja”, bezwzględnej kapitulacji, wiecznego nienasycenia i absolutnego buntu. Każdemu z nich przyporządkowany jest zestaw wierszy, które, intencjonalnie, ów stan egzemplifikują. Nie przepadam za taką konstrukcją, jest instrumentalna i zakłóca obraz całości, układającej się w dość nieoczywistą historię mężczyzny, który z dnia na dzień stał się poetą.

    Rzucony na szafot
    literackiej perspektywy

    Bez tożsamości
    […]
    Statystycznie zalegał
    tak
    pół wieku

    Aż ciśnie się
    na usta
    z wyraźnym osłupieniem
    myśli

    (Martwa perspektywa)

    Podmiot, tożsamy z autorem, jest w stanie psychicznej dezintegracji. Usiłuje dociec, co jest istotą jego obsesyjnej potrzeby pisania i lęku przed porażką. Sięga do zakamarków pamięci po jakieś kody z dzieciństwa, szuka podpowiedzi w medycynie i psychologii. Jako człowiek myślący racjonalnie, nie wierzy w dar od Boga, mimo to, bierze pod uwagę istnienie wyższej mocy sprawczej — bezosobowego absolutu. Świadomy własnej niewiedzy, usiłuje wznieść się w ponad swoje możliwości twórcze.

    GRAŻYNA BARANOWSKA o książce Odmienne stany świadomości
    Na zdjęciu: Arkadiusz Aulich — poeta urodzony w Kutnie. Autor najnowszego tomu wierszy „Odmienne stany świadomości”. Źródło: materiały prasowe

    Świat dociera do jego umysłu jako nieskończona ilość myślowych impulsów i staje się otchłanią, zaś język — anielsko-diabelską gęstwiną. Spolaryzowana osobowość ma problem tożsamościowy. Świadomość coraz bardziej się wyostrza. Życie z takim „stygmatem” zmienia postrzeganie świata, który w swojej kakofonii coraz częściej przypomina dom wariatów. Jak się w tym świecie odnaleźć i jak wyrazić siebie? Jest jedno wyjście: nie wdawać się w szczegóły i wykorzystać fakt, że poezja nie uznaje obiektywnych odpowiedzi.

    […]
    W mrocznym bezideowym punkcie wiedzy ogólnej
    postać dnia codziennego zamiotła wszystkie znaki zapytania
    bez pytania w najmroczniejszy kąt egocentryzmu

    (Egocentryk)

    Koncepcja tomiku oparta jest na dychotomii. Wahania psychiczno-emocjonalne, czarno-biały obraz świata literackiego i formy jego przedstawień oraz ekstremalne napięcia zachodzące w języku ilustrują dwoistą naturę podmiotu — cynika o niepowtarzalnym ego.

    Sparaliżowany pętlą posthipnotycznej sugestii
    dotknąłem rozmaitych myśli w agonii i ekstazie
    zaklęty w długowiecznej iluminacji

    W intymnym niezobowiązującym świetle
    rozpromieniła się tląca skrytość
    w efekcie
    ogniskując impulsem
    niemającym początku ani końca

    (Vis à vis)

    Poetyka wierszy imituje strumień świadomości. Rozpędzony i „rozdwojony” język, w nagłych, niekontrolowanych wybuchach, generuje interakcje pomiędzy podmiotem a przedmiotem poznania. Jego intensywność jest odbiciem procesów poznawczych, które zachodzą nieustannie. Czasem jakiś element rzeczywistości — choćby lektura poezji innych autorów — dostarcza tak silnych doznań zmysłowych porównywalnych z erotycznymi, że staje się ekstremalnym doświadczeniem językowym.

    Spoczęło moje pożądanie
    na jej obfitych pośladkach
    recytując wersy
    nieprzyzwoicie doskonałe

    W trakcie posunięć
    utrzymania rytmu
    aż po ostateczny jęk
    […]
    Pragnąłem uciec
    od wewnętrznego położenia
    skrajnie doświadczony

    (Ugotowany)

    Trudno odmówić autorowi temperamentu językowego. Umie operować nastrojem i grać emocjami, wie, czym jest oksymoron, tautologizm, gra słów i ładne brzmienia — czy jest to wiedza świadoma, czy też intuicja, okaże się w kolejnym tomie. Ma natomiast mały problem z dyscypliną formy. Z wierszami o wybujałej metaforyce koresponduje proza poetycka, w której zastosował poetykę snu. Są tutaj jeszcze ściszone różewiczowskie „słupki” i epigramaty — najbardziej odpowiednia forma wyrażenia jednej zgrabnej myśli.

    Niejaka pani E.
    nadgryzając owoc poznania
    uwolniła całe pokolenia ludzkości
    od dyktatury pana B.

    (Sufrażystka)

    Okładkowa twarz autora o hipnotyzującym spojrzeniu, która wynurza się z ciemności, oddaje ducha tej poezji w konfrontacji z jego własnym mitem, paradoksalnie, opartym na romantycznym przeświadczeniu o swojej wyjątkowości i literackim posłannictwie ( proroka we własnym kraju), który sam siebie konstytuuje i zarazem unieważnia.

    […]
    Obarczony ciężarem wolnomyślicielstwa
    straciłem instynkt samozachowawczy
    […]
    z otchłani żywota
    spojrzałem przez judasza duszy
    wtórnie naznaczony
    współzależnością pokoleniowej hipokryzji

    (To coś o zabarwieniu współczesnym)

    Arkadiusz Aulich jest na początku niepewnej drogi do zaistnienia w literaturze, i oby nie zawrócił, bo obrał ciekawy kierunek. Kształtuje własną dykcję w korelacjach z wieloma językami i rejestrami mowy oraz w dyskursie narracji, m.in. historii literatury czy religijnych tekstów kultury. Dzięki temu udało mu się stworzyć wiele zaskakujących frazeologizmów. Nie obawia się terminów naukowych, kalek językowych, znanych cytatów czy też tytułów literackich i filmowych. Ta postmodernistyczna, „szalona”, a niekiedy transowa poetyka niestroniąca od barokowych metafor, swobodnych skojarzeń i odstępstw od norm językowych, bardziej współgra z tytułem tomiku niż sama rzeczywistość przedstawiona z jej deklaratywnością. Moim zdaniem, nie wszystkie próby wyrażalności, jakim język został tu poddany, przyniosły właściwy efekt, a z kilku wierszy można było zdjąć „nadmierny ciężar”. Autor całkowicie (egocentrycznie?) zaufał własnej intuicji.

    Odmienne stany świadomości języka — oto istota poezji w ogóle i jej szansa na rozpoznawalność, pod warunkiem jednak, że zachowuje normy językowe. Nie wszystkie naruszenia można uznać za licentia poetica, a jest ich tu sporo. Gdy zacierają się granice pomiędzy przedstawieniem a praktyką literacką, co w poezji autotematycznej jest normą, trudniej w tym „pomiędzy” dostrzec mankamenty warsztatowe, ale od czego jest redaktor..?

    ARKADIUSZ AULICH „Odmienne stany świadomości” — pobierz ebook

    Grażyna Baranowska jest obecna w kulturze od wielu lat. W Kutnowskiej bibliotece stworzyła swoisty azyl dla twórców: poetów, malarzy i muzyków. Choćby poprzez organizację spotkań autorskich, czy działalność krytyczną, redakcyjną i popularyzatorską. Publikowała m.in. w Arkadii, Migotaniach — Przejaśnieniach, Tyglu kultury w Akancie.
    Foto na stronie głównej: Ignacy Witkiewicz „Szatan”

    Recenzja książki „Odmienne stany świadomości”

    Arkadiusz Aulich

    KINGA MŁYNARSKA o książce Arkadiusza Aulicha Odmienne stany świadomości

    Odmienne stany świadomości to druga — po Domu czystych myśli — książka poetycka w dorobku Arkadiusza Aulicha. Na początku trzeba zwrócić uwagę na samą konstrukcję — tu bowiem kryje się już pierwsza wskazówka interpretacyjna. Tytuły rozdziałów podpowiadają, że będziemy mieć do czynienia z wnikliwym poszukiwaczem… samego siebie.

    Podmiot rozpoczyna od stanu poszukiwania własnego „Ja”. Oczywiście, mężczyzna pragnie odkryć siebie samego, w sensie swojej pierwotności, odnaleźć swoje nieskażone ja. Dlatego odrzuca wszelkie warstwy, którymi od lat obrastał (upokarzający uniform) — te przyjmowane mimowolnie (tradycja, obyczaje, religia, normy społeczne) oraz te, którymi się samodzielnie oblekał w różnych okresach życia (fascynacje, eksperymenty). Jednak podmiot idzie dalej – on próbuje odnaleźć również świat i jego naturalność, sens życia, sens istnienia w ogóle.

    Tkwi w tym jednak pewna pułapka, bo im więcej podmiot z siebie zrzuca, tym wyraźniej jawią mu się pewne sprawy. Zyskuje świadomość — pojęcie bardzo istotne w kontekście tego zbioru. A ona nie zawsze jest łaską, a może nawet nigdy nią nie jest. Jest za to brzemieniem, które uniemożliwia osiągnięcie szczęścia, radości czy choćby spokoju.

    Arkadiusz Aulich poezja
    Okładku tomu poetyckiego „Odmienna stany świadomości” Arkadiusza Aulicha, która ukazała się w 2019 roku, nakładem wydawnictwa Liberum Verbum. Źródło — materiały prasowe

     
    IV

    rozwarła zbrodnicze żądze pod postacią chleba i wina
    na końcowym szczeblu drabiny Jakubowej

    notabene
    krajobraz był nowożytny
    architektura była nowożytna
    wydarzenia były nowożytne
    ona usytuowana w nowożytnych tradycjach

    oczekując na iluminację osobistego umęczenia
    wrzasnęła !
    trzymając krucyfiks za jądro ciemności
    tłum wyznawców wiwatował
    w zwierzęcej orgii poznania

    Fragment wiersza „To coś o zabarwieniu współczesnym”

    Podmiot szuka też tego swoistego ognia, który rozpali jego wnętrze, czegoś, co nadałoby sensu jego istnieniu. Co zamieni egzystencję w życie. Wiara w Boga jest dla wielu taką substancją, mężczyzna jest sceptyczny, ale podejmuje wysiłek — poszukuje Stwórcy, choć jednak jego sposób jest dość specyficzny. Wadzi się z Bogiem czy raczej go prowokuje. Nie ma to na celu obrazy, to swoisty „test” obecności. Odpowiedź jednak nie nadchodzi. Podmiot patrzy na świat bez filtra, dlatego też trudno mu podążać za tłumem, wszak on więcej widzi, dociera głębiej. I bez skrępowania o tym opowiada, piętnując m. in. hipokryzję, głupotę czy bierność. Mierzi go golizna intelektualna, brak ambicji, życie bez głębi, bez refleksji. Uwierają też ziemskie sprawy.

    Podmiot „odmiennych…” poszukuje wspomnianego bodźca w sztuce i kulturze (stąd liczne odniesienia, aluzje), zwraca się ku pisaniu. Próbuje przekuć swoje spostrzeżenia, pragnienia i wątpliwości w akt twórczy. Ale i to nie do końca przynosi satysfakcję (nie może w pełni zaspokoić swojej potrzeby zaistnienia, pozostawienia śladu, np.: choruję na „Odrę”). Być może stąd biorą się też próby odnalezienia harmonii czy swoistego oczyszczenia w spełnieniu seksualnym.

    Aulich tworzy nieoczywiste metafory, nie zawsze możemy nadążyć za tokiem myślenia podmiotu i wtopić się w jego poetyckie wizje. Między wierszami wyczuwamy duży dystans i poczucie humoru autora, który nie stroni także od zabawy słowami (szczególnie lubi zestawiać wyrazy podobnie brzmiące oraz igrać ze znaczeniami). Trzeba jednak zaznaczyć, że i w tych „lżejszych” utworach też ukrywa się głęboka (i już całkiem poważna) refleksja nad kondycją człowieka i współczesnego świata. W „odmiennych” poeta nie boi się podejmować trudnych tematów, dla podkreślenia poszczególnych zagadnień sięga po poetykę szoku, najczęściej opierającą się na łączeniu sacrum i profanum.

    Arkadiusz Aulich jest prowokatorem, lirycznym dręczycielem — komponuje serię niepokojących obrazów, zadaje (choć nie wprost) niewygodne pytania, obnaża to, co sami chętnie ukrywamy za grubymi zasłonami, szokuje, zaprasza do polemiki.

    ARKADIUSZ AULICH „Odmienne stany świadomości” — pobierz ebook

    ………………………………………
    Arkadiusz Aulich — debiutował tomem wierszy „Dom czystych myśli” („Miniatura”, Kraków, 2018). Publikację: wydawnictwo św. Macieja Apostoła, „Szuflada”, „Wydawnictwoj”, „Eprawda”, mural świetlny — „Multipoezja”, „Helikopter”, „Obszary Przepisane”. Posiada w dorobku dwa tomy wierszy Dom czystych mysli i odmienne stany świadomości. (Wydawnictwo „Liberum Verbum”).

    Kinga Młynarska — blogerka, eseistka, recenzentka. Była redaktor działu poezji w kulturowo-literackim portalu internetowym „Szuflada”. Mama dwójki urwisów na pełen etat, absolwentka filologii polskiej z pasją, miłośniczka szeroko pojętej kultury i sztuki. Stawia na rozwój. Zwykle uśmiechnięta. Uczy się życia.

    Recenzja filmu „Słodki koniec dnia”

    Agnieszka Odrzywołek

    AGNIESZKA ODRZYWOŁEK o filmie Słodki koniec dnia

    Krystyna Janda jest spełnionym twórcą kultury, który nie odcina kuponów od swoich minionych dokonań artystycznych i sukcesów, a poszukuje nowych wyzwań. 5 maja miała miejsce premiera opery Stanisława Moniuszki „Hrabina” w jej reżyserii w Operze Bałtyckiej, aktorka jest również gościem teatrów w całej Polsce wraz ze sceniczną wersją pamiętników Sabiny Baral „Zapiski z wygnania”, na ekranach kin natomiast możemy ją oglądać w ostatnim filmie Jacka Borcucha „Słodki koniec dnia” i właśnie temu jej zawodowemu wcieleniu nagrodzonemu na festiwalu kina niezależnego w Sundance, oraz samemu filmowi oczywiście, poświęcam niniejszy tekst.

    Toskania otulona mglistą pierzynką w nocy i skąpana w palącym słońcu w ciągu dnia to miejsce akcji dramatu. Główną bohaterką jest Maria Linde (Krystyna Janda), doceniana i poważana w środowisku intelektualistów poetka, laureatka literackiego Nobla, polska Żydówka, która, po zawirowaniach politycznych u progu lat 80-tych w ojczystym kraju pozostaje we Włoszech, gdzie zastaje ją stan wojenny; zakłada rodzinę i wiedzie spokojne dostatnie życie. Do czasu. Nadchodzi bowiem dzień, gdy cały swój dorobek, estymę i pozycję jaką się cieszy wystawia sama na próbę, kiedy przyjmując nagrodę honorowego obywatela miasta Volterra wygłasza płomienny manifest polityczny, który wywoła burzę przede wszystkim moralną. Bo czy można akt terroru, do którego bohaterka się odnosi w przemówieniu, utożsamić, porównać, zrównać z aktem tworzenia, z formą artystycznej wypowiedzi?

    Czy można wolnością artystyczną usprawiedliwiać śmierć wielu niewinnych ludzi?

    Czy to nie jest legitymizacja, gloryfikacja przemocy, przyzwolenie, zachęta by po nią sięgnąć i zapewnić sobie w ten sposób popularność, publiczny poklask? Sama Maria Linde tłumaczy, że jest amoralna, że nie uzurpuje sobie prawa do bycia autorytetem w tej dziedzinie, odmawia w pewien sposób zajęcia miejsca na piedestale, na jakim wcześniej ją umieszczono. A przecież jej pochodzenie, doświadczenia życiowe mogą ten moralny mandat, zaufanie wobec niej, tłumaczyć. Zatem, czy jej przemowy nie należy odczytywać jako prowokacji, by wywołując szok u słuchaczy zmusić ich do refleksji, do rachunku sumienia, które starają się skutecznie zagłuszyć i uspokoić wspierając akcje humanitarne — łatwiej sypnąć groszem i tym samym stwarzać pozory zaangażowania.

    AGNIESZKA ODRZYWOŁEK recenzja
    Na zdjęciu: Kasia Smutniak w filmie „Słodki koniec dnia”, w reżyserii Jacka Borcucha. Foto: materiały prasowe

    To są pytania, z którymi widzowie filmu będą musieli się zmierzyć. Autorzy scenariusza — Jacek Borcuch i Szczepan Twardoch — znakomicie zachęcają widzów do refleksji na ten temat. Przywołują również postać Ezry Pounda — amerykańskiego poety, publicysty, literata, tłumacza przez wielu znawców jego twórczości stawianego w gronie największych, ale również faszystowskiego propagandystę i antysemitę, oskarżonego po wojnie o kolaborację i zdradę stanu i umieszczonego w obozie w stalowej ciasnej ażurowej klatce wystawionej na widok publiczny i działanie warunków atmosferycznych, gdzie spędził trzy tygodnie nie przestając pisać i doznając załamania nerwowego. Czy szaleństwo może komuś uratować życie? Ponoć z Poundem tak właśnie się stało. Klatka w filmie „Słodki koniec dnia” stanie się symbolem, ale odkrycie jej znaczenia pozostawię czytelnikom, a zarazem przyszłym widzom — na co mam nadzieję. Rodzi się jednak kolejne pytanie: Czy wielkość artysty możemy rozpatrywać jedynie wartościując jego dzieła w oderwaniu od postaw, zachowań, zasad lub ich braku, które wyznaje i stosuje jako człowiek?

    Tęsknota za młodością

    Odpowiedzialność twórcy za swoje dzieła, granice artystycznej ekspresji, integralność
    i współbrzmienie twórczości artysty i jego życia, wolność wypowiedzi to nie jedyne tematy poruszone w filmie. Na drugim planie pobrzmiewają echa kryzysu imigracyjnego, bowiem Maria wdaje się w dwuznaczną relację z uchodźcą, Egipcjaninem, co nie spotka się z aprobatą otoczenia i ochłodzi relacje z wyrozumiałym i jowialnym mężem. Pewne napięcie towarzyszy również więzi łączącej Marię z córką (Katarzyna Smutniak), mającej chyba za złe rodzicielce surowość w wychowaniu, może brak miłości, wszak artystę cechuje zwykle swoisty egocentryzm, jeśli nie egoizm.

    Krystyna Janda w roli Marii wypada doskonale,

    jej gra jest naturalna, stonowana, zalotna i dziewczęca w swej namiętności do młodego kochanka, radosna i wyluzowana w kontaktach z wnuczką, zdystansowana wobec córki, ciepła ale i czasem oficjalna w relacji z mężem. Zdecydowana, trzeźwa, bezkompromisowa w swoich poglądach i sądach, daje się ponieść emocjom, przeżywając swego rodzaju kryzys związany z upływem czasu i jego efektem na stan jej kobiecości. Kilkakrotnie w filmie wraca bardzo chwytliwy motyw z piosenki Miny „Città vuota” („Puste miasto”) jako wyraz tęsknoty za młodością i pierwszymi porywami serca. Na uwagę zasługuje Katarzyna Smutniak w roli córki, której dojrzałość i rozsądek w podejściu do życia zdaje się czasem stać w kontraście do zachowania głównej bohaterki.

    Film został pięknie sfotografowany przez Michała Dymka, nie są to jednak typowe pocztówkowe kadry, które zwykle dominują w amerykańskich produkcjach realizowanych w toskańskich plenerach. Włoskie krajobrazy stanowią przeciwwagę dla treści opowieści —
    ukazywane subtelnie, jak gdyby mimochodem między jedną sceną z rodzinnej codzienności, a drugą, snutą na ekranie. Twórcą oprawy muzycznej jest natomiast etatowy współpracownik Jacka Borcucha – Daniel Bloom, którego kompozycje możemy usłyszeć we „Wszystko, co kocham”, „Tulipanach”, „Nieulotnych”. Skromna, nienachalna, towarzysząca muzyka (na fortepianie Leszek Możdżer) dopełnia klimatu historii.
    Nazwiska twórców, aktualność tematyki, zdjęcia, muzyka i Toskania w tle — to niewątpliwe atuty tego filmu. Polecam!

    Agnieszka Odrzywołek — filolożka, miłośniczka kina, instruktorka tańca, kiedyś belferka od francuskiego i angielskiego, pracę w edukacji zamieniła na tę w korporacji.

    Fryderyk jest krawcem, który przestał szyć

    Andrzej Syska Szafrański

    KAROLINA GOZDALIK o książce Złodziej Snów

    Andrzej Syska Szafrański ukończył Akademię Świętokrzyską w Kielcach. Jest dyplomowanym artystą malarzem oraz pedagogiem. Zajmuje się malarstwem artystycznym i jako jedyny w powojennej Polsce tworzy panoramy.
    Panorama Świętokrzyska, która ukazuje wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku została zaprezentowana między innymi w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Kolejnym zamiłowaniem Andrzeja Syski Szafrańskiego jest pisarstwo. Z początku próbował swoich sił w krótkich opowiadaniach, a w 2013 roku zadebiutował książką Żółta czapka. Autor pisał również felietony i recenzje z wydarzeń artystyczno-kulturalnych dla wydawnictwa Dedal.

    Krawiec i jego rodzina

    Fryderyk jest krawcem, chociaż po tym, jak ucierpiał w wypadku, przestał szyć. Jego jedynym zajęciem, które przynosi mu jakiekolwiek dochody jest sprzątanie podwórek w kamienicach, ale i tak to, co zarobi, przepija z kolegami w knajpie. Fryderyk miał być muzykiem, znanym skrzypkiem, a przynajmniej tego chciała dla niego matka. On jedynak wybrał inną drogę. Zresztą życie od samego początku go nie rozpieszczało. Słabo zdana matura, potem nieudane małżeństwo, które rozpadło się dwa lata po ślubie. Jedynie szycie ludziom ubrań było czymś, co Fryderykowi wychodziło naprawdę dobrze. Po rozstaniu z Alicją, która wybrała bogatego lekarza, zamieszkał z matką. Mieszkanie, które zajmował wcześniej z żoną, przywoływało zbyt wiele wspomnień, dlatego od lat stało puste i niszczało.

    ANdrzej Syska Szafrański
    Okładka książki „Złodziej Snów” Andrzeja Syski Szafrańskiego. Foto: materiały prasowe

    Matka Fryderyka ma skłonność do przechowywania pamiątek z przeszłości. Wśród nich znajduje się tajemnicza, zamykana na kluczyk, szkatułka, której Maria nikomu nie pozwala dotykać. Pech chciał, że Fryderyk niszczy ją zupełnie niechcący, przekomarzając się z rodzicielką. Okazuje się, że nie jest ona pusta. W środku znajduje się czarno-biała fotografia, na której prócz jego matki jest jeszcze kilka postaci i dziecko. Fryderyk próbuje dowiedzieć się więcej o ludziach, którzy zostali uwiecznieni na zdjęciu. Zastanawia się, z jakiego powodu fotografia była skrywana przez tyle lat. Maria jest jednak jak zawsze tajemnicza i nie ulega wątpliwości, że stara się ukryć coś nie tylko przed synem, ale i przed całym światem. Rozbita szkatułka uruchamia lawinę niewytłumaczalnych zjawisk. Fryderyka dręczą nocne koszmary, w których ludzie z fotografii są niebieskimi wronami, do tego w ludzkiej postaci i lubiącymi bardzo ludzkie rzeczy (na przykład alkohol). Zawsze gdy rozmowa z wronami wkracza na temat matki Fryderyka, pojawia się czerwona wrona w zupełnie „wroniej” postaci i pozostałe wrony bezzwłocznie odlatują. Czy te sny to tylko wybujała wyobraźnia i pijackie majaki, czy rzeczywiście mają jakiś związek z tajemniczą fotografią?

    Przyznam, że mam ogromny kłopot z zakwalifikowaniem tej książki do jakiegoś konkretnego gatunku literackiego. Nie jest to z pewnością fantastyka ani tym bardziej horror. Myślę, że najbliżej jej do thrillera. A jednak w tej powieści znajdziemy cechy każdego z tych gatunków. Totalny misz-masz, sprawia, że jest to historia wyjątkowa, obok której nie można przejść obojętnie.
    Aura tajemniczości towarzyszy czytelnikowi aż do ostatnich stron. Andrzej Syska Szafrański stopniowo buduje napięcie, wprowadza nas w niezwykły, nieco mroczny i niezrozumiały świat. Fabuła książki jest oryginalna, jak do tej pory nie spotkałam się z utworem literackim o podobnym przebiegu zdarzeń. I to zakończenie… Mocne, aczkolwiek raczej łatwe do przewidzenia.

    Autor zastosował narrację pierwszoosobową, dlatego losy Fryderyka śledzimy z jego punktu widzenia. Żywotność oraz obrazowość to cechy charakterystyczne dla stylu Andrzeja Syski Szafrańskiego. Potrafi przekazać uczucia, myśli oraz obrazy tak, by pobudzić wyobraźnię czytelnika.
    Dawno nie recenzowałam książki, o której trudno mi cokolwiek napisać. „Złodziej snów” to intrygująca, zagadkowa powieść, która zrobiła na mnie oszałamiające wrażenie. Ta historia nie potrzebuje pochlebnych recenzji, ponieważ broni się sama. Ten thriller z drobnymi elementami fantastyki i horroru z pewnością znajdzie wielu zwolenników.

    ANDRZEJ SYSKA SZAFRAŃSKI „Złodziej Snów” — zamów książkę

    Karolina Gozdalik: bloguję od 2005 roku. Jestem absolwentką Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Pracuję w jednej z państwowych instytucji publicznoprawnych, a wolne chwile poświęcam mojej rodzinie, przyjaciołom i oczywiście fantastyce. To właśnie koleżanki skierowały moje zainteresowania w stronę niezwykłego świata książki, filmu, serialu czy gry. A nawet znalazło się wśród nich miejsce dla mangi i anime. Bywam na lokalnych eventach poświęconych fantastyce.
    Więcej: Blog

    Recenzja książki „Sól, żona Lota”

    Szymon Kantorski Eprawda

    Sól w nasze rany, cały wagon soli
    By nie powiedział kto, że go nie boli

    Ponad dwadzieścia jej rodzajów, nie licząc grup chemicznych, kilku miejscowości, ciągów zaburzających w kryptografii oraz skojarzenia z wierszem Rafała Wojaczka. Ponadto liczne biblijne odniesienia, w których pieczętuje, uświęca, symbolizuje przymierze. Boski, nierozerwalny pakt. Także ten, zawarty z jedynym sprawiedliwym w Sodomie, Lotem.

    Obejrzałam się podobno z ciekawości.
    Ale prócz ciekawości mogłam mieć inne powody

    Wiersz Wisławy Szymborskiej, napisany w 1975 roku. Żona Lota spogląda na trawioną ogniem Sodomę i za złamanie boskiego prawa zmieniona zostaje w słup soli. Trudno doszukiwać się tu odwołania do tytułu książki, tekst powstał kilkanaście lat po jej wydaniu. Pokusa jednak istnieje. Losami biblijnej bohaterki interesowało się wielu autorów. Leszek Kołakowski wplata je w tryby totalitarnej machiny, jako przestrogę przed zbytnim przywiązaniem do pamięci. Anna Achmatowa w napisanym po 1922 roku wierszu także od owej pamięci ucieka, jednak w zupełnie inną, rewolucyjna stronę. Bliższa pokoleniowo Szymborskiej, poetka Beata Obertyńska, która w 1945 roku mając za sobą grozę ledwie co zakończonej wojny, wystawia swoją bohaterkę na żer samotnej, choć uświadomionej kary.

    Powstałe na przestrzeni kilkudziesięciu lat teksty oczywiście różnią się, jednak zarówno Achmatowa jak i Szymborska krytycznie postrzegają w nich historię.

    U tej ostatniej to raczej dezaprobata dla kolejnych niespójnych, nie dających się sprawdzić wersji, nadpisań i zafałszowań. Paradoksalnie jednak, wielość możliwych przyczyń tragicznego losu żony Lota, opisanych przez autorkę nie wynika z chęci odnalezienia jednej, prawdziwej. To zabieg wręcz przeciwny. Wprowadzając pozorny zamęt i elementy niejednoznaczności, urealnia dotychczas anonimową kobiecą postać. Wielokrotnie analizowane użycie słowa „podobno”, oraz konsekwentnie w toku wiersza „miałam wrażenie”, „możliwe”, to zdaniem Clare Cavanagh jedynie hipotezy, nie zaś opowiedziana ze szczegółami historia. Nieregularność tekstu Szymborskiej jest przemyślana, ukazuje w specyficzny, nieco „poklatkowy” sposób raczej emocje, niż możliwe racjonalne przyczyny postępowania. Mamy tu do czynienia z całą paletą występujących lub tylko urealnionych zdarzeń, oraz swoiste wybiegi słowne, okraszone nowomową charakterystyczną dla ankiet czy policyjnych protokołów. Ta spotęgowana przez Szymborską wielość i nieoznaczoność oraz niemożność jednoznacznego sprawdzenia, wydają się stać w jawnym konflikcie z nieodwracalnością zamiany w słup soli. Nagłemu przeistoczeniu istoty tak wielowymiarowej w minerał, prawie kamień.

    Szymon Kantorski
    Na zdjęciu: formacja geologiczna na wzgórzu Sodom nad Morzem Martwym, zwana „Żoną Lota”. Źródło: Wikipedia

    Zwolennicy spiskowych teorii nie wierzą w zbiegi okoliczności. Rycina struktury kryształu ukazana na okładce „Soli” przywodzi na myśl drapacze chmur. Czyżby współczesnej nam Sodomy? To prawdopodobne. Z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem, jak zauważa Marcin Świetlicki. I trudno doszukiwać się tu choćby cienia spisku. Od pierwszego wydania książki w 1962 roku minęło kilkadziesiąt lat. To zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, iż została bardzo dobrze przyjęta. Wśród licznych, pisanych przez Zbigniewa Herberta do Szymborskiej listów odnajdujemy potwierdzenie tego faktu: Żyję jak we śnie i zupełnie nie potrafię dać sobie rady z tą słoną magią. To jest najlepszy tom wierszy, jaki ukazał się po wojnie, możesz mi wierzyć. W 1963 roku książkę nagrodziło Ministerstwo Kultury i Sztuki. Dlaczego czytelnicy nie doczekali się kolejnych wydań? Uczyniło to dopiero w roku 2018 wydawnictwo „Znak”, w serii wznowień książek noblistki. Przyczyn mogło być wiele. Sama Szymborska zaaprobowała całość tekstów z niej do zbioru „Wierszy wybranych”, podczas gdy inne tomiki zostały przez poetkę potraktowane bardziej wybiórczo, niektóre zupełnie pominięte. Nawet „Wołanie do Yeti”, poprzedzające „Sól”, stawiające ją zresztą w dość niezręcznej sytuacji książki „po udanym debiucie”, zostało na potrzeby tego wydawnictwa nieco uszczuplone. „Wołanie do Yeti” uważane jest niekiedy za „właściwy” debiut noblistki. Znalazły się tam wiersze wpisujące się na stałe w kanon polskiej poezji, choćby „Z nieodbytej wyprawy w Himalaje”, „Martwa natura z balonikiem”, „Atlantyda”, „Dwie małpy Bruegla” czy królujące później na deskach estrad „Nic dwa razy”. „Sól” to jednak czwarta z kolei książka Szymborskiej a ów „niewłaściwy” debiut, powód dla którego zdaniem Tadeusza Nyczka ,em>nigdy nie ukażą się „Wiersze zebrane” Wisławy Szymborskiej to „Dlaczego żyjemy” z roku 1952 i „Pytania zadawane sobie” z 1954. Książki wyrosłe z ówczesnej wiary autorki w system socjalistyczny, w poetów jako „inżynierów dusz”, pozostały mimo licznych przytyków krytyki jak i czytelników autentycznym doświadczeniem autorki, które trudno raz na zawsze pominąć milczeniem. Pozostawić bez cienia wątpliwości w ogniu spalonej Sodomy. Bo choć racjonalnie często między świat i postęp wciska się jakaś teoria, jakaś ideologia, obiecująca wszystko posegregować i objaśnić, jak wspomniała sama poetka, to przecież O nie! O nie! W godzinie złej Nie trzeba spadać z miny swej! („Koloratura”). W tym kontekście rozterki żony Lota, naszkicowane przez Szymborską bliskie są także jej samej. Jak zauważa Cavanagh w swej analizie Motywacje kierujące postępowaniem ludzi są sprzeczne pogmatwane, zróżnicowane że my sami rzadko potrafimy odtworzyć kompletną historię naszego życia.

    Czy to zasadnicze ograniczenie tyczące naszej historii, skłaniać może do prób nawiązania dialogu z innymi bytami? Kamieniem, rybą, kroplą wody czy choćby tytułowym Yeti z „właściwego” debiutu poetki. Podnoszony m.in. przez Wojciecha Ligęzę w kontekście „Soli” wątek antropologiczny, widoczny jest nie tylko w słynnej „Rozmowie z kamieniem” ale także w „Notatce”, „Wodzie”, „W rzece Heraklita”, „Małpie”. Czy dialog ze współczesnym Szymborskiej człowiekiem nie był już zajmujący? Czy może zbyt trudny, lub niemożliwy? Żona Lota stwierdza bardzo dobitnie:

    Aby nie patrzeć dłużej w sprawiedliwy kark
    męża mojego, Lota.
    Z nagłej pewności, że gdybym umarła,
    nawet by nie przystanął
    .

    To nawet bardziej „słona” konstatacja, niż ta przywołana na wstępie, autorstwa Wojaczka. Po co w takim razie próby wywołania wzruszenia w kamieniu uwagą o śmiertelności człowieka? A nadawanie imion wodzie? Doszukiwanie się jej ludzkich konotacji, świętości i grzechu, Byłaś w chrzcielnicach i wannach kurtyzan. Szymborska dostrzega rysy na kamieniu i zalotną, jakże ludzką kokieterię małpy. Mówi jednak językiem zrozumiałym tylko nam, ludziom, do bytów które nie pojmują podskórnych intencji poetki. Jest świadoma tych ograniczeń, tłumaczy oczywiste milczenie – Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy („Rozmowa z kamieniem”). Czy jest to więc ślepa uliczka? Nyczek zauważa, iż w czasie powstawania wierszy do „Soli” Szymborska jeszcze zdawała się wierzyć, że choć do istoty kamienia przeniknąć się nie da, to przynajmniej można z nim o tym p o r o z m a w i a ć. To wytworzenie iluzji dialogu dostrzegł w swym omówieniu również Ligęza. Być może z rzeczami po prostu o wiele łatwiej rozmawiać niż z ludźmi? Choć obcowanie z kamieniem, głównie przez jego całkowitą nieprzenikalność jest nużąco jednostronne, to posiada on swoją historię, która jest jako tako przewidywalna. Paradoksalnie jednak, dla ludzi a raczej ich chwiejnego człowieczeństwa nieprzenikniona. Bowiem prawda o nas że się zbudzi, kiedy już wszystko będzie przeliczone aż do ziarenka piasku („Wiersz ku czci”) to bolesny osąd. Boleśniejszy niż nieudane próby dialogu z kamieniem. Otaczające nas przedmioty są również trwalsze, jak korona która przeczekała głowę, wachlarz bez rumieńca, miecz pozbawiony gniewu („Muzeum”). Jednakże bez ludzkiego kontekstu, owego wyruszania do mojego snu („Sen”) choć istnieją realnie, tracą nasze zainteresowanie. Biorąc jednak pod uwagę wspomniane już skromne możliwości poznawcze, my ludzie możemy nie domyślać się wszystkiego. O czym niewątpliwie zaświadczyć może pewna łyżka, ze słynnego wiersza Charlesa Simica. Wzajemnie przenikanie świata przedmiotów i ludzi było w owym czasie dla Szymborskiej istotne. W późniejszym okresie twórczości, jak zauważa Nyczek, będą już milczącym tłem, żyjącym swoim odrębnym nieprzeniknionym bytem. A słowa poetki To, co do was mówię, to monolog, określą tę zależność. Czy dotyczą także nas samych? To bardzo prawdopodobne, nieudany dialog z kamieniem nie jest jedynym. Nasi ludzie / nie umieją mówić z sobą („Niespodziane spotkanie”).

    Autorka „Soli” posiadła pewną magiczną zdolność, której doświadczamy w trakcie lektury, wydobytą z ukrycia filutkę z filigranu („Koloratura”). Ironia, jedna z poetyckich wizytówek noblistki, pomaga patrzeć na świat a przede wszystkim wypełniających go ludzi. Jest narzędziem które nie tylko celnie puentuje, lecz stanowi swego rodzaju barierę, filtr przez który można swobodnie oddychać i smakować. Nie tępiąc przy tym wrażliwych zmysłów. Często to autoironia, choćby z „Wieczoru autorskiego” czy „Nagrobka”. Staroświecka jak przecinek Szymborska skrywa w owym narzędziu także inną funkcję, wyostrzającą poetyckie widzenie. Za jego pomocą można mierzyć się już nie tylko z pojedynczymi losami, ale także opisem zbiorowych ułomności świata. Wypełnionego samotnością żałośni jedno dla drugiego stoją naprzeciw lustra („Bez tytułu”), obcością gdy milkniemy w połowie zdania („Niespodziane spotkanie”), rytualnymi zachowaniami z „Konkursu piękności męskiej”. Oczywiście ironia nie jest uniwersalnym kluczem, zwłaszcza w tekstach które Nyczek nazywa filozoficznymi prozami poetyckimi (…) poza tym tomem nigdzie nie powtórzonymi jako konwencja. Opisami doprowadzonego w XX wieku do mechanicznej perfekcji ludobójstwa („Obóz głodowy pod Jasłem”), pustki jaką przez lata wytworzyli między sobą bohaterowie „Złotych godów”, czy rozmowy na wieży Babel. Ironia pojawia się także tam, gdzie potencjalnie nie ma dla niej miejsca. Jako puenta pochwały odmienności, pozornej utraty, która niesie nowe możliwości („Clochard”), czy w dramacie Troi. Dotkliwie kpi również z samej poezji, jako niekoniecznego wyboru, Z ogniem ale niewielkim bo się placek spali („Wieczór autorski”). Jest w końcu momentami ocieraniem się o szyderstwo. Działa obronnie, odruchem gromadzonej przez lata wiedzy, sumą zebranych doświadczeń. Na podobieństwo kolejnych słonych grudek osiadających rok za rokiem na nadmorskich skałach. Nie szuka jednak ostatecznych odpowiedzi, nie jest na to gotowa. Nie wiem i nie chce wiedzieć która to godzina („Na wieży Babel”)

    W najnowszym wydaniu „Soli” zamieszczono przedruki dwóch rękopisów autorki. Widoczne są drobne zmiany w tekście. Wykreślony z „Lekcji” wers – nikomu to do głowy co zrobiła nie wpadło, jest paradoksalnie celnym komentarzem nie tylko do przywołanej przeze mnie historii żony Lota, ale także przeżyć samej poetki. Suma doświadczeń Szymborskiej w 1962 roku była nacechowana przeżyciami całego pokolenia. Miała okazję dorastać w czasie najokrutniejszej ze światowych wojen. Widziała rewolucyjny zamęt tuż po niej, choć nie była jego ofiarą. Doświadczyła utraty bliskich. Reakcje tak ukształtowanej poetyckiej wrażliwości mogły być krańcowo różne. Wskazywana przez Nyczka z punktu widzenia współczesnej wiedzy literackiej droga dochodzenia Szymborskiej od antropocentryzmu do swoistego panbiologizmu była w momencie powstawania tej książki jeszcze nieznana i nieodgadniona. Opuściwszy krainę dzieciństwa, wojny, pierwszych lat powojennych, ma za plecami coś na kształt miasta, po części zdewastowanego i zamkniętego. Powrót tam nie jest już możliwy, nie tylko wskutek upływu czasu, przemian i zdarzeń na które nie miała wpływu, lecz także osobistych, nie zawsze trafnych, dokonanych w życiu wyborów. Z miasta smoków tylko deszcz i nic prócz deszczu („Elegia podróżna”). Wznowiona przez „Znak” książka jest bowiem w pewnym sensie podrożą w nieznane.

    Sól, stan skupienia, jego potencjalna odwracalność. Chemia jest nauką ścisłą. Może kpić z poezji, tak wielowątkowa, nieprzewidywalna, często sprzeczna struktura nie mogłaby zaistnieć w jej granicach. Jest jednak również nauką o zmianie, przechodzeniu, przenikaniu, czasem gwałtownym i całopalnym, jak losy mieszkańców Troi, rozstania i powroty kochanków. Niekiedy powolną egzystencją zakurzonych muzealnych przedmiotów czy gramatycznych potyczek z historią. Czasem zupełnie nie wchodzącym w reakcję światem kamienia. Odległym, pisanym w obcym języku szumem wody. Sól z perspektywy żony Lota to moment utraty, lecz także wybór, wartość której nie sposób pominąć. Pokrewność ich losów jest oczywista. Wypełniona całą biblijną symboliką, wszelakimi możliwymi reakcjami, odnośnikami, ów stan w który zamienił żonę Lota Stwórca wydaje się w tekście Szymborskiej przejściowy. Moment zatrzymania w drodze. Dla myślącej, czującej poetki jedyny możliwy do zaakceptowania. Wielowątkowa postać wymykająca się w kilkunastu odsłonach jakimkolwiek próbom klasyfikacji, oceny, ale także konwencji i zniewoleniu przez obcy, kamienny byt, to symbol człowieczeństwa. Pochwała wolnej woli. Przywołany przez Ligęzę w kontekście dialogu z kamieniem Zbigniew Herbert prowadzi przewrotną grę z własnymi wyobrażeniami, mianowicie zaprzecza przeświadczeniu, że kamień najlepiej reprezentuje „ideę niezmienności”. Szymborska mierzy się więc nie tylko ze swoimi przypuszczeniami i rozterkami. Dołącza na swój oryginalny sposób do pewnej już istniejącej świadomości. Można pokusić się o twierdzenie, iż ta myśl dojrzewała w poetce od czasów „Soli”. Napisany w latach 70 tych wiersz o żonie Lota miał już bowiem w niej swoje preludia a wielokrotnie okręcająca się bohaterka wiersza swoje poprzedniczki – Będę, ach, lekka w ruchu ramion / ach, lekka w odwróceniu głowy („Cień”), (…) tańczę, tańczę w zdumionej skórze, w objęciu, które mnie stwarza („Przy winie”). A chwile pod murami Sodomy odnajdujemy również w gorzkiej ironii zapisków spod Troi:

    Małe dziewczynki
    z wieży uśmiechu
    patrzą na katastrofę

    Analogie można by mnożyć. Oczywiście dopatrywanie się bezpośrednich odniesień i kontekstów może być mylące, dramat żony Lota dojrzewał jednak w losach wspomnianych bohaterek wierszy Szymborskiej. Nie tylko jako poetycki leitmotiv, lecz jako pewien zamysł, postawa. Nie zapominajmy również o wspomnianych na początku kryptograficznych odniesieniach soli. Ilości szyfrów i zagadek zawartych w każdym z nas przeczy czysto chemicznemu równaniu. Umykająca takiej klasyfikacji Szymborska była w tym konsekwentna. Przewrotnie, wydobyta po wielu latach „Sól” może przejść jeszcze niejedną przemianę w gorejącym, przepraszam, gwoli ścisłości, tlącym się ogniu krytyki literackiej.

    Na marginesie tej lektury zastanawiałem się nad bezimiennością żony Lota. Jest biblijne umotywowana. Małżonka bratanka patriarchy Abrahama nie miała imienia. Metaforyczne, starotestamentowe pouczenie, iż za nieposłuszeństwo czeka nas kara, przekłada się przez to dobitniej na nas wszystkich. Przywołując jednak w toku całego tekstu „żonę Lota” doświadczałem raz po raz niepokojącej anonimowości. Kojarzonej bezwiednie z losami „nieznanych żołnierzy”, osób NN, zaginionych, rozsianych po całym świecie nieoznaczonych, nieodkrytych grobów. Specyfika ukazania przez Szymborską skłaniała mnie do nadania jej w toku pracy nad tekstem choćby drobnego, roboczego imienia. Lecz jedyne które mi przychodziło do głowy – Sól, gmatwało całą sprawę. Zostawmy ją więc zagmatwaną.

    „Sól”, Wisława Szymborska, wyd. „Znak”, 2018.
    Wiersz „Żona Lota” pochodzi z tomu „Wielka liczba”, Wisława Szymborska, 1976r.
    Tekst omówienia ukazał się w poznańskim piśmie sic-egazeta studencka.

    Szymon Kantorski (1969) — mieszka w Poznaniu. Poeta, współzałożyciel pisma „Już Jest Jutro”. Autor tomików „Solo” — Biblioteka „Nowego Nurtu” oraz „Duety” — WBPiCAK. Wiersze publikował w kilku antologiach, m.in. „Macie swoich poetów”, „ Antologia nowej poezji polskiej. 1990- 1999”, „Parnas bis”, „ Contemporary Writers of Poland 2000 – 2014”, „Przewodnik po zaminowanym terenie” oraz pismach, m.in. Czasie Kultury, Fa-Arcie, Gazecie Wyborczej, helikopterze, Już Jest Jutro, Kresach, Lampie, Magazynie Literackim, Nowym Nurcie, Odrze, Red. Współpracuje z pismem „TarNowa Kultura” i portalem eprawda.pl. Miłośnik jazzu, niekiedy dziennikarz, zdawkowo krytyk. Czasami lubi wyjść do sklepu po papierosy i wrócić po paru latach. Więcej: Portfolio

    Emoralni*