Było ich trzech. Doceniono ich po śmierci

Było ich trzech

Było ich trzech: Witkacy, Schulz, Gombrowicz. Trzech szermierzy słowa, którzy wypowiedzieli wojnę polskiej tradycji. Trójka indywidualistów, tworzących nowe światy. Gdyby dzisiaj żyli, mieliby tysiące followersów i tyle samo procesów o zniesławienie.
Żaden z nich nie był ani sławny, ani bogaty. Żaden nie był do końca szczęśliwy. Stanisław Ignacy Witkiewicz, czyli nickname Witkacy nie zmarł śmiercią naturalną — popełnił samobójstwo na skraju lasu na Polesiu, terenach należacych obecnie do Ukrainy. Był 18 września 1939 roku i Sowieci napadli na Polskę, tak jak niedawo napadli na Ukrainę.

Witkacy pochodził z artystycznej i bardzo postępowej rodziny, o czym świadczy fakt, że jego ojciec — znany warszawski malarz i krytyk sztuki — zabronił synowi chodzić do państwowej szkoły, żeby jakbyśmy to dzisiaj powiedzili nie wyprali mu mózgu.

Było ich trzech. Doceniono ich po śmierci
Na zdjęciu: portret Stefanii Tuwimowej, 1929, pastel, papier, 65 × 49 cm, autorstwa Witkacego. W lewym dolnym rogu obrazu są widoczne specyficzne oznaczenia literowe — swoisty znak rozpoznawczy artysty. Kolekcja prywatna. Żródło: Agra art

Nazywali go anarchistą. Prorokiem zagłady z Krupówek, ponieważ wieszczył, że demokratyzacja i unifikacja (dziś cyfryzacja) zniszczy indywidualizm człowieka. Witkacy przewidywał to samo co George Orwell — nadejście totalitaryzmu, masowej kontroli, inwigilacji i konsumpcjonizmu.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, oprócz sztuki lubił kobiety, eksperymenty z używkami i podróże po Europie. Wybrał się z Bronisławem Malinowskim w podróż badawczą na Cejlon i do Australii, co pomogło mu wyjść z depresji po samobójczej śmierci narzeczonej sprzed wielu lat. Artysta większą część życia spędził w Zakopanem, które było wtedy zupełnie innym miastem — bez smogu i maltretowania koni pod Morskim Okiem. Przed II Wojną Światową, to było odcięte od świata miasteczko górskie z własną, odrębną kulturą, stanowiące dla Witkacego i kilku innych stołecznych artystów modną oazę samotności, dziewiczą wyspę chwilowego szczęścia na oceanie egzystencjalnego cierpienia.

Było ich trzech
Ekspozycja twórczości Witkacego w Muzeum Narodowym w Warszawie. 2022. Żródło: Fb Julia Szychowiak

Wyobraźmy sobie przez chwilę rzeczywistość bez srodków masowego przekazu, kina, internetu i globalnej turystki. W świecie Witkacego jedyną rozrywką był seks, literatura i gazety. Czasami alkohol, używki. Dekadencka Polska lat międzywojennych — złote czasy dla awangardowych indywidualistów jakim bez wątpienia był Witkacy, strojący srogie miny do aparatu fotograficznego, przeczuwając nadejście nowej epoki.

77 lat temu bycie twórcą oznaczało coś zupełnie innego niż obecnie. Artyści lansowali się lokalnie, bez splendoru. Showbiznes nie istniał. Rozrywki były skromniejsze, ale bardziej intensywne. Ludzie nie ubierali się kolorowo, ale mieli „kolorowo” w głowach. Dlatego w XIX wieku narodziła się legenda Paryża.

Zobacz także: kolekcja ponad 60 utworów prozatorskich współczesnych autorów młodego pokolenia.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, pseud. artystyczny „Witkacy” (1885 – 1939) — polski pisarz, malarz, filozof, dramaturg i fotografik.

A jednak wojna. Felieton przed końcem świata

Dłuższa dygresja na temat piękna świata. C. GRETKUS

Pierwsze dni wojny Rosji z Ukrainą budziły żywe, spontaniczne, naturalne i niewymuszone reakcje; z przyjemnością śledziłem ponoszenie strat przez agresora. Cieszyła mnie każda jego klęska. Lecz gdy mijał pierwszy tydzień walk, a rosyjska furia przybierała na sile, a ukraiński opór okupiony był coraz bardziej niewyobrażalną ceną ludzkich ofiar, zacząłem mieć dość.
Wszystkie komunikatory rozpoczynały swoje informacyjne serwisy od relacji z ukraińskich frontów. Telewizje pokazywały zrujnowane miasta, masowe groby, zburzone domy, dantejskie sceny brutalny gwałt.
Radio emitowało relacje z cudzych nieszczęść. Mnożyły się sprawozdania naocznych świadków. Fachowe i nieprofesjonalne komentarze, trafne i denne przemyślenia cywilnych i wojskowych strategów. W namiętnych podrygach, podskokach i podfruwach odbywały się sabaty gadających głów, złotoustych i krzywogębnych rozmówców wynajętych do tokowania.
Trwoga, lęk, bezustanne życie w niepewności, strachu i zagrożeniu, wszystko to jęło mi przypominać grę w premedytację; miałem niepokojące wrażenie, iż niektóre telewizje, gazety i rozgłośnie uwzięły się, by mnie przerazić, uczuciowo rozchwiać i zapędzić w posępny, bezwyjściowy kąt.

denning5

Guy Denning

Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
Guy Denning
previous arrow
next arrow

W pierwszej parze medialnego poloneza szedł covid 19 siejąc przerażenie. Do boju ruszyły tematy maseczek, dystansów i respiratorowych afer. W kółko i na okrągło bębniono na temat handlu zdrowiem, obostrzeń i śmiertelności. Problemy były jak najbardziej ważne, lecz, poruszane bez umiaru, zastąpiły i przywaliły swym ciężarem inne. Jakby nic ważnego nie działo się obok.
A po covidowej zarazie, na tapetę wskoczył klimat. A razem z nim przypałętały się efekty cieplarniane. I, jak na trwogę, rozległy się ostrzegawcze brzęczyki, złowróżbne dzwonki, werble karzące się bać. W przekaziorach ukazały się zdjęcia burz, z gestapowskimi błyskawicami, nawałnice i trąby powietrzne.
W internecie i pozostałych kurwizjach zaroiło się od speców od wieszczenia klęsk. Panie i panowie pogodynkowie zanosili się od złych prognoz i upierdliwych zmian ciśnienia. W konsekwencji owego festiwalu horrorów miałem przygnębiające imaginacje: za dnia przymulał mnie strach przed rozwaloną chałupą, nocą gnębiły chagallowskie widziadła fruwających traktorów.
Zacząłem sprzeciwiać się narastaniu trwogi, tłumaczyć sobie, że sprawozdawcy i komentatorzy nieszczęść, szerząc przerażenie i rozrzucając defetystyczny nawóz, zarabiają w ten sposób na utrzymanie głodujących rodzin, że ich programy i kontrowersyjne wypowiedzi służą podnoszeniu słupkowego prestiżu tej czy tamtej stacji. Temu czy tamtemu nadawcy. A główny problem, to mroczna rozrywką dla nieczułej gawiedzi; dodatek do zaistnienia.

Nieprzerwany korowód nieszczęść, ciągłe szokowanie zachodzącymi kataklizmami, zapaścią i emocjonalną pląsawicą, zjawiska te, w zależności od światowego zainteresowania, znajdują się na liście przebojów lub z niej spadają.
Moment rozpoczęcia rosyjskiego blitzkriegu wygryzł covid i naraz szpitale zaświeciły pustkami. Jak gdyby ciężko chorzy przestali zawracać gitarę przemęczonej Służbie Zdrowia. Zaparli się w sobie i znienacka wyzdrowieli. Siłą zwiotczałych charakterów zrezygnowali z dalszego leczenia, a reszta ozdrowieńców wyrzekła się rehabilitacji.
O ile w początkowych okresach pandemicznej psychozy, różne kraje rozmaicie reagowały na zarazę, o tyle teraz przestały dostrzegać jej obecność. Jak za sprawą mody na zajmowanie się aktualnym problemem, wałkowało się zagadnienia szczepionek i namawiało społeczne piranie na procedery zgodne z lekarskimi perswazjami, tak po wygaśnięciu zainteresowania szczepionkami, na publiczną estradę wgramolił się nadciągający niż i susza zastąpiła opady.

Zobacz także: ANARCHIŚCI FA POZNAŃ — wywiad zakazany

Gdy zmusza się ludzi do widoku rozpaczy i bez przerwy bombarduje obrazami rozczłonkowanych ciał, tym częściej dopada ich intensywne zobojętnienie. Wszelki nadmiar owocuje przesytem. Do teraz mam w tyle głowy tragiczne zdarzenia ataku na WTC. Na ekranie wspomnień wyświetlają mi się sceny skaczących z wież, fotografie strażaków poszukujących ciał. Do teraz mam w uszach ostatnie komórkowe rozmowy, definitywne pożegnania z rodzinami.
Widok rozpadających się budynków i samolotów rozbijających się o ich ściany, obrazy te utkwiły we mnie na zawsze. Powtarzane w każdym dzienniku, przeważnie w tych samych, najdrastyczniejszych ujęciach, odcisnęły na mnie piętno. Do tego stopnia wypaliły mi w sercu trały uraz, że kiedy patrzę na film rozgrywający się w Nowym Yorku, to machinalnie, automatycznie i poniekąd bezwiednie ich poszukuję. A po tym, czy są lub nie, określam datę jego powstania.
Po Buczy i Charkowie, Donbasie i Lwowie, po nieustających i coraz brutalniejszych relacjach z ukraińskiej wojny, doszedł mi nowy objaw: syndrom zdziwienia. Polega to na tym, że ilekroć oglądam zdjęcia, zamiast Luwru, wieży Eiffla czy Manhattanu, dostrzegam strzępy czegoś, co było całe. A zamiast budowlanych arcydzieł Gaudiego, pojawia się koszmar wbitych szyb i osmolonych kikutów.
Jakakolwiek przesada znieczula. Powoduje, że intencje mają odwrotny skutek od zamierzonych. Im więcej ciągnięto mnie za mózg do obowiązkowej przyjaźni z ZSRR, im natarczywiej namawiano mnie do miłowania wroga, tym większy narastał sprzeciw i tym bardziej pragnąłem wydobyć się z bajora.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Zwietrzała sól narodu

Marek Jastrząb eprawda

Nazywam się Ignacy Elektorat i występuję w imieniu standardowego kolesia piejącego z zachwytu, że znowu oberwał w dziób.
Mówią o mnie mizantrop, boć pono nie kocham ludzi. Kocham, ale są wyjątki. Jestem szczególnie cięty na zgraję sprytnych asekurantów. Mówią też, żem nienormalny, bom normalny do dechy; idę pod prąd, ale że prąd gnuśny, to i ja ospały.
Obca mi przemoc i wszelki strach. Gardzę obojętnymi, neutralnymi, nienawistnikami piękna, wielbicielami ohydy, kreaturami zajętymi beznamiętnym przypatrywaniem się cudzym dramatom, pogardzam ich kunktatorskim pobłażaniom agresji, sprzeciwiam się znieczulicy, biciu, gwałceniu na mimozowatych oczach tępego tłumu, potępiam zwyczajowo niewinnych kanciarzy, nie znoszę tych, którzy są zaskoczeni, zdumieni, zbulwersowani i zawsze twierdzą, że nic nie widzieli, niczego nie słyszeli, jakkolwiek stali w pobliżu.
Jeżeli te moje przywary dowodzą nienormalności, to proszę o skierowanie do czubków. Chociaż nie sądzę, bym dożył takiego zaszczytu, bo dobry rząd zadbał, bym prędzej trafił na cmentarz, niżli do lekarza.

Pracuję, nie odkładam i stale oszczędzam. Przez ten czas dorobiłem się plam wątrobowych, wklęsłych bicepsów, bujnej łysiny i ostrej sklerozy. Za trzydzieści lat stuknie mi setka i wtedy przejdę na wcześniejszą emeryturę. Ogólnie mogę stwierdzić, że choć mam powody, to nie narzekam; czuję się dobrze i wiedzie mi się wedle rangi. Ale czasem trafia mnie szlag. Pomstuję wtedy na wszystko, co się rusza i już nie jestem taki przytulankowy miś. Zaczyna do mnie docierać, że choć robię, co mogę, by postępować w myśl instrukcji, czyli wstaję na długo przed kurami, choć trzymam gęś na złotym łańcuchu i postępuję zgodnie z przepisami na ciamajdę, chociaż zachowuję się zgodnie z rozporządzeniami, to jest czytam brukowce, w tym Gadzinówkę Wyborczą, choć unikam dobrej literatury, za to pilnie oglądam serialowy chłam i niesłychanie ochoczo zgadzam się na chodzenie w kagańcu, to coraz trudniej przychodzi mi zaciskanie pasa i czekanie na cud.

* * *

Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że bez skrupułów skrzywdziłbym muchę, gdybym miał po temu sposobność, jeśliby wlazła mi w szkodę i o ile nie byłoby świadków. Albowiem mam taki zwyczaj: z punktu protestuję, jak się na mnie wypróżniają. Jednakowoż sprzeciwiam się po cichutku, by nikogo nie urazić. Niezbyt publicznie i zazwyczaj szeptem. Raczej w piwnicy, niż na dachu wieżowca, bo kto wie, czy nie robią tego w dobrej wierze, tylko ja nie doceniam.

MAREK JASTRZĄB Eprawda
 

Staram się zrozumieć, po jakie licho mucha ta istnieje, lecz chyba mało skutecznie: na próżno wgłębiam się w przyczyny jej upierdliwego kołowania nad końskim nawozem. Bezskutecznie usiłuję poznać jej wrażliwą psyche i niepotrzebnie wgłębiam się w jej trudne dzieciństwo.
Daremnie silę się na okazywanie jej przyjaźni. Bez powodzenia wdzięczę się, kryguję, chcę polubić i zaakceptować pstrzące obyczaje owada! Nic mi z tego nie wynika, toteż stwierdzam, że nie ma takiej psychologii, by dało się zrelatywizować to bzykające robactwo.
Skończmy jednak z muchą i rozważaniami o jej dzieciństwie! Przejdźmy do naszych baranów!

* * *

Gdy obserwuję wielką i skrzętną żwawość polityków kręcących się wokół rosnącej pandemii, gdy co dnia słyszę przerażające wiadomości o szwindlach ludzi pragnących wzbogacić się na ludzkiej tragedii, a jednocześnie gdy z jednej strony wirusolodzy mówią mi o czekającej nas, drugiej fali zarażeń, a z drugiej wierchuszka rządzących twierdzi, że nie ma się czego bać, bo zaraza jest w odwrocie, dostrzegam, że jestem w krainie zaplanowanego absurdu i ze zgrozą myślę tu o naszym wysypisku miernot skazującej całe społeczeństwo na swoją nieporadność.
I myślę o lekarzach z nazwy. Eksperymentatorach na ludzkim organizmie. Lecz nie tylko o konsyliarzach po podstawówce wykonujących partyjne polecenia, o weteranach wielu pał z deontologii, o konowałach z wykształceniem makabrycznie żadnym, o kpach z edukacją pochodzącą z dolnej półki, o medykach przyznających sobie wysokie premie za przekroczenie granic przyzwoitości i skretynienia. Nie! Mówię o PRAWDZIWYCH LEKARZACH, których ignorują politycy. Znających się na zagadnieniach związanych z ochroną życia. A także o parszywym losie dyrekcji szkół i nauczycieli skazanych na borykanie się z problemami zrzuconymi na nią. Z kwestiami za trudnymi dla obu ministerstw, zwalonymi na lokalny samorząd.

Jestem więc, znudzony powtarzalnością niedouczonych eksperymentatorów i mam w sobie coraz mniej ciekawości, co dalej. Odczuwam przesyt: za dużo machlojek, dętych afer i marnowania pieniędzy moim kosztem. Mam dosyć atmosfery potęgowania międzypartyjnych animozji, wrogości, wzajemnych oskarżeń wszystkich o wszystko, choćby o zaniechania i odwleczenia, ciągłej, całkowitej zmiany lub nieuzasadnionych modyfikacji gospodarczych, braku długofalowych planów, niepewności ekonomicznej i fikcyjnych deklaracji uproszczenia systemu podatkowego, nagminnej spychologii, rozmytej odpowiedzialności za kiepskie interpretacje urzędniczych decyzji, fatalnych ustaw, teorii spiskowych, niedotrzymywanych obietnic i przerostów biurokracji.

Przeraża mnie grubo ciosana rzeczywistość: zamazują się kwestie domagające się natychmiastowego rozwiązania. Dookoła widzę zło, absurdy, posługiwanie się agresywnym słownictwem i czynem. A słowa te i czyny rosną lawinowo, piętrzą się i nawarstwiają, jak w piosence Zembatego ze słuchowiska o Poszepszyńskich.

Marek Jastrząb — felietonista. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował w „Odrze”, „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,” Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u, trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w czasopiśmie ”Nowe Myśli” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje.

Imiona moich bohaterek zostały zmienione

BEATA RETMANTOWICZ Moje dziewczyny

BEATA RETMANTOWICZ Moje dziewczyny

Na pytanie: dlaczego jesteś singlem, mężczyźni odpowiadają często: dziewczyny są dzisiaj wygodnymi księżniczkami. Zwracają uwagę głównie na wygląd, pieniądze, żądają prezentów, nie ma o czym z nimi rozmawiać.

Przeglądając zdjęcia dziewcząt i kobiet zamieszczane zwłaszcza na Instagramie zastanawiam się, jaki jest obraz współczesnej kobiety. Jaki obraz serwujemy światu i sobie samym. My — kobiety kobietom. Czy nie wpadamy we własną pułapkę? Z pięknych, starannie obrobionych zdjęć wyłaniają się głównie niemal z metra cięte, identyczne twarze. Wielu panów, nawet bez zaburzonej percepcji wzrokowej, mogłoby mieć duży problem rozpoznać znajome kobiety, gdyby ich zdjęcia umieścić wśród dwudziestki innych zdjęć. Takie same makijaże, fryzury, uśmiechy, pozy selfie „na starożytnego Egipcjanina”, by za jednym zamachem demonstrować twarz, bok i wypięty pośladek, najlepiej oba. Do tego bezwzględnie filtr beauty, by wygładzić wszystko, co się da, upodabniając się przy tym do lalki, aby nikomu nie przeszło nawet przez myśl, że nasza skóra może mieć jakąś strukturę, że żyje.

Instagramowe pokolenie

Myślę teraz o wszystkich dziewczynach i kobietach, które znam. To najbardziej instagramowe pokolenie: moja córka, córki moich dobrych znajomych, zupełnie nie identyfikują się z dziewczynami, dla których wydarzeniem dnia jest zamieszczenie w sieci selfie z samochodu, przymierzalni modnego sklepu, prezentowanie najnowszej torebki, czy manicure. Wszystkie zajmują się zdobywaniem wiedzy, studiują, pracują, tworzą własne firmy, rozwijają zainteresowania, podróżują i przede wszystkim chcą zakładać rodziny, być matkami. Blichtr mediów społecznościowych ich nie porwał. Nie dostarczył środka wyrażania codziennych emocji i niedoborów. Nie stał się zamiennikiem relacji w realnym świecie.

Kobiety mojego pokolenia przyglądają się influencerkom i modelkom, często samozwańczym, z wielkim zadziwieniem i przymrużeniem oka.

Dlatego tak chętnie zaglądamy na profile zdystansowanych, zabawnych i doskonale obserwujących rzeczywistość nie tylko w sieci — Katarzyny Nosowskiej, czy Celeste Barber. Ich żartobliwe posty wypompowują nadmiar zadęcia i sztuczności bijący ze stron wszelkich gwiazdek, których kariery nie robią wrażenia na myślących, pewnych siebie kobietach zmagających się z szarą rzeczywistością. Z pewnością łatwiej jest w życiu, gdy rozwój zawodowy wspiera bogaty, wpływowy partner, a no makeup day sponsoruje któraś z klinik medycyny estetycznej.

Ogromne wrażenie robią na nas natomiast kobiety, które nie boją się wyzwań i zmian, jak Danuta Stenka, która nie znając języka, brawurowo zagrała po niemiecku Lubow Raniewską w „Wiśniowym sadzie” A. Czechowa, na scenie Schauspielhaus w Zurychu. Swoją grą wzbudziła ogromny entuzjazm widzów i krytyków, a trzeba niezmiernej odwagi, inteligencji i ciekawości nie zwykłego człowieka, ale poszukującego artysty, by podjąć się takiego zadania, wejść w świat kultury innego narodu. Nie tylko poprawnie wyrecytować tekst, ale stać się graną postacią. To budzi podziw, ale nie spowoduje fali nowych instagramowych fanek i fanów, nie da miana „guru”, a tych w sieci całe mnóstwo.

BEATA RETMANTOWICZ Moje dziewczyny
Na zdjęciu: Beata Retmantowicz. Łódź 2020. Foto: Jacek Olejnik

Czy jednak ja i moje przyjaciółki potrzebujemy jakiegoś guru, idola, przewodnika by żyć i mieć odwagę na zmiany? Nie sądzę. Doświadczyłyśmy już tylu przemian… W rolę żony i matki wchodziłyśmy przeważnie tuż po dwudziestce. Część z nas natchnęły postawy naszych matek zwłaszcza, jeśli relacje z córkami były dobre. Jeśli nie, postępowałyśmy zupełnie odwrotnie niż rodzicielki. Na początku trochę może z przekory, później już świadomie, by nie popełnić tych samych błędów, by stworzyć dobrą relację z dziećmi.

Kobiety lubią się spotykać

Jak wykarmiłyśmy nasze rodziny bez diet z dowozem? Jak udaje nam się zachować spokój, powodzenie i dobry wygląd w czasach, gdy w modzie jest mieć coacha, konsultanta żywieniowego, trenera personalnego? Samoświadomość i doświadczenie. Gromadziłyśmy je latami. Długie rozmowy, podczas których mieszają się mocne emocje, chwilowe rozedrganie, śmiech i łzy. Wszystko w atmosferze zaufania, bezpieczeństwa, ciepła i ogromnej życzliwości. Gdy trzeba rozmawiać o emocjach i zawiłościach życia, najlepiej sprawdza się przyjaciółka. Idealnie, gdy jest ich więcej, bo każda ma inne spojrzenie na problem nie tylko przez pryzmat swojego charakteru, temperamentu, ale poprzez własne przeżycia. Łatwiej jest przegadać problem, otworzyć się i wyrzucić z siebie smutki nam niż mężczyznom. Łatwiej przejść przez traumy i depresję.
Kobiety lubią łączyć się, spotykać w grupach, by się wspierać, tworzą lobby. Grupa, którą spontanicznie skleiłyśmy w gronie jedenastu dziewczyn jest wyjątkowa nie tylko przez jej skład, ale fakt, że spotykamy się co dwa miesiące od 10 już lat.

Nie można o moich dziewczynach powiedzieć, że są niewidoczne, jak postrzegało się kobiety dojrzałe w dobie Madzi Karwowskiej z „Czterdziestolatka”, ciche lub naiwne. Nie boimy się zmian, bo każda przynosi coś dobrego i wartościowego. Nie drżymy ze strachu, gdy zabraknie etatu, bo jesteśmy jak Kobieta Pracująca, co „żadnej pracy się nie boi”. Moje dziewczyny są barwne, ciekawe świata i ludzi. Dużo czytają, chodzą na koncerty, uprawiają sport. Są wśród nas miłośniczki jogi, siłowni, narciarstwa, jeździectwa, a Kasia, kosmetyczka, wspierająca córkę w tworzeniu wspaniałej kliniki kosmetycznej, zaczęła właśnie naukę gry na perkusji. Ela jest onkologiem i sama zmagała się z nowotworem, dlatego pilnuje terminów naszych badań profilaktycznych i uświadamia, pomaga w potrzebie, jak Asia, kierująca dużą kliniką medyczną i spełniająca się dodatkowo doskonale w tworzeniu pięknej osady, miejsca wypoczynku nad morzem. Agata, świetna nauczycielka organizująca wszelką pomoc dla swoich biedniejszych uczniów, nieśmiało opowiada czasem o potrzebach dzieci. Rozwiązanie i środki znajdują się niemal natychmiast, bo każda z naszej grupy miała w życiu trudny czas.

Większość z nas stworzyła z mężami długoletnie, szczęśliwe związki, co jest ogromną wartością, ale może czasy były wtedy łatwiejsze, a fundamenty mocniejsze. Nie zawsze jest jak w bajce, w której przez dwadzieścia lat żyła Iwona. Mądra i piękna matka dwóch chłopców, której mąż z dnia na dzień zamienił ją dosłownie na „nowszy model”, bo dziewczyna okazała się być niemal klonem żony, a Iwona jest naprawdę nietuzinkową pięknością. Ten sam typ urody, styl ubierania, ale młodsza. To nic, że w kręgu znajomych dziewczyny mówi się o jej nowym partnerze „wujek”. Cieszę się, że Iwona świetnie sobie radzi sama. Podobnie jak Justyna, właścicielka firmy, którą założyła i prowadzi z wielkim powodzeniem. Jej mąż, ledwo wiążący dziś koniec z końcem lubił jej powtarzać, że jest prostą dziewczyną ze wsi, nic nie umie i po rozwodzie zginie. Przed ślubem był uroczy, a wszystkie dziewczyny zazdrościły jej takiego przystojniaka. Justyna dopiero po ślubie zauważyła, pod jak wielkim wpływem toksycznej matki jest małżonek i jak destrukcyjny wpływ ma to na ich związek. Teściowa potrafiła np. zaprosić na wigilię tylko syna z dzieckiem.

Po trzech latach od rozwodu Justyna nadal boryka się z problemami, o których chciałaby już zapomnieć. Były mąż nie może znieść, że dziewczyna świetnie sobie radzi finansowo, a przy tym jest doskonałą matką, której dzieci ufają i którą bardzo kochają. Justyna przyznaje, że udaje jej się dzięki terapii, której musiały się poddać także dzieci. Wiem jednak, że to też zasługa jej niesamowitej mądrości i siły. Dojrzała już do myśli o nowym mężczyźnie, który byłby dla niej prawdziwym partnerem, dał wsparcie emocjonalne i poczucie bezpieczeństwa. Spróbowała przez internet. Po kilku próbach pomysł zarzuciła. Panowie okazywali się być niepoważni, a na spotkaniu face to face nie chcieli nawet przedstawić się z nazwiska.

Internet może ułatwia życie, ale w sprawach związków sprawdza się stosunkowo rzadko, czasem działając wręcz niszcząco.

Przekonała się o tym Paula, jedna z cudownych trzydziestokilkulatek, które znam dobrze. Jej partner — wielki amator kobiecego piękna, założył kilka kont na portalu społecznościowym, by móc poszerzyć krąg swoich piękności. A przecież oboje piękni, młodzi, maleńka córeczka, sielanka. Paula mówi, że kiedy zamieszkali razem, jej ukochany nie potrafił zrobić sobie nawet kanapki, gdyż do tej pory wszystko pod nos podawała mu mama. Nowy partner rozumie obawy Pauli przed związaniem się z mężczyzną i zaufaniem mu. Jej oczy jednak znów błyszczą i mówi, że czuje się wreszcie kobietą. Karolinie życie ułożyło się z drugim mężem, z którym tworzą niemal modelowy związek. Może dlatego, że oboje są po przejściach… Przyznaje, że dopiero teraz czuje się bezpiecznie i wie, że ma u boku prawdziwego mężczyznę, na którego może zawsze liczyć, a kiedy wraca późno z pracy, czeka na nią ciepła kąpiel i pyszna kolacja.

Gdzie te księżniczki, bojące się pracy, żądne kasy…? Naprawdę znam tylko wspaniałe dziewczyny, które nieustannie podziwiam za odwagę i pragmatyzm, ogromną chęć realizowania się nie tylko w roli żony i matki. To kobiety, które świetnie radzą sobie godząc wiele obowiązków i funkcji, nie zatracając kobiecego ciepła i uroku. Na wskroś nowoczesne, a przy tym wyciszone i świadome na tyle, by nie stawiać sobie wciąż nowych zadań, udowadniać coś światu. Nie muszą mieć, chcą być.
Moje dziewczyny, jestem z Was dumna!

Imiona moich bohaterek zostały zmienione.

Beata Retmantowicz — ukończyła filologię germańską na Uniwersytecie Łódzkim. Mieszka w Konstantynowie Łódzkim. Jest szczęśliwą matką dwójki dorosłych dzieci. Obecnie znów nauczycielka, choć była też restauratorką.

Pokaż mi ściany, a powiem ci kim jesteś i nigdy nie będziesz

ANDRZEJ SYSKA SZAFRAŃSKI felieton

Pokaż mi ściany w swoim mieszkaniu, a powiem ci, kim jesteś. Gdy wchodzę po raz pierwszy do czyjegoś mieszkania, po przywitaniu się z jego właścicielem, wzrok kieruję na ściany. Nie czynię tego, żeby sprawdzić ich pion. Jestem ciekawy co oprócz kapiącego złotem kinkietu, zdobi wnętrze domu i konkretnie: czy są obrazy. Z poczynionych obserwacji wnioskuję, że marnie jest, a nawet nudno pod tym względem. Jednak udało mi się dokonać klasyfikacji ścian owych mieszkań w sposób następujący:

  • ściana Ikea
  • ściana pamiątka
  • ściana jelonek
  • ściana pierwsza komunia
  • ściana reprodukcja
  • ściana płaczu czyli taka, po której spływa woda po zalaniu z góry przez sąsiadów
  • Elitarne ściany

    Niestety rzadkością jest widok ściany z dziełami sztuki. Skoro twierdzę, że rzadkością, to optymistycznie twierdzę, że takowe jednak są. Wracając jednak do „rzadkości”. Po pierwsze: posiadanie dzieł sztuki (jak i czytanie książek) jest bardzo elitarne. Nie dzieje się tak dlatego, że kogoś nie stać na kupno dobrego obrazu. Moim zdaniem wynika to z braku lub małej świadomości czym jest sztuka, dlaczego obrazy są wartościowe, a korzenie tego braku sięgają do dzieciństwa.
    W szkole podstawowej młodzież dorasta w przekonaniu, że przedmiot nauczania, jakim jest plastyka, to tylko „twór”, którym można nadrobić sobie średnią ocen na świadectwie, a który realnie nie jest do niczego potrzebny. Z nielicznymi wyjątkami oczywiście, które stanowią wspomnianą elitę. Gdy już nie nabędziemy artystycznej świadomości, nasza wiedza powiększa się lawinowo — w co się ubrać by dobrze wyglądać. Jaki dobrać kolor ścian do wnętrza. Kupić kapelusz czy beret i w końcu: czy i co powiesić na ścianie oprócz kinkietu.

    ANDRZEJ SYSKA SZAFRAŃSKI felieton
    Dekorację mieszkania i dobór dzieł sztuki można z braku czasu zlecić profesjonaliście. Źródło: materiały prasowe

    Tego rodzaju dylematy będą nam już towarzyszyć do starości. Chyba że, stanie się jasność i ktoś w dorosłym życiu będzie chciał nadrobić zmarnowane lekcje z podstawówki. Jest też kolejna kwestia, która wiąże się z modą — bo tak wypada. Dotyczy to często tych, którzy próbują przeskoczyć stracony czas i po zarobieniu sporej ilości pieniędzy, dają sobie w prezencie fanaberię (bo mój partner w biznesie ma) i biegną do renomowanej galerii z obrazami, by przy pomocy fachowca dokonać zakupu dzieła. Tym też chwała za to, choćby dlatego, że dają zarobić artyście. Choć spotkałem się kilkukrotnie ze stwierdzeniem potencjalnego nabywcy obrazu: potrzebuję wypełnić przestrzeń między szafą a komodą z telewizorem. Aż ciśnie się na usta: to się pan oprzyj w tym miejscu.

    Wernisaże

    Chodzę często na wernisaże. Tam występuje jedna i ta sama bolączka od zawsze. Mianowicie na tego typu imprezy chodzą autorzy prezentowanych obrazów, ich najbliższa rodzina, oraz zaproszona dalsza rodzina. Trudno tam spotkać kogoś, kto przyszedł rozeznać się w aktualnych trendach sztuki malarskiej. Choć i w tym wypadku optymistycznie — też się może taki ktoś trafić. Szczerze mówiąc, takie nowe podejście do sztuki, jakie obserwuję od długiego czasu, wprawia w podziw, że są kolejne pokolenia, które pragną tworzyć, kreować obrazem nową rzeczywistość, mieć nadzieję na odkrycie czegoś niepowtarzalnego, oryginalnego w tej dziedzinie.

    Wracając do kwestii czy mnie stać na dzieło sztuki. Odpowiadam: wszystko jest w twojej głowie, później w portfelu. Jeśli stać cię na tankowanie nowo zakupionego samochodu przez miesiąc, to stać cię na pójście do galerii z obrazami i zakup jednego z nich. Akurat tego rodzaju artykułów jest pod dostatkiem. Do wyboru, do koloru i do gustu.

    Uważam, że kwestia podejścia do świadomego zakupu dzieł sztuki, to proces długofalowy, mozolny i dla wytrwałych. Jak już wspomniałem wcześniej, nabywanie dzieł sztuki to też kwestia mody. Kupić byle nie powiedzieli, że się nie interesuję. To coś jak z czytaniem obecnie książek noblistki Olgi Tokarczuk. Prawie każdy podziwia jej twórczość, tyle że znikomy procent populacji czytał jej książki, a pozostały znikomy nie doczytał nawet do dwudziestej strony. Jednak by nie wyjść na „wała”, wszyscy twierdzą, że twórczość Tokarczuk to bardzo dobra jest. Analogicznie rzecz się ma z posiadaniem obrazów na ścianach. Posiadanie prawdziwego obrazu na ścianie to bardzo dobra rzecz jest, bo mam i niech inne nie mówią, że się nie znam, bo się znam, skoro mam.
    A jak mam już coś z naszej „listy ścian”, to nawet jeśli to tylko „jelonek”, to zawsze można trafić na kogoś, kto cmoknie z zachwytu, albo z grzeczności powie, że mu się podoba.
    Reasumując: jak ktoś w sobie takiej siły nie czuje, niech nie kupuje.

    Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”, „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski. Więcej: blog

    Zawsze obserwowała ludzi w samochodach

    Beata Retmantowicz "Korek"

    BEATA RETMANTOWICZ Korek

    W drodze do pracy, jak niemal każdego ranka, stała w dość potężnie wyglądającym korku. Czas w nim spędzony mierzyła już nie w minutach, a w liczbie przesłuchanych w radiu piosenek. Tym razem była to płyta Bielasa i Marynarzy Łodzi, którą kupiła podczas niedawnego koncertu i zaczęła słuchać właśnie w samochodzie, bo tu lepiej można skoncentrować się na treści. Bo gdy ktoś jest pierdolnięty, pierdolniętych musi znać — śpiewała dość głośno z Bielasem i uśmiechała się do siebie, bo być może zabawnie wyglądała teraz w swoim aucie dla obserwatora z zewnątrz.

    Od zawsze zresztą uważała, że obserwowanie ludzi w ich samochodach gdy stoją w korku — obserwowanie ludzi w ogóle — jest niesamowicie interesującym zajęciem. Czasem bawiła się w myślach w zgadywanie kim jest dany człowiek, czym się zajmuje, jaki jest jego stan rodzinny, dokąd jedzie, czego słucha w aucie, co lubi jeść. Nie rozumiała natomiast dlaczego niektórzy tak się pieklą gdy muszą czekać w korku — czasem dość długo, owszem, ale jednak jest to jedna z rzeczy, na które nie mamy wpływu i jedyną metodą jest poddać się, trwać cierpliwie, czekać spokojnie na swoją kolej. Wiedziała, że nie ma nawet cienia szansy by przejechać przez skrzyżowanie przy pierwszej zmianie świateł. O nie! Była za daleko. W odtwarzaczu pojawił się kolejny utwór.

    Beata Retmantowicz
    Na zdjęciu: Beata Retmantowicz. Łódź 2019. Foto: Anna Nelita

    Postanowiła rozejrzeć się dookoła. W końcu korek był jedną z niewielu okazji by w drodze obejrzecć miasto i rozeznać się w najnowszych zmianach architektonicznych — a trzeba przyznać, że miasto zmieniało się bardzo. Niekiedy nie mogła się nadziwić, że tuż przy trasie wyrósł nagle kolejny, monumentalny wręcz budynek, albo tak świetnie odrestaurowano starą kamienicę.

    Jednak najczęściej spoglądała na ludzi w samochodach stojących obok. Wielu w napięciu oczekiwało jakiegokolwiek ruchu na jezdni, zaciskając dłonie na kierownicy i klnąc. Można to było wyczytać z ruchu warg. Po lewo kobieta za kierownicą wykonywała regularny makijaż, z podkładem, cieniami, szminką… Zawsze podziwiała kobiety, które to potrafią. Ona by tak nie umiała, poza tym za duży stres, że ktoś z tyłu mógłby ją ponaglić klaksonem. Tego by nie chciała. Czułaby się zakłopotana i w nerwach rozrzuciłaby kosmetyki w całym aucie, zostając z twarzą głupka w niedomakijażu.

    W samochodzie stojącym za nią zobaczyła parę ludzi — być może małżeństwo, ale może byli to po prostu współpodróżujący, choć ich zachowanie wskazywało na to pierwsze. „Współpodróżujący”. Fajne słowo. Uśmiechnęła się, bo skojarzyło jej się od razu z innym słowem „współzamieszkujący” jak z właściwym sobie wdziękiem powiedziała kiedyś o swoim partnerze Katarzyna Nosowska.

    Obserwowana para przykuła jej wzrok na dłużej.

    Pan za kierownicą wpatrywał się dość posępnym wzrokiem w nieokreślony punkt a pani, uchyliwszy lekko szybę, trzymając w prawej ręce zapalonego papierosa, mocno nią wymachiwała. Co chwila, nie przerywając mówienia, odwracała głowę w stronę pana, dla którego te słowa nie wyglądały na miłe. Po kolejnej zmianie świateł zwróciła uwagę, że sytuacja w samochodzie za nią nie zmieniła się, a może nawet pogorszyła, bo pan przeszedł do natarcia słownego. Małżeńska kłótnia — pomyślała. Coś wydarzyło się tego ranka, a może poprzedniego wieczoru. Coś, co trzeba sobie wykrzyczeć. Właśnie teraz. W końcu nikt nie widzi, nikt nie słyszy… Być może nie chcieli kłócić się przy dzieciach, albo chorej matce… Całkiem jednak możliwe, że powód kłótni nie był świeży. Narastał z każdym dniem, z każdym powrotem do domu, każdym obowiązkiem, którego się nie wypełniło, każdym niepamiętaniem czy milczeniem… Tak przecież bywa. Znała takie pary.

    Kolejna zmiana świateł. Wreszcie mogła przejechać skrzyżowanie. Para w aucie, nadal kłócąc się i mocno gestykulując, skręciła w najbliższą przecznicę. Ona natomiast poczuła ogromne współczucie i wdzięczność. Szybko przebiegła w pamięci po ponad dwudziestu latach, które spędziła z mężem i uświadomiła sobie, że nie, nigdy nie kłócili się. Nie! To nie rodzaj podsumowania życia jakiego dokonuje się pod jego koniec. Owszem, była już w wieku, kiedy kończy się jakiś etap. Choćby dlatego, że wchodząc do klubu by potańczyć, co zawsze uwielbiała, ochroniarze patrzyli na nią trochę tak jakby mówili: A! Pani po córkę… Ok, przypomniała jej się jedna sytuacja, jedyna. Przed wielu laty, choć powodu kłótni już nie pamiętała. Zapamiętała jednak, że mąż przepraszał ją bukietem róż i pięknym albumem z dziełami impresjonistów. Tak, była wdzięczna. Za to, że zawsze mogli i chcieli rozmawiać. Czasem nie było łatwo ale próbowali. Bez podnoszenia głosu, z szacunkiem. Nie dlatego, że rzadko jeździli razem do pracy. Tak. Szacunek i przyjaźń albo odwrotnie. To nie jest ważne. Ważne, że ich łączą.

    Dotarła do pracy. Wewnętrzny uśmiech pozwolił jej wytrwać kilka trudnych godzin i spoglądać z życzliwością na innych, na ich słabości, na ich piękne strony bo każdy takie ma. Np. Basia, która wciąż narzeka, marudzi czasem niemożliwie i wciąż chodzi potargana, ale ma też zawsze czas, by wysłuchać osoby w potrzebie. Marek, trochę głośny, zbyt głośny na poranki, który potrafi zanudzić wszystkich historiami z lat swojej świetności, poza tym świetny organizator wyjść integracyjnych. Patrycja, najmłodsza w zespole, która długo nie mogła się przyzwyczaić do punktualnego przychodzenia do pracy, bo nie była typem skowronka czym bardzo narażała się szefowi. Jak się później okazało, zajadała rozstanie z długoletnim narzeczonym do późna oglądając seriale. Osoby zupełnie różne, których może nie polubiłaby z łatwością będąc młodą dziewczyną, ale pewnie tak jak ci ludzie, ona także przeszła kilka przemian.

    W drodze do domu znów korek. Ten powrotny był jednak inny, jakby powolniejszy, bardziej zmęczony, czasem mniej ostrożny… Ludzie w samochodach obok znużeni, senni, niektórzy pasażerowie przysypiali wierząc, że kierowcy się to nie zdarzy i dotrą szczęśliwie na miejsce. Jakaś kobieta za kierownicą ochoczo wcinała wielką bułę, kupioną chyba na stacji benzynowej. Też poczuła głód i zaczęła już sobie wymyślać co zje na obiad. Na szczęście zostało coś z wczoraj. Jak to dobrze czasem ugotować więcej. Jak to dobrze nie musieć już martwić się jak zorganizować dzieciom jedzenie i zajęcia na dalszą część dnia.
    Tak, stan, w którym się znalazła miał wiele dobrych stron. Stan rodzinny, organizacyjny, świadomościowy. Mimo zmęczenia poczuła lekkość i spokój, także na dźwięk męskiego głosu w słuchawce, który pytał: Jak Twój dzień? Jesteś już w domu? Niedługo też wracam.

    Beata Retmantowicz — ukończyła filologię germańską na Uniwersytecie Łódzkim. Mieszka w Konstantynowie Łódzkim. Jest szczęśliwą matką dwójki dorosłych dzieci. Obecnie znów nauczycielka, choć była też restauratorką.

    Wirtualny świat wielkich miłości i zdrad

    PATRYCJA ŁYŻBICKA

    PATRYCJA ŁYŻBICKA Tinder-data

    Większości kobiet wydaje się, że nie mogą być szczęśliwe bez satysfakcjonującego związku z Mężczyzną. Znaczną część naszej energii poświęcamy więc na poszukiwania tego jednego, jedynego, który uczyni w magiczny sposób nasz świat pięknym, a nas same szczęśliwymi na zawsze. Wychowane na bajkach o księżniczkach, odnajdywanych i ratowanych przez dzielnych rycerzy albo szlachetnych królewiczów – czekamy, aż ów ideał pojawi się i wyzwoli nas z pułapki samotności. Im dłużej czekamy, tym większą skłonność mamy do uznawania każdego majaczącego na horyzoncie męskiego ego za ów upragniony ideał. Tym boleśniejsze bywają zetknięcia z wcale nie bajkową rzeczywistością.

    Odkąd relacje damsko-męskie w znaczącym stopniu przeniosły się do Internetu, coraz częściej padamy ofiarami wszelakiej maści naciągaczy, oszustów, kłamców i manipulatorów. I choć problem rzecz jasna dotyczy obu płci, to jednak wydaje się, że to kobiety bywają bardziej łatwowierne, szybciej angażują się w relacje emocjonalne i są skłonne więcej dla nich zaryzykować i poświęcić. Internet otworzył nas na nowe możliwości poznawcze i zdawał się być lekarstwem na samotność. Kilka kliknięć wystarczy, by poznać kogoś nowego i szybko przenieść tę znajomość do realnej rzeczywistości. Często jednak okazuje się, że w Realu książę czy księżniczka po pocałunku zamieniają się w ropuchę, a my zostajemy w najlepszym przypadku ze złamanym sercem, ale nierzadko i z pustym portfelem i walizką wypełnioną lękiem, rozczarowaniem i depresją. I każde kolejne takie doświadczenie burzy wiarę w swoje możliwości.
    Dlatego zanim stworzymy profil na Sympatii czy Tinderze i zaczniemy łowy, warto przyjrzeć się, jak funkcjonuje w tych przestrzeniach rynek damsko-męskich gier.

    Wizerunkowa gra.

    No właśnie. Gra… To słowo klucz, które warto na dzień dobry napisać sobie wielkimi literami na lustrze w łazience. Wiara w to, że profile na portalach internetowych są rzeczywistym i w miarę obiektywnym obrazem ich właścicieli, to iluzja. I nie chodzi tu bynajmniej o złą wolę czy chęć oszukiwania kogokolwiek, a raczej o zupełnie w tych okolicznościach naturalną chęć pokazania się z jak najbardziej atrakcyjnej strony. Z rozmysłem używam tu przymiotnika „atrakcyjny”, a nie „dobry”, bo dobro już rzadko bywa na rynku w cenie, zaś wszelaka atrakcyjność zawsze, zarówno w swym wyrazie wizualnym, jak i mentalnym. Panie więc często kreują siebie na zmysłowe uwodzicielki, Panowie zaś kusząco „straszą” byciem niegrzecznym chłopcem. Oczywistym jest, że ów Bad Boy szuka Kusicielki, by dać się oczarować jej urokiem i ostatecznie ją uwieść. I jeśli tak jest w istocie, to czeka ich przynajmniej fala przyjemności. Gorzej, gdy z czasem okazuje się, że tak naprawdę Ona jest wycofana i zakompleksiona, a On to kanapowiec bez inicjatywy. Oboje odnotowują kolejną porażkę na swoim koncie i trwać to może w nieskończoność. Rzadko bowiem mamy dość obiektywizmu w samoocenie i szczerości, by stworzyć profil prawdziwy i zgodny z tym, czego naprawdę oczekujemy i poszukujemy.

    PATRYCJA ŁYŻBICKA
    Tinder to smartfonowa aplikacja, z której codziennie korzysta 50 milionów ludzi na świecie. Foto: materiały prasowe

    Jakie gierki wizerunkowe najczęściej popełniają użytkownicy portali randkowych? Mężczyźni, pytani przeze mnie o to, co ukrywają przed nimi kobiety, tworząc swoje profile, odpowiadali, że przede wszystkim wagę, wygląd ciała i wiek. Zdarza się więc wcale nierzadko, że szczupła blondynka z długimi włosami, lat 38, okazuje się na pierwszej randce być dość korpulentną krótko obciętą osóbką, lat 51. Można by stwierdzić, że to idiotyczne, wszak przecież bezlitosny

    Real wszystko zweryfikuje błyskawicznie,

    ale ku mojemu zdumieniu, panie mają na to mnóstwo wytłumaczeń. Najpopularniejsze z nich to: Nie miałam akurat pod ręką nowszych zdjęć, A wiesz, zakładałam profil na szybko, Pomyślałam sobie, że najpierw oczaruję Cię swoim wnętrzem, a potem wygląd nie będzie miał znaczenia, Kilka lat w tą czy w tą, co za różnica, znajomi mówią mi, że nie wyglądam na tyle… Błąd, Drogie Panie, potężny błąd. Gadanie o tym, jak to wygląd nie ma znaczenia w prawdziwej miłości, trzeba włożyć między bajki o Kopciuszku (który nota bene do brzydkich nie należał). Dla każdego mężczyzny ma, co oczywiście nie oznacza, że wszystkie mieścić się musimy w jednym kanonie piękna. Grzechem męskim jest oczywiście dodawanie sobie wirtualnej męskości, a to przez urośnięcie o kilka centymetrów, a to przez opowieści o pasjonującym życiu i stu pięćdziesięciu hobby, które się uprawia. Koniec końców, gdy okazuje się, że sport to oglądanie meczu w TV, podróże to wyprawa do Biedronki po piwo, a taniec sprowadza się do tańca brzucha, pozostaje spuścić zasłonę milczenia lub też udać się dyskretnie do toalety, by nigdy już z niej nie powrócić.

    Inną męską przywarą, nie tak łatwą do szybkiego zweryfikowania, jest ukrywanie swojej życiowej sytuacji i prawdziwych zamiarów. Czarusie, którzy nie mają w profilach zdjęć, ale za to wdzięczą się informacją: „W związku z moim zawodem nie mogę umieszczać publicznie zdjęć, ale chętnie wyślę na priv”, na pewno z owego „zawodu” są po prostu żonkosiami ukrywającymi się w sieci przed swoimi niczego nieświadomymi połówkami.

    Oczekiwania od klikania

    To właśnie rozbieżność oczekiwań jest najczęstszą przyczyną nieudanych portalowych znajomości. Na potrzeby tegoż tekstu musimy oczywiście przyjąć pewne uogólnienia, które nie wykluczają chlubnych wyjątków, wcale znowu nie tak nielicznych. Generalnie jednak problem polega na tym, że większość atrakcyjnych mężczyzn, którzy pojawiają się na portalach, szuka głównie przygody, przyjemności, niezobowiązującej znajomości, najchętniej rzecz jasna w miarę szybko prowadzącej do konsumpcji. Większość zaś kobiet (i tych atrakcyjnych, i tych mniej) szuka życiowych partnerów, miłości, odpowiedzialności i trwałego związku. Przy czym, co bardzo istotne, wydaje im się, że konsumpcja to początek cudownej drogi wiodącej do ołtarza, w najgorszym razie tylko wspólnego zamieszkania, podczas gdy dla mężczyzn jest to po dość krótkim zazwyczaj czasie kres przygody. Gdy ona potem wyciera łzy i pogłębia swoje poczucie zgorzknienia, gdyż kolejny raz została potraktowana przedmiotowo, on rozwija swoje żagle i bez najmniejszych wyrzutów sumienia, wypływa na szerokie wody Internetu na nowe polowanie. Bywa i tak, że to on odchodzi rozżalony, obchodząc się smakiem, bo wodzony na pokuszenie, przybiegł w końcu po gotowe, a gdy wyciągnął rękę po swój prezent, dostał werbalnie lub dosłownie w pysk i usłyszał, że chyba zwariował myśląc, że dostanie seks.

    Podświadomie oszukujemy się bowiem wzajemnie co do prawdziwości naszych oczekiwań i tym samym marnujemy swój cenny czas. Portale randkowe typu Sympatia rzeczywiście służą głównie poszukiwaniu przyszłego partnera/partnerki czy też przyjaciela/przyjaciółki. Stąd dość szeroko rozbudowany profil, w którym można umieścić nie tylko zdjęcia i coś o sobie, ale również wybrać cechy charakteru swoje i wymarzonego partnera, określić bardzo precyzyjnie hobby i sposób spędzania wolnego czasu, a nawet podzielić się swoim światopoglądem, w tym religijnym. Jest i wreszcie miejsce, w którym wybieramy to, czego szukamy (kobiet, mężczyzn, przyjaźni, miłości, zabawy, itp.). Sprawa powinna być więc bardzo jasna i oczywista. Niestety gra, którą tu prowadzimy, szeroko omawiana jest we wszelakich podręcznikach pseudo-psychologicznych dotyczących polowania na płeć przeciwną. Większość chwytów została już więc rozpracowana, stąd potrzeba wejścia w skórę drugiej strony i pozornego dopasowania się do jej oczekiwań na wstępnym etapie znajomości, z nadzieją, że potem jakoś to będzie. Dlatego mężczyźni, szukający prostej erotycznej przyjemności, którzy wcześniej sprytnie przeczytali ten czy ów podręcznik czy artykulik, są już bardzo wyedukowani i wiedzą, że kobiety w większość szukają trwalszych relacji i stronią od seksu wyłącznie dla przyjemności. Zatem przezornie zamiast „szukam zabawy”, zaznaczają „szukam przyjaźni”. Podobnie działają Panie, które dowiedziawszy się, że hasło „szukam faceta na życie”, na znaczną część owych przedstawicieli płci brzydszej działa jak płachta na byka, zaznacza również bezpieczniejszą opcję „przyjaźń”. Ambaras w tym, że dla niego „przyjaźń” to eufemizm seksu bez zobowiązań lub też ewentualnie płomiennego romansu, a dla niej to obietnica i wstęp do trwałego związku miłosnego.

    Nieco inne nieporozumienia dotyczą popularnego Tindera. To aplikacja m.in. dla leniwych, gdyż polowanie uskuteczniać tu można w zasadzie wyłącznie kciukiem, przesuwając po ekranie kolejne fotki z bardzo lakonicznymi opisami. W założeniu bowiem Tinder powstał jako apka dla podróżujących i poszukujących szybkiej randki, najchętniej okraszonej erotyką i nierzadko kończącej się na tym jednym upojnym wieczorze. Sprawy postawione są tu zatem całkowicie jasno — w taki sposób funkcjonuje to na Zachodzie — czego obie płcie są jednakowo świadome. Tinder po polsku zaś obrósł domorosłą moralnością, ku zgozie grasujących tam Panów. Ich rodaczki bowiem z niewiadomego powodu, upatrzyły sobie to miejsce, by uczynić z niego kolejną arenę zmagań o zdobycie partnera na życie. Kończy się najczęściej obelgami, bądź to rozczarowanych, napalonych facetów, bądź to oburzonych dam…

    Jak nie zwariować?

    • Nie udawaj, że szukasz tego, czego nie szukasz albo że nie szukasz tego, czego szukasz.
    • Nie odejmuj sobie lat i kilogramów, nie dodawaj centymetrów, nie ukrywaj żony, prawda i tak wyjdzie na jaw.
    • Nie wstydź się bardzo jasno i precyzyjnie określać swoich oczekiwań.
    • Wybierz portal czy aplikację stosownie do Twoich potrzeb.
    • Przede wszystkim zaś, nie łudź się, że zastosowawszy te rady, ominą Cię sytuacje rozczarowujące, żenujące czy po prostu śmieszne. To jest wpisane w surfowanie po randkowym świecie.

    Patrycja Łyżbicka (1978) — urodzona w Cieszynie. Ukończyła II LO im. M. Kopernika w rodzinnym mieście, a następnie studia magisterskie na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu oraz studia podyplomowe z Wiedzy o kulturze na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach i studia podyplomowe na kierunku Zarządzanie instytucjami kultury na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach. Od 2002 roku pracuje jako nauczycielka języka polskiego i wiedzy o kulturze w II LO im. M. Kopernika w Cieszynie. Współpracuje z instytucjami kultury w Cieszynie i Bytomiu. W obrębie jej zainteresowań, poza literaturą, mieści się także film, teatr, sztuka, psychologia, antropologia. Realizuje się w działaniach edukacyjnych, kulturalnych i artystycznych. Publikowała w Polonistyce oraz Wychowaniu na co dzień. W 2017r. opublikowała tomik poezji „Z pustkiwstanie“.

    Emoralni*