Te ptaki uważają się za ważniejsze od ludzi

Justyna Grędel „Gołębie” fragment [proza]

Gołębie to ptaki, które uważają, że są bardziej uprzywilejowane niż ludzie. Przywłaszczyły sobie place, parki i chodniki, po których paradują dumnie, wypatrując kolejnej ofiary, są prawdziwym utrapieniem. Całymi dniami osaczają przechodniów, niczym natarczywy sprzedawca chcący upchnąć felerny towar naiwnym nabywcom. Żebrzą o najmniejszy okruszek, przebierając małymi nóżkami wokół potencjalnej ofiary, a potem gruchają z radości, wydziobując resztki jedzenia. Najgorzej jest, gdy nieświadomi lokatorzy smażą się na zatłoczonej plaży lub wylegują w zapluskwionym hotelu na drugim końcu Polski, a wtedy one, niczym rasowy złodziej, zakradają się po cichu i przejmują balkon.

ROA — street art
JOAN CORNELLA — grafika
PATRICIA PICCININI — rzeźba
TOMASZ A. MORRIS Izrael
C. GRETKUS Zakazana roślina. Konopie indyjskie
Szymon Brodziak -- fotografia
Formatowanie społeczeństwa. ZBIGNIEW SAJNÓG Cyfryzacja
PAWEŁ TROJNACKI -- proza
RON MUECK — rzeźba
Roa

STREET ART | ROA

JOAN CORNELLA

GRAFIKA | CORNELLA

PATRICIA PICCININI

RZEŹBA | PICCININI

Izrael

REPORTAŻ | TOMASZ A. MORRIS

Zakazana roślina

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

HISTORIA. FAKTY. MEDYCYNA

Szymon Brodziak

FOTOGRAFIA | BRODZIAK

ZBIGNIEW SAJNÓG Cyfryzacja

ARTYKUŁ | Z. SAJNÓG

FORMATOWANIE
SPOŁECZEŃSTWA

PAWEŁ TROJNACKI

PROZA | PAWEŁ TROJNACKI

Biegam wzrokiem po twarzach ludzi,
którzy przyszli na pogrzeb

Piotr Pasiewicz

PASIEWICZ | MALARSTWO

Nie ma nic stałego

RON MUECK

RZEŹBA | RON MUECK

Opętanie hiperrealizmem

previous arrow
next arrow

Wybrana kolekcja: 65 opowiadań współczesnych polskich autorów

Tylko w moim mieszkaniu było inaczej: bez żadnych zasad, nie czekały, aż wyjadę, tak jakby wiedziały, że to bezcelowe, bo wcześniej wyniosą mnie stąd nogami do przodu. Pewnie dlatego mój balkon na trzecim piętrze od strony południowej przywłaszczyły sobie bez skrupułów. Nie przewidziały tylko, z kim mają do czynienia.

Każdego dnia po porannej kawie walka zaczynała się od nowa. Krzyczałam do utraty głosu, wymachiwałam dłońmi, chociaż cierpły mi potem i bolały, robiłam straszne miny i groziłam palcem. Bardzo dziwiło mnie, że to nic nie znaczy — patrzyły jak na starą wariatkę, stroszyły piórka i odwracały się w przeciwnym kierunku. Może myślały, że to już koniec, śmiejąc się po cichu swoim ptasim śmiechem, ale to ja szydziłam z nich, obmyślając dalszą część planu. Kolejna runda rozpoczęła się od wymachiwania laską, uderzania pięścią w szybę i straszenia intruza ścierką albo gazetą, tak jak robi się z kotem, gdy bez pozwolenie zakradnie się za próg domu.
Coraz bardziej chce mi się pić, ile można czekać na wodę, desperacko otwieram usta jak ryba wyłowiona z wody i chcę krzyknąć nagląco, ale przypominam sobie, że mój syn ze mną nie mieszka (…)

Justyna Grędel (1993) – absolwentka administracji na Uniwersytecie Jagiellońskim i pracy socjalnej na Uniwersytecie Rzeszowskim, autorka książki wydanej w Ridero „Na drodze do odwagi. Cele, trudności, dylematy i strach.”, publikowała w czasopiśmie „Bezkres” i antologii pokonkursowej, prowadzi bloga „Poszukiwacze słońca”.

BARTOSZ BRZEZIŃSKI -- reportaż
Szymon Bujalski wwywiad
Anarchiści -- wywiad
JANUSZ ZAGÓRSKI — kim oni są?
JERZY JARNIEWICZ -- wywiad
Marta Motyl -- eprawda wywiad
Warszawa, Paryż, Bruksela… MARIUS ZABINSKI — wywiad z
Od tego filmu się zaczęło — ZEITGEIST. The Movie
TOMASZ A. MORRIS Wenezuela
C. GRETKUS Sztuczna inteligencja (AI) -- artykuł
Marek Jodkiewicz artykuł
JOE WEBB — grafika
PROJEKT UJAWNIENIE. Waszyngton. National Press Club
BARTOSZ BRZEZIŃSKI

REPORTAŻ | BRZEZIŃSKI

Szymon Bujalski

BUJALSKI | WYWIAD

Świat jak Titanic

Anarchiści -- wywiad

WYWIAD | WOLAŃSKI FA POZNAŃ

JANUSZ ZAGÓRSKI

WYWIAD | ZAGÓRSKI

Niespiskowa teoria dziejów

JERZY JARNIEWICZ

WYWIAD | JARNIEWICZ

Wybitny tłumacz
o możliwościach literatury

Marta Motyl

WYWIAD | MARTA MOTYL

Historia sztuki

MARIUS ZABINSKI

ZABINSKI | MALARSTWO

Christian

ANIMACJA | JOHNSON

TOMASZ A. MORRIS

REPORTAŻ | MORRIS

Najtańsza benzyna na świecie.
Najwięcej tytułów miss Universe

Sztuczna inteligencja

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Kto jest kim w branży AI

Marek Jodkiewicz

ARTYKUŁ | JODKIEWICZ

JOE WEBB

GRAFIKA | JOE WEBB

Piękno przejawia się
w różnych formach

Projekt Ujawnienie

VIDEO | WASZYNGTON PRESS CLUB

Słynna konferencja
badająca fakty
związane z UFO

previous arrow
next arrow

Czytaj także: Już w latach 60. Truman Capote mówi, że właściwie nie ma szans, żeby pisarz zaistniał na pierwszych stronach gazet czy w telewizji dzięki temu co tworzy. I to już wtedy była prawda, ale istniała jeszcze taka instytucja jak zaangażowany intelektualista w typie Sartre’a. Teraz zaangażowany intelektualista nie jest potrzebny, więc pisarz może zaistnieć tylko, jeśli palnie jakąś głupotę. Albo z kimś się prześpi. Najlepiej ze znanym politykiem lub celebrytą. Podsumowując: innego końca literatury nie będzie.

Literaci, jak faraonowie, nigdy nie umierają bez piramidy w Al-Szuflada

Andrzej Syska Szafrański

Andrzej Syska-Szafrański „Starość” [proza]

Nie sprzedali mi papierosów, bo pani za ladą stwierdziła, że jestem za stary i mogę w każdej chwili umrzeć. Od zawsze paliłem i nie umarłem, to niby dlaczego miałbym umrzeć teraz. Chciałem usiąść na parkowej ławce, żeby popatrzeć na ptaki, nasycić oczy i duszę okalającą mnie przyrodą. Gdy zasiadałem na ławce, nagle za rękaw chwycił mnie człowiek w średnim wieku, może trochę starszy, a może młodszy, krzycząc, żebym tego nie robił i że mi zabrania siadać, bo mogę już nie wstać, gdyż jestem za stary i za słaby żeby siadać na ławce w parku. Zastanie mnie noc — dodał — i nikt nie przyjdzie mi z pomocą, żebym wstał z tej ławki, i że mogę przez to umrzeć na siedząco w parku, na ławce i nawet nie przeleci nad moją głową ptak, bo w nocy ptaki śpią jak ludzie.

BARTOSZ BRZEZIŃSKI -- reportaż
Szymon Bujalski wwywiad
Anarchiści -- wywiad
JANUSZ ZAGÓRSKI — kim oni są?
JERZY JARNIEWICZ -- wywiad
Marta Motyl -- eprawda wywiad
Warszawa, Paryż, Bruksela… MARIUS ZABINSKI — wywiad z
Od tego filmu się zaczęło — ZEITGEIST. The Movie
TOMASZ A. MORRIS Wenezuela
C. GRETKUS Sztuczna inteligencja (AI) -- artykuł
Marek Jodkiewicz artykuł
JOE WEBB — grafika
PROJEKT UJAWNIENIE. Waszyngton. National Press Club
BARTOSZ BRZEZIŃSKI

REPORTAŻ | BRZEZIŃSKI

Szymon Bujalski

BUJALSKI | WYWIAD

Świat jak Titanic

Anarchiści -- wywiad

WYWIAD | WOLAŃSKI FA POZNAŃ

JANUSZ ZAGÓRSKI

WYWIAD | ZAGÓRSKI

Niespiskowa teoria dziejów

JERZY JARNIEWICZ

WYWIAD | JARNIEWICZ

Wybitny tłumacz
o możliwościach literatury

Marta Motyl

WYWIAD | MARTA MOTYL

Historia sztuki

MARIUS ZABINSKI

ZABINSKI | MALARSTWO

Christian

ANIMACJA | JOHNSON

TOMASZ A. MORRIS

REPORTAŻ | MORRIS

Najtańsza benzyna na świecie.
Najwięcej tytułów miss Universe

Sztuczna inteligencja

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Kto jest kim w branży AI

Marek Jodkiewicz

ARTYKUŁ | JODKIEWICZ

JOE WEBB

GRAFIKA | JOE WEBB

Piękno przejawia się
w różnych formach

Projekt Ujawnienie

VIDEO | WASZYNGTON PRESS CLUB

Słynna konferencja
badająca fakty
związane z UFO

previous arrow
next arrow

Poszedłem do piekarni po bułki. Wąsaty jegomość oznajmił stanowczym tonem, że mi bułki nie sprzeda dla mojego dobra, gdyż troszczy się o moje zęby, twierdząc iż w moim wieku, to tylko ryżowe papki można jeść i popijać je niegazowaną wodą, bo papka ryżowa i woda zębów mi nie złamią. Poszedłem nad brzeg morza. Przede mną było mnóstwo samotnych fal. Ja czekałem, czekałem, czekałem…

Zobacz także: Świat jawi mi się jak jakiś śmietnik, po którym się łazi i zbiera jakieś resztki, które jacyś ludzie nazywają pięknem, dobrem, prawdą.

Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”. „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski. Ilustracja na stronie głównej: Andrzej Syska Szafrański „Bez tytułu”, olej na płótnie. Więcej: blog

Widział to wiele razy. Jego mieszkanie przypominało skłot

Victor Ficnerski Cyberpunk

Miał za sobą 4 wizyty w zakładzie psychiatrycznym, 3 próby samobójcze, sznyty na ramionach i chude, wymizerowane ciało. Przyszedłem go odwiedzić gdzieś w trakcie 2. lockdownu, w okolicy premiery Cyberpunka 2077. Spytał mnie jak leci. Powiedziałem, że pewnie tak, jak wszystkim. Budzę się z myślami samobójczymi, idę biegać i potem mi przechodzi. Powiedział, że u niego właśnie to samo. Byle skończyć tę cholerną grę. Potem może się zawijać.

Zobacz także: znajduję się we Friedrichshain. W dzielnicy, w której ciężko odróżnić modela od lewicowego aktywisty. [PROZA]

Jego mieszkanie przypominało skłot. Prawdziwą melinę. Widziałem to już w tak wielu różnych miejscach. Tylko gamingowy laptop i monitor były czyste. Resztę pokrywał lepki kurz. W kuchni nie było światła, lodówka nie była podłączona, w salonie walała się elektronika i przewodniki do papierowych RPG. Resztki śmieciowego żarcia, butelki po piwie, butelki po energetykach. Odpalił tę cholerną grę i mówił coś o remoncie, o nowych meblach, o swojej kobiecie z dzieckiem, z którą się rozstał. Powiedziałem, że mogę mu pomóc ze sprzątaniem. Powiedział, że z jego kobietą to był chyba błąd, bo nie było różowo, ale przynajmniej nie miał depresji. Wypiłem chyba dzbanek herbaty, a on wypił kilkanaście piw. Powiedział, że pojedzie na Connewitz po białe. Zasugerowałem, żeby został przy piwie. Potem pojechałem do domu.

Tłukąc się tramwajem myślałem, że ciężko komukolwiek pomóc.
Potem pomyślałem, że Cyberpunk 2077 jest przereklamowany.
Victor Ficnerski — eprawda

Victor Ficnerski (1990) — publikował w Wyspie, Fabulariach, EleWatorze, Afroncie, Arteriach, Cegle, Czasie literatury, Ricie Baum. Fragmenty mikropowieści w książkach “Dzieci wolności. Antologia przełomu” i „Przewodnik po zaminowanym terenie 2″. Debiutuje tomikiem “W tym mieście” (Wydawnictwo papierwdole, 2022). Mieszka we Wrocławiu.
Więcej: Patronite.pl | Papierwdole | Instagram.com
Grafika: r/AdultColoring

Musisz spodobać się Nieśmiertelnym

ARTUR ŻUREK -- opowiadanie

ARTUR ŻUREK Delectus

Jakąkolwiek podejmiesz decyzję, życie zawsze będzie inne niż wtedy, gdybyś podjął inną. — Simon Beckett

Ojciec i syn spieszyli w milczeniu. Trzydziestoletni Manal szedł zamyślony kilka kroków przed synem. Wydawał się nie pamiętać, że jego pierworodny Pyt ma tylko siedem lat i nie ma tyle sił, co dorosły. Chłopiec z trudem nadążał za ojcem. Wcześniej szli obok siebie i Manal mocno trzymał syna za rękę. Zbyt mocno, trochę boleśnie. Odkąd ścieżka stała się zbyt wąska, nawet dla jednej osoby, musieli iść gęsiego.

Dla Pyta było to zupełnie nowe doświadczenie. Jeszcze nigdy nie był tak daleko od domu i jeszcze nigdy ojciec nie był taki poważny. Wręcz smutny. Zawsze, kiedy chodzili do lasu, żeby sprawdzić wnyki, czy też nazbierać chrustu, ojciec się uśmiechał, często też opowiadał dziwne historie. Pyt uwielbiał, kiedy siadali gdzieś na polanie i słuchał o tym, że dawno temu, nie za górami i nie za lasami, nie trzeba było bać się Nieśmiertelnych ani chować przed Zapomnianymi. W opowieściach ojca jedzenie było dostępne w sklepach i w stołówkach. Pyt nie rozumiał czym były te miejsca. Nie umiał ich sobie wyobrazić, ale czuł, że musiały być piękne, skoro były pełne pożywienia.

Dzisiejsza wędrówka w niczym nie przypominała poprzednich. Pyt cieszył się, jak każdy syn, że idzie z ojcem, że dotrzymuje mu kroku, że pewnie czekają ich jakieś przygody, może coś upolują i będą mieć dużo mięsa. Nie rozumiał jednak, dlaczego ojciec cały czas milczy, dlaczego mama — Grana — była taka smutna, kiedy wychodzili o świcie. Dlaczego tak długo i mocno go ściskała? Dlaczego kazała mu się pożegnać z małą Tarą? Jego młodsza siostra nawet się nie obudziła, kiedy pogłaskał ją po głowie i poszedł za ojcem.

Minęły już prawie cztery godziny, odkąd wyszli nad ranem z ziemianki. Coraz bardziej odczuwali zmęczenie i głód. Ścieżka wyprowadziła ich na rozległą polanę. Z jednej strony zamykał ją las, z drugiej opierała się o szeroką, piaszczystą drogę.
— Usiądźmy. Odpoczniemy. Musimy pogadać — powiedział Manal. Ręką wskazał na nasłonecznioną część hali, na której już nie było rosy.
Pyt usiadł na trawie. Zdjął z nóg łapcie z wierzbowych witek i zaczął masować obolałe stopy.
Manal wyjął z torby suszoną rybę, przełamał na pół i jeden kawałek podał Pytowi. Wypił spory łyk wody i oddał plastikowy bidon synowi. Pojemnik, nazywany przez nich isostar, był nie tylko naczyniem na wodę, ale też pamiątką po dawnych czasach, o których często opowiadał ojciec. Podobno kiedyś w takich isostarach były słodkie napoje o różnych smakach i nikt ich nie zbierał. Wyrzucano je zaraz po wypiciu płynu. Pyt zupełnie nie rozumiał dlaczego pozbywano się czegoś, w czym można było nosić wodę. Napił się i oddał naczynie ojcu.
— Już widziałeś Nieśmiertelnych. Pamiętasz, co o nich opowiadałem? — spokojnym głosem zapytał Manal.
Pyt wyczuł, że zaczyna się coś ważnego i bez słowa skinął głową. Dobrze pamiętał, chociaż Nieśmiertelnych widział tylko raz.

* * *

Jak zwykle jesienią, razem z mamą przenosili ziemniaki z pola do jaskini. W ziemiance mieszkali, kiedy musieli pracować na roli bądź pilnować płodów przed rabusiami. Na jesieni zbierali wszystko, co im wyrosło i co zebrali w lesie i wnosili w góry do jaskini. Było tam dużo przyjemniej i znacznie bezpieczniej, niż w ziemiance w dolinie. Jaskinia była na tyle duża, że Manal zrobił kilka zamaskowanych wejść. Używali ich naprzemiennie, żeby obcym trudniej było je znaleźć.
Kopiec ziemniaków obłożyli gałęziami i mama układała na nim kamienie. Oczywiście nie będzie im łatwo sięgać do zapasów, ale utrudnią dostęp zwierzętom czy innym intruzom. Nagle Grana znieruchomiała. Zakryła Pytowi usta ręką i nasłuchiwała. Z zewnątrz dochodził dźwięk przypominający wiatr. Był coraz głośniejszy. Grana wzięła Pyta za rękę. Pociągnęła za sobą w stronę stalagmitów zasłaniających wąski korytarz prowadzący do jednego z wyjść. Przerażający dźwięk najpierw się nasilił, a potem ustał zupełnie. Nagła cisza unieruchomiła Granę i Pyta. Zatrzymali się i przykucnęli, schowani za stalagnatami.
— Zobacz, ktoś tu był. Robi zapasy. Może jeszcze jest? — doszedł do nich dźwięczny męski głos z wnętrza jaskini.
— Skoro robi zapasy, to planuje, myśli. Może warto sprawdzić, czy nie ma dzieci? — odpowiedział drugi intruz.
— Daj spokój, wiewiórki też się przygotowują na zimę, a nie zabieramy ich młodych. Zawalmy wejście i spadajmy.
— Spalmy też ziemniaki na wypadek, gdyby wrócili jakimś innym wejściem.
Pyt, przerażony i jednocześnie ciekawy, przez małą szczelinę między wapiennymi naciekami, jednym okiem obserwował dwóch mężczyzn. Nie wyglądali, jak jego ojciec. Byli znacznie wyżsi, smuklejsi i wyraźnie silniejsi. Ubrani w coś zielonego, ściśle opinającego ich ciała. Nie były to ciepłe zwierzęce skóry ani ubrania, które mama i tata czasami nosili, a głównie przerabiali na okrycia dla małej Tary i Pyta. Najbardziej rzucała się w oczy biała skóra przybyszów i brak zarostu na twarzach. Ich lica bardziej przypominały fizjonomie chłopców niż mężczyzn. Pyt był zafascynowany, obcy wydawali mu się piękni.
Jeden z nich, z trzymanego w rękach czegoś w rodzaju grubego kija, wystrzelił ogień i skierował go na kopiec ziemniaków. Po kilku minutach dym i smród spalenizny zaczęły dwóm intruzom wyraźnie przeszkadzać, wyszli z jaskini i za chwilę rozległ się grzmot, który przeszedł w huk głazów zasypujących wejście.

Grana i Pyt nie ucierpieli od wybuchu — wyszli jednym z dodatkowych przejść. Jaskinia, poza jednym wejściem, nie uległa dużym zniszczeniom i mogli jej nadal używać. Niestety, ziemniaków nie udało się uratować i najbliższa zima był ciężka. Głodowali.

* * *

Ojciec wyjaśnił mu, że to byli Nieśmiertelni. Pyt dowiedział się, że są silniejsi, lepiej widzą i lepiej słyszą, przede wszystkim nie chorują, a rany nie powodują ich śmierci. Żyją tak długo, że nikt nie widział i nie słyszał o ich śmierci — może nigdy nie umierają. Nie mieszkają w lesie i w górach, ale w pięknych kamiennych domach, które stoją koło siebie i tworzą miasta. Jedzenia mają tyle, że nigdy nie są głodni. Czasami polują na takich jak Pyt, jego siostra i rodzice. Łapią i zabijają. Pytowi wydało się to naturalne. Nieśmiertelni są lepsi, więc zasadzają się na nas, jak my na gorsze od nas wiewiórki, ryby i ptaki. Pomyślał, że dobrze byłoby być tym, którego nikt nie tropi. Nie chować się i nie uciekać. Czasami, kiedy nie było jedzenia, Pyt przypominał sobie spalone ziemniaki i piękne istoty, które pozbawiły ich zapasów na zimę.
— Posłuchaj mnie uważnie. — Głos ojca wyrwał Pyta ze wspomnień. — Jesteś na tyle duży, że wszystko zrozumiesz.

ARTUR ŻUREK [proza]
Manal w skupieniu patrzył na syna.
— Dawno temu, kiedy ciebie ani Tary nie było na świecie, a ja byłem młodszy od ciebie — zaczął opowieść Manal — Nieśmiertelni i tacy jak my żyli razem. Wszyscy nazywali się ludźmi. Niektórzy uprawiali pola, niektórzy polowali, jeszcze inni byli na tyle mądrzy, że starali się zmienić siebie i innych ludzi. To byli naukowcy. Oni wymyślili, jak poprawić wzrok, słuch, siłę, mądrość, a przede wszystkim leczyć choroby tak, żeby już nigdy nie chorować. Niestety, rozwiązanie nie było dostępne dla każdego. Gorsi — nieulepszeni —zaczęli się buntować. Domagali się, aby lepsi ich nie tylko karmili, ale również uczynili wiecznie zdrowymi i młodymi. Tak zaczęła się wielka wojna. Oczywiście przegrali tacy, jak my — było ich dużo więcej, ale nie mieli szans z poprawionymi, którzy we wszystkim dominowali. Zwycięzcy zaczęli siebie nazywać Nieśmiertelnymi, a wszystkich pozostałych ludzi podzielili na Użytecznych i Zapomnianych.
Pyt nie odrywał wzroku od ojca. Otworzył usta i wysunął koniec języka.
— Użyteczni nadal mieszkają z Nieśmiertelnymi. Wykonują dla nich różne prace. Dostają jedzenie i są leczeni. Jednak nie mają dzieci. Kiedy się starzeją są wyganiani i nikt ich nie karmi. Pewnie któregoś dnia już nie będzie Użytecznych w ogóle. Nie będą potrzebni Nieśmiertelnym.
Manal głośno przełknął ślinę.
— Zapomniani to ci, którzy nie umieli wykonywać żadnych prac przydatnych Nieśmiertelnym. Tacy byli moi rodzice — musieli pójść z miasta do lasu, z trudem przetrwali i wychowali mnie. Ja, chociaż urodziłem się w mieście z innymi ludźmi, dorastałem już jako Zapomniany. Ty nie poznałeś innego życia. Jeszcze nie poznałeś!
Manal uśmiechnął się.
— Nieśmiertelnych jest mało i coraz mniej. Nie mają dzieci. Dlatego synom Zapomnianych dają szansę na zostanie Nieśmiertelnymi. Każdy Zapomniany może przyprowadzić i pokazać swojego syna, który musi mieć siedem lat. Nieśmiertelni go obejrzą i zadadzą kilka pytań, a jeżeli się im spodoba, wezmą go do siebie, udoskonalą i będą uczyć. Będzie jednym z nich, nigdy nie będzie głodny i zawsze będzie bezpieczny. Niestety, nigdy już nie zobaczy swoich rodziców. Zostaną wymazani z jego pamięci. Jednak będą oni raz na rok dostawać dużo jedzenia i też już nigdy nie będą głodni.
Manal pogłaskał milczącego syna po głowie.
— Rozumiesz? Od ciebie zależy życie moje, mamy i małej Tary. Musisz spodobać się Nieśmiertelnym. Nigdy się nie zobaczymy, ale wszystkim nam będzie lepiej. Rozumiesz czego chcę od ciebie? Czego żądam? Przede wszystkim dla Tary.
Pyt oniemiał. Tak, bardzo chciałby być Nieśmiertelnym, ale razem z rodzicami, razem z Tarą. Chciałby być silny, syty, ale równie mocno chce bawić się z siostrą. Chce jej przynosić jagody. Chce chodzić z ojcem do lasu i słuchać jego opowieści. Chce przytulić się do mamy i być głaskanym po głowie.
„Dlaczego ojciec chce mnie oddać?”, pomyślał. Przed oczami stanęła mu płacząca z głodu Tara. Przypomniał sobie zupę z kory, którą jedzą w zimie. „Dla Tary, żeby nigdy nie był głodna”, zdecydował.
— Rozumiem, chcę być Nieśmiertelnym — powiedział Pyt jak mężczyzna, a nie siedmioletnie dziecko.
— Chodźmy, już czas. — Manal wstał. Przeszli przez łąkę, a potem kilometr drogą i dołączyli do innych ojców z siedmioletnimi synami. Wszyscy milczeli i uciekali wzrokiem pod nogi. Nikt nikogo nie pozdrawiał.
Na drodze pojawili się Nieśmiertelni. Piękni i młodzi.
„Jacy czyści”, pomyślał Pyt, kiedy jeden z nich szybkim ruchem założył mu na nadgarstek białą opaskę z czarnymi znaczkami. Po przejściu następnych kilkuset metrów stanęli przed innym Nieśmiertelnym, który beznamiętnie powiedział:
— Młody na prawo, za białą ścianę. Stary w lewo i prosto przed siebie.
— Dziękuję i przepraszam — szepnął Manal. Uścisnął syna i odszedł.
Pyt popychany przez Nieśmiertelnego i pod naporem innych chłopców skierował się w stronę białej ściany.

* * *

Manal doszedł do lasu, usiadł na pniu zwalonego drzewa. Ukrył twarz w dłoniach i zapłakał.
Okłamał Pyta mówiąc, że on, Grana i Tara będą mieli dużo jedzenia i już nigdy nie będą głodni. Dostał tylko pięć kilogramów ryżu. Jeden mały worek białych ziaren za syna. Będzie miał wielkie szczęście, jeżeli doniesie ten skarb do ziemianki, jeżeli po drodze nikt go nie okradnie i nie zabije. Płakał nie dlatego, że tak mało dostał za syna i nie dlatego, że go oszukał. Nie powiedział mu wszystkiego. Zataił, że oprócz Nieśmiertelnych, Użytecznych i Zapomnianych są jeszcze Odpady. Chłopcy, którzy nie są zbyt bystrzy, żeby polepszać ich mózgi i zmysły. Jednakże, na tyle zdrowi, że trafiają na Farmę. Są tam karmieni i trzymani w zdrowiu, dopóki ich organy nie staną się potrzebne Nieśmiertelnym. Ci, którzy nie tylko nie są inteligentni, ale również nie są zdrowi, są utylizowani natychmiast.
„Dokąd trafi Pyt?” pomyślał Manal. Otarł łzy, podniósł woreczek z ryżem i poszedł z powrotem do Grany i Tary.

* * *

Pyt siedział na drewnianej ławie, oparty o białą ścianę. Po krótkiej rozmowie, pobraniu krwi i jeszcze paru innych rzeczach, których nie rozumiał, założono mu obok białej opaski, jeszcze jedną, kolorową. Zauważył, że inni chłopcy siedzący pod ścianą też mają nowe opaski. Było dużo żółtych, sporo czerwonych i bardzo mało zielonych.

* * *

Kerestes, starszy selekcjoner, podpisał protokół: „Przebadano 124 chłopców w wieku siedmiu lat. Zakwalifikowano dwunastu do dalszych testów i ewentualnego udoskonalenia materiału biologicznego, sześćdziesięciu pięciu do utylizacji tkanki żywej w zależności od przyszłych potrzeb, pięćdziesięciu siedmiu do natychmiastowego pozyskania zdrowej tkanki.”

* * *

Pyt przyglądał się swojej opasce. Ucieszył się, bo była w jego ulubionym kolorze.
„Tacie też by się spodobała”, pomyślał. Zastanawiał się, co oznacza kolor…

Artur Żurek (1963) — po ponad trzydziestu latach pracy w konsultingu i bankowości, odważył się oddać dawnym marzeniom i zamiłowaniom. Połączył przyjemność czytania z radością pisania. Trzykrotnie został laureatem konkursu na opowiadanie kryminalne w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu oraz w 2020 konkursu Tamtej nocy w Złotowie. W listopadzie 2020 zadebiutował powieścią sensacyjną Bunt zranionych. Wrocławianin z urodzenia, większość życia spędził Warszawie. Od kilku lat mieszka w Budapeszcie.

Niedopowiedzenia

MAREK JASTRZĄB [proza]

Zachrapał tak donośnie, że razem z wyrem przeniosło mnie w sam środek innej scenerii — znalazłem się w obcym miejscu. I choć nie było ono „przyjazne”, to przecież czułem się w nim tak, jakbym już kiedyś tu był; obok mnie dygotał tapczan z dziadkiem „Jakmubyło”.
Stary świntuch i łobuz za młodu, a teraz układny i zesztywniały worek na dokuczające korzonki, zaczynał charkotać, co sprowadziło mnie na ziemię i jąłem gwizdać. Pod ręką, na wszelki wypadek, miałem swój wierny, pamiątkowy gwizdek, poręczny w wybuchowych sytuacjach, osadzający w zarodkach czyjeś chrapiące skłonności, gong przywracający spokój.

Zwykle czułem się w tej roli jak gamoń w gorsecie. Dostałem go od Anny, kobiety przybyłej do domu kilka lat temu, mającej imię znane mi skądinąd; jej podobieństwo do tamtej polegało tylko na imieniu, bo manierami, sposobem zaglądania w oczy i patrzenia, łagodnością twarzy, szczerością i bezpretensjonalnością okazywanej sympatii, mogłaby oczarować największego cynika.
Nawet na dziadku, moim sąsiedzie z domu, wywierała dobre wrażenie, a to dużo, bo niewiele co wprawiało go w milusi nastrój. Czułem się winny, że odeszła, ale tylko trochę, bo jego też puściła kantem.
Od czasu do czasu, po burzy, gdy było nas stać na gwałtowną sympatię i mogliśmy być ze sobą blisko, tolerowałem go, a on starał się nie wspominać o Annie. Do naszego rytuału należało mówienie o Annie — ona; dla nas była już tylko sfiksowaną osobą o ledwie zarysowanej płci.
„Jakmubyło” był wesołym typkiem, ale jego wesołość nie zdawała się na ślepe, spontaniczne i głośne przypadki wyznaczane biegiem zdarzeń, przeciwnie, należała do powściągliwych, przemyślanych, dyplomatycznych. Zanim wypowiedział jakieś zdanie, którego sens mógł zostać odebrany nie tak, jak zamierzał go przedstawić, długo się nad nim zastanawiał, długo toczył z nim wewnętrzną walkę, sondował reakcje.

Nie należał do strachliwców, do ludzi manifestacyjnie obnoszących się ze swoją desperacją z byle powodu. Na co dzień chadzał niedostępnymi, szarugowymi ścieżkami i zawsze po cichutku, bezszelestnie, ukradkowo, skradająco, papuciastym krokiem, jak gdyby chciał podkreślić, że jego hałaśliwe maniery należą już do przeszłości.
MAREK JASTRZĄB
Kiedy uważał to za konieczne, wychodził poza teren i spotykał się nie wiadomo z kim, na ogół z osobnikami o trefnym nastawieniu do tutejszego patrycjatu, do ludzi stąd, zwariowanych na punkcie normalności. Wymieniał z nimi zdania krótkie, oznajmujące, przeważnie trafne i na ogół logiczne, w zasadzie trzymające się kupy, a dotyczące spraw, które go akurat pochłaniały.
Więc jak zwykle, tak i teraz obudziłem go gwizdkiem, a on, nieprzytomny, siadł na prześcieradle i jak gdyby nie było między nami żadnej przepaści, żadnych osobnych lat i nagromadzonych doświadczeń, zaczynał mówić o tym, co przerwał swoim niewczesnym zapadnięciem w sen, nagle powracał do przerwanego wątku, a kiedy gasiłem światło i słuchałem wiatru, deszczu, kropel, opadającego czasu, dziadek, przedzierając się przez egzaltowany, romantyczny obrazek wiosny, wyciągał się po kociemu i cudownie seplenił o miłości.

Godzinami potrafił o niej, dla niej, przez nią, a ja wyobrażałem sobie, że wschodzi księżycowy wieczór. Z zapartym tchem, pogrążony w srebrze jego przygód, w niespożytych, kolorowych i plastycznych fantazjach, widziałem, co stracił. Jakbym przy tym był i jakby obchodziło mnie, co stało się później. Kiedy doszedł do tego, że jest tu, poza nią, stary i głupi, a nie tam, w jej ramionach, młody i szczęśliwy.
A dalej, nie następowało nigdy; w jego opowiadaniach zawsze było to niedokończone, mgliste, poszarpane uczucie; nurzało się w niedopowiedzeniach i ciemności, w niejasnych gestach i ruchach papierosowych ogników…

Dziadek „Jakmubyło”

…na oko ma pięćset lat, więc uchodzi za grzdyla. Jednak z niewytłumaczalnych powodów utrzymuje, że gdy nie może zasnąć i kiedy liczy, żadną miarą nie może dorachować się lat spędzonych tu. Nie pamięta, kiedy ostatnio sobie coś przypomniał, jakąś znaną twarz, jakiś solidnie przepłakany pogrzeb. Nie wie czy jest kawalerem, czy bezpowrotnie szczęśliwym małżonkiem, czy jakaś zleżała hurysa ma jeszcze do niego jakieś prawa.
Pocieszam go jak umiem, ale że nie jestem obcykany w prostowaniu zapętlonych charakterów, moje trudy idą na marne. Usprawiedliwiam się pod nosem, że ciężko mi przytulić go do serca na dużą odległość.
Dodatkowym utrudnieniem jest to, że dziadzio nie słyszy na zewnątrz, tylko do środka, więc po pewnym czasie tracę cierpliwość. Mija mi wszelka rozsądna motywacja do kontynuowania współczucia, macham ręką na jego tarapaty i stwierdzam, że jest sobie winien sam, bo kto to widział, by w tak bezzębnym wieku mieć sklerozę! Ja w jego latach bywałem w mieście, ocierałem się o przecudne widoki opery, a raz miałem farta, bo niewiele brakowało, bym nadział się na przechodzącego biletera z filharmonii. Więc gdzie dziadkowi do moich doświadczeń, wspomnień i niewypowiedzianych westchnień, gdzie mu konkurować i skradać się na afisz z tymi swoimi zwapniałymi boleściami?

* * *

…dziwne, lecz za młodu dziadkiem nie był. Wypreparowany z minionej zadziorności, promieniejący refleksyjnym zasmuceniem, depresją, wynikającą z tułaczki po fartach i niefartach, żył mimochodem, żył kaszląco, piskliwie i siłą rozpędu. Wstrząsany przypomnieniami, których za dobrze nie pamiętał, dopominał się respektu, poważania, szacunku dla swojego wieku. Błąkał się po doświadczeniach, sympatiach i antypatiach. Nie uznawał żadnych sprzeciwów i autorytetów. Bronił się przed własną starością. Śmieszny, nieporadny dziadek, w młodych sekwencjach swojego żywota, nosił imię sławnego bohatera, który kogoś zarąbał. Teraz nosił imię przydzielonej renty.
Zmartwiony swoim zanikaniem, swoim wsiąkaniem w przeszłość przeputanych projektów, pragnący zawojować sobą tych, co się nim rozweselali, co nim się posługiwali jak prawidłem na buty, wieszakiem do suszenia kapeluszy, kapiącym parasolem wyjętym z deszczowej mgiełki, strapiony brakiem perspektyw, pozostawał w przekonaniu, że jest sam.
I był. Choć niekiedy posuwał się do międlenia w sobie przytłaczających wspomnień, choć zdawał sobie sprawę, że gdzie by nie splunął, tam wyrastały myśli obfitujące w sążniste zapowiedzi, oprawne w slogan i kołtun, w obietnice bez pokrycia, choć jeszcze wiedział, że, jak dotąd, zmuszony jest do zmartwień, z których nic nie wynika, do noszenia numeru renty, do spotykania się ze szlachetnością tylko w lustrze, to przecież sądził innych swoją miarą, to przecież lęk o własne brodawki przysposobił go do wiary w cuda, zmusił do otoczenia się metafizyką, do używania ciężkich dział nadrealizmu, do oszańcowania się dydaktyką dla marynat.

Z pamiętnika sklerotyka

Było to tak dawno temu, że w Listopadzie był Listopad, a Dzień Próżniaka obchodziło się codziennie, mówiłem, gdy kto pytał, od kiedy go znam. Lecz gdy kto mnie indagował, dlaczego akurat z nim zadaję się najdłużej, do głowy przychodził mi dżem; nie jakieś pożywne i tłuste wióry z supermarketu, ale zwykłe, truskawkowe smarowidło dopasowane do zwyczajnego chleba; dżem stojący nieustannie w tym samym miejscu, na regale, między Encyklopedią Guseł a Podręczną Historią Krętactwa.

* * *

W tych latach nic nie było jak trzeba; nie pasjonowały nas bzdety, te egzystencjalne kociokwiki do poruszania w oziębły czas nudów na pudy, nie fascynował nas potargany świat odwiecznych pomyłek i tradycyjnych napraw, cyklicznych, napadowych powrotów do nagle przypomnianych sobie korzeni, ruchomych faktów, pojęć prostych i niewątpliwych zarazem; nasz był przewidywalny i niezmienny, ograniczony przestrzenią pokoju, w którym byliśmy tylko przed sobą, sam na sam ze swoimi problemami.

* * *

Przychodził do mnie wtedy, gdy moi staruszkowie bawili u jego. Nasi protoplaści pracowali w tym samym urzędowisku, poruszali się więc w obrębie podobnych zmartwień i ubolewań okraszonych kostką lodu z kropelką czegoś mocniejszego.
A kochane mamy, przy ludziach zwiewne i rozmarzone, uosobienia finezji, przyjaciółki na bij-zabij, w domu zaś zdecydowane zrzędy, markietanki przeganiające nas wykrochmaloną ścierą, skrupulatne i pamiętliwe, siedząc biodro w biodro obok swoich anemicznych gladiatorów, słuchały ich zakrapianych oracji z wytężonym namaszczeniem.
Ale że słuchały bez możliwości wejścia im w słowo, wepchnięcia się z pociechą w ich rozmemłane biadolenie, że konwersacja naszych ojców, z każdym no to chlup, przestawała być merytorycznym dialogiem, a przekształcała się w nieskoordynowany klekot — gdy tylko nadarzał się pretekst do zostawienia ich, wybywały do kuchni, przenosiły się tam, by w swojackim otoczeniu lodówki wymieniać się najnowszymi przepisami na duszoną małpę w sosie koperkowym.

* * *

I podczas gdy nasi ojcowie zajęci byli kolejną zabudową świata, a on krążył między kazaniem o sprawiedliwości a potrawką z niedojrzałej papugi, my, wolni od ich trosk, słuchaliśmy płyt i patrzyliśmy na znikający dżem wiedząc, że kiedy starzy wrócą — bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej — zastaną przesłodko śpiące na wznak, dwie rozkoszne dzieciny, padnięte na tapczan jak zbolałe sznyty.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Wojtkowi szumiało w uszach i kręciło się w głowie. Czuł, że koniec jest blisko

MICHAŁ POSMYKIEWICZ Ostatni dzień [proza]

MICHAŁ POSMYKIEWICZ Ostatni dzień

Wojtek i Kier byli, odpowiednio, ostatnim człowiekiem i ostatnim psem na świecie. Nie mieli co do tego pewności, ale mogło tak być. Na pewno byli jednymi z ostatnich. Od trzech dni Wojtek nie spotkał żywego stworzenia. Od doby nic nie jedli, a zapas wody ukryty na najniższym poziomie trzykondygnacyjnego parkingu podziemnego skończył się rano.

Pies spojrzał na Wojtka tak, jak by rozumiał, że ich czas też się kończy. Mężczyźnie spłynęła łza po policzku. Pamiętał, jakby to było wczoraj, dzień, w którym znalazł Kiera w schronisku. Owczarek niemiecki był zupełnym zaskoczeniem w takim miejscu. Wtedy nikt nie myślał, że za dziesięć lat świat się skończy. Ludzkość, przyzwyczajona do tego, że wszystko da się załatwić, każdy problem znajdzie rozwiązanie, nie zdała egzaminu w obliczu zagłady. Kiedy gigantyczny meteoryt uderzył w Słońce, wyzwolił reakcje chemiczne powodujące wypalenie się helu w zastraszającym tempie i gwiazda, zapewniająca życie na Ziemi, postarzała się o pięć miliardów lat w kilka miesięcy. Ludzie oszaleli: popełniali samobójstwa, wybiegali z domu i nigdy nie wracali, porzucali rodziny i przyjaciół. Wojtek nie wiedział, gdzie jest jego żona, co się stało z bratem. Obydwoje ulegli histerii i ślad po nich zaginął. Z całą pewnością nie żyli, bo przed żarem czerwonego olbrzyma nie było ucieczki.

Kier polizał rękę swojego pana, jak by chciał odciągnąć go od bolesnych myśli. Siedzieli na dachu biurowca, zajmując miejsce w pierwszym rzędzie, by obejrzeć spektakl o końcu świata. Kier położył pysk na nogach Wojtka, on odwzajemnił się, kładąc rękę na łbie zwierzęcia. Człowiek i pies pozostali sobie wierni do końca i teraz razem ze spokojem postanowili obejrzeć ostatni zachód słońca na tej planecie.
„Czas umierać, przyjacielu” — pomyślał Wojtek, spoglądając na Kiera. — „Już mi wystarczy być ostatnim człowiekiem na Ziemi”.
W tym momencie poczuł, że nie są sami. Zdziwił się i rozejrzał dookoła. Jakieś dziesięć metrów do niego stał mężczyzna w czarnym płaszczu i patrzył na krwiste słońce. Pomimo ubioru i gotującego się powietrza skóra nieznajomego była blada i sucha, bez jednej kropli potu. Wojtek przetarł oczy, by upewnić się, czy to nie przewidzenie wywołane udarem słonecznym. Postać nie znikła.
— Nie masz majaków — odezwał się mężczyzna, nie odrywając wzroku od nieba.
— Ale skąd się tu wziąłeś? — Wojtek podniósł się z gorącego betonu.
Kier też wstał i wolnym krokiem podszedł do nieznajomego. Mężczyzna oparł mu dłoń na łbie i delikatnie podrapał. Zwykle nieufny w stosunku do obcych, Kier wydawał się zupełnie spokojny, jakby znał obcego od zawsze.
— Skąd? Zawsze tu byłem. — Nieznajomy przeniósł wzrok na Wojtka. — Byłem, gdy to wszystko powstało, jestem, kiedy wszystko się kończy.
— Czy ty… ty jesteś…
— Nie — zaśmiał się mężczyzna w płaszczu. — Nie jestem Bogiem.
— Więc kim?
— Mam wiele imion. — Znów się zaśmiał. — Ale to oklepany tekst, prawda?

MICHAŁ POSMYKIEWICZ Ostatni dzień

Wojtkowi szumiało w uszach i kręciło się w głowie. Czuł, że koniec jest blisko, ale poraz ostatni rozpaliła się w nim ciekawość. Było coś jeszcze, czego chciał się dowiedzieć. Tymczasem nieznajomy mówił dalej.
— Nikt poza nami już nie został. Nikogo nie ma. Kiedyś straciłem swoje pierwotne miejsce, ale znalazłem inne. Teraz nie ma już dla mnie przyszłości. Ty możesz jeszcze liczyć, że twoja wiara jest coś warta.
Wojtek podszedł chwiejnie w stronę dziwnego rozmówcy. Po dwóch krokach nogi odmówiły mu posłuszeństwa i osunął się na kolana. Opuściły go siły, nie tylko te fizyczne.
— Czy ty wiesz? Czy jest coś jeszcze?
— Kiedyś było. O tym mogę cię zapewnić, ale teraz nie mam pojęcia. Zastanawiam się, czy on w ogóle żyje…
— Kto? — Nie zrozumiał Wojtek.
— Bóg. Ten, który to wszystko stworzył. Ten, który to wszystko zniszczył. Może umarł i dlatego wszystko umiera razem z nim.
— Przecież Bóg nie może umrzeć.
— Bo tak powiedzieli twoi księża? Powiedzieli ci o nim wiele rzeczy, prawda? Zupełnie jak by chodzili z nim do szkoły i znali się jak łyse konie, co? Mówili ci to, w co chcieli wierzyć, to, w co chcieli, żebyś ty wierzył albo to, co było im wygodne.
— Kim ty jesteś? — Wojtek mówił resztkami sił.
— Kimś, kto nie lubił ludzi, a został skazany na życie pośród nich, wśród ich ciemnych myśli, brudu, jaki mieli na sobie pod powłoką piękna. Kimś, komu przypisywałeś całe zło, bo to też zawsze było dla was wygodne.
— Jesteś Diabłem?
— W mojej ocenie to dość dyskusyjne.
Twarz mężczyzny przybrała smutny wyraz. Zaraz jednak przyjął znów maskę obojętności i spojrzał w oczy Wojtka.
— Już czas, człowieku. Życzę ci, żebyś za chwilę dowiedział się wszystkiego z pierwszej ręki. Jeśli tam jeszcze jest, niczego mu nie ułatwiaj. Ma chyba sporo do wyjaśnienia, nie uważasz? Pozdrów go ode mnie. Mimo wszystko wciąż go…
Urwał, bo wiedział, że Wojtek już go nie słyszy. Azazel westchnął ciężko i znów podrapał Kiera po głowie.
— Chodź, piesku, należy ci się ostatni spacer. – Pies spojrzał na Azazela ze zrozumieniem. Ten omiótł wzrokiem widok z dachu.
— I powiedz mi, komu to wszystko było potrzebne?

Michał Posmykiewicz (1981) — w 2000 roku, po ukończeniu Liceum Jana Kasprowicza, rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Łodzi. Od 2007 do 2018 roku pracował na Oddziale Chirurgii Onkologicznej i Rekonstrukcyjnej w Szpitalu MSWiA w Łodzi. W latach 2009-2013 był członkiem zespołu opieki hospicyjnej domowej w Pabianicach. Obecnie zawodowo poświęcił się przede wszystkim dermatochirurgii i flebologii, pracując w swoim rodzinnym mieście i w Warszawie. Od 24 lat jest związany z Polskim Czerwonym Krzyżem, obecnie pełniąc funkcję członka Zarządu Okręgowego. Dużą część dzieciństwa spędził w łódzkich teatrach za sprawą swojej mamy, dzięki czemu stał się miłośnikiem zarówno przedstawień dramatycznych, jak i musicali. Pisanie jako hobby towarzyszy mu od wielu lat.

Stoję na brzegu morza, nie mam już żadnej historii do opowiedzenia

MICHAŁ PROCHOWNIK Massalia

MICHAŁ PROCHOWNIK Massalia

(Opowieść głupca)

Chodź, choć raz jeszcze popatrz, odwracam twoje oczy. Pudełko od zapałek z nadpaloną mapą. Massalia. Pamiętasz? Czytałeś o niej na mydle i w ustach dowcipnisiów, o tym jakie jest pierwsze arabskie miasto na trasie Paryż-Dakar? Nie masz już nic do stracenia. Potrzebna jest tylko zręczność… Czy potrafisz żonglować w powietrzu, nieumyślnie, talią tych starych kart? Do kogo teraz tęsknisz?

Powiedziała mi — Pojedź, a ja zatrzymam na miejscu wszystkie twoje grzechy, wydam ci tymczasową wielką ekskomunikę. Nigdy nie miałeś ręki do patrzenia w niebo. Zajęty byłeś mrowieniem, rojem małych rzeczy, uważaniem jak kelner, żeby się nie potknąć, jednym fałszywym krokiem… Teraz Ci błogosławię. Masz tak niewiele czasu, więc precz.

Ale jak to mam jechać? Zostawić matkę na łóżku, którego nogi po kostki są w wodzie pełnej piranii? Sprzedać miejsce w kolejce do niej, gdy teraz leży na tylu poduszkach i zmusza się do łykania wszystkiego, co jej przynoszą, wierząc, że co zje, zabierze ze sobą na tamten świat, do umarłych krewnych? Kokony jedwabników, błyszczące bombonierki i małe zdjęcie papieża. Nie. Jednak muszę jechać, kolejka trwa za długo, na pewno nie zdążę przed końcem (i prosić o wybaczenie?).

Nie mam na to dość siły. Albo odwrócić wzrok prosto w ojcowskie brwi, zmęczone od opuszków, żółtych od czegoś palców. Otarcia na pożegnanie. Na jego smutne psie oczy, na jego chore zatoki. I tak mi nic nie powie, jest zapadnięty w fotel w pokoju pełnym map i zardzewiałej broni. Wzrok jakby decydował, którą wbić sobie w serce. Przepuszcza tylko ludzi do matki, pilnując kolejki, jak jakiś peronowy, bileter, szatniarz, cieć…

Tak się zostaje samotnie. I jak z chwiejnego tronu, z leżaka zżartego przez mole na strychu pod rannym dachem, rozbitym jak tulipan, oglądam nocne niebo, które chmurzy się na mnie. Stąd kiedyś myślałem o świecie, nad którym będę panował. Tutaj znalazłem skarby wielkiego laboratorium. Gdy byłem dzieckiem tu wszystko zdradzało mi tajemnice. I teraz musiałem tu wrócić, na chwilę, na wdech przed skokiem, zabieram wszystko w walizie. Woda podchodzi wyżej. Góra staje się wyspą i właśnie tak ją pożegnam — odłamkami pamięci w połamanym domu, gdzie trudno sobie przypomnieć, że kiedyś świeciło słońce.

Zamykam na chwilę oczy i wyobrażam je sobie. Przez prześwietlone powieki, jak na ekranach kontrolnych, przesuwa się mały punkcik, opuszek palca powoli, tam, w ciepłą górę uda. To moja miłość prawdziwsza, moje najlepsze wieści, mój nagły wielki sens życia, stopklatki, plany ruchu. Reszta, co mimochodem sama się ułoży. Nasz całkiem nagi optymizm w miejscu, co miało nigdy nie spaść na nas, nie przygnieść, nigdy nas nie osaczyć. Dom jaki rozświetlaliśmy ciepłym światłem siebie, jak abażur, abat-jour (tak to Massalia wzywa, odrywa drzazgami od wspomnień, trzeszczy drogami w ścięgnach). Nie czas na sentymenty, więc chodu.
MICHAŁ PROCHOWNIK Massalia
Klika biletów, nerwowo, przekładam je między palcami, wkładam w rękawy, w kieszenie, jak jakiś kłopot w podróży, jak mini serial w odcinkach widziany w separatce. Poddaję się, poddaję, po mocowaniu się z oknem, które się nie chce otworzyć. W obramowanej szybie zaczynam pierwszy odcinek. Zalana deszczem w trupa, brunatna resztka miasta odsuwa mi się sprzed nosa — ma zapach papierosów i metaliczny posmak. Wytężam wzrok w półmroku, nawlekam, igła z nitką odbija się w każdym oku — zaszywam kieszenie z forsą, sam zwijam się w rulon w kocu. Tak łatwo mnie nie wezmą. Zasypiam ale nie śpię. Śnię cyfry i twarze królów.

Śnię sprawy wielkiej wagi, bez końca roztrząsane, gdy wszystkie moje wspomnienia pełne są pleców śledczych, zgarbionych nad biurkami, piszących akt oskarżenia. Jak ciasno bym się nie zwinął, jak gruby nie byłby koc, jak mocno nie uśpię myśli stukotem stu kół pociągu. W mojej samotnej kuszetce, oczami pod sufitem (kratka wentylacyjna, przez którą nie widać nic) z całym poczuciem winy czekam na sprawiedliwość. Noce są teraz najgorsze. Próbuję wyśnić swą karę, która przyniesie ulgę, kara da święty spokój, odczepi, i wreszcie zasnę, wtrącony gdzieś w Chateau d’If z bladym uśmiechem na twarzy.

Przecieram oczy — wysiadać! Nadmorski peron, brak dworca, za to jest szum ciemnej wody, która uderza w beton, zmywając z niego ostatnie znaki na niebie i ziemi. Szlam na tabliczkach, ślisko. Mokre skarpetki i spodnie. Zegar ze wskazówkami zatrzymanymi w porostach. Ławki zabrane przez wodę. Końce peronu płyną gdzieś w słonej mgle, w którą idę. Dwadzieścia jeden kroków, by wrzucić walizę do morza, dłońmi rozedrzeć fastrygę, zacisnąć pięści na twarzach i nominałach królów. Zupełnie niespodziewanie czuję się wolny jak dziecko, ślizgam się i przewracam, wstaję i idę dalej.

Noc, zapach lądu. Muzyka. Towot, czuć zgrzyt mechanizmu. Przyspieszam, jest głośniej i nagle dostrzegam wielkie koło, olbrzymie, wysokie, totalne — katedrę diabelskich młynów. Przechodzę pod sznurem żarówek, bileter kłania się w pas. — Oui! Bonsoir! Bienvenue! Znam twoich królów, mój słodki! Zostaw ich u mnie, tu zasną. Popatrz jak mienią się sztony, kształtami pasują do koła, więc obróć no w dłoniach to szczęście w kolorach deszczy i tęczy, wiem, choć nie widzę od dziecka. Ty oczy masz piękne, więc siadaj. Na imię mam zawsze Lucien. I nie ma tu żadnej ściemy. Twarze z pieniędzy masz w kartach, to nie przypadek, to szczęście. Bonne Chance! I więcej nie tęsknij. Hej w koło! W górę i w dół! W koło, w górę i w dół!

W każdej gondoli jest stolik w kolorze morskiej zieleni, świat małych spraw mi ucieka, odpada jak brud spod butów. Nabieram wysokości, niebo we włosach, rozpęd — i ja nie miałem ręki… to teraz śmiesznie nieważne, stawiam, przebijam, wchodzę i wznoszę się piętro wyżej. Mijam pobożnych twardzieli przegrywających w ostatku dziewictwa swych narzeczonych, mijam uśmiechy zza cygar, cylindry iluzjonistów pełne króliczków playboya. Pod spodem blichtr lunaparku mieni się złoto jak skarbiec. Poczułem wtedy ukłucie, przeszycie, jak wielką igłą — słabo mi nagle, zimno, ktoś mnie zaszywa jak kieszeń, po to by zaraz rozpruć. Nad głową blichtr lunaparku, otwarte paniką usta martwych dmuchanych lalek, ktoś gasi im palcem w oku Gitanes Brunes et Blondes. Zaciskam powieki kurczowo. Suffit! Gdzie sufit? Na pomoc!

Wciąż żyję, zresztą nie wiem, musiałem stracić oddech, muzyka zgrzyta mi w uszach, powraca zapach lądu. Słabo otwieram oczy i widzę moje stopy w samych skarpetkach, bez buty. Lądują powolutku nad małą wyspą, gdzieś w dole. Morze jest jasne i martwe. Widzę w nim stado rybek. Szarpnięcie i mrowienie. Czuję na nodze ciepło, to z ciepłej góry uda wypływa ze mnie krew. Już widzę, spływa po nodze, którą nie mogę ruszyć. Jestem nabity. Nabity! Nadziany na konstrukcję, która obrotem z powrotem przenosi mnie z wolna w dół. W połowie wysokości… — Zaraz! Wysuwa się ze mnie… Nie! To ja się z niej zsuwam, odwraca mnie twarzą do ziemi. Muzyka, zgrzyt, światła, światła! 

Cisza.

Mgła podwodna, flauta i biały szum. Nie ma mnie i nie patrzę, choć w jakiś sposób widzę. Chyba płynę. Niesiony zimnym prądem, dryfuję bez oddechu. Z bieli kształt, ledwo szary, majaczy. Potem drugi, niewyraźny prostokąt, kwadrat, może sześcian. Jest ich więcej. Stadami przepływają w oddali, urywkami szeptów. Płyną znowu, bliżej, nieco bliżej, bliżej… To są klatki, sześcienne, w środku każdej coś pływa. Meduza? Bliżej… Nie! Oko w klatce, błękitne i duże. Patrzy na mnie? Widzi? Chyba nie. Mnie tu nie ma. Więcej klatek, coraz więcej, płynę przez nie środkiem, a w każdej klatce oko patrzy na mnie. Czy widzi? Może jednak jestem, sam jestem okiem w klatce? Nie wiem. Tylko patrzę. Zamykam wolno powiekę. Jestem okiem w klatce.

Cisza.

— Chodź tu, zobacz, witaj. Otwieram twoje oko, otwieram klatkę, wypuszczam. Kasyna Lucien Barre — przepraszam — Lucien Barriere. Zapraszam w każdej chwili. Widzisz pod światło mój drogi? Pamiętasz ten zachód słońca? Do kogo teraz tęsknisz? Czyją dłoń chciałbyś znaleźć w moim czułym dotyku. Mój dotyk zawsze jest czuły. Czujesz? Masz znowu ciało, więc papierosa? Cygarko? Pozwól, uwielbiam zapalać. — Wiesz może jakie jest pierwsze arabskie miasto na trasie… Ach. To już było. Przepraszam. Tak czy inaczej polecam. Casino de Cassis. Gdybyś tam kiedyś zaszedł, pamiętaj, kto zafundował ci taki product placement. Postaw na dobrą kartę. Adieu mój miły, do zaś.

Oddech jest coraz cięższy, to chyba przez to cygaro, ciężkość w nogach i rękach, serce wali jak młotem, z trudem nabieram powietrza. Schody ciągną się w górę, spiralnie, ciągle w górę. Ściany z szarego kamienia, obrazy drogi krzyżowej, im wyżej tym więcej światła. Z góry dochodzą dźwięki, grzmoty i krzyki, znów grzmoty, schody zadrżały, smak tynku, przyspieszam kroku, biegnę, jest coraz głośniej, stuk gruzu, mocne wstrząśnięcie, upadłem, kolano, warga, wydech. Podnoszę się i biegnę, jest coraz więcej pyłu, krztuszę się, gnam coraz wyżej, gdzie widzę chyba wyjście. Nagle płomienie, gorąco, z góry spadają kamienie, wybiegam na zewnątrz budynku. Syreny straży pożarnej. Kaszlę, ktoś daje mi dłoń i wyprowadza za rękę. — Biegiem, szybko, uciekaj!

Biegnę na oślep, aż wbiegam w ciepłe morze po kostki, po kolana. Dwadzieścia jeden kroków, ślizgam się i przewracam, wstaję, odwracam wreszcie. Przede mną płonie wyspa, piorun uderza w koło, diabelski młyn spada z osi na szczycie swojej wieży i taranuje lunapark, zrywa girlandy żarówek — strzelają jedna po drugiej. W konstrukcję znów wali piorun, rozświetla koło jak gwiazdę, przewraca je poziomo. Kładąc się jeszcze wiruje, jak upuszczony talerz, sadowiąc się ciężko na wyspie, przygniata wszystko sobą. Słychać kolejną eksplozję i sztuczne ognie strzelają w niebo rozbitym światłem, jestem do pasa w morzu, a morze jest pełne gwiazd. Śmieję się na głos do siebie, mój śmiech brzmi jasno, soczyście, tak się przenigdy nie śmiałem. Nagle w ostatnim wybuchu dostrzegam w wodzie odbicie. Jestem nagą kobietą na tle nocnego nieba.

Wyspa umiera i gaśnie. Przykrywa ją tuman pyłu. Odwracam się, gdzieś w oddali widzę mignięcie światła. Zza chmury wychodzi księżyc. Tak, ziemia jest niedaleko, spokojna, nocna, solidna. Idę w jej stronę, jest głębiej, nie mogę iść — muszę płynąć. Coś się unosi w wodzie. Styropianowe zwierzę. To duży pies albo wilk pomalowany na złoto. Zjawia się z samą porę, chwytam go, płynę dalej. W końcu brakuje mi sił, lecz widzę latarnię morską, dalej po prawej wieżę. Podpływam bliżej. Marina. Łódki i małe jachty zacumowane przy brzegu. Ktoś nie śpi, z wody pukam w okrągłe okienko ze światłem. Wdrapuję się na łódkę i walę pięścią w drzwi . Nikt nie otwiera. Zamknięte.

Czuję ciepło na twarzy, otwieram oczy — słońce. Zwinięta w sztormiak jak w koc, budzę się na pokładzie. Drzwi, w które waliłam w nocy są teraz uchylone, zza głowy słyszę kroki. Wstaję i widzę dziecko. — Bałem się wtedy otworzyć. Rodzice nie pozwalają jak jestem w nocy sam. — Czy oni grają w kasynach? — Nie, konstruują ogrody, na przykład labirynty, takie pułapki z cisów. Pracują zawsze w nocy potem wracają nad ranem i pewnie zaraz przyjdą… o popatrz! Patrz! Prowadzą tego, co spalił wyspę!

Ulicą idzie korowód, chyba jest całe miasto. Jakby zabierał z ulic wszystkich napatoczonych. Jest mim, rysownik i żongler, i nawet gość w stroju diabła. Przeciskam się w środek tłumu. — Szaleniec i utracjusz, co ponoć zgubił go hazard — tak właśnie mówią wszyscy, szepcą strzępami szeptów. Żongler podchodzi do niego, zgarnia mu włosy z twarzy. I wtedy widzę. — To ja! Ja, ten wcześniejszy (ten martwy?). W pięści skazańca pudełko, zmięte i rozmoczone. — Podobno otruł matkę, by się odegrać za spadek. Podobno zrobił to wszystko, żeby ratować miłość. — Ktoś ze skrzypcami podchodzi i gra rzewną melodię. Podbiegam, zrzucam sztormiak, odwracam ich uwagę i w załzawione oczy mu krzyczę — Szybko! Jedź, uciekaj! A ja zatrzymam ich w miejscu, za wszystkie Twoje grzechy. Nigdy nie miałeś ręki do tych cholernych kart! Rzucam się na policjanta i wpycham mu język w usta, skazaniec się wyrywa, skacze prosto do wody, odpływa, dalej, odpływam… Ktoś niesie mnie do karetki.

Stoję na brzegu morza, nie mam już żadnej historii. Jestem jedyną osobą, która przeżyła kataklizm. W wyniku szoku, tak mówią, straciłam całą pamięć. Zaczynam od początku w podarowanym ubraniu. Mam całkiem nowe imię i miejsce urodzenia. Marseille, Quai de Rive Neuve, skąd patrzę na horyzont, choć nie mam planów na przyszłość. I teraz już nic się nie zdarzy ale też zdarzy się wszystko.

Michał Prochownik (1973) — prozaik, uprawia głównie krótkie formy literackie, najczęściej impresje prozą umiejscowione na styku rzeczywistości i iluzji. Publikował m.in. w czasopismach Akcent, Studium, Pro Arte, Re-Presje, Opowieści, oraz magazynie Esensja. Więcej: Blog

Emoralni*