Victor Ficnerski „Diabeł z Wellington” i inne wiersze

Victor Ficnerski — poezja

M.S.

MS był informatykiem z zespołem Aspergera
jego mieszkanie przypominało skłot
w jego klawiaturze tkwiło
więcej jedzenia
niż w lodówce

 

D.

pojawiła się u MS-a i furknęła
traaa
i połowa z nas się zakochała

potem weszła do łazienki
i zaczęła się szprycować

kiedy wyszła
mignęła nam
jej szara pomarszczona
myszka

 

diabeł z Wellington

trasę z Auckland do Wellington
pokonałem pociągiem Northern Explorer
w 11 godzin i 20 minut
Victor Ficnerski — eprawda
wysiadłem na dworcu kupiłem butelkę Jacka
zameldowałem się w hostelu

pod Subwayem
jakiś czarny żebrak naciągnął mnie
na kanapkę
z baraniną

wręczył mi syntetycznego skręta

z głowy wyrosły mu rogi
w kieszeni
trzymał nóż

Victor Ficnerski (ur. 1990)Publikował m.in. w „Wyspie”, „Fabulariach”, „EleWatorze”, „Afroncie”, „Arteriach”, „Cegle”, „Czasie literatury”. Fragment jego mikropowieści zawarty został w książce „Dzieci wolności. Antologia przełomu”. Obecnie Victor Ficnerski przebywa w Lipsku.

Marcin Lenartowicz — trzy wiersze

MARCIN LENARTOWICZ — poezja

Odwrotność korozji.

Pierwszy promień,
odbity od tafli jak przez kalkę.
Ja, to parter a nawet niżej,
krater wykopany pod fundament,
alabastrowy parkiet, po którym stąpają mrówki.
Ty to poddasze, lukarna otwarta na oścież,
przez którą wpadają do środka pióra i liście,
zmokłe i ciężkie od odpoczynku.
Wbijają się twardo, aż po sam wierzchołek,
po niedopowiedzenie — jeśli ktoś by spróbował
przyłożyć wtedy ucho do podłóg,
usłyszałby mikrokosmos drgający podskórnie,
symbiozę haków i niespełnienia —
kwitną zawsze w maju, jak magnolie
trwa to około tygodnia i kończy się
niemal równie szybko.
Jeśli ktoś próbowałby utkać to w makrame,
nie zgadnie od czego zacząć.
Które z nas będzie najpierw.

Z cyklu: Karma.
 

Myszka.

Jesteś najlepszym, co nie spotkało mnie w życiu.

Bo gdybyśmy dajmo na to zbudowali dom, niech będzie, że z kart,
tektury — pewnie by spłonął, kiedy odpalałbym papierosa,
a potem zapomniał go zgasić o ziemię, przydepnąć — i usnął.
Opiekł by mnie piasek zebrany wokół, ściął się w szkło,
a dom zbudowany w ten sposób pękłby pod czyimś butem.
Pod butem kogoś, kto nie zapomniał przydepnąć.

Jesteś najlepszym, co spotkało kogoś innego.
Marcin Lenartowicz -- poezja
Ja co najwyżej mogę być tą kartką, tekturą.
Trzymać cię z dala od ognia i iskier, a kiedy trzeba – być wsparciem,
niechby tak kruchym, jak ten piasek, którym gasisz pożary,
choć te rozchodzą się jak kręgi na wodzie.
Pulsują w cieniu jak zajączek ze światła a my jak te dzieci… Jak ćmy.

I chociaż sparzymy sobie czasem palce, dłonie,
to jednak uda się czem ogrzać je otuchą.
Jesteś najlepszym, co mnie nie spotkało.

I wzajemnie.

Z cyklu: Karma.
 

Astro.

Czerń, której nie potrafisz sobie nawet wyobrazić,
wpadająca wręcz w granat — trotyl.
Gdzieniegdzie plamki, jak promień. Jak piegi na twojej twarzy.

Byliśmy świadkami powstawania planet i galaktyk,
choć zmarli już wszyscy, którzy mogliby to poświadczyć.
Przynajmniej wiekszość.

Gdzieś w oddali tli się — to oszukuje nas wzrok —
przebłysk wypalającej się gwiazdy.
Zbliża się z cichnącą prędkością, jakby to ona sprawiała,
że dzwięki stają się kalekie, a potem? Jakby ich nigdy nie było.

Niemal już czuję szorstkość na skórze,
piasek i pył, z którego pleciesz swoj warkocz.
Skalne podłoże, twardsze niż granit. Niż marmur i kora
porastająca kratery.

Jeszcze tylko eon, dwa.

Jeszcze łudzę się przekonaniem, że miniesz nas o włos.
Że gdybyśmy wszyscy naraz wstrzymali oddech,
a potem uwolnili go w jednej chwili — to wystarczy.

To nic, że wszyscy oznacza: dwoje.

Przecinasz horyzont, aż w końcu zawadzasz o błękit
i biel. A potem otwierasz oko.

Bylismy świadkami powstawania galaktyk, pamiętasz?
Choć zmarli już wszyscy którzy mogliby to poświadczyć,
łącznie z nami.

Kto zatem opowie o tym — o nas?

Marcin Lenartowicz. Urodzony w roku kota. Astygmatyk. Z natłoku myśli, których nie jest w stanie sam udźwignąć, stworzył sobie w głowie drugą osobę — Jagodę Mornacką — nie wpoadł tylko na to, że ona również będzie pisać wiersze. Więc gdzieniegdzie możecie również trafić na niego pod takim podpisem. Prywatnie — przynajmniej taką ma nadzieję — ukochany wujek trzech cudnych dziewczynek i jednej, dorosłej już kobiety.

Maksymilian Tchoń „Czerwiec, Msza za pajęczynę”

MAKSYMILIAN TCHOŃ -- poezja

Czerwiec, msza za pajęczynę

Bądź zdrowy: Czerwcu urodzony z Fredrą. Nie odpowiadaj na pytania komunistów, generalnie uliczne twoje pochodzenie zacieśnia więzi.
Stanisław August Poniatowski zakołysał się na księżycu, by order Virtuti Militari nie spadał na ludzi małej wiary, dwoje takich ukradli tajemnice „Ewy”.
Są jeszcze dnie dłuższe, pewnego dnia jest Dzień Dziecka i Dzień bez Alkoholu. Noc Kupały rozświetla wsie, o biada tym, którzy poszukiwali na mokradłach kwiatu paproci, wróżącego pomyślny los; w trakcie której sąsiednie miesiące zazdroszczą potoczności i dłoni, która może być garścią, ale może być także pięścią, och zapomnijmy o śniegu.
Widokówki z tego świata – kąpiel po zmroku i przed wschodem słońca leczy rozmaite dolegliwości, woda poezji nachalnej, była uzdrawiającym żywiołem należącym do księżyca.
Imieniny moich idoli: Ferdynanda, Anny, Władysława; urodzeni: Marilyn Monroe, Sokrates, Lech Kaczyński, Czesław Miłosz, Matejko – dajmy im słuszną podróż do gwiazd?
Pisklęta, zachłysnęły się sobą, jednak przedwczesność bywa niedogodna.
Dziewczyny miejcie się na baczności – chłopcy myjcie uszy i nogi, bo nie wiecie, kiedy gotowi… Bądź zdrowy: Gerwazy! Trzymający tajemnicę jak policyjną pałkę. Uważajmy na żmije, stworzenie z pogranicza! Zabierzmy odpowiednie obuwie w podróż, bo nie przeszedłbyś yardu w moich butach, po lasach i wysokich górach.
Wiem, że Polska, to kraj bólu.
Sprzymierzeni z piorunem burzy, uderzamy w stół – niech szklanka do połowy pełna wyleje ducha i moje prywatne powieki podniesie, jako ciężar dochodzącej trzydziestki-dwójki.
W czasie dojrzewania i podczas ciężkich oddechów śpiących spotka mnie miłość na dyskusyjnym forum, z wystającym z kieszeni – bilecikiem do rymu nieba wyklętego. Po co gonią nas dni plujące sobie w brodę?
Z laską idąc do ogrodu po tulipany, będę podstawiał nogę lipcowi, wyśmiewał sierpień – jesieni. Zachód nas dogania: mówisz.
Z drugiej ręki Pana Boga, wiem, że spadają gwiazdy, jak na opolskim festiwalu. Trzymaj się ciepło jak najdłużej, żeby nie aresztowała cię zima!
 

Telefon zaufania

Zabrał mi dwa słońca – spakował w kieszenie, guwernantka wyprała razem z cieniem i nic nigdy, oprócz szeptu od deski do deski.
Aniołowie opętani zwrotami: cześć, dzień dobry, czołem Wielkiej Polsce.
Porzucę ten kraj i wyprę się języka. Jest taki mały kamień, który woła o potknięcie się prawych, choć po lewicy kalendarze rzucają uparcie papierosy, aby czuć namacalnie życia cenę, wrzuciłem do ogniska oświecone racje – dzień niepodległości, wybierzemy Dom w zależności flagi.
MAKSYMILIAN TCHOŃ -- poezja
Będą nam dzielić świat, grę wielką zaczynając od nowa? Są takie kontrasty w kształcie liści.
Przebudzenie gór oświadczy o dojrzałości Człowieka i jego jednym, jedynym argumencie?
 

Braterstwo krwi burzy

Ubrani w czerstwy chleb, łakomi sławy dla której pożądają nas uniwersytety i kosmos wiecznie żywy. To nic, że ziemia ma trzysta sześćdziesiąt pięć dni, by obiec stół, przy którym zasiadło kiedyś dwanaście pocztówek i starodruków z Valchalii.
Z raju czasami, z piekła, a czasem nawet z ziemi – tu są korzenie i oddech powstańca, zawsze świeży – mimo zaawansowanego wieku.
Otóż jutro przyjdą po nas falsyfikatorzy pojęć literaturoznawstwa i oświadczą, że lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie, niż płonąć jak stos kartek ulubionych…
Miejsca ani Shirley, być jedynakiem w strumieniu, gdzie żal za drewnem jest większy, niż fotografia kochań i rojeń snów. Wolę milczeć i sprawiać wrażenie głupiego, niż mówić i rozwiać wszelkie wątpliwości?
Mam śmiałość do frazy.
Niby prace domowe odczytane zyskują wartość oczekiwaną w domu Boga. A jutro zakrada się do gniazd z hasłem: „postępuj szczerze”, upadłe cykle platoniczne gwiazd, poruszonych przez nikczemność, to strata nurtu i dochód pierwszych słów, które wolą ciszę i dwa domy w słońcu.
Pamięć wie, że kiedy umrą legendy, przyjdą naoczni świadkowie i rozpętają burzę.
 

Świat porzucony

Na polowanie powinno się chodzić ze sprzętem lekkim, czyli na dziką różę z nieśmiałością…
Wszyscy zmagający się ze światem porzuconym, zapalmy świeczki, testament wymaga patosu. Kroplę zapowiadam kroplą. Kropli oddaję cześć.
Mówię cześć każdemu, kto zadając odpowiednie pytanie marnuje swój czas: dowiedz się dokąd biegnie twoja panika?
Na siedmiu ramionach olbrzymów jest sokół.
– Podajcie mi rękę z masy solnej, niech prawidłowo przełożona, będzie jedyną apostrofą do nieba.
Chmury grają na odwilż, tory i dyspozytor mówi, że każda minuta jest na wagę złota. Bo gdy się śmieją rzeki, śmieje się cały świat.
Z nie szuflady fundamentalna mrówcza masa.
Prawda jest w winie tej hiobowej, a wszystko zostało powiedziane; na czele chmur stopy położą po lewicy Boga i uśpi wreszcie nas kulminacyjna fala.

Wśród chłopów utwardza powołanie synów i córek, stąd moje przypuszczenie, Makbet odrzuca wielkie odkrycia melodramatyczne i sensualne.
Nie biegnij z nurtem o 6.30 rano, inni ludzie rządzą: to lud kupiecki – podadzą na Wschód swoje pragnienie władzy.
Kropla poddaje się małżonkowi wiatru. Razem przegonimy teraźniejsze maksymy. Uparci mędrcy zza marginesu, ostatni niesprawiedliwi i wolna wola.
Jestem zdrów, a nadal utykam nad poezją.
 

Zamknięta myśl

Wasza mowa: moja aprobata, wezbrane cumy wiatrów. Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza.
Zakwitną skomlące rumiany i odbiorę kamienie gałęziom, jak nie cierpieć na astronomię literatury?
Na które czekało lato – w spodniach chowając gitarę, jak przepustkę do innego świata.
(Z tylu stron zerwał się wiatr, występujący na podeście walą w pnie drzew. Kuratorzy obligatariuszy wierszy zebranych w napięcie wykreślają kwestie.)
Ani trochę.

Maksymilian Tchoń (1987) — ukończył filologię polską Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest członkiem Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literackiego (STAL) z siedzibą w Krakowie. Jest autorem kilkunastu tomów poezji, m. in.: Poezje. Koncert zimowy (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2021), Zakazana miłość (Wyd. Episteme, Lublin 2020), Wiedziałem (Wyd. Episteme, Lublin 2020), Ziemia złych wyroków (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2019), Kolor po dniu Teoria geocentryczna (Wyd. Episteme, Lublin 2018), Potępiony (Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2016), Ars poetica (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2015), Http (Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2015), Niecierpliwy (Miniatura, Kraków 2013) i innych. Publikował w wielu ogólnopolskich pismach literackich, np: Wyspa, Akant, Poezja dzisiaj, Biuro Literackie, 2Miesięcznik. Pismo Ludzi Przełomowych, pisarze.pl, Wydawnictwo J, Okolica Poetów, Gazeta Kulturalna, Eprawda.pl, KoziRynek, Epea. Pismo literackie, Bezkres, Ypsilon. Pasjonuje się muzyką, sportem, oraz dobrą książką. Teksty autora tłumaczone są na język angielski, włoski i rosyjski (oczekuję). Uczestnik corocznego festiwalu Pożegnanie Lata Pisarzy i Artystów.
Więcej: Strona autorska

Milena Morajda — poezja transcendentna

MILENA MORAJDA eprawda

Filozofia najmłodszego pokolenia poezji polskiej — Mileny Morajdy poezja transcendentna

Rodzi się w Polsce poetka, jestem przekonana, że jej debiut to już bardzo mocna zapowiedź nowego zjawiska artystycznego. Najlepszą zapowiedzią tych narodzin poetyckich są słowa samej artystki, która opowiada osobiście o swoim debiucie, zwracając uwagę na wybitnie opracowaną, bardzo ważną okładkę do tomiku Esencja (dzieło sztuki), która została stworzona z prac profesor Bogusławy Bortnik-Morajdy z krakowskiej ASP (wyboru grafik dokonała Milena), mamy młodej, utalentowanej poetki, która jako pierwsza dostrzegała talent córki i go wsparła:
esencja… słowo interpretowane wieloznacznie, w tym kontekście chciałam, aby oznaczało głównie kwintesencję moich myśli, emocji, a także obserwacji otaczającego nas świata, pokazując w ten sposób, iż poezja zawarta w tomiku jest ową najbardziej istotną i prawdziwą częścią mojej tożsamości. W kwestii grafiki (wykonanej przez profesor związaną z Akademią Sztuk Pięknych w Krakowie, Bogusławę Bortnik-Morajdę), symbolizuje ona przede wszystkim kobietę zagubioną, dążącą do głębszej percepcji rzeczywistości.

MILENA MORAJDA — poezja transcendentalna
Na zdjęciu: okładka tomu wierszy „Esencja” Mileny Morajdy

Jednak nie tylko — piasek pustynny znajdujący się w prawym górnym rogu oznacza miejsce, gdzie choć teoretycznie wszystko wymiera, znikają bariery służące jako więzienie dla ludzkiej osobowości. Motyl oznacza połączenie człowieka z naturą. Linie w środku ciała kobiety ukazują złożoność ludzkiego wnętrza. Wszystko to tworzy jednolitą całość, piękną w swoim zagubieniu i braku granic. Zarówno tytuł książki jak i grafika są niejednoznaczne, zostawiają duże pole do indywidualnej interpretacji, co było posunięciem celowym — chciałabym, aby odbiorcy czytając ten tomik, odkryli cząstkę siebie, którą bali się oswobodzić lub jeszcze jej nie ujrzeli, na swój własny sposób. 

Trzeba przyznać, że mamy do czynienia z bardzo świadomą artystką, choć Milena Morajda ma zaledwie 16 lat. Poetka wykonała tytaniczną pracę, aby rozwinąć w ekspresowym tempie swój talent. Jej twórczość ma swoją filozofię, jak każda nieprzeciętna twórczość. Jest to filozofia transcendentna, przekraczająca, jednocząca ludzkie doświadczenia i wyzwalająca je.

Człowiek, który tak głęboko wszedł w poezję, najlepiej sam swoim życiem objaśnia nam poezję — mając 16 lat — zbudował swoją tożsamość jako literat. Mamy oczywiście do czynienia z literatką o ponadprzeciętnej przenikliwości. Osobą, oczytaną, erudytką.

Zadziwia to, że mamy do czynienia z fenomenem twórczym u osoby, która ma dopiero przed sobą etap wkraczania w dorosłość. Ona już odnalazła swoją wrażliwość, ubrała ją w kreacje najsubtelniejsze, bo liryczne i filozoficzne. Jest to filozofia, która wnika w istotę i w swoich metaforach zgłębia naturę bytu.

Świt,
płomienny rozbłysk światła,
szmer porannej rosy
– klepsydra odmierza czas od nowa.
Pojawia się architekt,
projektuje ornamenty świątyni,
na prowincji, z dala od hałasu.
W ogrodzie stoi wierzba płacząca,
długowieczna,
zniosła więcej cierpienia niż słowa.

Zaprezentowane pierwsze wersy wiersza poetki pt. Wierzba ukazują nam świt. Jest to nowy świt dla poezji, pełen światła. Milena Morajda jest architektem, który wyszedł przed szereg i nie boi się budować naszej wrażliwości. Jest uderzające, że bardzo młoda osoba potrafi tak oddziaływać na naszą wrażliwość, tworzyć relacje podmiotowe, jakby znała problemy ludzi bardzo dobrze. Nie mogę sobie odmówić zacytowania drugiej część omawianego wiersza:

Nadchodzi zima,
usychają błyski obietnic
i wierzba ginie w zamęcie samotności,
ogląda gwiazdozbiory, znikając,
krusząc wspomnienia ataków barwnych motyli,
wyrzeka się ruin tożsamości,
zawzięcie pływa w pustynnych strumieniach
i prosi o litość,
zbawienie zagubionego piękna.

Poetka pisze o kwestii piękna i cierpienia. Posiada równowagę. Nadaje wymowę estetyczną swoim wierszom, które mogą nam dać poczucie wyższych uczuć w świecie — dobra, delikatności i wrażliwości, ale zarazem głębokiej prawdy egzystencjalnej. Katarzyna Lisowska (1990), redaktorka miesięcznika „Kraków” i pisma „Outro”, filolog, pedagog

 

Asymetria kobiecości

Stłuczone kieliszki ciał
w nocnych ariach,
melancholijne oddechy żywiołów
otoczone intymną barierą miłości,
błądzą,
poszukują niebiańskich otchłani.

Zagubiona w pajęczej sieci przeznaczeń
walczę
szponami śpiewu ptaków o świecie,
pocałunków o zachodzie słońca,
szumu morza sekretów.
Walczę cudzą bronią
przeciwko omdleniom moralności.
 

Tam, gdzie nie kwitną róże

Tam, gdzie nie kwitną róże
wpatrzone w obiektywy zagiętych perspektyw…
Tu wszystko się zaczęło
– niewinne dusze błądzące w czyśćcu,
definicje piękna,
osądy fałszywych wspomnień
i promienie słońca oślepiające prawdę
od narodzin, aż po kres pamięci.

Pytać, pisać
i żyć tylko pozostaje,
omijać te posłuszne litery,
rozdzierać skórę piórem.
Wszędzie schematy, nudne struktury,
kreatywne bagatelki.
 

Trucizna

Napiłam się trucizny
z pustych szklanek,
była gorzka,
jak płytkie oddechy
na kamiennej posadzce.
Widziałam je
– prawdziwe zjawy
mówiące,
bym została przy nich
na zawsze.
Posłuchałam,
zauroczona odcięciem od rzeczywistości,
chciałam być kimś,
kim nigdy nie byłam,
musiałam spowolnić puls
– odkryłam, że zostałam zabita
przez coś, co sprawiało, że żyłam.

Milena Morajda — urodzona 17 sierpnia 2004 w Krakowie. Laureatka Małopolskiego Konkursu Humanistycznego 2017, laureatka Małopolskiego Konkursu Języka Angielskiego 2018. Od roku 2019 uczennica V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowie. Laureatka II miejsca Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Skaner Literacki” organizowanego przez Humanistyczny Uniwersytet Młodzieży w kategorii eseju. Debiutuje tomikiem poezji pt. „Esencja”, opłaconym przez Regionalny Program Stypendialny finansowany ze środków własnych województwa małopolskiego.

Maksymilian Tchoń — wiersze

Maksymilian Tchoń

Pet na niebie

kochaj mnie:
błyskiem grzmotem
światłem cieniem
prawdą ostateczną i dostojnym kłamstwem

pośród ogrodu
z ruin gwiazd
są sceny puste

i sceny bujne
kochałem swoje księgi
choć mądrość
została zapisana

w gwiazdach
— mam jedną z nich:

mam jedną z nich
ty nią jesteś
więc świeć do póki
dopóty

zobaczę wiekuistość
w świetle cieniu
prawdzie kłamstwie
oddechu zatorze

codzienność każda chwila
zwykłe dni są
sprawdzianem miłości

moja wielkość zależy
od ciebie

Z tomu „Zakazana miłość”, Wyd. Episteme, Lublin 2020 — premiera 1 IX.

 

* * *

Kocham cię tatusiu
Tak bardzo
Że skradłbym księżyc
Że opowiedziałbym
O kraterach
Ziemi, bo tu na ziemi
Byłeś

Włóczyliśmy się
Po świecie materialnym
Nie zawsze cię słuchałem
Ale to ty
Twierdziłeś
Że ja podetnę nasze
Krzewy jałowce,

Że nasz ogród będzie
Najpiękniejszy
Bo tu zakończę
Nie chcę byś widział
Że płaczę

Twoja niewinna
Zwykłość
To ścisła nauka
Od raczkowania
Po laskę

Twój syn

(nowe)
 

Ż

Żyj, a ja cię w ostatniej chwili uratuję
Żyj prawdy sytością i dostojnością kłamstwa
Żyj, bo innego obowiązku nie masz
a prawem śmierć
Milcząca lub z prawem do dyskusji
Jeszcze nie dziś ale jutro, po jutrze
Posłyszę, żyj a – zrozumiesz wszystko

(nowe)
 

MAKSYMILIAN TCHOŃ — wiersze

* * *

Wolny
w zerze
i zniewolony
w nieskończoności

zmierzę
to w gronie
jeszcze owoce
rodzące
co roku

pośród daty
oddanej przez Stwórcę
do daty wszystkiej
smaku potęgi

wolny
udzielny
autonomiczny

duchowo
cieleśnie
i myślowo

mam
mam
Jej pokój
niedzielę
świat
i wiarę

(nowe)
 

Pismo z dymów

Dłonie mam pełne: parafrazy
Oczy: koloru
Usta: narracji
Myśli: wirtualnej spacji
Zdzieram z siebie wszystko, co:
Wiedziałem

Reszta ma swój poemat
On ma tylko ją
Ja stawiam most
U zakazanej miłości
Ubożejąc tak jak wszyscy, tak jak nikt

Sztukę poetycką tuląc
W zaćmieniu
Po ziemi spaceruję bez wyroków
To człowiek niecierpliwy
W szkicu (ale o tym nie mówmy)
Obudzi cierpliwość
„A”, „B” i „Z”

Wszystkie stacje potępione
O godzinie: niepewnej

Przynależność: do idei
Słowa dobór: omylnym
Nic nadrzędne
I po części: sprzedane – disposed (bo drożej)
Przeglądałem się
W drugiej przestrzeni

Bo gdziekolwiek, to cokolwiek
Wzniecę lęk o zasięgu —
Przepraszam i proszę to:
Pismo Święte

(nowe)

Maksymilian Tchoń (1987) — licencjat filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest członkiem Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literackiego (STAL) z siedzibą w Krakowie. Jest autorem kilkunastu tomów poezji, m. in.: Wiedziałem (Wyd. Episteme, Lublin 2020), Ziemia złych wyroków (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2019), Kolor po dniu Teoria geocentryczna (Wyd. Episteme, Lublin 2018), Potępiony (Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2016), Ars poetica (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2015), Http (Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2015), Niecierpliwy (Miniatura, Kraków 2013) i innych. Publikował w wielu ogólnopolskich pismach literackich, np: Wyspa, Akant, Poezja dzisiaj, Biuro Literackie, 2Miesięcznik. Pismo Ludzi Przełomowych, Wydawnictwo J, Okolica Poetów, Gazeta Kulturalna, Eprawda, KoziRynek. Pasjonuje się muzyką, sportem, oraz dobrą książką. Teksty autora tłumaczone są na język angielski i włoski. Uczestnik corocznego festiwalu Pożegnanie Lata Pisarzy i Artystów.
Więcej: portfolio

Robert Skrzypek — pięć wierszy

Robert Skrzypek Eprawda

Akcja toczyć się może we „Wro, Ło czy Kra”, choć równie dobrze w innych zapętlonych miejscach, których Skrzypek jest bacznym obserwatorem.
Bywa nieufny, krążąc pośród „automatów i aut”, ludzi i przedmiotów. W zasadzie gra fair, nie werbuje, nie chce być zwerbowany. Potrafi dostrzegać zbrodnie, lecz nie te wielkie, przeciw ludzkości, raczej nasze małe, codzienne, powielane odruchowo okrucieństwa, zaniechania, zniewolenia. Także te zawarte w słowach, największe i niewybaczalne, chroniczną „ślepotę poetów”. Szymon Kantorski

 

***(początek strachu)

Na zewnątrz śmierdzi
autami i automatami,
w środku pachnie tobą,
lekami psychotropowymi,
i tłumionym strachem.
Promień światła z obrazu,
z lewej strony, pod
powieką maluje oko.
Wszystko się zaczęło
od emisji oka.
Choć nadal się boi,
stoi pod drzwiami i słucha,
jak but o nie dudni podkuty,
i jak dziecko w słuchawce
płacze.
 

***(z(ło)werbować)

Na rynku robią mi zdjęcie,
taka mała okazja by mnie zwerbować.
Od kwietnia kocham Wro,
od listopada kocham cię we Wro,
a zło jest, tak jest wszędzie, i w Kra
i stolicy i w Ło.
Robert Skrzypek Eprawda
Bezdomny i grzeszny,
w kapeluszu,
wciśniętym na wstrząs mózgu.
Za wszystkie dobra i nędzne resztki,
nasz Zbawiciel (On bardzo kocha mnie)
w tym roku zmartwychwstanie
trochę później.
 

***(boję się)


Boję się plątać życie z tym co już napisane
boję się ślepoty w wierszu i w słowach
w listach do ciebie- to jest zbrodnia

gdybym był tobą miałbym teraz trzy lata
dom pomalowali na biało
w tym kolorze nic już nie istnieje

boję się że błądzę
bo to nie moje mieszkanie
boję się że sąsiedzi
kiedy się nie kochają
jedzą psy
koty umierają w ciszy
 

kontroluj

Kontroluj mnie, kontroluj.
Ilekroć zrobię krok do przodu,
cofnij mnie o dwa,
do samego wyjścia,
bym za szybko nie doszedł,
nie będziesz zadowolona.
Więc kontroluj mnie, kontroluj.
Wycofaj kiedy poczujesz dość,
bym za szybko nie doszedł,
wtedy mogę kłamać i uciekać.
 

***(idzie wojna)

Ta miłość wzięła się znikąd
jak kółko i krzyżyk
jak nadgryziona bagietka
jak gnijący ogórek na talerzu
gdy muzyk gra na prętach poręczy
i śpiewa piosenkę o Matyldzie
a Matylda z okna krzyczy
że idzie wojna i pokój
trzeba zamykać na klucz
bo wróg u bram chce krwi
baranka.

Robert Skrzypek (1977) — debiutował w undergroundowym wydaniu tomiku „Wejdź we mnie” (2000). Potem zniknął, podróżując po ciemnych celach człowieczeństwa i nie tylko. Wrócił kilka lat temu publikując w „Obszarach przepisanych”, ,„Helikopterze”, „Poeci.pl” czy „Wytrychu”. W kwietniu 2019 roku ukazał się jego powtórny debiut, „Brudne wiersze”, nakładem wydawnictwa Liberum Verbum. Śpiewa teksty innych poetów, także swoje, akompaniując na gitarze. Mieszka i tworzy na wsi, pośród drzew i krowiego łajna. Obecnie przygotowuje kolejny tomik wierszy „True- py”.

Nina Jaszewska — cztery wiersze

Jeśli najbliższy koniec świata będzie obserwowany przez poetki, to dobrze, iż nie mają już co do niego złudzeń. Choć przecież liczą dni do powrotu (…) wyszywają czerwoną nitką i znów liczą, głównie na siebie, pieniądze, przystanki, współpasażerów jazdy ku granicy. Czy może granicę tę dawno przekroczono? Nina Jaszewska to poetka, obserwatorka, czy może współsprawczyni? Gdy świat się łamie wpół (…) zagarniamy co nasze. W tych wierszach wiele dzieje się w trybie niedokonanym, skazani jesteśmy więc na powtórzenia, nietrwałość. Bywamy wszystkim co święte, czy zwolnieni od przykrego obowiązku miłości zajmujemy się już tylko kolekcjonerstwem przyrdzewiałych podniet? Szymon Kantorski
 
 
*

jak tak można
tańczyć, gdy świat się łamie w pół,
mężczyźni przygnieceni przez kamienne twarze bohaterów
wyrywają sobie włosy ze strachu i wstydu
kobiety leczą rany ukryte w ciele
radą sklepowych wróżek i boginek drukowanych
do wzięcia z lady za półdarmo
choć i tak wybijają mleczne, cienkie witryny
żeby wziąć jak swoje, bez cienia żalu

tak śpiewać w głos, za sobą mając przekrwione ślepia
czarnoksiężników z obrzeży miast, którzy za sprawą księżyca
wychodzą na wojnę, zagarniając umysły śpiących
wtórując orkiestrze walących się drzew i syren wyjących pod niebiosa
co chwila, co chwila ktoś płacze po sobie samym
a my tańczymy, śpiewamy, zagarniamy co nasze
w blasku żarzących się resztek codzienności
spijamy soki miasta, wkładamy głowy pod ziemię
snujemy plany niedokonania, dokonując wszystkiego co święte
 

*

ludzie, jak posągi postawione ku czci gotowości
przed sklepem „U Agaty”, gdzie można kupić Colę i mielone mięso
sześciopak piwa i klej błyskawiczny
każdy trzyma siatkę ze swoim dobrobytem
oczy wtopione w mokry od benzyny asfalt
ich ciała każdego ranka
złożone na szorstkich kocach w beżowe kwiaty i wizerunki rumaków
zbudzone rządzą skowytu serca
zataczają krąg w drodze do łazienki, potem
resztkami sił przekręcają klamki spróchniałych okiennic
rozpoczynają codzienną mantrę
znajdź w gąszczu ludzi wroga, no znajdź
odetchnij od przykrego obowiązku miłości
 

*

morelowy blok, okiennice gdy niebo bezchmurne, jasne
złożone z błękitu płaczą nad nocą
huśtawka przyrdzewiała, skrzypi niemiłosiernie, ale wytrwała
wydziera anielskim głowom włos po włosie
nikt nie obiecuje wiosny,
z szarzyzny kolor nie kiełkuje, on wybucha prosto w oczy
pod wpływem złotych refleksów z nieba
zapada chłód wiecznego brzasku
choć ocieplany przez rozgrzany metal, mrowią nas ramiona
wciąż na nowo, na nowo, na nowo
cicha dłoń z okna kładziona na szyję
czarne koty spadające na dno podwórka
bolą białka oczu przekrwione z podniecenia i ta woda
wypełnia szczeliny spękanego betonu
a w niej nasz obraz, który boso mącimy
pora wracać?
pora umierać tutaj, w tej chwili
zamiast czekać całe życie, bez końca
na powrót do morelowej, przyrdzewiałej podniety
 

*

pół roku temu moja córka wyszła za mąż
miała biały gorset
miała czarne włosy
dwanaście godzin przed ślubem kupowałam czarną farbę
gorset trzy i pół dnia przed ceremonią wyszywałam czerwoną nitką
pięć lat temu, wiosną, skończyłam wysyłać pieniądze na remont domu
trzy lata razy dwanaście miesięcy po pięćset złotych
osiemnaście tysięcy
sto dwadzieścia siedem tysięcy hrywien
pięć i trzy, osiem
osiem lat temu przyjechałam tutaj
jechałam busem, było siedem miejsc pasażerskich, dwunastu pasażerów
ja między jedną kobietą a drugą kobietą z dzieckiem
dziecko płakało i wymiotowało na zmianę
podróż trwała osiemnaście godzin
cztery przystanki, dwa i dwa
w międzyczasie na granicy, każdy z nas
wypakował z bagażnika co najlepsze
pieniądze i mięso
liczyłam dni do powrotu
 

Nina Jaszewska (1996) — autorka projektu społecznego „Ukraina — domy bez kobiet”. Jako dziennikarka publikowała m.in. na łamach „Instytutu Obywatelskiego”, „Liberte!”, „Miesięcznika Ewangelickiego”, serwisu „polszczyzna.pl”. Swoje utwory poetyckie prezentowała m.in. na portalach „Tlen Literacki”, „Wakat”, „wydawnictwoj.pl”.

Emoralni*