Posiadanie kierowcy determinuje postrzeganie człowieka

DOMINIK KUREK O Ukrainie bez lukru

DOMINIK KUREK O Ukrainie bez lukru

O blichtrze i tzw. „pokazusze”

Pokazucha to pojęcie, które można by oddać staropolskim powiedzeniem „zastaw się, a postaw się”. Jest to zjawisko typowe dla ludów wschodu, jednak, mając porównanie z okresu zamieszkiwania w Moskwie, Kijowie i Taszkencie stwierdzam, że to właśnie na Ukrainie jest ono najbardziej uwypuklone, by nie powiedzieć, wynaturzone. Co eksponowały ukraińskie media po wizycie prezydenta Komorowskiego u Janukowycza tuż przed „Rewolucją godności”? Myliłby się ten, kto by pomyślał, że zawarte umowy, porozumienia itd. Nie. A to, że ich prezydent miał na ręce zegarek w przybliżeniu sto razy droższy niż nasz prezydent. Kto by wówczas pomyślał, że zegarek właśnie stanie się przyczyną kłopotów pewnego polskiego polityka, który pracował również na wschodzie…

Gdy Ukraińska delegacja przyjechała do Polski, ktoś zwrócił uwagę, że syn ówczesnego premiera Tuska jedzie do pracy tramwajem. Nie mogli uwierzyć, że taka bieda u nas panuje… Albo, że robimy to na pokaz.

Pokazucha nie omija, rzecz jasna, również osób duchownych. Przypominam sobie wywiad ze zwierzchnikiem Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego, Filaretem. Rzecz się miała jakoś zaraz po wyborze Franciszka na stanowisko zwierzchnika Kościoła Katolickiego. Wielu zdumiało wówczas, że Franciszek wsiadł, tuż po konklawe, do zwykłego autobusu i że ogólnie prezentuje skromną postawę. Redaktor prowadzący wywiad zagadnął o to Filareta. Ten bezceremonialnie odparł, że Franciszek się wygłupia i że ludziom na określonym stanowisku pewne rzeczy nie przystoją. Redaktor ciągnął więc dalej:
— Batiuszka, zarzucają wam, że jeździcie zbyt drogim samochodem. Czy przy ograniczonych funduszach Patriarchatu Kijowskiego mercedes za 200 tysięcy dolarów nie jest zbytkiem i czyż nie przeczy ideałom skromności, którym hołduje choćby Franciszek?
— Cóż. Jeżeli ukraiński przemysł wyprodukuje samochód zgodny z moimi oczekiwaniami, z chęcią się do niego przesiądę.

DOMINIK KUREK -- książka
Okładka książki Dominika Kurka „O Ukrainie bez lukru”. Wydawnictwo: Instytut Bronisława Szlubowskiego 2021. Źródło: materiały prasowe

A teraz kilka z moich własnych obserwacji na ten temat…
Ukraińcy lubią mieć coś na pokaz, co w oczach bliźnich czyni ich bogatszymi niż są w rzeczywistości. Zadłużają się na to konto po uszy, ale — w odróżnieniu od Polaków — zadłużają się nie na rzeczy faktycznie niezbędne do życia (Polak zadłuża się do końca życia na mieszkanie), ale na rzeczy szybko przemijające. Zresztą — na Ukrainie, z tego co wiem, wtedy, gdy tam mieszkałem, nie istniały kredyty hipoteczne w takim rozumieniu jak u nas. Deweloper, kiedy sprzedaje mieszkanie, kusi rozłożeniem spłaty na dwa lata, przy czym połowę wartości lokalu należy wpłacić od razu. Nie spotkałem się z wieloma osobami kupującymi mieszkanie, ale jedna dalsza znajoma uzbierała połowę wartości, a na drugą połowę pożyczała po rodzinie, przyjaciołach i znajomych.
Co innego, gdy chcesz kupić dobry samochód. Możesz go wziąć w kredycie na 20 lat pod zastaw nieruchomości. No i to jest chore, wszak dzisiejsze samochody to nie wołgi i łady, które jeżdżą po 40 lat — za dwadzieścia lat dzisiejszy samochód nadawać się będzie na złom. Ale kupują. Ukrainiec będzie nie dojadał i spał w nędznych warunkach, ale za to będzie jeździł wypasionym samochodem. Jak już wcześniej wspominałem, nas początkowo nie chciano wpuszczać do garażu bloku, w którym mieszkaliśmy, bo nasz trzyletni mały nissan nie budził szacunku…

Kilka przykładów. Przykład pierwszy: grał z nami w piłkę chłopak, na oko 30-letni, nazwijmy go Sasza. Przyjeżdżał na te nasze cotygodniowe meczyki terenowym Lexusem wartym w Polsce kilkaset tysięcy złotych. Nie był żadnym dyrektorem, prezesem czy urzędnikiem państwowym, który mógłby brać łapówki. Był tzw. planktonem biurowym. Spotykałem go również idąc do pracy jak pił kawę kupowaną w takich ruchomych kawiarniach — samochód typu pick-up, w środku ekspres, trzy-cztery rodzaje kawy, dość popularny wówczas w Kijowie interes. W końcu zapytałem Saszę, czemu codziennie pije kawę z tego przybytku, raz że to norm higienicznych nie przestrzega, dwa, że niesmaczne, a trzy, że w skali miesiąca to jednak się nie opłaca, dziś 10 hrn, jutro itd. A on na to, że mieszka w wynajętym pokoju z czterema kolegami bez dostępu do kuchni. Mają dostęp jedynie do łazienki, ale do kuchni nie, bo tak jest taniej wynajmować, więc żywi się na mieście. Zdziwiło mnie to, zapytałem więc, dlaczego sobie nie wynajmie czegoś lepszego. Nie stać go na wynajem czegoś lepszego, bo większość pieniędzy idzie na raty za Lexusa oraz na jego bieżące utrzymanie — paliwo, ubezpieczenie itd. Zapytałem więc, po co mu taki samochód, czy nie mógłby sobie kupić skromnego, małego, cztery razy tańszego, np. takiego jak ja mam. Spojrzał na mnie wówczas z pogardą i powiedział: „A co by ludzie o mnie powiedzieli, gdybym jeździł czymś takim?”. Okazuje się bowiem, że jak idziesz np. na rozmowę o pracę (a nie aplikujesz o stanowisko kasjera w markecie), to już na starcie jesteś przegrany jeżeli przyjeżdżasz starym samochodem, a już — grzech śmiertelny! — metrem. Znaczy to, że sobie nie radzisz i będziesz złym pracownikiem — tak usłyszałem wtedy od niego. Metrem jeżdżą bowiem studenci, biedota i zachodni pracownicy ambasad i korporacji. Porządny człowiek przyjeżdża samochodem, najlepiej nowym i jak największym. A jeszcze lepiej z kierowcą — ten wątek rozwinę później. Woli taki jechać trzy godziny w jedną stronę i trzy godziny wieczorem wracać (korki), niż przebyć tę samą drogę w 30 minut metrem.
Tak się złożyło, że znajoma Polka znała, jak się okazało, dziewczynę tegoż Saszy. Poznała ją gdzieś na zajęciach fitness. Gdy już się trochę zakumplowały, poszły na kawę i zaczęły rozmawiać „pa duszam”:
— A chłopaka masz?
— Mam
— Jaki jest?
— Ma Lexusa!
— No a jaki jest?
— Fajny.
— Mieszkacie razem?
— Nie, nie stać nas.
— Dlaczego?
— Bo on spłaca Lexusa, mieszka z kolegami w jednym pokoju, ja zarabiam mało, a mieszkam w dwóch pokojach z mamą, tatą, siostrą, jej mężem, ich dzieckiem i babcią.
— No to nie moglibyście sobie coś wynająć, albo sprzedać tego Lexusa w cholerę i za to kupić małą kawalerkę?
— Nie, no, co ty, on musi do pracy jeździć porządnym samochodem. A poza tym, zawsze chciałam mieć chłopaka z Lexusem.
— A gdzie, jeśli mogę się spytać, się kochacie?
— Przeważnie w samochodzie.
— No dobra, raz czy dwa na szybki numerek to może być fajnie, ale na dłuższą metę…
— Latem czasem, jak moi domownicy wyjeżdżają na daczę, to u mnie. A czasem też u niego w tym pokoju.
— No ale tam przecież jest zazwyczaj kilku kolegów!
— No, ale oni śpią…
Inny przykład. Jeszcze jeden znajomy z piłkarskiego boiska. Przykład prawdziwej, męskiej przyjaźni. Zgadał się z trzema kumplami, kupili razem na raty ogromnego SUV-a, nie pamiętam już jakiej marki. Każdy ma go po kolei do dyspozycji, każdy może użytkować co czwarty weekend. A jak któryś jedzie załatwić ważną sprawę, to inny występuje w charakterze kierowcy. Spłacać go będą solidarnie przez 10 lat. Co będzie potem, jeszcze nie wiedzą.

Oczywiście posiadanie kierowcy też determinuje postrzeganie człowieka. Wcześniej pisałem o J., któremu chcieli samochód ukraść w majestacie prawa. Wszyscy, nie tylko na jego poziomie, ale również wiele, wiele niżej — mają kierowców. Ulice Kijowa zapełnione są zaparkowanymi wszędzie samochodami z kierowcą czekającym w środku. Taki kierowca ma w sumie ciekawe życie — kilka godzin dziennie pojeździ samochodem świetnej klasy, a pozostały czas ma dla siebie — siedzi i czeka, może oglądać film, czytać, uczyć się języka (no — tu może przesadziłem). Najśmieszniejszy przypadek jaki widziałem przypomniał mi stare powiedzenie mojego dziadka — „A widziałeś, żeby sługa miał lokaja?”. Widziałem — w Kijowie. Otóż w naszym blokowym garażu parkował samochód marki Maybach, wart około pół miliona dolarów — przynajmniej za tyle chciał go właściciel sprzedać. Nawet 30 tysięcy chciał opuścić! Jego właściciel nie mieszkał nawet w naszym „elitarnym” nowym, tylko w pobliskim, starym bloku. W jakich warunkach — nie wiem, ale nie można wykluczyć, że też w pięciu w jednym pokoju. Rzecz jasna, miał kierowcę. Pewnego razu wracałem późnym wieczorem, wjechałem do garażu, za mną Maybach. Pasażer (właściciel) wysiadł, pożegnał się z kierowcą, poszedł do sąsiedniego bloku. Kierowca zaś zaparkował Maybacha, po czym przesiadł się do wielkiej Toyoty Prado, ale już nie jako kierowca, tylko pasażer. Z ciekawości zapytałem dozorcę, kto to był. To był kierowca tego z Maybacha — odpowiedział dozorca. A ten, co go wiózł? To jego kierowca!
Nie należą też do rzadkości takie kurioza jak instalacja LPG w samochodzie typu Porsche Cayenne, a właściciel takiego, kiedy tankuje, to albo gdzieś za miastem, żeby znajomi nie widzieli, albo robi trzy kółka wokół stacji, czy kogoś znajomego nie widać…

Ale nie tylko na samochody wydają Ukraińcy pieniądze, by się pokazać. Miejscowe pracownice naszego wydziału konsularnego (co prawda nie wszystkie) po wypłacie szły do klubów, w których wstęp kosztował jedną dziesiątą ich miesięcznego zarobku. Bo to taki elitarny klub… Kupowały też w sklepie dyplomatycznym bez cła, dzięki naszej uprzejmości, perfumy oraz drogi alkohol, wydając na to ponad połowę zarobków. A potem, wielokrotnie to widziałem, tydzień przed wypłatą jechały na suchych bułeczkach, choć ich zarobki znacznie przewyższały miejscową średnią…

Pokazuchy nie może zabraknąć również w sferze religijno-świątecznej. Gdy pojechałem z żoną w Wielką Sobotę święcić koszyczek, nie dowierzałem własnym oczom, jakie „koszyczki” przynosili kijowscy parafianie. Mniej więcej takie z jakimi chodziło się u nas niegdyś na zakupy czy grzyby — takie wielkie, wiklinowe. Największy (z tych, które widziałem, bo może był też większy) był bez mała rozmiarów parasola ogrodowego, a dźwigało go dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn. Czegóż w nim nie było! Dało się dostrzec puszki kawioru, butelki wódki, szampana i coca-coli, kurczaki w całości i w porcjach. Wszystko te kosze stały w głównej nawie kościoła w ten sposób, że nie dawało się przejść.

Pewnego razu w metrze spotkałem panią, która od wieków pracowała (i do dziś pracuje) w naszej ambasadzie, Polka zamieszkała od kilkudziesięciu lat w Kijowie. Pani była w towarzystwie jakiejś swojej znajomej, której w głowie się nie mieściło, że konsul może jechać metrem, bez ochrony, ot tak po prostu.

A już bardzo mnie rozbawiła rozmowa przed konsulatem, gdy przyjechałem kiedyś do pracy rowerem – mogłem sobie pozwolić na to, bo w pracy mieliśmy prysznic i tak dalej. Ktoś z kolejki szepnął, że w tej Polsce taka bieda że dyplomaci rowerami jeżdżą. „Gdyby brał jak nasi, to nie musiałby tak biedować…”.

Dominik Kurek „O Ukrainie bez lukru” — książka dotyczy lat 2009-2014.

Dominik Kurek — były wieloletni pracownik administracji publicznej w kraju i za granicą.
Zdjęcie na stronie głównej: Plac Niepodległości w Kijowie.
zamów książkę bezpośrednio u autora poprzez email: dominikkurek@op.pl

Wojny oswoiły ludzi jak psy i szybko stały się codziennością

MARCIN GRABOWSKI Dzień weterana

MARCIN GRABOWSKI Dzień weterana

Fragment powieści Dzień Weterana

PROLOG

 
Mężczyzna w galowym mundurze z dystynkcjami majora przystanął przed ścianą kwitnących jabłoni. Myśli mężczyzny kłębiły się wokół spraw wagi ciężkiej i ciemnej: Doktor Aleksander powiedział, żebym znalazł miejsce, które by ci się spodobało. Co tydzień mam pisać do ciebie. Mam pisać to, co czuję.
Mężczyzna powiódł spojrzeniem po białym sadzie i niebieskim niebie, wziął głęboki wdech, sięgnął do wewnętrznej kieszeni munduru i wyjął kartkę zapisaną odręcznie. List. Patrząc na równe rzędy wersów i wycyzelowane akapity poczuł nagle, że wszystko, co w sobie mieszczą, jest kłamstwem. Słowa zawsze przychodziły mu z łatwością, z powodu słów nie miał wyrzutów sumienia, poczucia winy albo wstydu; bez mrugnięcia okiem wykorzystywał ludzki głód na dobre słowo i potoczyste przypochlebstwa; Przecież to tylko słowa — usprawiedliwiał się potem przed sobą. Zgniótł kartkę w dłoniach, podrzucił ją i kopnął jak piłkę, sięgnął do kieszeni spodni, wyjął opakowanie Helioxu i zażył proszek.

Lek uderzył szybko i celnie. Biel sadu stała się jeszcze bardziej biała, a niebo — jeszcze bardziej niebieskie. Myśli majora wysubtelniały, nabrały tonu tkliwego i złożyły się do lotu ku uczuciu ekstatycznej tęsknoty za miłością. Major znowu wyobrażał sobie, że do niej mówi: Pamiętasz naszą huśtawkę i tamto wietrzne popołudnie nad rzeką? Ostatnio inaczej spojrzałem na czas, który dane mi było z tobą przeżyć. Teraz pamiętam jak było naprawdę. Ludność wielkiego królestwa powracała ze święta obfitości do swych lukrowanych kamieniczek, dobroduszny strażnik z halabardą rozdawał dzieciom migdały i figi, żuczek piął się po łupinie orzecha. I tylko zielony kot, zasłuchany w złowróżbną melodię ulicznych szansonistów, leniwie mrużył oczy przekonując się o bezcelowości tej całej fasady. Jak dobrze pamiętasz, niebawem w królestwie nastał czas wojny i wielkiego głodu. Ludzie zjedli swoje domy, a zbuntowani małoletni urządzali orgiastyczne defilady, obnosząc po miastach najwspanialsze trofeum — głowę strażnika osadzoną na halabardzie. Łupina przygniotła żuczka i cały świat roztrzaskał się o pustkę. Ale my mieliśmy nasz azyl — naszą huśtawkę nad rzeką. Na niej jedliśmy migdały i figi pełnymi garściami, bez strachu, że kiedyś ich zabraknie. Pamiętam dobrze, tamtego wietrznego popołudnia nad rzeką uderzył w nas radosny krzyk dzieci, a fala śmiechu wyrzuciła ciebie, droga Lester, i mnie na brzeg ulotnego szczęścia. Spaceruje po nim zielony kot i prawi, co znaczy fruwać, marzyć i kochać — ostatnie słowo wymówił półgłosem. Mocno zacisnął powieki, by ujrzeć Lester: ubrana w zamszowy płaszcz w kroju trzy czwarte; jej śmieszne kolana i długie nogi, jej sarnie oczy, za którymi szatan podpala całe kraje… Heliox właśnie tak działa: odłącza, rozładowuje, przynosi trzeźwy osąd i wpycha w przeszłość. Major zapomniał o liście i zaleceniu doktora Aleksandra. Patrzył na kwitnący sad ponownie doświadczając cudu życia, który zawsze był na wyciągnięcie ręki, leżał w kieszeni w pomarańczowym opakowaniu z napisem Heliox.

Prochy i mieszanki lekowe brał różne i od dawna, ponieważ na każdy etap leczenia przypadało po tuzin leków, a major po powrocie z frontu przeszedł przez radykalizację, otwarty konflikt z ludźmi, następnie ze sobą, potem na bardzo długo pochłonęła go izolacja, aż któregoś dnia spadło na niego coś w rodzaju przebudzenia. W obecnej fazie leczenia major jest przekonany, że ten moment przebudzenia cały czas „się staje“, inaczej nie umie tego nazwać. Helioxu nie odstawiał, bo najskuteczniej wprawiał go w zachwyt nad słowem „żyć“ — tylko po Helioxie w pełni doświadczał życia, tylko po nim odczuwał wielką siłę, jaką daje człowiekowi wolna wola. Dziś nie każdy ma ten komfort, ale major należy do szczęściarzy, którzy mogą jeszcze cieszyć się pełnią życia, dzięki przywilejowi leczenia w państwowych placówkach służby zdrowia, a przede wszystkim dzięki dotowanemu państwowo Helioxowi — lekowi bezinwazyjnemu, jak od dekad zapewniała propaganda, lekowi, który pochmurny dzień oddaje dniem strojnym, wlewającym w ziemię dzban światła. On sprawia, że piekło wewnątrz duszy zostaje zalane narracją prawdy objawionej i zmultiplikowanym pięknem życia, które farmaceuci określają nieskomplikowanym wzorem chemicznym i pod nazwą Helioxu sprzedają Rządowi Najjaśniejszej, a ten dystrybuuje lek między innymi do ludzi takich jak major, żeby im ulżyło, żeby się nie męczyli…
 
MARCIN GRABOWSKI „Dzień weterana” — pobierz ebooka
 
Farmakologiczne leczenie z wojennej traumy w państwowych placówkach dla weteranów naprawdę przynosiło efekty. Major był już na trzydziestym drugim etapie leczenia i kompletnie go nie interesowało, ile jeszcze etapów przed nim. Dawno temu zrozumiał, że będzie leczony do końca. Wojny nauczyły go bardziej przyglądać się życiu, nie uciekać od niego — tak wmawiał mu doktor Aleksander, ale major wiedział swoje. Wojny zabrały mu wszystko, na co chciał patrzeć, wszystko za czym chciał biec po kres swych dni; wciągnęły w wir śmierci i wypluły go — co prawda żywego, ale ze starą, niewyżętą szmatą w środku. Tym epitetem określał major swoją duszę, co do której istnienia miał niekiedy poważne wątpliwości. Każdy, kto wraca z wojny, wraca kaleki, a jednak bez rąk, nóg, oczu albo połowy głowy można żyć w społecznej masie, na co major posiadał wiele bohaterskich dowodów dawanych przez kolegów weteranów. Ale czy w społeczeństwie można żyć bez duszy? Odarły go ze złudzeń te wojny, obszarpały go jak psy.
Major postanowił wezwać taksówkę.

Wysiadł na zadbanym trawiastym lądowisku, z którego otwierał się widok na Aglomerację-Centrum. Błyszcząca i mrukliwa rozlewała się na mazowieckiej równinie. Mur-krata — pomyślał major — podstawowa komórka cielska Sektor-Centrum. Mury, kraty, w dzielnicy rządowej zasieki — solidny fundament, na którym rozrasta się aglomeracyjny liszaj.
— Jurek!
— Jurek, przyjechał!
Odwrócił się za dziecięcymi głosami, ale w drzwiach werandy nikogo już nie było. Wszedł do rozłożystego, parterowego domu otulonego naręczami polnych kwiatów.
Pani domu kochała unikalne rośliny, dlatego major nie zapomniał o bukiecie soczystych żółtych glorioz, które postawiono pośrodku uroczyście nakrytego stołu — bo u przyjaciół kolacja z okazji Dnia Weterana — takich zaproszeń się nie lekceważy. Towarzystwo byłoby mocno zawiedzione nieobecnością majora, dlatego przyjął zaproszenie, jak mu się wydawało, bez cienia niechęci, chociaż żałował już, że nie odmówił. Nie chciało mu się tu siedzieć. Przyjaciele wprawiali go w nastrój przygnębienia. Ach, ci jego przyjaciele… W skrytościach swoich serduszek aż rozkoszowali się myślami o smutnym i samotnym życiu majora Bengera. Robili z tego legendę na własny użytek, przestrogę dla swoich dzieci. A im większą major wykazywał odporność na ciosy losu, im łatwiej wyplątywał się z sieci czarnych myśli, tym bardziej jego przyjaciele pragnęli, żeby upadł jeszcze niżej. Nie iskrzyli już ci przyjaciele, smutni, przeżarci sklerozą, wypaleni w sposób bezlitosny, przychylni jedynie wobec własnego odbicia w lustrze. Cóż im pozostało? Ambitna hipokryzja, przytulne stanowiska i kontestacja reżimu, ale wyłącznie w granicach przyzwoitości. Przyjaciele jak roboty, umiarkowani co do milimetra.

Zachowywali się miło, lecz konwencjonalnie i bezrefleksyjnie, dlatego major zaczął nagle robić miny, nadymać usta i śmiał się z tego do rozpuku. Przyjaciele, ich żony i dzieci też się śmiali, bo cóż innego można było tam robić. Poza tym Jurek zawsze taki śmieszny, taki klawy z niego facet — zapewniali głośno przyjaciele klepiąc majora po ramionach, tuląc go do siebie, całując nawet. A potem znudziło go grać błazna, więc w myślach zaczął liczyć, kto i ile ma forsy na kontach, giełdach, w nieruchomościach, antycypował również w wydatkach pokolenia rozkwitającego na powojennej prospericie. Po sporządzeniu obliczeń wyszło mu, że dla Ojczyzny sytuacja nie przedstawia się korzystnie. Ile czasu potrzebuje nasz Naród, żeby przejeść Zwycięstwo? Jak długo może jeszcze trwać euforia Najjaśniejszych — dekadę, może dwie? Wojna nie kończy się z podpisaniem traktatów pokojowych — dźwiga się ją do końca, noszą ją następne pokolenia. Dzieci moich przyjaciół dziś jeszcze nie sięgają rączkami do stołu, ale jak tylko podrosną zwrócą rączki przeciwko rodzicom. Najpierw oskarżycielsko wymierzą w nich palce, a jeśli to nie poskutkuje, wymierzą broń. Przedmiotem sporu i początkiem następnych tragedii będzie wojna. Moi przyjaciele i ja również nie umiemy odpowiedzieć na pytanie: po co nam ona była? To będzie jedno z pierwszych pytań tych szkrabów. A potem wiadomo: w ojcach i matkach odkryją nie obrońców, tylko morderców, bohaterowie dzieciństwa spadną z cokołów i albo roztrzaskają się o bruk pamięci, albo do końca swych dni pełnić będą role dyżurnych nikczemników ku przestrodze następnych pokoleń. Dzieci oskarżą i osądzą rodziców, odwrócą się do nich plecami i zaczną lepić swój świat z jedynie słusznymi wojnami w historii. Co za nuda. Trzeba się było stamtąd szybko ewakuować.
Major nagle wstał od stołu.
— Przepraszam, przyjaciele, obowiązki wzywają.
— Cóż to, służba w takie święto? — zapytała zdziwiona pani domu.
Ucałował jej dłoń i odpowiedział szarmancko:
— Rozkazy, dobrodziejko.
Żegnany gromko, opuścił dom przyjaciół. Odprowadzali go do taksówki jak głównego członka rodziny.

W taksówce zerkał na antywojenny znaczek przylepiony do taksometru: biały gołąbek z gałązką oliwną w dzióbku. Taksówkarz klął na wojsko i weteranów, chociaż sam był w piechocie, odbębnił trzy tury bojowe i dosłużył się porucznika, a krótko potem taksówki.
— Ku własnemu nieszczęściu poszedłem na wojnę! — krzyczał z goryczą. Miał nawet widoki, sądził że dzięki wojnie awansuje społecznie, że postawą, a może i bohaterstwem poświadczy swoje przywiązanie do wartości uznawanych za przynależne tylko ludziom.
Co by nie mówić — z dumą myślał major — świetne teraz robią te roboty — i dyskretnie zerkał w lusterko wsteczne, gdy pojawiała się w nim twarz taksiarza, szczeciniasta instytucja jego wąsów i szklane, martwe oczy.
— Weteranów-robotów nikt nie traktuje poważnie! — znów krzyknął taksówkarz. Nagle coś mu się zawiesiło w systemie, taksówką zatrzęsło, leciała teraz za bardzo w prawo, a taksiarz powtarzał w kółko niezrozumiałe słowa. Major musiał go otrzeźwić kilkoma silnymi uderzeniami w korpus i głowę.
— Dzięki, kolego — odpowiedział łagodnie taksiarz; był już spokojny, układny i nastawiony patriotycznie. Elegancko zaleciał pod kasyno, wyskoczył zza sterów, obiegł kruzer i otworzył majorowi drzwi.

Bilety na ten bal wyprzedano z półrocznym wyprzedzeniem. Każdy wie, że kasyno oficerskie Marynarki Powietrznej Najjaśniejszej gwarantuje najlepszą imprezkę w Sektorze-Centrum.
— Własnych dzieci tak nie kocham jak Wojska Najjaśniejszej! — wydarł się konferansjer. Wybuchł aplauz i na scenę wjechała kapelka. Tymczasem major kierował się do najbliższej sali koktajlowej. Pchnął wielkie drzwi i wkroczył na burżuazyjny spęd grubych ryb: przemysłowcy, paliwowcy, bankierzy, korporacjoniści wojskowi, autorytety. Za majorem wyskoczył kamer-lokaj, co należy zaznaczyć lokaj-nie robot — na takim przyjęciu byłoby to nie do pomyślenia! Kamer-lokaj, obawiając się skandalu, upominał majora o czymś na ucho, czyniąc wyrzuty, ale i tłumaczenia o tonie przeprosin nawet; jednocześnie w pośpiechu zdejmował z majora mundur i zakładał nań smoking, major już czekał na ten smoking z wyciągniętymi do tyłu rękami. Gdy miał go już na sobie, z głowy czyjegoś fagasa zdjął cylinder, włożył go i pląsając podbiegł do państwa-generalstwa, wokół którego pieniła się śmietanka towarzyska. Oklaski! Wszyscy witają dzielnego majora Jurka Bengera.

Znacie te bankiety, na których rojno od starzejących się podwórkowych kogucików. Myślą, biedacy, że blask i ciężar odznaczeń nada im powagi prawdziwych drapieżców. Znał Jurek dobrze tych weteranów! Zapalczywi w obrazowaniu zniszczeń, opisie ran i aktów ludobójstwa, od lat nie przestawali zanudzać towarzystwo opowieściami z frontu. Słuchały ich kwestujące żony próżniaczków na stanowiskach prezesowskich, co jedną rączkę wyciągały po pieniądze na sieroty, a drugą w tym samym czasie trzymały w rozporkach kogucików-naciągaczy. Tymczasem mężowie prezesi częstowali naciągaczy cygarami, zaciągali się i opowiadali naciągaczom historie z bogatych doświadczeń swoich żon. Właśnie tak wyglądał ten bankiet z okazji Dnia Weterana. Jak zawsze przygotowano imponujące szwedzkie stoły. Sięgnąłem po babeczkę, na której pyszniło się lukrowane godło Najjaśniejszej. Włożyłem ją do ust, pogryzłem i natychmiast wyplułem na podłogę, była obrzydliwa, kwaśna i nadpsuta.
— No proszę, nawet największym szowinistom już się przejadło to całe Zwycięstwo — usłyszał nagle Jurek za plecami. Odwrócił się i spostrzegł przed sobą łysego jegomościa z monoklem w mocno zaciśniętym oku.
— Kto pan jesteś? — zapytał major Benger.
Łysy zwinnie przeskoczył mur niechęci Jurka:
— Pańskim lekarzem, do jasnej cholery! Co się z panem działo? Dlaczego pan się u mnie nie pokazuje?
Major uśmiechał się głupawo, naprawdę nie miał pojęcia, co to za człowiek.
— Jurek — wyciągnął dłoń chcąc przywitać doktora. Znał go przecież. To doktor Aleksander.
Sytuacja stawała się niezręczna.
— Proszę się jutro zgłosić do gabinetu. Bezwzględnie — warknął Aleksander, z jednym przymkniętym okiem patrząc przez monokl na wyciągniętą jeszcze do uścisku, czekającą dłoń majora. Mruknął przy tym i zatrząsł się ze wzburzenia. Był niepocieszony działaniem mieszanki lekowej wspomaganej Helioxem, która, co zaobserwował naocznie, najwyraźniej kasowała pacjentowi krótką pamięć, a być może wpychała go w obłęd; wręcz zbulwersowany tym odkryciem i do głębi urażony własnym błędem, natychmiast umknął do grupki pośledniejszych weteranów okupujących trzeci krąg rozchodzący się od generalstwa.

Major stanął na antresoli i rozejrzał się po nabitej sali. Szczerze nienawidził tych zblazowanych, małodusznych skurwieli, ale dziś, w ten wyjątkowy dzień, widok grubych ryb pławiących się w płytkiej sadzawce cieszył go. Nagle dostrzegł ją i roztrzepotane serce mało nie wyskoczyło mu z piersi. Tym razem miała na sobie karmazynowo-błękitny kostium podróżny, a na jej głowie — zwieńczony połyskującym kółkiem — lśnił hologram klatki dla kanarka. Major zadrżał i poczuł ochotę, żeby krzyknąć z radości. Ona też go dostrzegła, podniosła dłoń i naciągnęła cieniutkie szczebelki hologramu aż po brodę. Ludzie ustępowali jej z drogi, nikt do niej nie podchodził. Obdarzała ich suknie i smokingi, i całą tę maskaradę niczym innym, jak pogardą. Jurek patrzył na nią, kiedy tak płynęła między ludźmi — nietykalna, niepojęta, najjaśniejsza…
— Wyglądasz cudownie — powitał ją i delikatnie dotknął kosmyka na jej skroni. — Twoje włosy jeszcze nigdy nie układały się tak dobrze. — Uśmiechnął się, położył dłoń na jej policzku i dodał, że uroczo wygląda w hologramie klatki. Piękna błyskawicznie dostrzegła u majora symptomy silnego napięcia emocjonalnego, pocałowała go i na uspokojenie opowiedziała swój sen z ostatniej nocy: jak w ciemnym zaułku dusi człowieka-gumę, takiego cyrkowca, jego własnymi nogami.

Wojny oswoiły ludzi jak psy i szybko stały się codziennością, w razie potrzeby dając Wielkiej Rzeszy Narodowej impuls do działania. Najjaśniejsza znów zmieniała oblicze. Jak zawsze rozkochana w obcych gustach, tym razem okutała się w coś klasycznego — w mistyczny narodowy socjalizm — stary, wypróbowany i najlepszy na najcięższe czasy.
Od kilku już dni Sektor-Centrum przeżywał nawrót gorączki patriotycznej. Ulice nieustannie rozpychał tłum a potem dzielił swoje cielsko i przetłaczał je arteriami, żeby wcisnąć się w ciasne place, na których odbywała się sentymentalna kulminacja rytuału. Msza narodowa. Zaprojektowana przez architektów wielkoformatowych emocji działała bez usterki, oddając w posiadanie władzy połyskujący tłum, jak w transie wyciągający ręce do pomników. Msza polityczna. Celebrowana z cokołów, gmachów rządowych i obiektów użyteczności publicznej rozlewała na tłum patos graniczący z trywialnością. Patos narodowy. Rząd, posługując się tandetnymi sztuczkami, podawał go zahipnotyzowanej masie pod nazwą piękna.
Przykład piękna idzie z góry, ponieważ pięknem, tak czy inaczej pojmowanym, przyozdabia się każdy reżim. Ono samo, jego kanony, wcielenia i wymiary, bez słów mówią to wszystko, czego nigdy nie usłyszysz od prezydenta, premiera, generała czy szeregowego polityka, nieważne czy z partii popularesów czy optymatów. Każdy reżim sam ustala swoje piękno, przykrojone tak, aby sprawnie posługiwać się masą. Wszelkich oponentów panującej estetyki i tych, co wołają, że do ujrzenia piękna potrzebne jest uczucie, wysyła się na front. Koniec końców każde piękno, jakim otacza się reżim, można całkiem szybko określić. Jak już człowiek ustali, z którym cholerstwem ma do czynienia, nie trzeba mu już tłumaczyć gdzie i wśród kogo przyszło mu żyć. Reżim, w którym żył major wcale nie był nagi. O nie, był dobrze opatulony – w łachmany.
— Nie rozumidem — zastanawiał się major. — Dlaczego ci ludzie na placach gloryfikują coś łachmaniarskiego.
Niebagatelną rolę w całej sprawie odgrywała świeżo wprowadzona legalizacja syntetycznej marihuany. Ludzie chodzili teraz jeszcze bardziej przymuleni.
— Patrzę na nich i robi mi się smutno — powiedziała Lester biorąc Jurka pod ramię.
Odwrócili się plecami do pomnika i odeszli.
Pamięć to funkcja psychiczna, zarówno w odniesieniu do jednostki jak i zbiorowości. Jeśli naród ślęczy przy pomnikach bohaterów, to niewątpliwie mamy do czynienia z narodem psychicznie zmaltretowanym lub autodestrukcyjnie podzielonym; ciasnym, dusznym i brzydkim jak sam Sektor-Centrum. Tu nie ma szerokich alej, placów po horyzont a na nich rzeźb, parków, fontann. Nic z tych rzeczy. Wszędzie tylko… Ale co tam pomniki. Oto obok Jurka idzie Lester. Prawie tak wysoka jak on, stąpa delikatnie, po prostu płynie. Jurek trzyma ją pod rękę i pęka z dumy. Patrzcie jaka dziewczyna! — malowało mu się na twarzy. Przy Lester nie potrzebował Helioxu, czuł się przy niej potrzebny i spokojny, czuł się jeszcze kimś.
Wybrali knajpkę na tyłach bulwaru imienia Kazimierza Cholewy. Pierwszy drink ożywił w Jurku wspomnienia, nieznacznie tylko zatarte przez leki.
 

CZĘŚĆ I — WOJNA

PIERWSZY DZIEŃ OSTATNIEJ WOJNY

Mobilizację powszechną ogłoszono pięć tygodni temu, potem nieustanne alarmy i straszenie w mediach, że parasol nieszczelny, że piąta kolumna, że nas wezmą głodem i morem, że usmażą mikrofalami, albo poślą w mrok atomówkami. Wszystko to było stekiem kłamstw, bo Armia wiedziała co się dzieje i czujnie kontrolowała sytuację.
Przed szóstą rano w korytarzu podziemnym zaczęły kursować pierwsze ciężarówki. Mieszkanko zadrżało, zadygotało. Kapitan Benger obudził się, włączył radio – akurat dogorywała nocna audycja z muzyką poważną — zrobił gimnastykę, zjadł śniadanie, papieros, toaleta, prysznic. W lustrze znowu spotkał twarz kogoś, kto ma stanowczo dość oczekiwania w pogotowiu. Wziął więc Heliox, chociaż zazwyczaj robił to po godzinie osiemnastej.
W radio, punkt szósta, zamiast serwisu wiadomości rozbrzmiał hymn narodowy, potem krótka zapowiedź spikera a po niej pierwsza dawka indoktrynacji.
— Rodacy! — szczeknął głos w sitku radia. — Od dziś nie możemy niczego pamiętać — od dziś chcemy i musimy pozostać zapamiętani. Tego wymaga od nas Historia. Kiedy ten koszmar już się skończy, usiądziemy z naszymi bliskimi i przyjaciółmi do wieczerzy, będziemy bawić się, tańczyć i wspominać, a śpiew nasz nieść będzie pamięć o bohaterach. Dlatego szanujmy pamięć. Szanujmy ją bardziej, niż zwycięstwo. Niech każdy rozważy to we własnym sumieniu, gdy potrzebuje tego Ojczyzna.
Ujadanie nie robiło na Jurku żadnego wrażenia. Było to bowiem dwudzieste ósme, powtórzone, przemówienie Wodza Naczelnego.
— Od dziś niech każdy z nas buduje pomnik pamięci o swoich osiągnięciach, o tym, czego dokonał dla Ojczyzny. Śmierci się nie martwmy — jak można bać się czegoś, czego nie znamy? Ze śmiercią żyjmy za pan brat. Martwmy się o pamięć jaka po nas zostanie. O to tylko. Pamięć o nas będzie zachowana i żadna inna! — grzmiał z sitka radiowego Wódz Naczelny.
Jurek mieszkał wtedy w tanim, podziemnym bliźniaku na głębokości dwudziestu metrów. Przy windach spotkał sąsiadkę, siostrę Sebastiana. Jaka zadowolona!
— Słyszałeś, wojna znowu wybuchła — trajkotała w drodze do sklepu.
W kolejce do kasy sensacja. Kobiety opowiadały z przejęciem jak to sąsiad Majcherek zastrzelił w nocy swojego psa, w związku z czym został przesłuchany przez policję. I tylko gdzieś na boku jakaś starsza pani powiedziała do drugiej trochę głośniej: — Co pani gada, nie będzie wojny.
Na bazarze do uszu Jurka dotarł strzęp rozmowy dwóch mężczyzn:
— Słyszał pan? — mówił ten pierwszy. — Zatrute pola i zbiorniki wodne — po czym nachylił się do rozmówcy dodając konfidencjonalnie: — I to podobno nasi zatruwają.
Zaprojektowana paranoja osaczająca społeczeństwo przybierała rozmiary wcześniej niespotykane. Najjaśniejszych przygotowywano do wojny od dziesiątków lat i wydawało się, że ludzie byli zajęci własnymi sprawami; nie uciekano, nie pamiętam żadnych oznak masowej paniki. Z drugiej strony grubym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że wybuchła wojna, która nikogo nie obchodzi; nawet głupiec pojmuje, że wojna najbardziej wyniszcza nie armie, tylko ludność cywilną, a tu zdawałoby się nikogo to nie interesowało. Ależ nie, oprzytomniał Jurek, w ludziach pojawiło się napięcie, lecz spora część społeczeństwa nie chce dawać powodu do niepokoju, więc nie gadają o wybuchu wojny, a jeśli już muszą się wypowiedzieć, to najczęściej w sposób stonowany, jak pokazywały media: Przywitałem wybuch wojny z dużą ulgą. Albo: To naprawdę wielki dzień.

Wchodząc do windy Jurek dostrzegł małoprzepływowy kruzer, który właśnie zatrzymał się przed stacją dokującą. Z autka wygramolił się ojciec Sebastiana. Jurek przytrzymał drzwi windy. Stary Sebka przyspieszył kroku, w jednej dłoni elegancka skórzana teczka, w drugiej worek ze śmieciami, zatrzymał się nagle i wykonał zygzakowaty ruch głową, żeby Jurek chwilę poczekał. Podbiegł do kontenera na śmieci i wrzucił worek do zjadarki. Wracał już biegiem, zdyszany wpadł do windy.
To nie były jego prywatne śmiecie z pracy, albo jednego z tych dziwnych miejsc jak warsztaty, blacharnie, wspólnoty mieszkaniowe, złomowiska, działki pracownicze, sutereny i piwnice — miejsc, w których pan Jacek lubił przebywać. Nikt z osiedla raczej nie domyślał się, że to śmieci z mieszkania jego syna — Sebastiana.
— Co u niego? — zapytał Jurek odwracając twarz do skanera oczu.
— Aaaa, nic tylko płakać.
Ostatnio, to znaczy zanim Sebastian pojechał na front, pan Jacek zaglądał do syna każdego dnia. Zaglądał pod pretekstem komputera; ciągle nie umiał czegoś w nim zrobić, a to się zalogować, a to tamto a to siamto. Sebastian miał dosyć odwiedzin ojca, chciał być sam. Do jego mieszkanka ciągle przychodzili jacyś ludzie, żeby się pożegnać. Widocznie stary Sebka jeszcze sprzątał po tych imprezach.
— Jak zaczynam za nim tęsknić, to mówię sobie, że po prostu wyjechał gdzieś z kolegami — rzucił pan Jacek i zaśmiał się gorzko. — Wojnę sobie wymyślili — zaśmiał się znowu (pewnie chodzi na MultiSativaxie), a potem potrząsnął głową niedowierzając temu, co powiedział.
— To już nie jest żadna wojna. To ściek, w którym wszyscy płyniemy. A gdzie, ja się pytam, podziw nad pięknem, nad siłami, jakie niosą porywy ludzkich namiętności? Kto dziś o nich pamięta? Kto oddaje im należny hołd? — poczciwina znowu się zaśmiał i lekko odgiął tułów, jak gdyby chciał trącić Jurka brzuchem.
— „Narodową” też czytam. Patrzę jak kłamią. Interesują mnie sposoby, w jaki to robią.
Drzwi windy podniosły się, wysiedli i ruszyli do swoich włazów. Pan Jacek odezwał się jeszcze:
— Popatrz ile to już trwa! I ja mówię: do chaosu daleko.
W domu nudy i samotne godziny spędzone w kuchni. Jurek siedział na krześle, oparty łokciami o stół, palił papierosy i słuchał radia. Czuł nadchodzący przekaz. Trochę poćwiczył, potem znowu siedział przy stole i żegnał się z tym miejscem, kolejnym na długiej liście miejsc, równie nic niewartym jak wszystkie poprzednie i następne. Pod wieczór przyszedł rozkaz rozpoczęcia akcji z dniem jutrzejszym. Na dalsze instrukcje Jurek miał czekać w jednostce kontaktowej A776.

Duże łóżko stało w sypialni Jurka, tak duże jak jego wymagania seksualne; niestety, najczęściej spał w nim sam. Dla kobiet był raczej facetem typu „w porządku“. Mówiły: pójdźmy tam — w porządku — odpowiadał; albo nie, pójdźmy tam — też w porządku; potrzebuję tysiąc — w porządku; naćpajmy się Helioxu — w porządku; nie miałam orgazmu — w porządku. Wszystko w porządku! Także z kobietami było różnie, przeważnie beznadziejnie. Ukrywał swoje romanse nie tyle z powodów zawodowych, ale dlatego, że uważał je za kompromitujące. Chodziło o wygląd partnerek. Reprezentował klasyczny męski szowinizm i choć zżymał się w sobie na tę myśl, mimo wszystko w kobiecie na pierwszym miejscu stawiał urodę. Ratowało go jednak to, że on sam wyznaczał kanony tej urody według własnego zapotrzebowania estetycznego; z męskiego punktu widzenia taka argumentacja nie była pozbawiona sensu, ale nie zmienia faktu, że większość kobiet, z którymi sypiał nie należała do piękności. Do wyczynowców też nie należał, ale umiał rozbujać kobitkę. Ostatni raz? Trzy miesiące temu, z sekretarką szefa zaopatrzenia III wydziału. Bo też chodziło Jurkowi o jej nastoletni jeszcze tyłek, a nie miłość, o szelest elastycznego ciała, a nie przyrzeczenia, których nie można anulować aż po grób.

W nocy nadszedł sen. Zstąpił Sebastian pod postacią Anioła-Mędrca — tego zuchwałego stoika i rzekł:
— Seneka zapewnia, że tylko mędrzec jest wolny a dusza mędrca pożąda tylko śmierci — tej najpewniejszej rzeczy w twoim życiu. Śmierć—zagadka nie do rozwiązania. Coś tak powszechnego, koniecznego i metafizycznego jest przez ciebie w ogóle nierozpoznane. Wizualizujesz ją na miliony sposobów a to nawet o krok nie przybliża cię do ujrzenia jej prawdziwego oblicza. Co przejawia się w wielu postaciach pozostaje niepoznawalne — rzekł Sebastian podnosząc palec i oczy ku niebu, a potem wbił w Jurka żółte spojrzenie, w uśmiechu wyszczerzył swoje chomiczo-wiewiórcze zęby i zniknął.
Następnego poranka Jurek nie włączył radia. Chodził po kuchni, przestawiał przedmioty, sprzątał, zmywał, grubo skroił boczek, ugotował kaszę, a myślami szybował wysoko w chmurach. Myślał o śnie i słowach Sebastiana pod postacią Anioła-Mędrca. Wspomnienie koszmarnej mary upewniło go, że rodzi się w nim lęk. Opróżnił lodówkę, wyrzucił śmieci, spakował się, zakręcił wodę i gaz, wyłączył prąd. Bezkształtna i niezniszczalna Służba, od której Jurek był całkowicie zależny, znowu go wzywała, aby gorliwie wypełnił jej rozkazy. Wsiadł do kruzera, zapalił silnik i ruszył na wschód.
Drzewa w dole wyglądały jak brokuły, miały ich kształt i fakturę. W radio propaganda nieustannie zachęcała, żeby wstępować do Batalionów formujących się w rejonach przygranicznych. Leciał tam, bocznymi współrzędnymi, z dala od głównych szlaków.

* * *

Wspominanie wyczerpało majora Bengera, w głowie czuł kompletny bełkot, ale powstrzymał się od Helioxu. Poprosił, żeby teraz mówiła Lester. Ona najpierw zamówiła drinki; poczekali, aż robot zabierze kieliszki a jego kolega elegancko postawi świeżutkie el-lemoniades najpierw przed Lester, a potem przed Jurkiem. Gdy odeszli Lester wreszcie zaczęła opowiadać o tamtym dniu, pierwszym dniu ostatniej wojny.
— Byłam na imprezie w jakimś drapaczu na dziewięćdziesiątym którymś piętrze. Nie pamiętam, o której padłam, ale obudziłam się jeszcze przed południem. Obok mnie spała Mildred, w której byłam wtedy śmiertelnie zakochana.
Lester splotła nogi i wygodnie umościła się w oparciu fotela. Hologram klatki dla kanarka jarzył się nad jej głową jak neon w kształcie wydłużonej korony.
— Pamiętam, że miałam wielką ochotę na mrożonego melona albo mango. W apartamencie nie działała klimatyzacja, okna nie otworzysz, od tej spiekoty wszystko stało. Koszmar! Budzisz się, masz kaca, jest straszny zaduch i tak gorąco, że chcesz uciekać, ale nie masz na to siły. A tu nagle podają, że znowu wojna. Z nudów zaczęłam przeglądać dziewczyńskie stronki typu „PonyGirl“. — Wydawcy „PonyGirl“ sprytnie podrzucali treści pornograficzne pod niewinne z pozoru obrazki wyzywająco ubranych nastolatek. Obowiązująca wówczas ustawa o ochronie Narodu i Państwa, dekret „kagańcowy“ i działania cenzury wojskowej skutecznie blokowały dostęp do ostrych stron porno.
Lester westchnęła:
— Ach, to „PonyGirl“ tak mi utkwiło w pamięci… W zasadzie nie sama strona, tylko post w zakładce złamanych serc — powiedziała niezwykle poważnie. — Napisał go Stefan C., skazany za gwałt i morderstwo oczekiwał wyroku śmierci w ZK Iława. Zapisałam ten list w mojej chmurze. — W dłoni trzymała już telefon, szybko odnalazła w nim tekst Stefana C. Major Benger znał ten tekst. Zwyrodnialec Stefan C. przekonywał w nim do snu na jawie, podług tezy, że samopoznanie prowadzi do nikąd, że dużo więcej korzyści przynosi stawanie się innym, a już najwięcej korzyści przynosi stawanie się nim każdego dnia na nowo — oto wzór ludzkich cnót i duchowe mistrzostwo według Stefana C.
Lester czytała jego słowa powoli, z nienaganną dykcją:
Odsiaduję wyrok w ZK Iława. Mam dużo czasu. Czytam starych filozofów i myślę o życiu, o świecie i o innych ludziach. O sobie samym już się namyślałem. Jak do tej pory prawdziwym sobą mogłem być tylko raz, w momencie narodzin. I będę raz jeszcze — z chwilą śmierci. W pierwszym przypadku nie miałem świadomości, żeby odczuć prawdziwego siebie, w drugim świadomość też jest niepewna. Moje życie rozciąga się między dwoma chwilami, o których nie mam ani świadomości ani pamięci; między dwoma chwilami całe moje życie a w nim próby uchwycenia mojego „ja“, pogrążające człowieka w coraz bardziej zdziczałych stadiach samotności. Nic to innego jak żałosne przedstawienie i niepotrzebna szarpanina, energia na nią zwydatkowana zasiliłaby średniej wielkości miasto.

Nie ma też co popadać w rozpacz, to nie zmieni naszego tragicznego położenia. Znałem kiedyś faceta, który dogłębnie studiował samego siebie, swoją duszę, swoje ‚ja‘. Żył w przekonaniu, że rozmowa z samym sobą jest ciekawsza, niż rozmowa z drugim człowiekiem. A kiedy już się nagadał, rozpoznał i przestudiował, nie chciał dłużej być sobą i umarł. Tym facetem byłem ja. Od tamtej pory doradzam każdemu, żeby czas na poznawanie siebie przeznaczyć na poznanie drugiego człowieka. Interakcja przynosi tysiąckrotnie większy plon, niż introspekcja — czytała Lester poruszając miękko tymi swoimi karminowymi usteczkami. — Czy przeciętny człowiek może w pełni poznać samego siebie? Może, ale nie radzę. Po co schodzić do lochów, znowu stawiać sobie przed oczami koszmary? Dużo korzystniej będzie skomunikować się z drugim człowiekiem, uświadomić temu odległemu człowiekowi: — Hej, stary, czujemy tak samo! To jest właśnie świadome współistnienie, przynależne życiu, tak jak do śmierci przynależą: nadmierne przywiązanie do drugiej istoty, uwiązanie do niej lub wieszanie się na drugim człowieku. Koniec końców do tego właśnie prowadzi perwersyjnie degradujące samopoznanie. Jeśli współistniejesz, dostępujesz zbawienia. Jeśli nie — będziesz martwy jeszcze za życia. Ludzie w nikłym stopniu zaznajomieni z kondycją własną jak i ogólnoludzką, ludzie zdezorganizowani światopoglądowo, nie odróżniają życia od śmierci, dlatego tak bardzo cierpią. Ze śmiercią łatwiej się bawić, ze śmiercią bardziej do twarzy. Są to wyniki moich obserwacji. Powtarzam zawsze tutaj w więzieniu, że nie ma się co siłować z własnym charakterem. Nie zmienisz go, tak jak nie zmienisz koloru swojej skóry. Żeby zmienić człowieka, trzeba najpierw zmienić jego świadomość…

Jurek czuł mdłości kolejny raz wysłuchując tych wszystkich bzdur. Ale z pomocą przyszła mu trzeźwa i kojąca myśl przysłana z królestwa podświadomości: Żeby rozmawiać z drugiem człowiekiem w sposób skuteczny i rozwojowy — myślał major — trzeba mieć najpierw obgadane sprawy z samym sobą. Mdłości ustąpiły.
— Czytaj dalej — poprosił.
A takie pytanie: w imię czego mam się oszukiwać, że mogę w pełni poznać siebie samego? Bo chyba nie w imię żydowskich bajeczek z morałem! U mnie w więzieniu to się ze mnie śmieją, że jak teraz nie uwierzę w Boga, to na pewno(!) — jeszcze grożą przy tym palcem – uwierzę przed śmiercią. Drodzy Państwo, najzwyczajniej w świecie nie należę do tchórzy. Nie potrzebuję religii, żeby dotrwać finalnej katastrofy.
Jurek wiedział, że to nie koniec. Teraz miało się zacząć najlepsze.
— Żal mi Boga — cichutko odezwała się Lester — tego, co się za niego płacze, za jego śmierć; żal mi ludzi, bo płaczą i płaczą wieki całe. A najbardziej mi szkoda ich łez. Tu w więzieniu ostatecznie zrozumiałem, że nie w tak zwanym szczęściu tkwi rozwiązanie zagadki życia, ale w rozterce. Bóg Prawdziwy I Jedyny mieszka we łzach.
— Mieszka też w uśmiechu — wtrącił Jurek, a noga zaczęła mu chodzić nerwowo. Zapalił papierosa, zaciągnął się, oddał go dziewczynie.
Jednak przede wszystkim nie mogę się w pełni poznać przez kogoś, kto żyje we mnie! Myślę, że się ukrywa przed karą wymierzaną organami sprawiedliwości aparatu państwa. Jaka wina na nim ciąży? Czego się dopuścił? A może on zagraża i mnie? Może go wydam? Kto nad kim czuwa, ten sam zapada w sen… — znudzona Lester spojrzała na Jurka.
— Znowu całe? — zapytała.
Major nic nie odpowiedział, ale przestała mu chodzić noga. Lester poczuła narastające w nim przygnębienie.
Zarzucając mnie podobnymi pytaniami — wróciła do czytania — obcy we mnie chce, żebym właśnie zapadł w sen roztkliwiania się nad sobą, nad własną kondycją. Chodzi mu tylko o to. Ukrywa się, bo nie może stanąć przede mną i spojrzeć mi prosto w oczy. To przekracza jego możliwości. A jakie on może mieć możliwości, skoro hołduje utytłaniu człowieka w szambie cierpienia i męczarni wszelkich kalibrów. Nie, nie jestem szaleńcem. Potwierdza to aktualne badanie psychiatry sądowego.
Słowa opętania płynące z ust Lester nieustannie przyspieszały majorowi puls.
Wróćmy do naszych spraw — czytała dalej.
Nie dopuszczam tego przekonania, że z ostatnim biciem serca ja się kończę. Tak łatwo nie ma. Nad nami stoi niebo przybierające oblicza dnia i nocy; pod tym kalejdoskopem, nad nim, wszerz i w poprzek, na każdym możliwym kącie zagięcia z grawitacją i nieskończoną ilością częstotliwości, istnieją wszystkie formy i treści; w moim przekonaniu to przestworza, których po prostu nie zdołaliśmy dostatecznie odkryć. Cały czas pracujemy, żeby odchylić kopułę przesłaniającą pełny obraz. I myślę sobie, że nie ma się co spieszyć. Nie odkryjesz siebie teraz — odkryjesz później. Teraz, dziś, odkrywaj siebie w drugim człowieku. Właściwe TERAZ nadejdzie, nadchodzi i już nadeszło. Dla każdego i dla nikogo — nagle przerwała i błagalnie spojrzała na Jurka.
— To najlepsze wspomnienia jakie mam — zażartował major a Lester odpowiedziała wymuszonym uśmiechem, słodkie dąsy dla zabawy.
Tak sobie czasem myślę, że w życiu tak zwanego przeciętnego człowieka — czy nawet robota — wydarza się wszystko i w pożądanym nasileniu. Chodzi o to tylko, czy umiesz według takiego założenia dostrzec swoją rzeczywistość i czy umiesz się z nią pogodzić. Siły wykorzystywane do znalezienia patologicznego consensusu, który od kołyski do trumny tuli cię żądzą i bogactwem nie mają dla mnie znaczenia.
Lester wzięła głęboki wdech, a potem głośno odetchnęła. — Nienawidzę tego deterministycznego bełkotu. Możesz mi wytłumaczyć, o co temu facetowi chodzi?
— Prosiłem tyle razy — poirytował się Jurek. — Nie przerywaj, tylko ciągiem masz czytać.
Tak naprawdę Lester nie umie się złościć, uśmiechnęła się i rzekła z francuskim akcentem:
— To masz, ty zachłanny, masochistyczny skurwielu.
Przysunęła się bliżej Jurka, jej usta dotknęły jego ucha.
Prawo przypomina: nie zabijaj, nie krzywdź, nie poniżaj. Złamałem prawo, ale dzięki temu zmieniłem się w lepszego człowieka — wyszeptały usta. Nie zabijaj… Człowiek, który to pierwszy pomyślał, nadał nam — ludziom — przeklęte i wielkie imię. Potem szybko pojawili się zdziczali aktualnościami i podnieśli krzyk: budujcie ołtarze pod karą śmierci i składajcie ofiary i padajcie na ryj i pod ołtarz przynoście złoto, bo w nim i przez nie ważą się wasze losy. Szamani odwołują się do serca i nieba. To obrzydliwe. Nie chodzę do świątyń, ale w mojej klatce piersiowej mam Serce i Niebo. Nie należą do żadnego kapłana i nie będą złożone na żadnym ołtarzu. Bo nie ma śmierci! Jest tylko twoje życie i inni, tacy sami jak ty! Jeżeli kogokolwiek zainteresował ten post, proszę pisać. Datę mojej egzekucji wyznaczono na 16 kwietnia. Zostało 155 dni. Podpisano: Stefan.
Lester schowała telefon do kieszeni a Jurek westchnął, bo właśnie skończyły mu się papierosy.
— Dzięki, Lester.
— Naprawdę musimy wracać do tego za każdym razem i odgrywać tą żenującą psychodramę?
Jurkowi pozostało jedynie pokiwać głową.
— Och! — poirytowała się. — Wtedy ten post był sprzed 154 dni. Tak pamiętam pierwszy dzień ostatniej wojny.
— Na tym polega twoje szkolenie, Lester — powiedział major Jurek Benger i objął dziewczynę, żeby już się nie gniewała. Rzuciła mu zalotne spojrzenie i zsunęła ze stóp balerinki. Wiedziała jak to zadziała. Jurek uwielbiał patrzeć na jej stopy obciągnięte jak u baletnicy. Musiał oderwać wzrok od jej cudownych oczu i przenieść go na jej nieziemskie stopy. „-Nie wytrzymam z tą Lester“ — pomyślał czując kolejny napływ podniecenia.
Chwycił ją za dłoń, przez wahadłowe drzwi wyszli na ulicę. Przecięli strumień przechodniów i podeszli do trafiki. Kioskarka-robot zeskanowała oko Jurka.
— Mleczne proszę — powiedział Jurek do kioskarki a ona podała mu paczkę papierosów „Mleczne“. System zestawił skan z numerem konta i pobrał z niego opłatę za skorzystanie z automatu. W tym czasie Lester zmieniła opcję w hologramie swojej mody i zamiast wieczorowej klatki dla kanarka na jej głowie wykwitł aksamitny kapelusz o kształtach morskiej muszli w odcieniu migotliwego błękitu. Szybko zorientowała się, że jest za wytworny, więc wyłączyła hologram i rozpuściła włosy.
Po drugiej stronie ulicy stał bar „Sportowy“. Weszli do środka. Klientelę tworzyły tam mózgi opuchłe od promieniowania monitorów, ekranów i telebimów. Wszyscy cudownie zmęczeni po wyciskaniu na crossficie i w stałym kontakcie ze swoimi coachami. Lester się podobało, bo można potańczyć. Major ujął jej dłoń, drugą położył na jej biodrze. Na miękko weszli w rytmy elektro swing.

 
fragment powieści „Dzień Weterana”, autorstwa Marcina Grabowskiego, opowiadający historię oficera wywiadu wojskowego, cierpiącego na zespół stresu pourazowego.

MARCIN GRABOWSKI Dzień weterana — pobierz ebooka

Marcin Grabowski — scenarzysta filmowy i telewizyjny; publikował w prasie studenckiej („Obserwacje”, „Słub-Furt City”, „Workshop”), w branżowym „Kurierze PKP” i w „Helikopterze”. Należy do Koła Scenarzystów SFP, Gildii Scenarzystów i do Polskiego Związku Działkowców.
Więcej: Portfolio |

Jej Wysokość Kokaina

Łukasz Czeszumski

Fragment książki Biały szlak

Przechowuj liście z wielką miłością i kiedy odczujesz żądło smutku w sercu, głód w swoim ciele i ciemność w swej duszy, weź je do ust i lekko, miękko wysysając jego ducha, który jest częścią mnie, znajdziesz ukojenie twojego bólu, najedzenie i światłość w swojej duszy. Listki tańczące na wietrze dadzą ci odpowiedź na wszystkie twoje żądze. — fragment „Pieśni o liściach koki”, indiańskiej legendy o powstaniu i działaniu koki, przekazywanej z pokolenia na pokolenie przez Keczua i Ajmarów.

Mała boliwijska wioska z chałupkami z suszonej w słońcu cegły, wszędzie wkoło zbocza gór. Na horyzoncie czapy śniegu na szczytach sześciotysięczników.
Stary Alejandro sięga pomarszczoną ręką do woreczka i wyciąga małą garść podsuszonych liści. Bierze je po kolei, pojedynczo, do ust. Obrywa twardą łodyżkę, wkłada do ust poskręcany liść. Jeden za drugim, aż wypełnią usta. Nie połyka, a żuje. Długo i dokładnie ugniata zębami listki, a potem językiem upycha w przestrzeń między dziąsłem a policzkiem. Przeżuta koka, pod wpływem śliny i grubych ziaren popiołu, którą jest zaprawiona, wypuszcza sok. Gdy pojawia się zielony, gęsty sok o gorzkim smaku przełyka go. To w tym soku jest moc. Po kilku minutach odczuje się jego działanie. Alejandro, jak i jego ojciec, dziad, pradziad, jest przekonany, że sok ma magiczną moc. To pokarm od pachamamy, matki ziemi.

Stara legenda Keczua i Ajmarów, przekazywana z pokolenia na pokolenie, i spisana po raz pierwszy dopiero w latach 20. XX wieku wyjaśnia, skąd według wierzeń Indian wzięła się koka. Opowiada o umęczonym przez zimno, głód i trudy nieszczęśniku. Bóg ulitował się nad człowiekiem i jego pobratymcami, bo wzruszyła go szlachetność ich dusz, ich pracowitość i pokora. Nakazał człowiekowi, aby wyruszył w wędrówkę na wysoką górę, a tam czekać miała nagroda.
Indianin wspiął się na górę i znalazł tam roślinę. To był krzak koki. Koka miała być dla jego ludu pożywieniem, ratunkiem i łaską. Miała być tym, co zamieni ich życie w bardziej znośne. Tak jak w mitach cywilizacji europejskiej Prometeusz dał ludziom ogień, tak Indianom bezimienny bohater przyniósł kokę. Lecz koka była darem i łaską, a ogień Prometeusza — łupem zdobywcy. Również w mitach widać różnice między cywilizacjami.

Alejandro łyka gorzki i cierpki sok, od którego drętwieje język i gardło. Wkrótce zaczyna odczuwać nadprzyrodzoną moc. Znika głód i zmęczenie. W starcze kończyny wstępuje energia do działania. Serce zaczyna bić szybciej, a w głowie zamiast trosk i zmartwień cudownym sposobem rodzi się radość i optymizm. Uczucie to nie jest gwałtowne ani silne, nie uderza jak piorun; jest ulotne, delikatne jak mgiełka, unosi jak sen, a potem niezauważalnie znika. Dopóki trwa, znieczula na trudy ciężkiej pracy, na męki wspinaczki po górskich zboczach, na uderzenia lodowatych wichrów.

Łukasz Czeszumski
Na zdjęciu: drzewko koki, której liście zawierają więcej wapnia niż mleko i więcej fosforu niż ryby, roślina ułatwia pobieranie tlenu, pomaga pokonać chorobę wysokościową i wspomaga trawienie, a mimo to jest rośliną zakazaną. Wszystko przez jeden procent kokainy, który zawierają liście koki – świętej rośliny Inków. Źródło: Wikipedia

Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda zbadali skład liści koki, aby przekonać się o ich wpływie na organizm. Oprócz toksycznych alkaloidów kokainy wywołujących krótkotrwały efekt stymulujący odkryto, że liście zawierają wiele składników odżywczych. Aż 20% białek i 44% węglowodanów. Koka jest źródłem wapnia, fosforu, żelaza i witaminy A. Odkryto, dlaczego popularność koki w Ameryce Południowej wiąże się ściśle z życiem w wysokich górach — koka stymuluje płuca do większej absorpcji tlenu, co ułatwia dostosowanie się organizmu do dużych wysokości.

Stwierdzono, że liście koki są istotnym źródłem mikroelementów i witamin dla niedożywionych Indian. Wyniki badań naukowcy nie omieszkali opatrzyć informacją, że wszystkie pozytywne substancje zawarte w liściach ulegają zniszczeniu w procesie ich przerobu na kokainę.

Używanie koki jest prawdopodobnie tak stare, jak prekolumbijskie cywilizacje. Większość dawnych ludów kontynentu znało kokę. Liście znajdowano w Andach, w żołądkach mumii i na stosach ofiar w grobowcach, mających 4 tysiące lat. Od zawsze koka wiązała się z wierzeniami i używana była w ceremoniach religijnych. W czasach Inków wszystkie uprawy koki mogły należeć wyłącznie do klasy władców — Dzieci Słońca. Koka była darem od Bogów, nie mogli tej świętości brukać ludzie z pospólstwa. Plantacjami opiekowali się kapłani i były one umiejscowione w okolicach świątyń słońca. Podobno najlepsze gatunki rosły na terasach świętego miasta — Machu Picchu.

Gdy do Ameryki Południowej przybyli konkwistadorzy, na początku zadziwiły ich właściwości rośliny. Siła i moc tych narodów nie tkwi w nich samych, to moc rośliny Coca, to dzięki niej mogą iść całymi dniami bez jedzenia — napisał w swojej kronice konkwistador Cieza de Leon. Konkwistadorzy i duchowni podejrzewali, że koka i efekty jej działania są sprawką diabła. Europejscy osiedleńcy niechętnie jej używali, szczególnie że ciężko im było przezwyciężyć niechęć do gorzkiego smaku liści.
W wieku XIX koka znalazła jednak zastosowanie w Europie. Angelo Mariani zaczął produkować we Francji wino i tonik na bazie liści koki. Wino zdobyło wielką popularność ze względu na orzeźwiające działanie, został mu nawet nadany złoty medal przez papieża Leona XIII dla najlepszego produktu. Od roku 1886 zaczęto z kolei produkować napój gazowany − Coca-Colę, której jednym ze składników była właśnie sprowadzana z Andów koka. Dzisiejsza coca-cola pozbawiona jest tego składnika, gdyż jako taka byłaby nielegalna.

U schyłku XIX wieku po raz pierwszy wysublimowano kokainę. Zaczęła robić ona zawrotną karierę jako składnik leków znieczulających. Nad jej pozytywnym działaniem na stan psychiczny rozwodził się doktor Zygmunt Freud. Freud był pierwszym kokainistą świata zachodniego. Eksperymentował z nowym lekiem na rozmaite sposoby i traktował własne ciało jako królika doświadczalnego, jednocześnie pisał swój traktat „O kokainie”. Miało jednak minąć jeszcze sporo czasu, nim kokaina opanuje serca i opęta umysły świata Północy. Przez ponad trzy lata mieszkałem w Boliwii, kraju koki. Na całym świecie tylko tu i w sąsiednim Peru posiadanie liści koki jest legalne, o ile nie przekracza granic „tradycyjnego użycia”. Na niemal każdym targowisku w tych krajach jest uliczka ze stoiskami z koką. Zawsze piętrzą się tam te same, pięćdziesięciokilogramowe worki z niebieskiego lub czerwonego plastiku. Zapach koki przesyca powietrze. Kokę sprzedają też w Boliwii sklepy spożywcze i popularne budki monopolowe. Liście można dostać dosłownie wszędzie. Obyczaj żucia, uznawany za nieco staroświecki i „wsiowy” w dużych miastach, na prowincji jest powszechny. W Boliwii rolnicy czy robotnicy nie wychodzą do pracy bez woreczka z liśćmi. Kokę żują kierowcy autobusów i ciężarówek, by nie męczyła ich senność na długich nocnych trasach.
— Co, gdyby nie było koki? — zapytałem raz górników z kopalni Cerro Rico w Potosi. Roześmieli się, usłyszawszy taką niedorzeczność.
— Wtedy nikt by nie zszedł do pracy w kopalni — odpowiedział jeden. — Bez koki nie ma pracy.
W Chile, Ekwadorze czy Kolumbii liście koki są oficjalnie zakazane, lecz w odciętych od świata górskich wioskach Indianie wciąż ich używają. To część ich odwiecznej kultury. Element życia tak naturalny jak narodziny i śmierć. Tradycja o wiele starsza niż władza białego człowieka.

Ze świeżą koką w ustach i cierpkim sokiem spływającym do gardła można ciężko pracować przez cały dzień bez żadnego posiłku. Nie spać nocami. Maszerować godzinami naprzód, z umysłem jasnym i radosnym.

Koka to świętość.

Indiański wróż rozrzuca garść koki i z układu liści odczytuje przyszłość. Ceremonie z użyciem liści to element każdego ślubu, pogrzebu, spotkania rodzinnego i uroczystości wśród wiejskich rodzin. Gdy wędrując przez Andy spotkasz Indianina, tradycją jest poczęstować go koką. Ty dajesz mu garść liści ze swojego woreczka, on daje ci garść ze swojego. Mama Koka. Niczym matka odżywi i pokrzepi. Na chwilę zmieni świat na trochę lepszy.
Liście koki zawierają od 0,75 do 1,5% czystej kokainy. Do krwiobiegu dostaje się maksymalnie do połowy jej zawartości ze względu na wolniejsze wchłanianie i neutralizację przez kwas żołądkowy. Jednak to, co podnieca, dodaje energii i optymizmu, to, co stworzyło jej sukces i sławę to właśnie ten drobny składnik liści — kokaina.

Gdy w czasach kolonialnych konkwistadorzy pytali wyczerpanych morderczą pracą indiańskich niewolników, co wolą, kokę czy jedzenie, ci nie mieli wątpliwości. Wybierali kokę. Podczas gdy pod zamglonymi szczytami Andów, w ubogich wioskach i w górniczych miastach pobratymcy poczciwego Alejandro żują spokojnie kokę, kontynuując tym wielowiekową tradycję, daleko od nich, w najbogatszych krajach świata biały proszek stał się jednym z problemów współczesnego świata. Kokaina to środek elitarny i drogi. Jeden z najdroższych dostępnych narkotyków. Do dziś nie odkryto sekretu, jak wyprodukować go syntetycznie.

Kokaina w krajach Północy jest tak droga, bo nie da się jej wyprodukować domowymi sposobami, np. w szklarni (jak marihuanę), w kuchni (jak amfetaminę), ani nawet w wannie (jak kompot ze słomy makowej). Główny jej surowiec to liście koki, które rosną tylko w strefie tropikalnej i których potrzeba bardzo dużo (300 kg liści na jeden kilogram produktu finalnego). Kokę produkują niemal wyłącznie trzy kraje andyjskie: Kolumbia, Peru i Boliwia. Inne kraje Ameryki Łacińskiej, w drodze do Stanów Zjednoczonych lub Europy, służą do tranzytu gotowego narkotyku.

Łukasz Czeszumaki
Na zdjęciu: jeden z plakatów z lat 80′ reklamujący w USA przybory do spożywania kokainy. Źródło: materiały prasowe

Kokainy używają różne klasy społeczne — czysty proszek dla zamożnych, tani crack lub basuco dla biedoty. Biały proszek w złotych latach 70. stał się klejnotem ekskluzywnych imprez, tak zaczęła się jego oszałamiająca kariera. Jest estetyczny, czysty, trendy. Akcesoria kokainisty — metalowe lusterko, złota karta kredytowa, zwinięty w rulonik banknot studolarowy kojarzą się z sukcesem i bogactwem; życiem pięknych, młodych i bogatych. Kokaina dodaje sił i energii, nie zmula, nie zamienia w narkomana. Żadne eleganckie przyjęcie w Los Angeles i Nowym Jorku nie może się obecnie obyć bez kokainy, którą podaje się w małych porcjach, tak jak Dom Pérignon i kawior Beluga. Niektórzy gospodarze serwują ją na srebrnych tacach, obok kanapek. Częstowani goście doznają dzięki niej poczucia potęgi, pewności siebie i energii — pisał w 1977 roku „Newsweek”. Finansiści wciągają „ścieżkę” w przerwach w negocjacjach. Artyści i copywriterzy twierdzą, że „śnieg” pobudza wyobraźnię, że pozwala im dotrzeć do granic geniuszu. Jedni biorą kokainę okazyjnie, inni w weekendowe imprezy, jeszcze inni stają się wyznawcami białego proszku — uzależnionymi. Wielu wierzy, że to naprawdę boski dar, który nie ma żadnych efektów ubocznych.

Tam, gdzie pojawia się kokaina, natychmiast pojawia się bogactwo, tak nagłe i obfite, jakby za sprawą czarów. I zawsze potem kokainowe królestwo ogarnia przemoc i zmywa dolarowy deszcz krwią.
Teraz każdego roku padają tysiące zabitych w narkotykowych strefach Meksyku, Kolumbii, Brazylii i Peru. Każdego dnia organizacje przestępcze i pojedynczy ryzykanci rzucają los na szalę w grze, w której stawką jest przegrana lub bogactwo. Największe policyjne akcje przejęcia narkotyków i aresztowania kluczowych graczy tylko przyhamowują biznes, który i tak zaraz zaczyna kręcić się dalej. Tego mechanizmu, napędzanego przez miliardy dolarów zysku, nic nie może zatrzymać. A tam, gdzie bije serce kokainowych interesów − w biedzie, desperacji i strachu najbardziej zakazanych rejonów Ameryki Łacińskiej − padło tyle trupów, że nikt nie jest w stanie ich zliczyć. To ukryty świat, do którego łatwo wejść, ale z którego niewielu wychodzi.

Kula zabijająca człowieka w Kolumbii została kupiona za działkę kokainy w którymś mieście w USA — jak to ujęła Robin Kirk, wieloletnia dyrektor Human Rights Watch na Kolumbię. Pojedynczy przemytnicy i małe grupy przewożące kilogram kokainy w kapsułkach w żołądku czy kilka kilogramów za podwójnym dnem walizki to tylko czubek góry lodowej. W Ameryce Łacińskiej całe tereny są wyłączone spod władzy państwowej. Dżungle kontrolowane przez rebeliantów i slumsy kierowane przez gangi to miejsca, w których uprawia się kokę i handluje białym proszkiem na masową skalę i w warunkach powszechnej amnestii.

Ta wojna rozgrywa się każdego dnia. Nie ma frontu ani terytorium, obejmuje ona co najmniej kilkanaście państw (nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale wszędzie tam, gdzie przechodzą szlaki przerzutowe białego proszku), a strzelaniny, egzekucje i akty terroru trafiają do mediów tylko wtedy, gdy są wyjątkowo spektakularne, i rzadko z odniesieniem do całości zjawiska.

Pięćset lat temu biali ludzie bez większego trudu podbili indiańskie imperia i wgnietli ich kultury w ziemię. Teraz zaklęty w niewielkich listkach duch zamienia ich potomków w niewolników. Przewrotność historii? A może zemsta zapomnianych bogów, którzy podarowali swoim wybranym magiczne ziele, nie dopuszczając do niego niegodnych?
Zastanawia ostatnie zdanie „Pieśni o koce”:
Gdy ten, co przybywa z północy, biały konkwistador, poszukiwacz złota, gdy on tego dotknie, znajdzie w tym tylko truciznę dla swego ciała, szaleństwo dla swej duszy, zniszczenie dla swego serca ze żelaza i stali…
 

Był to fragment książki „Biały szlak” Łukasza Czeszumskiego

ŁUKASZ CZESZUMSKI Biały szlak — zamów książkę

Łukasz Czeszumski (1980) — autor książki „Biały szlak” — zbioru reportaży o kulisach wojen kokainowych w Ameryce Łacińskiej. Podróżnik, autor reportaży z Afganistanu, Pakistanu i Ameryki Łacińskiej. Więcej: Portfolio|YouTube|Facebook

Postrzegam ją jako kobietę, która wyraża sobą najgłębszą niewinność świata

Mateusz Wróbel

Mateusz Wróbel, fragment książki Nie próbuj

Po chwili byliśmy na miejscu. Stary Wisielec znajdował się kilka przecznic od ulicy Mariackiej. Jeśli ktoś nie był w temacie, nie miał szans tu dotrzeć. To nie był lokal dla knajpianych turystów. Dlatego też miejsce to nie figurowało na żadnej rozpisce „miejsc, w których warto bywać”. Nawet szyld był na tyle zdezelowany, że trudno było stwierdzić, czy ta knajpa w ogóle funkcjonuje.
Drzwi znajdowały się na końcu zakręcających schodków prowadzących do piwnicy starej fabryki, która podobno świetnie prosperowała jeszcze na początku lat osiemdziesiątych. Później upadła. Nikt nie wie do końca dlaczego. W każdym razie pewien szaleniec o ksywce Humorzasty stwierdził, że założy tę melinę — bo trudno powiedzieć, by była to choćby speluna.
Wnętrze pozostawiało wiele do życzenia. Odrapane ściany, odpadający miejscami tynk. Wielu postpostpostmodernistycznych estetów stwierdziłoby, że jest to kwintesencja współczesności w najnowszym wydaniu, sądząc jednak po zakazanej gębie właściciela i tych narkomańskich wieszakach, które polewały tu piwo, daleko im było do bycia trendy.
Jest gwarno. Zwieszające się niebezpiecznie z sufitu nagie żarówki wprowadzają surową, lecz przyjemną atmosferę. Ludzie, którzy się tu dziś zebrali — a trzeba zaznaczyć, że panuje niesamowity ścisk — nie należą do wybrednych. Nagie i poczerniałe ściany z wyzierającą spod łuszczącej się farby czerwoną cegłą przybierają w ich oczach najbardziej fantastyczne i wyszukane kształty o falistej linii, niosąc ze sobą motyw roślinny wykwitający wraz z ciemnofioletową smugą dymu papierosowego, wiszącego ponuro tuż nad słabymi, dwudziestowatowymi żarówkami, których mdłe światło walczy bezskutecznie z grubo osadzonym na nich kurzem.

Mateusz Wróbel
Na zdjęciu: Mateusz Wróbel — autor powieści „Nie próbuj”. Jazz klub Hipnoza 2013 rok.

Dopiero teraz, gdy usiadłem zlany zimnym potem, zauważyłem siedzącą naprzeciwko mnie dziewczynę. Mówię dziewczynę, ponieważ, mimo swoich dwudziestu kilku lat, była jeszcze zupełnie dziewczęca, o smukłych nadgarstkach i kruchej linii obojczyków, wdzięcznie odznaczających się na gładkiej skórze o oliwkowym odcieniu. To był ten typ kobiety, któremu trudno czymkolwiek zaimponować. Nie zrozumcie mnie źle — to nie była żadna tam kokietka zanadto świadoma swojego wdzięku. Daleko jej było do demonizmu, za pomocą którego zaciągałaby mężczyzn do łóżka, by później z rozmysłem spychać ich na skraj rozpaczy. Była raczej jak dziwny, nieznany nikomu kwiat, wabiący swoją finezją, egzotycznym wyglądem i dotąd nieznaną swobodą bycia, tak obcą innym kobietom, którym przyszło przemierzać nocą labirynty ulicy Mariackiej.
— Jestem nieszczęśliwa — powiedziała, niedbale odgarniając kosmyk włosów z czoła.
Musiało być wtedy już późno, ponieważ pamiętam, jak klienci z wolna kierowali leniwe spojrzenia na odrapaną twarz drzwi. To były, zdaje się, jej pierwsze słowa, które usłyszałem, a które wypowiedziała do siebie stanowczo, bez cienia nostalgii czy westchnienia. Jakkolwiek zabrzmi to sztampowo, jej oczy były w jakiś sposób wyjątkowe. W odróżnieniu od innych kobiet, które próbowały zwrócić na siebie uwagę na wybiegu tej ulicy egotyzmu, miała zupełnie krótkie, ciemne rzęsy, których w żaden sposób nie próbowała wydłużyć, czy w jakikolwiek inny sposób wyeksponować. Jej twarz zdawała się nie znać kosmetyków. Była w swoim wyglądzie równie naturalna, co jej sposób bycia. To zaś wywoływało równie naturalne poruszenie w moim otoczeniu.
Wyczułem po chwili ostry łokieć Deana wbijający się pod moje żebro. Spojrzałem na niego, a on jedynie wskazywał w jej kierunku natarczywym spojrzeniem, w chwili, gdy ona zdawała się być zupełnie wyłączona, skulona w sobie, nieobecna. Byłem przekonany, że jest świadoma swojej urody, lecz chyba nie przywiązywała do niej większej wagi. Cóż nam z piękna, jeśli czujemy, że jesteśmy w środku wydrążeni na tyle, że światło zdaje się przeświecać przez półprzezroczystą kalkę skóry…
Miała oczy ciemne, brązowe. Może nie takie ciemne zresztą, sam nie wiem, bo gdy myślę o niej, to widzę jedynie ten jeden niepowtarzalny kadr: ona zanurzona w klindze neonowego światła, sączącego się różową strugą znad kontuaru, stojąca w sandałach wiązanych ciasno rzemieniem. Jednak jej oczy — wydają się być lśniące, bursztynowe, niejednoznaczne, pełne refleksów. W mojej rodzinie zwykło się mawiać, że posiadacze tego typu oczu przynoszą nieszczęście, i jestem przekonany, iż było w tym sporo racji. Wszystkie osoby w moim życiu, których tęczówki były ciemne, nie wnosiły ze sobą nic szczególnego, by nie powiedzieć, że ich obecność prędzej czy później zawsze niosła ze sobą ferment, zamęt — nieszczęście.
Nie. Nie szukała okazji ani przygody. Sączyła w zamyśleniu słabego drinka, oddając się swoistej medytacji, nasłuchując płynącej z jej wnętrza cierpkiej ciszy serca. Patrzyła przez zebranych jakby w pustkę. Było z niej wyjątkowo dziwne zjawisko.
— Kim ona jest? — zapytałem faceta siedzącego dwa miejsca ode mnie, który o znajdującej się naprzeciw mnie dziewczynie rozmawiał ze swoim sąsiadem od kieliszka.
— Nigdy z nią nie rozmawiałem, nie zamieniłem choćby jednego słowa, ale nierzadko się zdarzało, że słyszałem jej wielogodzinne monologi, które niekiedy się pojawiały — szczególnie w dni tak chmurne, jak ten. Podobno nazywa się Larysa. Dziwne imię, nie?
Zignorowałem jego zbędny w tym momencie komentarz. Byłem zbyt przejęty jej osobą, która zdawała się przejmować mnie do najgłębszych czeluści swoją samotnością.
— Jestem nieszczęśliwa… — powtórzyła, niemalże nie poruszając krwistymi do granic możliwości ustami.
Miałem niewyraźne wrażenie, że skapnie z nich za chwilę kropla i zdradzi jej wampiryczny sekret piękna. Gdyby Oscar Wild chciał uczynić bohaterem swojej najsłynniejszej książki kobietę, to musiałaby być nim właśnie Larysa.
Jej oczy wyrażały przeraźliwą pustkę naszego pokolenia, przepaść, którą mało kto dostrzega, choć wszyscy nad nią stoimy — mniej lub bardziej tego świadomi.
— Idziemy przed siebie jak kolosy na glinianych nogach, a w głowach jedynie szumią nam slogany reklamowe, zasłyszane, błahe i gówno warte historie, truizmy naszych dziadków i rodziców wpychane nam względnie zjadliwą papką — rozpoczął swoją mowę Stach, którego dopiero teraz na powrót zauważyłem.
Wyglądał fatalnie. Podkrążone, przekrwione oczy, z których bił dziwny, przerażający blask. Jego sylwetka jakby się wydłużyła i sposępniała. Włosy tłuste, rozrzucone w nieładzie.
Moją uwagę niepodzielnie przykuwa jednak ta wtulona w siebie dziewczyna, od której trudno oderwać wzrok. Patrząc w jej oczy, widzę, jak spod umęczonych wieczorną porą powiek wymyka się cicha łza skargi, która z wolna zaczyna spływać po moim policzku, by zniknąć niezauważenie w rzadkim zaroście.
Słysząc pełne mocy i przekonania słowa Stacha, które stają się bardziej krwiste i żywe, gdy patrzę na Larysę, czuję w niej skargę tysięcy młodych ludzi takich jak ona, którym u wrót drzwi życia zaproponują nieatrakcyjne zarobki, niesatysfakcjonującą pracę i ogłupiającą rozrywkę przeznaczoną dla mas, dla naszych rodziców i dziadków, którzy każdą wolną chwilę potrafią spędzić na mszy przed ołtarzem wielkiego Molocha, bóstwa, które zawładnęło minionym pokoleniem, które zaproponowało niewymagający narkotyk nudy, religii i pracy.

[…]

Gdy odwrócił się, by plunąć na podłogę, dostrzegłem przerażający strzęp sinej skóry i żywej rany zamiast prawego ucha. Widok ten dodawał postaci Stacha potrzebnego tak bardzo w jego misji współczucia i mistycyzmu.
Widzę w jej oczach, jak sam klęczę pod studnią nieba, jak klęczymy wszyscy razem. To całe nasze pokolenie, któremu obiecywano tak wiele, a które teraz upija się do późnych godzin rannych. Większość knajp zamykana jest przecież o czwartej nad ranem na piętnaście minut. Szybkie przemycie kontuaru — tak, by zbytnio nie lepił się od piwa — i powierzchowna dezynfekcja toalety (opróżnienie rzygowin z umywalek, przetarcie opryskanych moczem muszli klozetowych i udrożnienie zapchanych kondomami i podpaskami pisuarów) — tak, nieraz to widziałem. Twarze umęczonych po nocy barmanek, ocierających z czoła resztki nadtrawionego jedzenia. Stach ciągnął zebranych za sobą w krainę potwornie racjonalnych obrazów nieprzyjemnie zbieżnych z rzeczywistością, której nie chcieliśmy dostrzegać, na którą patrzyliśmy przez palce, wierząc, że żyjemy — jak chciałby tego naiwny Leibniz — w najlepszym z możliwych światów. Obserwując Larysę, przestawałem rozróżniać słowa Stacha od własnych przemyśleń, jakby ta cała jego przemowa stawała się wspólną projekcją dusz spragnionych innej rzeczywistości.

[…]

Postrzegam ją jako kobietę, która wyraża sobą najgłębszą niewinność świata, zbrukaną rzeczywistością, gwałtem wdzierającą się w jej życie. Chciałoby się w niej zakochać, chciałoby się pomóc, dotknąć dłoni, sięgnąć potwornie gładkiego policzka, po którym przed chwilą spłynęła niema łza jej obrzydzenia światem. Wydaje się być rozpięta na krzyżu i obojętna na swój los. Jej puste spojrzenie wymusza potrzebę, by spojrzała w moje oczy. Chciałbym tak patrzeć w nią przez całą noc, bo choć utkwiliśmy w sobie oczy i od dłuższego czasu przyglądamy się sobie obłędnie, nie zamieniając ani słowa, żadne z nas nie chce przestać, ulegając temu przyjemnemu stanowi nieprowokującemu konsekwencji.
Widzę, jak wyciąga nieśmiało tę drobną, jasną dłoń o gładko zakończonych paznokciach. Naprężone palce wydają się próbować osiągnąć nieosiągalne — moje dłonie. Zatrzymuje je w połowie drogi, jakby natknęła się na szybę. Kurczy palce, zwijając je w zupełnie niewinne pąki piąstek. Przymruża oczy, po czym bez słowa wstaje. Chcę pójść za nią, lecz nie mogę. Ta jej niewinność, domaga się wprost proporcjonalnej samotności, której nie było mi dane zbrukać. To jej spojrzenie zatopione we mnie było jak zaślubienie się dwóch samotności, które, tworząc całość, zrodzić mogłyby jedynie śmierć.
 

Był to fragment książki „Nie próbuj” Mateusza Wróbla
MATEUSZ WRÓBEL Nie próbuj — zamów książkę

Mateusz Wróbel (ur. 1991 r.) — poeta, prozaik, filolog polski, współtwórca założonej w 2012 r. katowickiej grupy poetyckiej „Horyzont”, autor powieści „Nie próbuj” (2017), oraz książek poetyckich „Mrok” (2006), „Ekshumacja” (2011) czy (wraz z twórcami „Horyzontu” — M. Łukowiczem i M. Kosakowskim) „Reerekcja” (2013) i „Bulgot” (2017); perkusista i tekściarz zespołu Horyzontalni; nauczyciel w pszczyńskim gimnazjum. Więcej: Facebook

Przyszłość nie rysuje się pozytywnie

ARTUR CHMIELEWSKI Achromatopsja

Fragment książki

— Ty pierdolony szczurożerco! — potężna postać odrywa się od konturu wypalonej ściany i rusza w kierunku kłębka łachmanów konwulsyjnie kopiącego brudny śnieg. Gdyby nie szkło maski przeciwgazowej, odbijające blade, zimne światło szarego nieba, można by pomyśleć, że to jakieś oszalałe zwierzę wije się pod stertą starych szmat. Pod grubą warstwą czerwonej mgły błyskają białka oszalałych z bólu oczu. Krew tryskająca z oderwanej w łokciu ręki pozostawia w monotonnie szarym krajobrazie nieoczekiwany, barwny akcent.
— Seba, zostaw go! — stłumiony wciąż przerażeniem, kobiecy głos brzmi raczej jak nieśmiała prośba, niż rozkaz. Na rozjuszonym osiłku nie robi żadnego wrażenia. Doskakuje do rannego, siada na nim okrakiem i szamocząc się w niekształtnym, skórzanym worze powiązanego parcianymi pasami kombinezonu, zaczyna bezładnie okładać go pięściami. Tamten odruchowo osłania kikutem głowę i strumień ciemnoczerwonej krwi bryzga wprost na plastik maski napastnika. To na chwilę powstrzymuje jego furię – nie przestając wywarkiwać najgorszych przekleństw, usiłuje zetrzeć krew grzbietem rękawicy. W tym momencie potężny kopniak w głowę powala go na ziemię. Mężczyzna w wojskowym kombinezonie przeciwchemicznym nie zwraca na walące się ciało najmniejszej uwagi, spokojny o celność swego ciosu. Mimo niemłodego już wieku porusza się pewnie i sprężyście. Jakby to, co przed chwilą zaszło, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, poprawia pasek przewieszonego przez plecy kałasznikowa ze skróconą lufą — charakterystyczny element ekwipunku stalkerów, i staje nad wijącym się na ziemi rannym. Opiera dłoń na wiszącej u pasa kaburze i jednym palcem odpina skórzaną klapkę. Chwyta kolbę pistoletu, lecz jego ręka zastyga w połowie drogi. Ukradkiem zerka w naszą stronę i po chwili namysłu dyskretnie wsuwa Glocka z powrotem do kabury. Kuca przy leżącym.
— Julia chodź szybko, zanim się nam do końca wykrwawi! — woła.
Obserwuję tę scenę, nie mogąc wciąż jeszcze złapać oddechu. Serce łomocze mi w piersi, jakby chciało zmienić lokum na jakieś bezpieczniejsze, a kiszki skręcają się jak tasiemiec u chorego na nadkwasotę.
— Obesrałbym się, gdybym miał czym! — Wciśnięty w załom muru Alex głośno wypowiada to, co od dłuższej chwili tłucze mi się po głowie. Niewiele widzę, plastik maski kompletnie zaparował. Robię głęboki wdech i ściągam z twarzy śmierdzącą, wytartą gumę. Bezmyślnie przecieram szybkę skrajem postrzępionego swetra.
W tym czasie Julia sprawnie rozcina rękaw rannego, obwiązuje kikut kawałkiem nylonowej linki, na jakiej kiedyś wieszano pranie. By schło na wietrze. W promieniach ciepłego, przyjaznego Słońca. Od dwudziestu lat nikt nie widział takiego prania…
— Franz, przynieś mi apteczkę! — Głos dziewczyny wyrywa mnie z ciepłego bagna bezsensownych wspomnień. Stalker wstaje, przechodzi kilka kroków i podnosi z ziemi uwalaną szarym popiołem torbę ze starannie namalowanym przy pomocy czerwonego markera krzyżem.
— Przeżyje? — pyta podając torbę dziewczynie. Ta nie odpowiada. Ruchami delikatnymi na tyle, na ile pozwala jej gruby, brezentowy kombinezon, połatany w tysiącu miejsc (każda łata jest inna – przychodzi mi zawsze do głowy, kiedy na nią patrzę), wygrzebuje z chaosu zużytych sprzętów jednorazową strzykawkę z krótką, cienką igłą.
— Nguyen, popatrz na mnie! Uspokój się! — mówi wolno i wyraźnie, jak do dziecka. Ściąga mu maskę i stara się przytrzymać głowę szamoczącego się jak ryba wyrzucona na brzeg mężczyzny. Wreszcie jego oszalałe, niewidzące oczy skupiają się na twarzy dziewczyny. — Nguyen, dam ci morfinę, widzisz? Ostatnią. Nic nie będzie cię boleć, będziesz mógł dalej iść, dobrze?
Gramolący się ze swego schronienia w kącie na wpół zawalonej ściany Alex kręci z dezaprobatą głową.
— Nie szkoda tego na to żółte ścierwo?! — rzuca w kierunku sanitariuszki. Franz mierzy go zimnym wzrokiem. Alex odwraca się, udaje że cała historia w ogóle go nie obchodzi.
— Zobaczymy co powiesz, jak sam będziesz ranny i będzie cię nakurwiać… — mamrocze, otrzepując się z popiołu i resztek spalonego tynku. Ignorując Julię i Franza, zajętych Wietnamczykiem, podchodzi do olbrzyma leżącego wciąż na ziemi. Trąca go butem.
— Seba! Pobudka jełopie!
Mężczyzna wielką dłonią rozciera schowane pod gumą maski ucho, rzężąc jak pijany. Z trudem dźwiga się z ziemi.
— Jak mi kiedyś uszkodzisz maskę, to cię zajebię! — rzuca ponuro w kierunku Franza.
— Śmiało! – Tamten nie odwraca się nawet w stronę groźby.
— Dbaj chociaż o maskę, to coś po tobie zostanie.
Alex spogląda na Sebę, ruchem głowy wskazuje kucającego kilka metrów dalej stalkera.
— Czego? — denerwuje się osiłek.
— Zabierz mu giwerę, to go zaraz zajebię. A ten żółty gnój i tak sam niedługo zdechnie… — cedzi przez zęby, trąc obolałą czaszkę.
Julia oczyszcza nożem zakrwawiony kikut. Obcina wiszące bezwładnie mięśnie i ścięgna, naciąga na odsłonięte kości stawu łokciowego skórę i — zasypując czerwone, pulsujące mięso resztką szarego proszku ze zużytej papierowej torebki — zawiązuje kolejnym ścinkiem nylonowej linki. Morfina działa błyskawicznie: leżący gapi się teraz na wiszące nad nimi niskie chmury niewidzącym, oszołomionym wzrokiem. Po twarzy błądzi mu dziwny, przypominający trochę uśmiech grymas.
— Kiedy do siebie dojdzie? — Franz przygląda się spokojnym ruchom dziewczyny.
— Dwie, trzy godziny. Dawka nie była duża, on jest bardzo lekki i dlatego tak go wzięło — odpowiada, delikatnie naciągając na twarz mężczyzny maskę.
— Starczy inhalacji — dodaje cicho.
— No to za dziesięć minut ruszamy — oznajmia Franz.
— Ruszamy?! A jak sobie, kurwa wyobrażasz ten pierdolony spacerek bez skanera?! — Seba nie próbuje nawet ukrywać nienawiści, trzymając się jednak w bezpiecznej odległości od Franza.
— Chcesz, żeby nas napromieniowało? — W jego głosie słychać z trudem powstrzymywaną histerię.
— Nie mam zamiaru zamienić się w jakiegoś pierdolonego mutanta!
— I tak ci skrzydła wyrosną, a im szybciej, tym szybciej będziesz na miejscu — rzuca pogardliwie Franz.
— Na miejscu? Na jakim miejscu?! Może nam wreszcie raczysz kurwa powiedzieć, dokąd tak naprawdę idziemy?
— Do nieba… — Franz uśmiecha się pod nosem, a mi na widok tego uśmiechu robi się zimno. — Tam ze skrzydłami będzie ci do twarzy. I Alex cię wreszcie pokocha, zostaniesz aniołem z jego snów.
— Pierdol się! — warczy Alex. — Lepiej spieprzajmy stąd jak najszybciej, za dziesięć minut ten bydlak wróci tu w liczniejszym towarzystwie dokończyć obiad!
— Wreszcie ktoś mówi do rzeczy — zaczynam pojednawczo. Dopiero teraz, dobre kilka minut po ataku potwora, rytm serca powoli wraca do normy, mogę już mówić bez niekontrolowanego koncertu na wszystkie zęby.
— Fakty są takie, że nie mamy skanera i mamy rannego. — Staram się sprowadzić rozmowę na neutralny teren obiektywnej rzeczywistości.
— Bo się ścierwu zachciało prognozy pogody… — przerywa mi natychmiast Seba.
— I oddał skaner robalowi — syczy Alex.
— Razem z ręką oddał, odczepcie się od niego! — Julia pakuje apteczkę.
— Chcę… do… domu… — Cicha skarga Nguyena, stłumiona gumą maski, brzmi jak szloch dziecka.
Czuję, że zaczyna mnie ogarniać rezygnacja. Mam już dość: od dwudziestu lat życie jest nieustanną licytacją koszmaru, w której los niestrudzenie podbija stawkę. Jednak tam, w ciemnych tunelach warszawskiego metra, udaje nam się chociaż utrzymać pozory normalności. Krucha równowaga sił zapewnia złudzenie spokoju. I choć wiem, że to jest już koniec naszego świata, to rozłożony na raty jest oswojony i znajomy. Do zaakceptowania. Jeżeli tylko przestrzegasz reguł (nieskończonej ilości stale zmieniających się reguł — podpowiada mi moje bardziej cyniczne ja), utoniesz w końcu w monotonii codzienności, stracisz rachubę czasu i może zdążysz zestarzeć się niepostrzeżenie tuż przed czterdziestką. Bo dłużej raczej i tak nie pożyjesz… Ale tutaj, na powierzchni… Na przestrzeni ostatnich dwóch dni to wielkie kłamstwo naszego życia: że da się przetrwać tam, gdzie nie miało już być niczego, objawiło się pełnią brutalnej szczerości. Odkąd opuściliśmy ostatni ludzki posterunek na Pradze i wyszliśmy na powierzchnię, prysło złudzenie bezpieczeństwa i stabilizacji. Prysł mit względnej nieszkodliwości otaczającego nas świata, który pracowicie wmawialiśmy sobie w ciemnym tunelu metra. Od tamtej pory tempo licytacji na aukcji okropieństw sięgnęło nieskończoności, a jakby mało było nam grozy świata zewnętrznego, obudziły się demony drzemiące w każdym z nas. Już ledwo pamiętam, jak się to wszystko zaczęło — jakby to było nie dwa dni, a dwie dekady temu…

Rozdział 2

Jak się to wszystko zaczęło… W dzisiejszych czasach to bardzo niepopularne pytanie. Jeżeli trafisz na nerwowego rozmówcę, możesz nawet za takie wspominki dostać nieźle w kość. W najlepszym przypadku czeka cię towarzyski ostracyzm — historia nie jest dzisiaj w cenie. „A kogo to, kurwa, obchodzi” — to najczęstsza reakcja na dociekania domorosłych historyków. Jakby pamięć tamtego dnia była zbyt trudna do zniesienia. Wciąż, dwadzieścia lat później. To niby jasne — niewyobrażalny ogrom cierpień, coś, czego sens oddają chyba tylko dwa słowa: koniec świata. Tego dobrego, przyjaznego, możliwego do kontrolowania. Ale czy to jedyny powód zbiorowej amnezji? A może za milczeniem kryje się coś jeszcze? Zbiorowe poczucie winy? Bo przecież to nie był żaden wypadek, pomyłka, splot nieszczęśliwych okoliczności. Żaden z dysponentów czarnej walizeczki z atomowymi kodami nie oparł się o ten czerwony przycisk przypadkiem. Wszystko nie zaczęło się i nie skończyło w jeden dzień. Atmosfera wrogości, napięcia i strachu dojrzewała miesiącami. Pracowało nad nią mnóstwo ludzi: polityków, wojskowych, duchownych. Pracowali też zwykli ludzie — polityczne zaplecze skrajnych ruchów, które wstąpiwszy do mainstreamu, nie ucywilizowały się wcale, jak wielu miało nadzieję, ale wręcz zaostrzyły swoją retorykę. Wszyscy nagle zapragnęli wielkich czynów, ostatecznych rozwiązań, wyrównania rachunku krzywd i ustalenia historycznych racji. Najmniejsza, dawno zapomniana uraza urastała nagle do rozmiarów narodowej tragedii. Po każdej ze stron.

Ileż razy ludzkość przerabiała już ten sam schemat… Wtedy jednak — na szczęście dla naszych antenatów — technika nie potrafiła jeszcze tego, do czego dojrzała za naszych czasów.
Ale kogo to, kurwa, obchodzi? I tak nie wiemy, i już nigdy nie będziemy wiedzieć, kto pierwszy nacisnął ten cholerny guzik. Kto rozpoczął czterdzieści pięć minut najbardziej niezwykłego w historii ludzkości spektaklu „światło i dźwięk”. Spektaklu, którego okrutnego piękna widzowie nie zdążyli już nikomu opowiedzieć. Nagle, choć nieuczciwością byłoby mówić, że bez ostrzeżenia, ludzkość została zredukowana do garstki szczęśliwców, którzy w tym feralnym momencie mieli co najmniej kilka metrów betonu nad głową. Polska, której infrastruktura niezmiernie rzadko schodziła pod powierzchnię ziemi, w ciągu tych kilkudziesięciu minut po raz kolejny w swojej historii zniknęła z mapy świata. Jednak tym razem już chyba na dobre. W niecałą godzinę została zredukowana do dwudziestu kilku kilometrów warszawskiego metra. Naszym szczęściem w nieszczęściu był moment zagłady — naznaczony przez los na godzinę popołudniowego szczytu komunikacyjnego. Gdyby bomby spadły kilka godzin wcześniej, albo kilka godzin później, metro byłoby prawie puste.

Z pewnością nie byliśmy jedynymi, którzy przetrwali. Może ocaleli też jacyś górnicy, którzy akurat byli na dole, może ktoś na najniższych kondygnacjach parkingów w biurowcach czy centrach handlowych. Ale z tego, co opowiadali nieliczni śmiałkowie, którzy w kilka tygodni po Armagedonie, bo tak teraz najczęściej nazywamy ten dzień, odważyli się wyjść na powierzchnię, ich szanse przetrwania były praktycznie zerowe. Tymczasowe schronienia szybko zamieniły się w grobowce, których betonowe ściany stały się niemymi — na szczęście — świadkami ich na chwilę odroczonej śmierci.
Najbardziej niesamowita była jednak scenografia tego spektaklu grozy. Ostateczną wojnę wyobrażano sobie zawsze jako pochłaniające wszystko morze ognia, pokrywające świat pofalowaną taflą ruin. Tymczasem miasta zostały prawie nietknięte, pierwsza zima wyrządziła więcej szkód, niż bombardowanie. Bomby wybuchały wysoko nad powierzchnią ziemi — to „ekonomia nowoczesnej wojny”. Karmiły nas tym wtedy oszalałe z nienawiści rządy, naiwnie wierząc, że druga strona nie przygotowała co najmniej równie morderczych niespodzianek. Wybuchy w troposferze, minimalna fala uderzeniowa, maksymalne pole rozpraszania materiału „aktywnego” — eufemizm, nad którego prawdziwym sensem mało kto się wtedy zastanawiał. Aktywnością materiał ten musiał chyba zaskoczyć nawet swoich konstruktorów — jeżeli przeżyli. Nie wiemy nawet, jak nazywać te bomby — wszystko toczyło się tak szybko i ogarnięte było tak paranoicznym systemem kontroli informacji, że nie zdążyliśmy nawet poznać nazwy narzędzia, które nas zabiło. Niezależnie jednak od zabawnych imion czy technicznych oznaczeń starannie wymalowanych białą farbą na stalowych korpusach, bomby okazały się nad podziw skuteczne. Efekty były natychmiastowe: materia organiczna rozkładała się jak żaba polana stężonym kwasem solnym. W ciągu kilku godzin ludzie i zwierzęta ginęli w potwornych męczarniach, zmieniając się w błotnistą, cuchnącą breję. Roślinność czerniała i rozsypywała się w pył, jakby strawiona od środka niewidzialnym płomieniem. Nawet papier, tkaniny i drewno przybrały szybko formę toksycznej, gąbczastej masy. A wszystko to w surrealistycznej scenerii nienaruszonych prawie budynków, z których progów jeszcze przez kilka lat sączyły się strumyki brunatnej mazi. Wprawdzie z czasem proces rozpadu przyhamował, lecz zniszczenia były już nieodwracalne. Do tego dołączyły „klasyczne” następstwa eksplozji jądrowych: promieniowanie przenikliwe i skażenie promieniotwórcze zbierające śmiertelne żniwo wśród tych, którym udało się uchronić przed skutkami bomb organicznych.

Jednak najgorsze miało dopiero nadejść: rozpoczęła się zima nuklearna. Niektórzy straszyli nią już wcześniej, ale patrzono na nich jak na opętanych szaleńców, fałszywych proroków apokalipsy, których hałaśliwa zgraja od zawsze towarzyszyła społeczeństwom w momentach zwrotnych historii. Cóż, na początku każdy wzruszał tylko ramionami. Zima cały rok? Heloł! Przeżyliśmy Armagedon, nic nam już nie zaszkodzi! W ciągu kilku miesięcy niebo zasnuło się grubą warstwą chmur sypiących nieustannie szarym, przypominającym popiół śniegiem. Temperatura spadła do kilkunastu stopni poniżej zera. Od czasu do czasu, w krótkich okresach, których nadejścia nikt nie był w stanie przewidzieć, ocieplało się trochę i padał deszcz. Biada jednak temu, kto zapragnąłby zmyć w jego strugach pokrywającą twarz warstwę lepkiego popiołu! Krople deszczu wypalały skórę do kości, rany powstałe w takiej kąpieli nie chciały się goić i bardzo często kończyły się tajemniczymi, niezmiennie śmiertelnymi infekcjami.
Mróz był zabójczy. Drewno praktycznie zniknęło, a to, co zostało, nie nadawało się do palenia — cuchnący dym nie pozostawiał wątpliwości co do wysokich kwalifikacji projektujących ładunki chemików. Paliliśmy wszystko, co tylko miało w sobie jakiś ślad węgla. Na szczęście najstarsza część metra budowana była jeszcze w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku — czasach dogorywającego socjalizmu. Mnóstwo tam było prowizorki — zapomnianych, kładzionych chaotycznie, bez żadnego planu i kontroli drewnianych szalunków w bocznych tunelach serwisowych i ciągach technicznych. Niestety, zasoby opału nie odnawiały się — bardzo szybko trzeba było wprowadzić jego ścisłą reglamentację. W dwunastym roku, na krótko sytuację podratował odkryty przypadkiem skład koksu niedaleko stacji Młociny — w bezpośredniej bliskości rdzewiejącej od lat huty stali. I kiedy wydawało się już, że na skutek zmniejszającego się promieniowania będziemy mogli rozpocząć eksplorację coraz dalszych rejonów miasta, zaczęły dziać się dziwne rzeczy.

Najpierw ze swoich wypraw przestali wracać samotni eksploratorzy, poszukujący na tym przerażającym cmentarzysku, jakim stała się Warszawa, opału, jedzenia, czy jakichkolwiek wartościowych przedmiotów. Potem zaczęły znikać całe ekspedycje. Albo wracały, napotkawszy obszary silnego skażenia tam, gdzie wcześniej już go prawie nie było. Albo z kilku śmiałków, którzy wyruszali na powierzchnię wracał jeden, który już więcej nie zasługiwał na to dumne określenie. Śliniąc się bełkotał niezrozumiałe słowa, robiąc pod siebie gdy tylko ktoś głośniej chrząknął za jego plecami. Po kilku dniach popadał w katatoniczny stupor i — przechodząc krótką fazę gwałtownych drgawek — umierał. Wypraw tymczasowo zaprzestano, lecz głód szybko wygonił ludzi z powrotem na powierzchnię. Tylko ekspedycje stały się lepiej zorganizowane: wprowadzono ochronę, trasy były krótkie i starannie zaplanowane. Jednak to, że kilku wyprawom udało się wrócić do bezpiecznego tunelu, właściwie tylko pogorszyło sprawę. Obraz wyłaniający się z relacji uczestników okazał się straszliwszy, niż pełna najczarniejszych domysłów niewiedza.
Nie byliśmy już sami.
 

Był to fragment powieści „Achromatopsja” Artura Chmielewskiego
ARTUR CHMIELEWSKI, ACHROMATOPSJA — zamów książkę

Artur Chmielewski: Kiedyś trochę więcej fotografowałem, teraz trochę więcej piszę. Zawodową przygodę z fotografią zaczynałem kilkanaście lat temu w Życiu Warszawy. Potem był magazyn Stolica, tygodnik Kulisy, Dziennik Polska Europa Świat i Dziennik Gazeta Prawna (przez dobrych kilka lat, od początku istnienia obu tytułów). Wciąż jeszcze publikuję m.in. w: Fakcie, SuperExpressie, Newsweeku, Wprost, Polityce, jako wolny strzelec współpracując z kilkoma agencjami fotograficznymi. Jestem autorem dziesiątków reportaży (dla różnych tytułów wydawnictwa Bauer) oraz dwóch książek wydanych przez wydawnictwo Helion: „Fotografii daleko od domu” oraz „Cyfrowej ciemni. Komputerowego warsztatu fotografa”. „Achromatopsja” — historia nie do końca udanej apokalipsy jest moim debiutem na polu fikcji. Więcej: ARTUR CHMIELEWSKI „Fotografia daleko od domu”
ARTUR CHMIELEWSKI „Cyfrowa ciemnia. Komputerowy warsztat fotografa”

Tajlandia. Egzotyczny przygody i zachodzące słońce na okrągło

MAREK LENARCIK „Jak w raju”

Fragment książki Jak w raju

Wcho­dzi­my mię­dzy pię­tro­we, drew­nia­ne bun­ga­lo­wy z ta­ra­sa­mi na pię­ter­ku. Kai otwie­ra drzwi jed­ne­go z nich i wrę­cza mi klucz. Dzię­ku­ję i wcho­dzę do środ­ka. Na par­te­rze znaj­du­je się umy­wal­ka i prysz­nic z zimną wodą. W wiecz­nie go­rą­cej Taj­lan­dii jest ona wła­ści­wie let­nia i nie ma sensu jej do­dat­ko­wo pod­grze­wać.
Zo­sta­wiam ba­ga­że na spe­cjal­nie prze­zna­czo­nej do tego półce i wcho­dzę po scho­dach na górę. Moim oczom uka­zu­je się duże łoże pod mo­ski­tie­rą i drzwi pro­wa­dzą­ce na ze­wnątrz. Wy­cho­dzę na taras i opie­ram się o ba­rier­kę.
Z okna widzę kilka palm ko­ko­so­wych, pustą plażę i bez­kres Morza An­da­mań­skie­go zmie­nia­ją­ce­go ko­lo­ry pod wpły­wem za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Wdy­cham głę­bo­ko mor­ską bryzę i uśmie­cham się do sie­bie. Jeśli ist­nie­je raj na ziemi, to wła­śnie go od­na­la­złem.

Wie­czo­rem opusz­czam drew­nia­ny bun­ga­low i ru­szam przed sie­bie w głąb wyspy. Od­naj­du­ję głów­ną ulicę wy­peł­nio­ną re­stau­ra­cja­mi, ba­ra­mi, skle­pi­ka­mi i sa­lo­na­mi ma­sa­żu. Szyb­ko do­cho­dzę na drugi kra­niec wyspy za­koń­czo­ny ko­lej­ną plażą, wzdłuż któ­rej cią­gną się ho­te­le i ośrod­ki z bun­ga­lo­wa­mi o róż­nym stan­dar­dzie.
Włó­czę się bez celu po oko­licz­nych ulicz­kach, za­uwa­ża­jąc jedną wy­wrot­kę i kilka za­par­ko­wa­nych sku­te­rów. Poza tym na Koh Lipe za­sad­ni­czo nie ist­nie­je ruch ko­ło­wy, gdyż wszę­dzie można do­stać się pie­szo w ciągu kil­ku­na­stu minut. Na­da­je to wy­spie nie­zwy­kłe­go uroku i po­czu­cia od­cię­cia od cy­wi­li­za­cji. Lą­du­ję w jed­nej z oko­licz­nych knajp, gdzie opy­cham się pe­nang curry z kur­cza­kiem i ryżem. Ca­łość za­pi­jam zmro­żo­ną sin­ghą.
Krót­ko po wscho­dzie słoń­ca budzi mnie śpiew eg­zo­tycz­nych pta­ków. Idę na śnia­da­nie, uma­wia­jąc się po dro­dze na wy­ciecz­kę ło­dzią po oko­li­cy. W re­stau­ra­cji sie­dzi tylko trzech tu­ry­stów pa­ła­szu­ją­cych ame­ry­kań­skie śnia­da­nie. Ja wy­bie­ram tra­dy­cyj­ną opcję – ostrą zupę z ryżem i kur­cza­kiem. Chwi­lę po za­koń­cze­niu po­sił­ku przy­sia­da się do mnie wy­ta­tu­owa­ny blon­dyn, któ­re­go wi­dzia­łem wczo­raj.
— Cześć, Marek, je­stem Pier­re. Będę dziś twoim prze­wod­ni­kiem — mówi.
— Witaj Pier­re, miło cię po­znać — od­po­wia­dam, sta­ra­jąc się ukryć nie­chęć. Pier­re spra­wia wra­że­nie ko­le­sia, który za wszel­ką cenę chce być cool, a że nie ma wiele do za­ofe­ro­wa­nia, to wy­ta­tu­ował pra­wie pół swo­je­go ciała i zro­bił sobie dredy.
— Go­to­wy? Chodź­my! — rzuca po moim ski­nię­ciu głową.

Ru­sza­my w kie­run­ku drew­nia­nej, za­da­szo­nej łodzi z sil­ni­kiem — ta­kiej samej jak ta, która wczo­raj prze­trans­por­to­wa­ła mnie z promu na plażę. Woda jest kry­sta­licz­nie czy­sta i bar­dzo cie­pła. Morze przy­po­mi­na taflę spo­koj­ne­go je­zio­ra w cza­sie bez­wietrz­ne­go dnia. Nie ma ani jed­nej fali.
Pier­re wrzu­ca na po­kład dwie maski z rurką do snor­klin­gu i dwa ze­sta­wy płetw. Wcho­dzi­my na łódź. Lo­kal­ny sea gypsy od­pa­la sil­nik i po chwi­li pły­nie­my wzdłuż jed­ne­go z brze­gów Koh Lipe. Cie­sząc się słoń­cem, któ­re­go tak bar­dzo bra­ko­wa­ło mi w Ir­lan­dii, po­dzi­wiam błę­kit­ną wodę pełną ma­łych, ko­lo­ro­wych rybek.
Lipe z per­spek­ty­wy łodzi to mała raj­ska wy­sep­ka ofe­ru­ją­ca białe, puste plaże, palmy ko­ko­so­we i wiele ho­te­li. Oko­licz­ne wy­sep­ki wcho­dzą­ce w skład parku na­ro­do­we­go Ta­ru­tao po­ro­śnię­te są gęstą dżun­glą — nie widać na nich ja­kich­kol­wiek za­bu­do­wań.
W trak­cie rejsu do naj­bliż­sze­go punk­tu wi­do­ko­we­go Pier­re opo­wia­da swoją hi­sto­rię. Życie we Fran­cji nigdy nie było dla niego. Skoń­czył stu­dia, miał nie­złą pracę, ale nie był szczę­śli­wy. Za­miesz­kał na Po­li­ne­zji Fran­cu­skiej, a gdy mu się znu­dzi­ło, wy­je­chał do Taj­lan­dii.
Miesz­kał w Chiang Mai, w gó­rzy­stym re­gio­nie pół­noc­nej Taj­lan­dii, gdzie po­znał swoją obec­ną żonę. Na­uczył się mówić po taj­sku i razem z żoną prze­niósł się na Koh Lantę — sporą wyspę w pro­win­cji Krabi. Osta­tecz­nie jed­nak wy­lą­do­wał na Koh Lipe. Pra­cu­je dla Ca­sta­way Re­sort jako prze­wod­nik i in­struk­tor fre­edi­vin­gu (nur­ko­wa­nie bez butli z tle­nem). Jego żona pra­cu­je w re­cep­cji w tym samym ośrod­ku.
— Dla­cze­go opu­ści­łeś Chiang Mai?
— Po przy­go­dzie z Po­li­ne­zją Fran­cu­ską bra­ko­wa­ło mi wody i plaży.
— I tak do­tar­łeś na Koh Lantę… czemu tam nie zo­sta­łeś?
— Koh Lanta nie jest zbyt przy­ja­znym miej­scem. Jeśli je­steś tu­ry­stą, który nie mówi po taj­sku, to wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Go­rzej jed­nak, gdy pla­nu­jesz tam miesz­kać i ro­zu­miesz, co się wokół cie­bie dzie­je. Tak jest zresz­tą nie­mal w całej Taj­lan­dii…
— A co się dzia­ło?
— Ro­do­wi­ci miesz­kań­cy wyspy nie­ustan­nie źle wy­ra­ża­ją się o ob­co­kra­jow­cach. Sły­sza­łem to wiele razy i…
— I…?
— …i pew­ne­go dnia zwró­ci­łem uwagę bar­ma­no­wi w lo­kal­nym barze, że nie po­wi­nien się tak za­cho­wy­wać. Razem z ko­le­gą stwier­dzi­li, że jeśli mówię po taj­sku i ro­zu­miem, co oni mówią, to nie je­stem mile wi­dzia­ny na Koh Lanta.
— Wow, szo­ku­ją­ce…
— Bar­dzo mnie to ude­rzy­ło i po­sta­no­wi­li­śmy się prze­pro­wa­dzić. Nie lubię sie­dzieć tam, gdzie mnie nie chcą.
— Słusz­nie. Czy na Koh Lipe jest ina­czej?
— Tak. Jak wi­dzisz, to ma­lut­ka wyspa. Wszy­scy się tu znają. Nie ma ta­kich ko­men­ta­rzy.
— Ro­zu­miem…
— Do­dat­ko­wo Koh Lipe nie jest tak do końca taj­ską wyspą. Lo­kal­ni cy­ga­nie nie czują się Ta­ja­mi. Miesz­ka­ją tu od po­ko­leń i nie byli wy­sta­wie­ni na po­li­tycz­no-spo­łecz­ną in­dok­try­na­cję pa­nu­ją­cą na sta­łym lą­dzie. Są po pro­stu inni.
— Cie­ka­wa hi­sto­ria…
— Życie jest cie­ka­we, gdy wy­cho­dzisz ze swo­jej stre­fy kom­for­tu… o, zdaje się, że do­pły­wa­my. Do­brze pły­wasz?
— Tak sobie, a co?
— Jak się za­nu­rzysz, to zo­ba­czysz! Roz­cią­gnę­li­śmy linę mię­dzy tamtą wyspą a Lipe. Przy­wią­żę do niej łódź. Kiedy zej­dzie­my do wody, to radzę ci być bli­sko liny!

Za­kła­da­my płe­twy i maski i ska­cze­my do wody, która tutaj oka­zu­je się być dużo chłod­niej­sza niż przy plaży. Prąd po­ry­wa mnie gwał­tow­nie ni­czym dzika gór­ska rzeka. Łapię się kur­czo­wo liny i za­nu­rzam głowę, od­dy­cha­jąc przez rurkę. Ryby każ­dej wiel­ko­ści, kształ­tu i ko­lo­ru do­słow­nie wpa­da­ją mi na maskę.
Woda jest czy­sta i błę­kit­na, choć silny prąd zdaje się sypać pia­skiem z dna oce­anu pro­sto w oczy. Pier­re nur­ku­je bez rurki, ale trzy­ma się w po­bli­żu liny. Prąd jest za silny nawet dla niego. Snor­kling w morzu, które przy­po­mi­na rzekę, jest cie­ka­wym do­świad­cze­niem. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach obaj z nie­ma­łym tru­dem wspi­na­my się z po­wro­tem na po­kład łodzi.
Pły­nie­my w spo­koj­niej­sze miej­sce, gdzie Pier­re ma oka­zję po­pi­sać się swo­imi umie­jęt­no­ścia­mi fre­edi­ve­ra. W tym celu staje na kra­wę­dzi łodzi, za­my­ka oczy i bie­rze bar­dzo głę­bo­ki wdech, po czym z ci­chym plu­skiem lą­du­je w wo­dzie. Znika pod ło­dzią na dłu­gie mi­nu­ty. Wy­pa­tru­ję go ner­wo­wo, zer­ka­jąc co jakiś czas na na­sze­go ster­ni­ka.
— Mai pen rai, mai pen rai – mówi mor­ski cygan z sze­ro­kim uśmie­chem, wi­dząc moją kon­ster­na­cję. W tym samym mo­men­cie z głę­bin tur­ku­so­we­go morza wy­ła­nia się Pier­re. Opie­ra obie dło­nie na kra­wę­dzi łodzi i wska­ku­je na po­kład, gło­śno dy­sząc. Spo­glą­da na spe­cja­li­stycz­ny ze­ga­rek i ko­mu­ni­ku­je trium­fal­nie:
— Pięć minut i 26 se­kund. Głę­bo­kość: 21,4 metra.
— Rany bo­skie!
— Mój re­kord to sześć minut i 30 se­kund. Głę­bo­kość: 42 metry. Ale nie tutaj. Tutaj jest za płyt­ko.
— Jak ty się tego na­uczy­łeś?!
— Prak­ty­ka. Cie­bie też mogę na­uczyć.
— Świet­nie, a ile to trwa?
— Moi kur­san­ci prze­cięt­nie uczą się dwa dni i są w sta­nie zejść na pięt­na­ście me­trów. Wstrzy­mu­ją od­dech na 3 — 4 mi­nu­ty.
— Nie­sa­mo­wi­te!
— Za­in­te­re­so­wa­ny?
— Prze­my­ślę. Na dziś wy­star­czy mi maska z rurką.

Znów wska­ku­ję do wody, z ulgą stwier­dza­jąc, że tym razem prąd nie ścią­ga mnie w żad­nym kie­run­ku. Kładę się pła­sko na zie­lon­ka­wej tafli i za­mie­ram w bez­ru­chu, od­dy­cha­jąc spo­koj­nie przez wy­sta­ją­cą z wody rurkę. Cie­kaw­skie rybki opły­wa­ją mnie z każ­dej stro­ny, pod­gry­za­jąc de­li­kat­nie w ra­mach testu, czy przy­pad­kiem nie je­stem nowym ro­dza­jem po­ży­wie­nia.
Pier­re fo­to­gra­fu­je tę nie­zwy­kłą scenę, po czym pły­nie­my w kie­run­ku naj­bliż­szej wyspy na lunch z pu­deł­ka, który mój prze­wod­nik za­brał ze sobą. Roz­kła­da­my się na pu­stej plaży i za­ja­da­my kur­cza­kiem curry z obo­wiąz­ko­wym ryżem.
— Pier­re, nie bra­ku­je ci cy­wi­li­za­cji? — pytam.
— Mam tu wszyst­ko, czego po­trze­bu­ję — żonę, dziec­ko, które cho­dzi do lo­kal­nej szko­ły, pracę i miesz­ka­nie. A przede wszyst­kim na­tu­rę, wodę i raj­ską plażę. Wszyst­kie moje po­trze­by są za­spo­ko­jo­ne.
— By­wasz na sta­łym lą­dzie?
— Kilka razy w roku. Głów­nie żeby za­ła­twić okre­so­we for­mal­no­ści. Nie ma tam nic, czego bym po­trze­bo­wał. Stwo­rzy­łem wła­sny styl życia.
— Nie­sa­mo­wi­te. Co na to Twoja ro­dzi­na, przy­ja­cie­le?
— Poza sio­strą nie utrzy­mu­ję z nimi kon­tak­tów. Nie ro­zu­mie­ją mnie.
— A twoja sio­stra cię ro­zu­mie?
— Stara się, choć jest jej trud­no. Była tu kilka mie­się­cy temu…
— I co?
— Pró­bo­wa­ła mnie na­mó­wić, żebym wró­cił do nor­mal­no­ści. Wiesz, żebym wró­cił do Fran­cji, wsko­czył w gar­ni­tur i zna­lazł sobie „nor­mal­ną” pracę.
— Roz­wa­ża­łeś jej pro­po­zy­cję na po­waż­nie?
— Ani przez chwi­lę. To mała wyspa. Wielu Eu­ro­pej­czy­ków nie wy­trzy­ma­ło­by tutaj długo. Pa­trzą na mnie jak na dzi­kie zwie­rzę uwię­zio­ne w klat­ce. I ja wie­rzę w ist­nie­nie tej klat­ki. Za­sta­na­wiam się tylko, czy oni wie­dzą, po któ­rej stro­nie krat się znaj­du­ją.

Zro­zu­mia­łem, co miał na myśli. Niby ży­je­my w wol­nych, de­mo­kra­tycz­nych kra­jach. Niby mo­że­my stu­dio­wać to, co chce­my. Niby mo­że­my wy­brać ka­rie­rę w in­te­re­su­ją­cym nas za­wo­dzie. A mimo to ży­je­my w kul­tu­rze współ­cze­sne­go nie­wol­nic­twa. Sprze­da­je­my swoją wol­ność za co­mie­sięcz­ne wy­na­gro­dze­nie.
Ku­pu­je­my domy i sa­mo­cho­dy na kre­dyt, który znie­wa­la nas jesz­cze bar­dziej. Raz pod­łą­cze­ni do sys­te­mu nie mo­że­my się odłą­czyć. Bo rata za dom, sa­mo­chód, skład­ka eme­ry­tal­na, dzie­ci, żona. A taki Pier­re?
Żyje w raju i pra­cu­je, pły­wa­jąc z klien­ta­mi w błę­kit­nych wo­dach Morza An­da­mań­skie­go. Gdy nie ma tu­ry­stów, spę­dza czas z żoną i dziec­kiem, które – jak się oka­zu­je – można także wy­cho­wać na tro­pi­kal­nej wy­spie. Ja wy­ko­na­łem pierw­szy krok. Rzu­ci­łem kor­po­ra­cyj­ną nudę na rzecz wiel­kiej nie­wia­do­mej. Wie­rzę jed­nak, że le­piej ce­lo­wać w gwiaz­dy i wy­lą­do­wać w ba­gnie, niż ce­lo­wać w bagno i… też w nim wy­lą­do­wać.
Słoń­ce za­czę­ło chy­lić się ku za­cho­do­wi, roz­świe­tla­jąc bez­chmur­ne niebo fe­erią czer­wo­no-po­ma­rań­czo­wych barw. Wska­ku­je­my na łódkę i tuż przed zmro­kiem wra­ca­my na Koh Lipe.
Po­sta­na­wiam wy­ci­szyć się i zo­stać jesz­cze kilka dni. Spę­dzam czas, pły­wa­jąc w cie­płej mor­skiej wo­dzie, włó­cząc się po wy­spie, je­dząc i pijąc w oko­licz­nych ba­rach i re­stau­ra­cjach. Za­li­czam także tra­dy­cyj­ny taj­ski masaż.
Ofi­cjal­ne dane po­da­ją, że na Lipe miesz­ka tro­chę ponad 30 000 ludzi. Jeśli to praw­da, to nie mam po­ję­cia, gdzie aku­rat prze­by­wa­ją, bo mała wy­sep­ka nie spra­wia wra­że­nia za­tło­czo­nej. Nie­wie­le jest ko­biet, a te, które są, nie wy­da­ją się być warte bliż­sze­go po­zna­nia. Do tego je­stem tu na po­cząt­ku se­zo­nu.
Tu­ry­stów także nie ma zbyt wielu. W szczy­cie se­zo­nu przy­pa­da­ją­cym na gru­dzień i sty­czeń po­dob­no nie ma co się tu po­ja­wiać bez re­zer­wa­cji. Wszyst­kie ho­te­le i bun­ga­lo­wy są za­ję­te. Lu­dzie śpią na plaży lub, za­wie­dze­ni, wra­ca­ją na stały ląd. Trud­no mi sobie wy­obra­zić, jak ten raj na ziemi może okre­so­wo za­mie­niać się w za­dep­ta­ną, tu­ry­stycz­ną im­pre­zow­nię.
 
Był to frg. powieści „Tajski epizod z dreszczykiem” Marka Lenarcika

MAREK LENARCIK, TAJSKI EPIZOD Z DRESZCZYKIEM — zamów książkę.

Marek Lenarcik: Gdy tylko ukończyłem studia (licencjat z politologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie), przeprowadziłem się do Irlandii. Moja bezwarunkowa miłość do Zielonej Wyspy skończyła się po dwutygodniowych wakacjach w Tajlandii w 2007 roku. Studia ukończyłem w 2009 roku, ale pokusa zobaczenia świata nie wygasła. Rzuciłem przygnębiającą, korporacyjną rutynę, kupiłem bilet w jedną stronę do Azji i wyjechałem. Moja przygoda trwa już cztery lata w trakcie których uczyłem angielskiego na uniwersytecie w Bangkoku (Tajlandia), pracowałem dla firmy outdoor adventure w Kuala Lumpur (Malezja), organizowałem ekspedycje po Azji Południowowschodniej (Laos, Kambodża, Singapur, Indonezja, Timor-Leste) i Ameryce Południowej (Brazylia, Ekwador, Kolumbia). Od lutego 2012 mieszkam w Rangunie (Birma). Od moich 17 urodzin napisałem tysiące artykułów, które ukazały się w dziesiątkach publikacji takich jak The Washington Times, Paranormal Magazine Uabout me 3K, POLSKA The Times, magazynie Playboy. Moja debiutancka książka „Tajski epizod z dreszczykiem” ukazała się w czerwcu 2012 roku nakładem wydawnictwa Bezdroża, szybko stając się bestsellerem w swojej kategorii. Obecnie pracuję nad drugą książką pod roboczym tytułem “In Burma. Więcej: Life in the Tropics (FB)

Na klatce schodowej był kot

Tomasz A. Morris książka

Fragment powieści Kot

W alkoholiźmie nic nie jest proste.
Uzależnieni to ludzie, jeśli nie egoistyczni, to z pewnością egocentryczni ponad miarę. Zastanawiam się, czy obecnie nie przeginam w drugą stronę. Ostatnio, pewna znajoma zapytała mnie retorycznie, trochę złośliwie, trochę z wyrzutem: „Czy kiedykolwiek obchodził mnie ktoś inny, poza mną samym?” Inna sprawa, że też jest trzeźwiejącą alkoholiczką i nie zna mnie z okresu picia, niemniej jednak zmiana w moim zachowaniu musi być spora. Tyle, że ja jej nie widzę. Mimo wszystko staram się być łagodny dla siebie.

Nie zmieniła się natomiast moja miłość do zwierząt, a w szczególności uwielbienie dla kotów. Od osiemnastu lat, lekko licząc, mam absolutnego bzuma na ich punkcie. Siedzieliśmy kiedyś z Wranglerem na ławeczkach, niedaleko mojego mieszkania. Dlatego na zewnątrz, bo po pierwsze: lato było i bardzo fajnie wtedy pije się na powietrzu, po drugie: było już po południu, więc nie chcieliśmy zaogniać sytuacji, gdyby żona wróciła do domu, a my we dwóch przy baterii puszek po piwie, w oparach dymu papierosowego.
Siedzimy, gadamy, piwko za piwkiem. Zaczęło robić się późno, powoli zapadał zmierzch, gdy podjechała do nas moja sąsiadka z parteru. Jest niepełnosprawna, porusza się na wózku inwalidzkim. I strasznie gadatliwa. Zaczęła się pytać, czy nie zauważyliśmy jej kota, który parę dni temu hycnął z ogródka i do tej pory nie wrócił. Więc jeździ, szuka go i przepytuje ludzi. Porozmawialiśmy wtedy spory kawałek czasu, nam się z Wranglerem nie spieszyło, mieliśmy wystarczający, na całą noc, zapas browaru, sąsiadka była zadowolona, że ma słuchaczy. Pogadaliśmy sobie o kotach i późną nocą wróciłem do domu. Ale dla mnie to był dopiero początek kolejnego ciągu, piłem nieprzerwanie kilka kolejnych dni i nocy, bo w takim stanie nie ma znaczenia, która jest godzina i jaka pora doby. No i zdarzyło się, że którejś nocy zabrakło mi alkoholu. Tragedia! Trzeba było wyjść na stację benzynową. Ale przecież wyglądałem przerażająco: z kilkudniowym zarostem, przepity, śmierdzący i ledwo trzymam się na nogach. I jest druga trzydzieści w nocy. Ale co tam! W końcu piję za swoje, kogo obchodzi, jak wyglądam, a pora tak samo dobra, jak każda inna, jeśli pić się chce.
Powlokłem się na Statoil, w drodze powrotnej wypiłem dwa browary, bo bez wzmocnienia chyba bym nie dał rady wrócić, w takim stanie, spacer na pobliską stację, to było dla mnie jak ekspedycja na Spitzbergen. I gdy raźnym już krokiem wchodziłem na klatkę schodową, zobaczyłem kota. Siedział sobie na murku, przy ogródku niepełnosprawnej sąsiadki. Lśniący, wypasiony, widać, że domowy kot. Kiedy podszedłem, nawet nie uciekał. Kurczę! Znalazłem zaginionego parę dni temu zwierzaka, ale co robić? Jest środek nocy a ja ledwo ciepły. Może wezmę zgubę do mieszkania i oddam rano? Nie ma szans, żona chyba zakopałaby mnie żywcem, razem z obcym kotem, do tego moja własna kotka pocięłaby przybysza na plasterki. A jak jeszcze przytargam uciekiniera, który kilka dni błąkał się po dworze, jeszcze zapchlę i zarobaczę swojego kota. Znowu zostawić tak, jak jest to szkoda, bo znów ucieknie i tym razem zginie na amen.

Gdy otworzyłem drzwi od klatki schodowej, obcy kot w podskokach podbiegł do drzwi mieszkania sąsiadki i usiadł na wycieraczce przed nimi. To przeważyło; trudno – pomyślałem. Kot tłumaczy wszystko. Zacząłem stukać i wydzwaniać. Długo to trwało zanim usłyszałem, że ktoś w środku obudził się. Na szczęście to była sama niepełnosprawna, krzyknęła, że za chwilę otworzy, znów trochę potrwało, trzeba pamiętać, że została zbudzona ze snu, musiała się odziać w jakiś szlafrok czy podomkę, przenieść się na wózek i dotrzeć do drzwi. Wreszcie otworzyła.
Chciałbym, żebyście dokładnie zdawali sobie sprawę z sytuacji, więc powtórzę: jest około trzeciej w nocy, ja tarabanię do drzwi i zrywam z łóżka niepełnosprawną kobietę, wreszcie otwiera, a tam ja: brudny, cuchnący, zarośnięty, w obydwu rękach po kilka reklamówek wypchanych browarem, zataczam się i bełkotliwie, acz nie bez pewnego tryumfu w głosie mówię:
Przyprowadziłem kotka….
A na to sąsiadka, która zaspana ledwo na oczy widzi, odpowiada z wysokości wózka inwalidzkiego:
Ale to nie mój kot.
Nogi ugięły się pode mną.
Wybełkotałem jakieś nieskładne wyjaśnienia i normalnie uciekłem. Schodami, bo nie miałem samozaparcia, aby czekać na windę. Dostrzegłem tylko, że obcy kot – spryciarz wskoczył do środka, z mieszkania usłyszałem przestraszony krzyk, chyba matki sąsiadki i to wszystko, bo byłem wtedy już na trzecim piętrze.
Nawet wtedy, nafutrowany na sztywno, jak szpadel, czułem się nieswojo.
No co, chciałem dobrze, szkoda przecież kota było.

 
Był to fragment książki Tomasza A. Morrisa „F10.2”
TOMASZ A.MORRIS, F10.2 — zamów książkę

Artur T. Korczyński (ps. Tomasz A. Morris) — rocznik 1963, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, handlowiec. Od lat wiernie zakochany jestem w kotach. Okres chorobliwej wręcz fascynacji Jimem Morrisonem już minął, ale miłość do „The Doors” została. Wychowałem się na AC/DC, Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple itp.; i tak mi zostało. Monthy Pyton i pochodne — rulez! Film wszechczasów (IMHO) to „Alien” R.Scotta. Żyłem szybko, barwnie, kolorowo, teraz cieszę się zwyczajną codziennością. Kliniczny Bliźniak. „Człowiek-encyklopedia”: na wszystkim się zna, na niczym dobrze (z małymi wyjątkami). Dotychczasowe publikacje: wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem w tygodniku „ITD”; opowiadania w „Młodym Techniku”; opowiadania w „Magazynie Fantastycznym”; opowiadanie w „Esensji”; opowiadanie w „SFFH”; wiersze w tygodniku „Angora”; felieton tamże (publikacja pod pseudonimem); książka F10.2 (publikacja pod pseudonimem). Na podstawie jednego z opowiadań student Łódzkiej „Filmówki” zrealizował miniaturę filmową.

Emoralni*