Literaci, jak faraonowie, nigdy nie umierają bez piramidy w Al-Szuflada

Andrzej Syska Szafrański

Andrzej Syska-Szafrański „Starość” [proza]

Nie sprzedali mi papierosów, bo pani za ladą stwierdziła, że jestem za stary i mogę w każdej chwili umrzeć. Od zawsze paliłem i nie umarłem, to niby dlaczego miałbym umrzeć teraz. Chciałem usiąść na parkowej ławce, żeby popatrzeć na ptaki, nasycić oczy i duszę okalającą mnie przyrodą. Gdy zasiadałem na ławce, nagle za rękaw chwycił mnie człowiek w średnim wieku, może trochę starszy, a może młodszy, krzycząc, żebym tego nie robił i że mi zabrania siadać, bo mogę już nie wstać, gdyż jestem za stary i za słaby żeby siadać na ławce w parku. Zastanie mnie noc — dodał — i nikt nie przyjdzie mi z pomocą, żebym wstał z tej ławki, i że mogę przez to umrzeć na siedząco w parku, na ławce i nawet nie przeleci nad moją głową ptak, bo w nocy ptaki śpią jak ludzie.

BARTOSZ BRZEZIŃSKI -- reportaż
Szymon Bujalski wwywiad
Anarchiści -- wywiad
JANUSZ ZAGÓRSKI — kim oni są?
JERZY JARNIEWICZ -- wywiad
Marta Motyl -- eprawda wywiad
Warszawa, Paryż, Bruksela… MARIUS ZABINSKI — wywiad z
Od tego filmu się zaczęło — ZEITGEIST. The Movie
TOMASZ A. MORRIS Wenezuela
C. GRETKUS Sztuczna inteligencja (AI) -- artykuł
Marek Jodkiewicz artykuł
JOE WEBB — grafika
PROJEKT UJAWNIENIE. Waszyngton. National Press Club
BARTOSZ BRZEZIŃSKI

REPORTAŻ | BRZEZIŃSKI

Szymon Bujalski

BUJALSKI | WYWIAD

Świat jak Titanic

Anarchiści -- wywiad

WYWIAD | WOLAŃSKI FA POZNAŃ

JANUSZ ZAGÓRSKI

WYWIAD | ZAGÓRSKI

Niespiskowa teoria dziejów

JERZY JARNIEWICZ

WYWIAD | JARNIEWICZ

Wybitny tłumacz
o możliwościach literatury

Marta Motyl

WYWIAD | MARTA MOTYL

Historia sztuki

MARIUS ZABINSKI

ZABINSKI | MALARSTWO

Christian

ANIMACJA | JOHNSON

TOMASZ A. MORRIS

REPORTAŻ | MORRIS

Najtańsza benzyna na świecie.
Najwięcej tytułów miss Universe

Sztuczna inteligencja

ARTYKUŁ | C. GRETKUS

Kto jest kim w branży AI

Marek Jodkiewicz

ARTYKUŁ | JODKIEWICZ

JOE WEBB

GRAFIKA | JOE WEBB

Piękno przejawia się
w różnych formach

Projekt Ujawnienie

VIDEO | WASZYNGTON PRESS CLUB

Słynna konferencja
badająca fakty
związane z UFO

previous arrow
next arrow

Poszedłem do piekarni po bułki. Wąsaty jegomość oznajmił stanowczym tonem, że mi bułki nie sprzeda dla mojego dobra, gdyż troszczy się o moje zęby, twierdząc iż w moim wieku, to tylko ryżowe papki można jeść i popijać je niegazowaną wodą, bo papka ryżowa i woda zębów mi nie złamią. Poszedłem nad brzeg morza. Przede mną było mnóstwo samotnych fal. Ja czekałem, czekałem, czekałem…

Zobacz także: Świat jawi mi się jak jakiś śmietnik, po którym się łazi i zbiera jakieś resztki, które jacyś ludzie nazywają pięknem, dobrem, prawdą.

Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”. „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski. Ilustracja na stronie głównej: Andrzej Syska Szafrański „Bez tytułu”, olej na płótnie. Więcej: blog

Pokaż mi ściany, a powiem ci kim jesteś i nigdy nie będziesz

ANDRZEJ SYSKA SZAFRAŃSKI felieton

Pokaż mi ściany w swoim mieszkaniu, a powiem ci, kim jesteś. Gdy wchodzę po raz pierwszy do czyjegoś mieszkania, po przywitaniu się z jego właścicielem, wzrok kieruję na ściany. Nie czynię tego, żeby sprawdzić ich pion. Jestem ciekawy co oprócz kapiącego złotem kinkietu, zdobi wnętrze domu i konkretnie: czy są obrazy. Z poczynionych obserwacji wnioskuję, że marnie jest, a nawet nudno pod tym względem. Jednak udało mi się dokonać klasyfikacji ścian owych mieszkań w sposób następujący:

  • ściana Ikea
  • ściana pamiątka
  • ściana jelonek
  • ściana pierwsza komunia
  • ściana reprodukcja
  • ściana płaczu czyli taka, po której spływa woda po zalaniu z góry przez sąsiadów
  • Elitarne ściany

    Niestety rzadkością jest widok ściany z dziełami sztuki. Skoro twierdzę, że rzadkością, to optymistycznie twierdzę, że takowe jednak są. Wracając jednak do „rzadkości”. Po pierwsze: posiadanie dzieł sztuki (jak i czytanie książek) jest bardzo elitarne. Nie dzieje się tak dlatego, że kogoś nie stać na kupno dobrego obrazu. Moim zdaniem wynika to z braku lub małej świadomości czym jest sztuka, dlaczego obrazy są wartościowe, a korzenie tego braku sięgają do dzieciństwa.
    W szkole podstawowej młodzież dorasta w przekonaniu, że przedmiot nauczania, jakim jest plastyka, to tylko „twór”, którym można nadrobić sobie średnią ocen na świadectwie, a który realnie nie jest do niczego potrzebny. Z nielicznymi wyjątkami oczywiście, które stanowią wspomnianą elitę. Gdy już nie nabędziemy artystycznej świadomości, nasza wiedza powiększa się lawinowo — w co się ubrać by dobrze wyglądać. Jaki dobrać kolor ścian do wnętrza. Kupić kapelusz czy beret i w końcu: czy i co powiesić na ścianie oprócz kinkietu.

    ANDRZEJ SYSKA SZAFRAŃSKI felieton
    Dekorację mieszkania i dobór dzieł sztuki można z braku czasu zlecić profesjonaliście. Źródło: materiały prasowe

    Tego rodzaju dylematy będą nam już towarzyszyć do starości. Chyba że, stanie się jasność i ktoś w dorosłym życiu będzie chciał nadrobić zmarnowane lekcje z podstawówki. Jest też kolejna kwestia, która wiąże się z modą — bo tak wypada. Dotyczy to często tych, którzy próbują przeskoczyć stracony czas i po zarobieniu sporej ilości pieniędzy, dają sobie w prezencie fanaberię (bo mój partner w biznesie ma) i biegną do renomowanej galerii z obrazami, by przy pomocy fachowca dokonać zakupu dzieła. Tym też chwała za to, choćby dlatego, że dają zarobić artyście. Choć spotkałem się kilkukrotnie ze stwierdzeniem potencjalnego nabywcy obrazu: potrzebuję wypełnić przestrzeń między szafą a komodą z telewizorem. Aż ciśnie się na usta: to się pan oprzyj w tym miejscu.

    Wernisaże

    Chodzę często na wernisaże. Tam występuje jedna i ta sama bolączka od zawsze. Mianowicie na tego typu imprezy chodzą autorzy prezentowanych obrazów, ich najbliższa rodzina, oraz zaproszona dalsza rodzina. Trudno tam spotkać kogoś, kto przyszedł rozeznać się w aktualnych trendach sztuki malarskiej. Choć i w tym wypadku optymistycznie — też się może taki ktoś trafić. Szczerze mówiąc, takie nowe podejście do sztuki, jakie obserwuję od długiego czasu, wprawia w podziw, że są kolejne pokolenia, które pragną tworzyć, kreować obrazem nową rzeczywistość, mieć nadzieję na odkrycie czegoś niepowtarzalnego, oryginalnego w tej dziedzinie.

    Wracając do kwestii czy mnie stać na dzieło sztuki. Odpowiadam: wszystko jest w twojej głowie, później w portfelu. Jeśli stać cię na tankowanie nowo zakupionego samochodu przez miesiąc, to stać cię na pójście do galerii z obrazami i zakup jednego z nich. Akurat tego rodzaju artykułów jest pod dostatkiem. Do wyboru, do koloru i do gustu.

    Uważam, że kwestia podejścia do świadomego zakupu dzieł sztuki, to proces długofalowy, mozolny i dla wytrwałych. Jak już wspomniałem wcześniej, nabywanie dzieł sztuki to też kwestia mody. Kupić byle nie powiedzieli, że się nie interesuję. To coś jak z czytaniem obecnie książek noblistki Olgi Tokarczuk. Prawie każdy podziwia jej twórczość, tyle że znikomy procent populacji czytał jej książki, a pozostały znikomy nie doczytał nawet do dwudziestej strony. Jednak by nie wyjść na „wała”, wszyscy twierdzą, że twórczość Tokarczuk to bardzo dobra jest. Analogicznie rzecz się ma z posiadaniem obrazów na ścianach. Posiadanie prawdziwego obrazu na ścianie to bardzo dobra rzecz jest, bo mam i niech inne nie mówią, że się nie znam, bo się znam, skoro mam.
    A jak mam już coś z naszej „listy ścian”, to nawet jeśli to tylko „jelonek”, to zawsze można trafić na kogoś, kto cmoknie z zachwytu, albo z grzeczności powie, że mu się podoba.
    Reasumując: jak ktoś w sobie takiej siły nie czuje, niech nie kupuje.

    Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”, „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski. Więcej: blog

    Jestem klientem Biedronki i nie mogę tego pojąć

    Andrzej Syska Szafrański

    Jedne to przechodziły, drugie są w trakcie, przed kolejnymi otwarte pole — pole walki o zachowanie młodości i uporczywe przeciąganie na swą stronę odchodzącej urody. Wrogiem na owym polu jest kolejna pojawiająca się na twarzy zmarszczka. Wrogiem, którego trzeba pokonać wszelkimi dostępnymi środkami. Kolejnym przeciwnikiem są dolegliwości fizyczne związane z metryką. A to coś w dupie nieoczekiwanie strzyknie, a to kolano się zablokuje przy wchodzeniu po schodach. Jeśli zetkniemy tych dwóch wrogów, czyli zmarchy i PESEL, przywołamy kolejnego wroga, który tylko czeka by odpalić bombę, robiącą w naszej głowie psychiczny lej nie-do-zasypania. Niestety, we współczesnym społeczeństwie góruje przykaz — być coraz młodszym i piękniejszym (jak znany prezenter — Krzysztof) do ostatniego oddechu, czyli momentu, w którym musimy być aktywni na rynku prywatnych kontaktów, jak i zawodowych relacji pracodawca — klient — Ja. Zarówno kobiety — w większości, ale i mężczyźni — w mniejszości — ulegają tym idiotycznym, niepisanym nakazom bycia atrakcyjnym za wszelką cenę.

    Przechodząc ulicami Warszawy, na każdym niemal kroku spotykam kobiety z wstrzykniętymi w usta litrami jakiegoś płynu,

    deformującego tę część twarzy, która już nią nie jest — zamiast niej mamy kawałek peklowanego mięsa, zwanego niegdyś ustami. Wypchane wardzioły do granic możliwości, wywołują jedynie współczucie — człowiek ma ochotę podejść do takiej osoby jak do ofiary przemocy domowej. Odruchem człowieczeństwa jest udzielić „hialuronowej pani” pierwszej pomocy przedmedycznej i zaproponować założenie jej partnerowi niebieskiej karty. Niestety może się okazać, że to my będziemy oskarżeni o nieuzasadniony atak na dobra osobiste, powstrzymanie procesu podtrzymywanej urody i zwalczania młodości.

    W Polsce na rynku działa ponad 2,5 tys. klubów fitness, w których 2,8 mln Polaków zostawia rocznie 3,68 mld złotych. Foto i źródło: materiały prasowe
    W Polsce na rynku działa ponad 2,5 tys. klubów fitness, w których 2,8 mln Polaków zostawia rocznie 3,68 mld złotych. Foto i źródło: materiały prasowe

    Za taki stan rzeczy, moim zdaniem, odpowiedzialne są wszelkiego rodzaju media, które próbują robić z naszych mózgów konserwę z mielonego gówna. Pokazują, jak musimy wyglądać, żeby czarować otoczenie, co mamy żreć, żeby mieć piętnaście centymetrów w talii, czym sobie podcierać dupę, czym jeździć do pracy, nawet w jaki sposób parkować samochód bez użycia rąk. Naszym zadaniem jako odbiorców wszelkiego rodzaju stymulatorów bycia na topie, jesteśmy spychani na kalectwo umysłowe, czyli podświadomie przestajemy samodzielnie myśleć i podejmować dotyczące NAS, decyzje.
    Media lepiej wiedzą jaki mamy gust i co nam najlepiej smakuje. Podobną rolę w tej kwestii odgrywają kontakty towarzyskie. Nie należysz do Naszego Kółka Idiotów, dopóki nie masz wykupionego abonamentu w salonie urody, nie zrywasz się rano na siłownię z nażelowanym „metro seksualnym trenerem osobistym”, nie ważysz czterdzieści kilo, nie pływasz po Wiśle jachtem popijając szampana, nie żresz lanczów, branczów, sranczów i suszi.

    Ostatnio widziałem program, w którym zamieniły się dwie panie miejscami zamieszkania. „Dama” z miasta pojechała do jakiejś wsi, by przez trzy dni moczyć tipsy w końskim łajnie. Ta ze wsi została poddana eksperymentowi, czy wytrzyma tyleż samo czasu żrąc homary i kupując ze łzami w oczach ciuchy za dwa tysiące od sztuki. Ten sam problem dotyczy, jak wcześniej napisałem, również tak zwanych mężczyzn. Solarium, siłownia, basen, kosztowne kosmetyki, wizyty w salonach urody. Pilingi, dupy czesanie, pieski z kokardami na ogonkach. Pan ma być ładny i atrakcyjny. Owszem — ma konkurować z kobietą. Tak naprawdę, zastanawiam się czemu to wszystko ma służyć? Ten botoks, wymazywanie roku urodzenia z dowodu osobistego, chęć zaimponowania wszystkim i wszystkiemu.

    Z drugiej strony — są pokazywani w tych samych mediach ludzie, którzy żyją za 500 plus, wychowują piątkę dzieci, robiący zakupy z kartą Biedronki.

    Myślę, że ja, jako klient Biedronki, jak i ci, którzy poddają się urodowej propagandzie wciskania sobie w dupę botoksu, zastanawiamy się i za chuja nie możemy pojąć, czemu to wszystko ma służyć.

    Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”, „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski. Więcej: Blog

    Praca. Dom. Gry komputerowe

    Andrzej Syska Szafrański

    Zabij mnie dziś sadystycznie, mechanicznie, eterycznie, z palcem w nosie spal na stosie, zedrzyj ze mnie skóry płaty, posól, zmiętoś, odgryź nos, zdepcz, nie żałuj sobie razów, przeżuj, wypluj, wyrwij oczy, potem stłamś i sprawdź czy żyję. Jeśli żyję — czynność powtórz, jeśli nie, to daj mi spokój.
    Pytasz po co?
    Dla zabawy, bo dziś dzień taki niemrawy.
    Odnoszę wrażenie, że odnoszę wrażenie, że wrażenie, które odnoszę muszę gdzieś odnieść, tylko nie wiem gdzie.

    * * *

    Z pracy do domu wracałem jak zwykle ze zwieszoną głową połączoną szyją z resztą mojego organizmu w tajemniczy i zarazem śmieszny dla mnie sposób. Owłosiona pałka z oczami, nosem i uszami, osadzona na paliku, wciśniętym do kawałka mięsa, z którego wyrastają ręce i nogi. Piękne kwietniowe słońce zachęcało tego dnia do spaceru. Nudzą mnie spacery, zwłaszcza w piękne kwietniowe dni, które zachęcają do bezsensownego łażenia. Zajrzałem do przewieszonej przez moje ramię skórzanej torby. W zasadzie nie wiem, w jakim celu to zrobiłem, ale wydawało mi się, że czegoś z niej potrzebuję. Po zamknięciu torby i niewyciągnięciu niczego, wzruszyłem ramionami.

    W moim mniemaniu spacer, któremu właśnie się oddawałem od kilkunastu minut, od chwili wyjścia z pracy, to bezsensowne błąkanie się bez konkretnego celu, od jednego punktu do punktu niewiadomego. Wiadomo, skąd wychodzimy, jednak nie wiemy, dokąd zmierzamy — co nas po drodze spotka, a i tak to łażenie kończy się w domu. To niezwykłe.

    Właśnie przypomniałem sobie, jak któregoś dnia szedłem spacerowym krokiem parkową aleją i znalazłem niezwykły kamień. Leżał sobie niepozornie na trawniku, tuż przy krawężniku, przykryty na wpół liściem z pobliskiego drzewa. Niezwykłość owego kamienia polega na tym, iż ilekroć rzuciłem go do góry, zawsze spadał na ziemię. Zaskakujące było dla mnie to, że im wyżej go rzuciłem, tym dłużej spadał. Jakiś cud? Jeśli już mówię o cudach, to pamiętam jak miałem dziesięć lat i mama kupiła mi ustną harmonijkę — taki drewniano-blaszany instrument do grania. Nie wiem dlaczego, ale był okres w moim życiu, że chciałem grać na harmonijce. Kumple z osiedla słuchali muzyki, a ja chciałem ją grać. Dmuchałem w tę harmonijkę z prawej do lewej, a z jej wnętrza wydobywały się różne pięknie melodie — tak pięknie grałem, a mama z ojcem potwierdzali moje umiejętności klaskaniem w swe rodzicielskie dłonie. Jednak pewnego razu w czasie gry, stwierdziłem, że z harmonijki zginął jeden dźwięk. Gdzieś musiał mi ten dźwięk wypaść, ale gdzie? A może ktoś mi go ukradł? — dumałem. Popłakałem się. Długo szukaliśmy z rodzicami tego dźwięku. Ojciec nawet podłogę chciał zrywać, matka przesuwała meble, by tylko mi pomóc i bym przestał płakać, a może też im zależało bym został wielkim i sławnym ustnym harmonistą. Rozwiesiłem na drzewach porastających me osiedle kartkę z informacją o zaginionym dźwięku z harmonijki. Bez rezultatu. W końcu mama postanowiła zgłosić sprawę na policję.

    Oczywiście policja sprawę potraktowała poważnie i rozpoczęła poszukiwania na dużą skalę. Nawet wynajęto psy tropiące dźwięki. Wszyscy szukali — ja rozpaczałem, matka płakała, a ojciec tylko szlochał. Ja, łkając, rwałem włosy, biłem pięściami o meble, ogryzłem wszystkie paznokcie u dłoni i stóp. Jak zwykle w podobnych sytuacjach, prosiłem matkę, by użyczyła mi swoich, bo moje ogryzłem do skóry i bolało. Czegóż to matka nie zrobi dla dziecka — użyczyła. Jak tu grać bez jednej nuty?! — krzyczałem. Nie da się. Niby jedna nuta, ale jakże istotną rolę odgrywa — i to dosłownie! Ryczałem, jak przysłowiowy bóbr z przysłowia. W sumie, nie wierzę w przysłowia.

    Kiedyś poszedłem oddać buty do szewca, a tam co widzę? — szewca w butach. A jak mówi przysłowie — szewc bez butów chodzi, a Ziemia jest płaska. Mówię o tym, bo mi się przypomniało, a nie żeby to miało coś wspólnego z moją zagubioną nutką z harmonijki. Mijał dzień za dniem, a policja nie miała dobrych wieści. Matka widząc moje rozgoryczenie, zaprowadziła mnie do psychoterapeuty, a na policję napisała skargę, za ich opieszałość i lekceważenie, jak to ujęła: Przez ich zaniedbania, dziecko popadnie w kompleksy, które mogą skutkować traumą na resztę życia. Zadziałało. Zaangażowano  wszystkie psy specjalizujące się w poszukiwaniu nutek. Chodziły, wąchały, szukały i nic, i to nie dało rezultatu. Załamane i nieskuteczne w poszukiwaniach psy zdegradowano z rasowych wilczurów do kundli, odebrano im stopnie i ograniczono racje żywnościowe, wszystko to po interwencji wysoko postawionego funkcjonariusza. Ponoć te psy przestały nawet z nerwów jeść te ograniczone racje żywnościowe, popadły w depresję, bo okazało się, że do tej pory sprawdzały się w każdej akcji i zawsze wszystko odnajdowały.

    ANDRZEJ SYSKA SZAFRAŃSKI „Harmonijka”

    Co do nutki. Ja ciągle rozpaczałem. Pewnego wieczoru, leżąc sobie na łóżku, szlochając, wyjąc, rozpaczając i temu podobne, wziąłem swą harmonijkę w dłoń by ją przytulić. Ale zanim to zrobiłem, spojrzałem na nią. Zajrzałem w każdą jej dziurkę i nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Cud!!! W jednej z dziurek, właśnie tej, z której zginęła nutka, tkwiła drzazga, mały fragment zapałki. To gówno zatkało dziurkę, a tym samym uwięziło moją nutkę. Gdy rano opowiedziałem o tym mamie, ta chciała podać do sądu producenta zapałek za to, że je robią cienkie i się łamią, wchodząc w harmonijki, czym narażają uzdolnione muzycznie dzieci na stres i łamią im kariery. Ojciec, by załagodzić konflikt między matką, a firmą zapałczaną i by osłodzić mą gorycz, czym prędzej kupił mi pierwszą w życiu grę komputerową. Od tamtej pory zaczęła się moja przygoda z taką formą rozrywki i trwa do dziś. Klasnąłem w dłonie jak uradowane dziecko. Jutro, gdy będę wracał z pracy, przypomnę sobie sytuację z dzieciństwa, jak mama chciała mi kupić beret w kolorze pomieszanych barw Adriatyku i piasków Sahary z nutą wiatru znad zatoki meksykańskiej. W każdym razie mam ten beret do dziś. To też ciekawa historia z mego życia, chociaż, ze względu na niewłaściwy odcień piasku Sahary, nudzi mnie gdy to czasem wspominam, podobnie jak nudzi mnie oglądanie wschodów i zachodów słońca — co dzień to samo. Pokazuje się z lewej, znika z prawej, czy odwrotnie… to zależy jak się do niego stoi, czy gębą, czy dupą. Ja pierdolę, ale przyrodniczo-geograficzna monotonia.

    Pamiętam jak, dawno temu, próbowano nauczyć nas w szkole o zaletach i wadach Słońca i niewidocznej gołym okiem dziury z ozonem w chmurach, czy też bez ozonu, w każdym razie o czymś, co jak wynika ponoć z relacji mądrych ludzi, zagraża naszej planecie, a dzieje się to tuż nad naszymi głowami. Chuja. Nad moją głową widzę teraz piękne błękitne niebo i słońce. Jeśli chodzi o tę dziurę z ozonem, to ponoć naukowcy z Chin czy Bangladeszu pracują nad jej zacerowaniem, co, jak sądzę, nigdy im się nie uda, bo jak można zakleić coś, czego nie widać? Rozmyślając o nudnym Słońcu, dziurze z ozonem, naukowcach, historii o zgubionej nutce z harmonijki i bezcelowości spacerów, w czasie tej przechadzki, mijałem nikogo. Mijałem też nikogo ciekawego. Nikogo ciekawego, czy też budzącego ciekawość.

    Zwróciłem jedynie uwagę na psa srającego pod krzakiem i faceta z zacięciem jedzącego potężnego kebaba.

    Nie wiem, co było ciekawsze — srający pies, czy gość opychający się fast foodem. Chyba raczej pies i jego kupa na trawniku, bo mężczyzna był tak pochłonięty jedzeniem, że nie wzbudził mojej ciekawości, tym bardziej, że sam nie zauważył jak obok niego samochód osobowy wjechał w przystanek autobusowy. Czasem, wracając z pracy lub idąc do niej, spotkam kogoś z kim zamienię parę zdań. Jednak ciężko taką wymianę zdań nazwać rozmową. Rozmowa, to zaangażowanie emocjonalne, w którym osoby poruszają mniej lub bardziej interesujące ich tematy. Ja natomiast gdy spotkam znajomego lub znajomą, po prostu staję, podaję rękę, pytam co słychać — nie słuchając odpowiedzi — po czym się żegnam przez ponowne podanie ręki i idę dalej, bo nie obchodzi mnie, co u kogo słychać. Z reguły jestem małomówny, chociaż są sytuacje, kiedy uwielbiam gadać.

    Razu pewnego, przy podobnej pogodzie jak teraz, spotkałem Piotrka, kumpla z dawnych, szkolnych lat. Nazywaliśmy go Skłodowska — co zaraz wyjaśnię. Gdy się na niego napatoczyłem owego dnia, nawet pogadaliśmy kilka minut. I pamiętam, że poruszyliśmy sprawę przepustowości rynien w starych blokach mieszkalnych, bo akurat poprzedniego dnia obficie padał deszcz. Zawsze twierdziliśmy, że Piotrek, to klasowy głupek i śmialiśmy się z niego, że głowę ma tylko po to, żeby uszy miały się na czym trzymać. Chociaż okazało się, że ostatecznie został architektem, projektuje domy mieszkalne, biurowce, hale dworcowe i ma wzięcie w tej branży. Zawsze był kujonem i wyróżniał się nie tylko na tle klasy, ale i szkoły. Kiedyś podszedłem do niego na przerwie i mówię: — Wiesz, że wszyscy w klasie twierdzimy, że jesteś mocno stuknięty? Na co on mi odparł: — A wiesz ile lat miała Skłodowska, kiedy umarła? Po tym pytaniu przylepiła się do niego ksywa Skłodowska.

    Mówiłem, że to głupek. Klasowy głupek. Architektoniczny głupek. Krocząc bezmyślnie przed siebie, wspominając dawne, szkolne czasy w ten piękny kwietniowy dzień, zachęcający innych ludzi niż ja, do bezmyślnych spacerów, dostrzegłem dwa wyremontowane przystanki, które niedawno zdewastowała grupka pijanych nastolatków i pomyślałem o tym, w który przed chwilą wjechał jakiś facet samochodem. Zaczesałem włosy za ucho. Przyspieszyłem kroku, gdyż uświadomiłem sobie, że czeka na mnie w domu gra komputerowa, którą muszę czym prędzej zakończyć z sukcesem. Jednym słowem, muszę pokonać dziesięć trudnych poziomów i ostatecznie wygrać. Każdego dnia od dwudziestu lat, czyli od chwili kiedy ojciec kupił mi pierwszą grę komputerową, rekompensując utratę nutki w harmonijce, gram w gry komputerowe. Nagle zerknąłem pod stopy, pod którymi natrafiłem na fragment roztrzaskanej po piwie butelki w zielonym kolorze. Nie wiedzieć czemu, podniosłem jeden większy fragment stłuczka i przystawiłem do oka, jednocześnie kierując wzrok prosto w słońce, a następnie na wszystko, co było w zasięgu mego wzroku. Ależ tu zielono! — pomyślałem obracając się wokół własnej osi na pięcie, po czym ponownie znalazłem w zielonym szkiełku słońce. Potężny blask jego promieni przenikał przez odprysk po butelce, lazurowym światłem, pieszcząc moją źrenicę. — W końcu jakiś pożytek z tego słońca. Daje zielone światło — powiedziałem do siebie. Wtem uświadomiłem sobie, że właśnie wracam do domu, czyli matki i ojca, z którymi mieszkam od urodzenia. Chętnie, bym im dziś opowiedział o tym pięknym zjawisku z zielonym szkiełkiem, przez które przebija się swym blaskiem słońce.

    — Ale ni chuja, nie opowiem im. Mam do nich żal z przeszłości i gdy spotyka mnie coś miłego, nigdy im o tym nie mówię, chyba że zasłużą. Mają taką karę, a to przez to, że gdy chodziłem do szkoły podstawowej, pewnego dnia matka nie przygotowała mi kanapek do szkoły, dała tylko jogurt i maślaną bułeczkę, bo stwierdziła, że się spieszy do pracy, a ojciec natomiast, gdy byłem w piątej klasie gimnazjum, nie spakował mi do worka butów na zmianę i chodziłem cały dzień w sandałach po szkole. Oczywiście wszyscy się ze mnie śmiali, przezywając sandalarz. Długo po tym odkręcałem tę sprawę, żeby nie dostać na zawsze ksywy sandalarz. Musiałem w ramach „wykupnego”, z bólem serca, kopnąć w dupę dziewczynę, która bardzo mi się wtedy podobała. Ale dzięki temu mnie odsandalili. Teraz, za karę, ja moim starym nie powiem jak pięknie wygląda świat przez zielone szkiełko od butelki po piwie — pomyślałem, przechodząc obok patrzącej na mnie i śmiejącej się… nawet nie wiem kto na mnie patrzył i kto się śmiał.

    Często wkurwiają mnie rodzice, ale z nimi mieszkam i muszę z nimi mieszkać, gdyż nie stać mnie na własne lokum. Gdy mnie naprawdę mocno wkurwią, co zdarza się nagminnie, to wtedy stosuję szantaż, mówiąc, że się od nich wyprowadzę. Na moją deklarację połączoną z wypracowanym przez lata ćwiczeń groźnym wyrazem twarzy, matka zalewa się łzami  i rwie włosy z głowy, a ojciec nie (bo jest łysy), lecz tylko uśmiecha się pod swoim staromodnym wąsem, zachowanym z lat młodzieńczych. Dlaczego łysi nie tracą wąsów, podobnie jak niektóre drzewa iglaste nie tracą igieł na zimę? — zawsze mnie to zastanawiało. W sumie ciekawe zjawiska. Ale… Jednak zawsze, gdy tak straszę tych moich starych tą wyprowadzką po kolejnej kłótni, to topnieją im kolana jak masło wystawione do słońca i matka prosi, bym się nie wyprowadzał. Więc się nie wyprowadzam. Kłócimy się o wszystko, o co jest okazja się pokłócić. Najczęściej to ja jestem prowodyrem. Nie ukrywam, że wywoływanie awantur ze starymi bardzo mnie bawi i daje ukojenie skołatanych nerwów po męczącym dniu pracy. To taka psychoterapia, po której czuję ulgę. Staram się wywoływać awantury co drugi lub trzeci dzień, by wiedzieli, że mają dziecko. Czepiam się w zasadzie wszystkiego. A to, że śmietanki do kawy matka nie kupiła na czas, a to, że ojciec źle położył gazetę w gazetniku, że telewizor mają za głośno włączony itp. Dobrze, że matka dziś do pracy zrobiła mi kanapki!  Bo też by była awantura. Zrobiła takie jak lubię, z szynką i serem. Pycha. O spakowanie butów już nie muszę się prosić ojca, bo butów w pracy nie zmieniam — uśmiechnąłem się do siebie, w międzyczasie wyrzucając zielone szkiełko w pobliskie krzaki.

    Przemierzając dalszą drogę do domu, szurałem czubkami butów o asfalt jak za młodzieńczych lat. Poczułem, jakby mi znowu wyrastały pierwsze mleczne wąsy pod nosem, a smród spod niemytych młodzieńczych pach, pieścił moje nozdrza. Fajne uczucie. Po chwili pogrążenia się we wspomnieniach z dziecięcych lat naiwności, znowu przyśpieszyłem kroku, gdyż przypomniałem sobie o grze, która czeka na mnie w komputerze. Choćbym nie wiem jak był zmęczony i znudzony pracą, gdy gram, wraca mi życie. Mimo, że teraz, brnąc przed siebie, zewnętrznie wyglądałem marnie i czuję, jak ręce dotykają mych skarpet wystających z niechlujnie zwisających mi spodni, zawieszonych na kolorowych szelkach, poczułem wewnętrzny przypływ energii. Poczułem się jak uczeń, wracający ze szkoły po męczącym, zgniłym dniu, na którego czeka w domu mamina szarlotka. Byle do gry! — Tralla lalla la — podskoczyłem nagle tralalaląc radośnie, przeskakując przez podeszczową kałużę, myśląc ponownie o zmaganiach z bohaterami wirtualnego świata.

    Jestem niewyspany i zmęczony gdy gram do późna, ale czy to ważne? Ważne, że przechodzę kolejne trudne poziomy gry i ważne, kto mi poprawi portki na dupie jak wrócę do domu, kto podstawi jedzenie pod gębę, upierze, uprasuje. Matka! I choćbym nie wiem jak cudowną żonę znalazł, żadna matce nie dorówna. Matka i gry, to moje dwie miłości. Choć matce nie mówię, że ją kocham, bo to byłby wstyd, gdyby dorosły facet wyznawał matce miłość. Ojca traktuję jak, przemieszczające się z kąta w kąt, wyposażenie mieszkania. Choć to fascynujące, że wyposażenie mieszkania myje się, je posiłki, ogląda telewizję i kłóci się ze mną. Jak wyposażenie mieszkania może się kłócić? — też kolejna zagadka, lecz z pewnością nie z natury przyrodniczo-geograficznej, tylko science fiction.

    Z pracy do domu wracam dla gier i matki. Chociaż jutro znowu muszę wrócić do tej zasranej pracy, którą wykonuję od poniedziałku do piątku, od ósmej do szesnastej, od biurka do półki, od porannej kawy z mlekiem, do herbaty z torebeczki, parzonej pół godziny przed wyjściem. Moim odwiecznym marzeniem było zostać kierowcą ciężarówki albo lekarzem, a zostałem — tak jak matka i za jej radą — księgowym, tyle, że ja pracuję w firmie sprzedającej jakieś tam śrubki do chuj wie czego, a matka w firmie Społem. Często zastanawiam się po co komu śrubki, jak i tak wszystko już dawno zostało poprzykręcane. Ale księgowy nie musi wiedzieć, po co komu śrubki. Księgowy musi wiedzieć jaką ilość i za jaką kwotę sprzedano śrubki i to rozliczyć. Pracę, którą podjąłem po szkole jako księgowy w firmie ze śrubkami, wybrałem, jak mówiłem, za namową matki, ale głównie z lenistwa i złości, że nie wymyślono jeszcze innych zawodów, które przypominają zawód kierowcy czy lekarza, a zawód księgowego, w dużym stopniu jest podobny do zawodu kierowcy i lekarza — w każdym razie ja tak sądzę. W dniu, kiedy otrzymałem świadectwo maturalne, to pierwsze świadectwo dojrzałości człowieka na piśmie, w tym właśnie dniu coś zaczęło we mnie pękać, powoli umierało, aż w końcu zdechło. Czułem, że to nie było to świadectwo, którego chciałem doświadczyć. Zwykły świstek z kilkoma pieczątkami i marnym podpisem dyrektora szkoły. Czasem słyszałem od rodziców, jak podniosłym i ważnym wydarzeniem w życiu młodego człowieka jest to świadectwo maturalne. Przepustka do świetlanej przyszłości, która pomaga otworzyć dowolnie wybrane przeze mnie drzwi kariery. Chuja! Okłamali mnie. Nie zostałem kierowcą ani lekarzem, tylko odliczam każdego dnia pierdolone śrubki.

    Jednak z każdego naczynia zamkniętego znajdzie się ujście, a jak nie, trzeba zrobić dziurkę — ja je znalazłem. Odkąd skończyłem to zakichane liceum, to lenistwo stało się moją mocną stroną i pasją; jeszcze bardziej pokochałem komputerowe gry. Żeby nie ta zaginiona nutka z ustnej harmonijki, za rekompensatę której matka kupiła mi pierwszą grę, byłbym ludzkim wrakiem. Chociaż marzenia bycia kierowcą ciężarówki i lekarzem, zakwitłe w mojej głowie w okolicach siódmego roku życia, pielęgnuję do dziś. Praca w firmie ze śrubkami nie jest ani dobra, ani zła. Jest nijaka, ale jakaś jest. A może nie jest? Ale jedno, co mogę o niej powiedzieć, to to, że nienawidzę jej, jak nienawidzę kaszanki, której naprawdę nie cierpię, bo zawiera kaszę i krew. Chociaż też nie do końca jej tak nie cierpię. Czasem, jak ktoś dobrze przyrządzi kaszankę z cebulką, to z chęcią zjem, wyobrażając sobie, że wcinam krewetki w śmietanie, których smak przypomina mi kaszankę z cebulą. Ktoś zapyta gdzie Rzym, gdzie Krym? — jak mówi przysłowie — moja odpowiedź brzmi: właśnie w kaszance i krewetkach.


    Od dziecka nienawidziłem kaszy i krwi razem zmieszanych, na siłę wciśniętych w wieprzową kiszkę, zakończoną małą pętelką, tylko po to, by zawartość sama nie wyszła na zewnątrz, jak moje myśli, które właśnie wciskam zmielone w swe dotychczasowe życie, które to jednoznacznie, jednogłośnie, jedno wszystko… zmarnowałem, czy może zostało mi zmarnowane na szukaniu. Czego? Pewnie czegoś, co utraciłem. Ale co to jest?  Nie wiem. Ale wiem, a może bardziej to czuję, że jeszcze tego „czegoś” nie znalazłem, jak całe moje zmarnowane pokolenie otulane wyliniałymi skrzydłami przez rodziców.

    Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”, „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski. Więcej: blog

    Nieczytelnictwo — nowa dyscyplina sportowa

    Andrzej Syska Szafrański

    Czytelnictwo książek w Polsce? Słyszałem o takim zjawisku, jednak nie potrafię sobie przypomnieć kiedy dokładnie to było. W naszym kraju — z czterdziestoma milionami ludzi — statystycznie na jednego obywatela przypada przeczytane pół strony na trzy lata, sumując noworodków, młodzież, kobiety, mężczyzn i starców. Najbardziej zdumiewa mnie jednakże środowisko ludzi, określających siebie inteligentami — posiadającymi tzw. wykształcenie wyższe. Jak zdołałem się zorientować, ilość przeczytanych książek przez wspomnianą grupę, to dwie kartki rocznie na pół osoby plus okładka — statystycznie. A to, że dzieci płaczą, a to że staremu trzeba żarcie ugotować, a to, że pranie trzeba zrobić, a to, że samochód trzeba umyć, a to, że buty trzeba wypastować, a to, że ptaki fruwają tyłem, a to, że to i tamto — wymówek do niesięgania po książkę jest tyle, ile ludzi unikających kontaktu z nimi. Dwa słowa: szkoda gadać.

    Skąd się bierze taka postawa ludzi do nieczytania książek? Skusiłem się na wnikliwą analizę owego zjawiska i doszedłem do wniosków kilku. Po pierwsze — w narodzie jest mglista świadomość tego, że książki są źródłem nie tylko wiedzy, ale może przede wszystkim tego, że czytanie ich, zmusza nasze komórki mózgowe do długowieczności, logicznego myślenia, analizowania, pobudzania wyobraźni. Zmuszają do refleksji, dają radość! Po drugie, a może powinno być jako po pierwsze — brak przekazu pokoleniowego, który powinien zabrzmieć jak traktat „O zaletach czytania książek”.

    Skąd młody człowiek ma wiedzieć, że czytanie jest mu po prostu niezbędne jak kebab z ulicznej budki,

    jak cola z lodówki, skoro rodzice nie mają nawyku, lub zwyczaju, czy nawet ludzkiej potrzeby przekazania tradycji czytania swym pociechom? Po trzecie — i tu może nie wykażę się oryginalnością, gdy oświadczę, że książkę wyparły zdobycze cywilizacji w postaci gier komputerowych, czy setek kanałów telewizyjnych w domowych telewizorach, które nie zmuszają człowieka do myślenia, a wręcz myślą za niego. Po małe czwarte — o czym już mało kto pamięta, kiedyś był zwyczaj pisania do siebie listów — zwykłym długopisem — na zwykłej kartce papieru, co również skłaniało adresata do czytania, często bardzo osobistych wynurzeń nadawcy.

    Dosyć tego wyliczania. Przejdę zatem do małej, aczkolwiek optymistycznej części mojego wywodu. Otóż, jeśli już czytamy, to czym się sugerujemy przy wyborze książki? Z kolejnych moich obserwacji wynika, że kieruje nami oczywiście… reklama. Im większy szum wywoła wydawca wokół książki, tym potężniejsze poruszenie będzie wśród jej nabywców. Pamiętam kilka lat wstecz, jak półki księgarń pustoszały po pojawieniu się pobudzającej okolice lędźwi książki Pięćdziesiąt twarzy Greya. Potem Jo Nesbo prowadził nas do zakamarków swojej wyobraźni, czy cieszące się powodzeniem przygody Harrego Pottera rozgrzewają gimbazę do czerwoności. Co dalej? Mam wrażenie, że niektórzy sądzą, iż tylko trzech autorów jest na całym świecie. No, może jeszcze Joanna Chmielewska, ale o niej słyszało starsze pokolenie. Gdybym dziś zadał komuś pytanie o imię i nazwisko autora, który otrzymał ostatnio nagrodę Nike — bo ta chyba jest najbardziej popularna — to sądzę, że większość by nie wiedziała, a część byłaby zdziwiona, że firma sportowa zajmuje się wydawaniem książek.
    Andrzej Syska Szafrański
    Wydawnictwa prześcigają się w wydawaniu książek, a te z grubym portfelem, nawet polują na autorów najbardziej „wziętych”, by na nich jak najwięcej zarobić, oczywiście tłumacząc potencjalnemu nabywcy, że to bestseller wszechczasów, w którym czytelnik może przeczytać najbardziej pikantne szczegóły z życia gwiazdy telewizji. Stąd też na kuszące propozycje wydawców rzuca się coraz więcej ludzi z pierwszych stron gazet, którzy spisują ze swego życia co się da, bo wiadomo, że i tak głodny sensacji człek to kupi, gdyż człek uwielbia żyć życiem swoich idoli, a jeśli nawet nie idoli, to pani lub pana z telewizji. W dniu pojawienia się książki, znany i popularny gwiazdor z telewizji pokazuje się we wszystkich możliwych mediach, macha książką na prawo i lewo, a media również mają z tego zysk, który nazywa się „oglądalność”. Słupki oglądalności skaczą, interes się kręci. Najlepiej by było, gdyby takiej promocji towarzyszył jakiś skandal, lub autor danej książki dał kilka dni wcześniej publicznie komuś równie znanemu w pysk.

    Owszem. W dzisiejszych czasach wszechobecnego Internetu, każdy mniej znany, lub początkujący autor jest w stanie dotrzeć do możliwie dużej liczby potencjalnych czytelników. Powstały liczne blogi, których ambitni autorzy, proponują tych mniej znanych i mniej popularnych autorów — i chwała im za to. Jednak mimo wszystko twierdzę, że popularyzację czytelnictwa, powinno się rozpocząć od chwili narodzin dziecka. Tak. To jak spadek po bogatej ciotce. Czytanie małym dzieciom, to zjawisko często ignorowane przez rodziców, którzy uważają, że noworodek potrafi tylko jeść, sikać i spać. Nic bardziej błędnego. Po pierwsze — tu znowu wyliczanka — wyrabiamy w sobie jako rodzicach, nawyk czytania dziecku, które ten nawyk przejmuje. Po drugie — dziecko rośnie i nawet nie zdążymy się zorientować, że samo zaczyna lgnąć do książek. Po trzecie — pokażmy, że w świecie promującym komputerowe gry, smartfony, lajki na fejsbuku, hejty, Zenki Martyniuki i Twarze Greya jest taki bardzo szeroki, rozbudowany klub ludzi kochających literaturę piękną. Może będę teraz nazbyt naiwny, ale i sentymentalny, bo marzy mi się społeczeństwo oczytane i żyjące na co dzień taką właśnie literaturą. Czego sobie i Państwu życzę.

    Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”, „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski. Więcej: blog

    Galeria sztuki. Czy to ma sens?

    Galeria malarstwa — 24/7

    Czy ktoś z Was kupując jakiekolwiek dzieło sztuki, zastanawiał się dlaczego powstało? Co skłoniło autora do tego, by stworzyć coś, czym będzie chciał zaciekawić innych. Założę się, że poza znawcami tematu sztuki, tak naprawdę nikogo to nie interesuje. Większość Polaków z pewnością zna dzieła naszych „największych” artystów: Matejki, Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Siemiradzkiego, Wyspiańskiego, Witkacego, Dunikowskiego. Mógłbym wymieniać jeszcze wiele nazwisk tych, którzy mieli ogromny wpływ na rozwój sztuki w Polsce. Czy podczas tworzenia każdemu z nich przyświecała jakaś konkretna idea, czy może po prostu mieli w sobie ogromny potencjał twórczy i nie wiedzieli co z nim począć? Albo zwyczajnie pokłócili się z żoną i by jej nie spuścić lania, poszli do pracowni i zaczęli malować. W Eprawdzie zainicjowaliśmy specjalny dział, w którym zajmiemy się promocją dzieł sztuki (nikt jeszcze nie robił tego tak jak my), pokazując prawdziwą historię ich powstania.

    Nie interesuje nas dorobek twórczy danego artysty (ale o tym też napiszemy), czyli gdzie i ile miał wystaw, czy zdobył jakieś prestiżowe nagrody, które otworzyły mu drogę do kariery. Kto ze „znanych” ludzi go wspierał i dał zarobić. To zostawmy galeriom nastawionym na masową sprzedaż. W naszym dziale będziemy pokazywać artystę poprzez to, co udało mu się stworzyć, i co tak naprawdę nim kierowało, by dzieło ukończyć.

    Siemiradzki
    Obraz „Pochodnie Nerona” Henryka Siemiradzkiego. Źródło: Wirtualne Muzea Małopolski

    Czy Siemiradzki, malując „Pochodnie Nerona” wchłaniał niesamowite ilości wina i w tym czasie głaskał jakąś modelkę po cyckach? Czy Matejko zamykał się w pracowni ze strachu przed upierdliwą żoną wzbudzającą w nim agresję, którą to agresję następnie wylewał na płótno? Czy może dolegliwości chorobowe wywołane kiłą i uczuleniem na biel ołowiową Wyspiańskiego, miały wpływ na powstające arcydzieła? Czy Boznańska w czasie malowania portretu „Dziewczynki z chryzantemami” dostała biegunki? Czy Maria Dąbrowska pisząc „Noce i Dnie”, wsadzała palec w miejsca intymne swojej kochanki? Czy farba na płótnie Witkacego zawiera w sobie dodatkowy ekstrakt w postaci spermy, krwi lub moczu? Właśnie to nas będzie interesować. Chcielibyśmy, by ten dział czytali ludzie, którzy naprawdę sztukę czują aż do bólu — czytali i oglądali, by potem zapragnąć obraz tylko dla siebie. Nie interesuje nas przypadkowy odbiorca, który przebiegnie wzrokiem po tym poście i pójdzie się wysrać, albo włączy „Milionerów” na pierdolonym tefał-uenie. Takim ludziom z góry mówimy: Adiós muchachos. Jako redakcja, zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to z naszej strony bezczelność i selekcjonowanie ludzi na „lepszy i gorszy sort”.

    Tak ma być — bezczelność ma eliminować przypadkowość.

    Osobiście uważam, że nie każdy zasługuje na to, by na jego ścianie wisiał dobry obraz, na komodzie stała doskonała rzeźba, by półkę na książki zaszczycała świetnie napisana książka. Wnioski te wysnuwam z osobistego doświadczenia — jak to się mówi w tefał-uenie — z autopsji. Wielokrotnie zdarzyło mi się gościć w swej pracowni takiego, „co to ma puste miejsce na ścianie i chciałby se coś powiesić i to za małe piniondze”. Urwij se chamie jaja i se powieś albo jedź do Ikei i tam se kupisz piękny widoczek w posrebrzanej ramce — cisnęło mi się na usta. Większy szacunek mam do osób, które biorą w dłoń moją książkę i szczerze mówią, że ją przeczytają, bo ją dostali w prezencie (tak naprawdę na co dzień nie czytają nic — może oprócz składu serka topionego zakupionego w Biedronce), niż do idioty, który bierze książkę, uśmiechając się pod nosem jak debil, po czym rzuca ją w kąt, bo chuj go interesuje, co ten pisarzyna tam wyskrobał, nie mówiąc już o tym, żeby się zastanowić, dlaczego dzieło powstało i do kogo było adresowane. Niestety muszę niektórych zmartwić — sztuka kosztuje. Tak, wiem, że część osób przeciera teraz oczy ze zdumienia. Tak — za dobry obraz trzeba zapłacić i to czasami spore pieniądze. Zanim powstanie dzieło sztuki, jest ono poprzedzone emocjami, naszpikowane wieloma bodźcami, które artystą „szarpią” przez długi czas. One właśnie nadają właściwy koloryt i smak twórczości. Znam wielu artystów, którzy tworzą dla pieniędzy. Mają do tego prawo. Malują szybko, dużo i chujowo.
    Znawca zaraz wychwyci pazerność — gwarantuję Wam. Inni lecą na fali swojej popularności i twierdzą, że rozmazane psie gówno na płótnie (bo własnego gówna nie mają odwagi rozmazać), to „niecodzienna okazja dla kolekcjonera”. Pragniemy prezentować Wam dzieła, które naszym zdaniem zasługują na wyróżnienie z powodu pasji artysty, z powodu emocji, jakie nim kierowały podczas procesu twórczego.

    Nie chcemy koncentrować się na wielkich nazwiskach (takie też będą), bo są modne na warszawskich salonach — niech sobie tam spokojnie łapią kurz. My chcemy promować twórców, którzy z konkretnego powodu odcisnęli na swych dziełach potężny ładunek emocjonalny — z tylko sobie znanych powodów — często dziwnych, często śmiesznych, ale i tragicznych. Zaznaczamy, że dzieła do galerii Eprawda będziemy wybierać według własnego uznania. Zachęcamy wszystkich artystów do przesyłania nam swoich prac z opisem dzieła według klucza, który jak sądzę, dosyć wyraźnie tutaj określiłem.

    Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”, „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski. Więcej: blog

    Najbliższa jest mi poezja. Teraz staram się o niej zapomnieć

    O polskich hipisach, poezji metafizycznej, kościele i najważniejszym pytaniu świata rozmawialiśmy z Kamilem Sipowiczem — historykiem filozofii, dziennikarzem, poetą, rzeźbiarzem i malarzem, czyli prawdziwym człowiekiem renesansu.
    [Żródło: materiały prasowe i profil Facebook Kamila Sipowicza]

    KAMIL SIPOWICZ
    KAMIL SIPOWICZ
    KAMIL SIPOWICZ
    KAMIL SIPOWICZ
    KAMIL SIPOWICZ
    KAMIL SIPOWICZ
    KAMIL SIPOWICZ
    previous arrow
    next arrow

    Portal Emoralni: Z wykształcenia jesteś historykiem filozofii, jednak mnogość profesji, jakimi się zajmujesz, jest imponująca. Jest to poezja, rzeźbiarstwo, malarstwo, grafika komputerowa. Publikacje w czasopismach o tematyce muzycznej, filozoficznej, jak również w Playboyu, Polityce, Warsaw Voice, Razem i MAXIE. Jesteś także Członkiem Akademii Fonograficznej ZPAV oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jesteś również zaangażowany polityczne. Która z tych dziedzin twórczości jest dla Ciebie najważniejsza?

    Najbliższa jest mi poezja. Teraz staram się o poezji zapomnieć, choć Hoelderlin mi ciągle o niej przypomina. Dzwoni do mnie ze Szwabii upojony winem i recytuje swój najnowszy poemat Germania.

    Poznaliśmy się, kiedy zbierałeś materiały do swojej książki Hipisi w PRL-u. Pamiętam, że z wielkim zaangażowaniem podchodziłeś do tego tematu. Były podróże po Polsce i szukanie hipisów z okresu ich świetności. Wtedy czułem w Twoim głosie i zachowaniu taką pozytywną, zaraźliwą energię. Świetnie się Ciebie słuchało. Czy zawsze jesteś tak emocjonalnie nastawiony do tego, co robisz?

    Gdy coś piszę, to jestem bardzo zaangażowany emocjonalnie. Tak było z hipisami. Jednocześnie jest ważne, żeby przez uchylone przeze mnie drzwi ktoś tam jeszcze wszedł. Tak się stało z hipisami i Encyklopedią Polskiej Psychodelii. Nigdy w pierwszym podejściu nie da się opisać wszystkiego, ani nie popełnić błędów. Zatem następcy korygują mnie i rozwijają temat. To mnie cieszy.

    Co warto wiedzieć o polskich hipisach?

    Polscy hipisi już od roku 1967 byli w opozycji do władzy. I to tylko przez wygląd i stosunek do pracy i nauki. Samym swoim istnieniem poddawali w wątpliwość socjalistyczny model wychowania młodzieży. Byli pierwszą dużą grupą ludzi prześladowaną przez MO I SB, a także wierne im media. Nikt z nas nie dostał jednak orderu od prezydenta.

    Twoja poezja. Ofiarowałeś mi zbiór wierszy Świder Metafizyczny. Dedykacja składała się z dwóch słów: „Na pamiątkę”. Po przeczytaniu wspomnianej dedykacji, stwierdziłem, że skromność i lakoniczność tych słów idealnie odzwierciedla Twoją duszę. Zachęciło mnie to do wejścia w ów metafizyczny świat. Było warto. Czy zatem mógłbyś wyjaśnić przeciętnemu człowiekowi, gdzie jest granica bytu materialnego i niematerialnego? Przecież każdy z nas, mniej lub bardziej świadomie, doświadcza istnienia tych bytów.

    Nie ma żadnych granic. To podział Kartezjusza. Materia i duch to tylko nazwy pomocnicze, kule, które pomagają chodzić. Należy je odrzucić. Nawet przeciętny człowiek wie, że umrze, że może zachorować, wie, że jest zło. Zatem on także stawia sobie gdzieś pytania, na które nie znajdzie odpowiedzi w SuperExpressie.

    Co to znaczy, że „należy je odrzucić”? Czy należy sprzedać cały majątek i wyjechać w Bieszczady w poszukiwaniu własnego „ja”?

    „Ja” na pewno nie jest własne, jest ono ukształtowaną przez społeczeństwo fikcją. Materia i duch to nazwy, które nic nie opisują. Ich znaczenie jest całkowicie wytarte przez czas, dlatego nazywam je kulami. W Bieszczadach czy też w Warszawie, musimy udać się na poszukiwanie, ale na pewno nie własnego „ja”. Trzeba szukać nie wiedząc czego.

    Piszesz obecnie kolejną książkę? Jeśli tak, to o czym?

    Przymierzam się do książki: Żywioł poetycki Heideggera. To temat bardzo trudny i złożony. Na wiele lat. Przede wszystkim Holederlin, Rilke, Trakl w widzeniu Heideggera. Dużo pracy z językiem. Ostatnio napisałem kilkadziesiąt stron i przez pomyłkę skasowałem. Może to jest znak, żeby o tym nie pisać.

    W dzisiejszych czasach wiele osób pisze książki. W Polsce co roku ukazuje się ponad 10 tys. nowości. Czy w ogóle warto być pisarzem? Krzysztof Cieślik z programu Xięgarnia TVN24 powiedział nam niedawno w udzielonym wywiadzie, że „pisarze nie są już potrzebni”. Co o tym myślisz?

    Książki nadal mogą ratować życie. I często są jedyną, być może — obok sztuki — obroną przed zalewem wszechogarniającej głupoty. To prawda, że pisarze są w Polsce spauperyzowani, ale to także zasługa i polityków i mediów.

    Jakimi zasadami kierujesz się przy podejmowaniu decyzji w życiu?

    Staram się nie krzywdzić innych, nie zadawać bólu i walczyć z niesprawiedliwością i ciemnotą.

    A propos „niesprawiedliwości”. Kiedyś, mówiąc w wielkim uproszczeniu, był feudalizm, socjalizm, komunizm, totalitaryzm. Teraz jest demokracja. Człowiek cały czas szuka systemu, który pozwoliłby mu w miarę godnie i „sprawiedliwie” egzystować w społeczeństwie. Czy żyjąc w kraju demokratycznym, w środku najbardziej oświeconego kontynentu na tej planecie — Europie, jesteśmy wolnymi ludźmi?

    Na pewno mamy więcej wolności niż w czasach komunizmu. W każdym razie mamy szansę, żeby tę wolność wywalczać i manifestować.

    Kim jest homo sapiens? Załóżmy, hipotetycznie, że pewnego dnia spotyka Cię na ulicy kosmita i pyta: „Jacy są ludzie?”

    Ludzie nadal pragną się nawzajem dręczyć i wymordować, dlatego poprosiłbym kosmitę, żeby stąd uciekał, jeśli mu życie miłe.

    Jaki jest Twój stosunek do religii i kościoła?

    Religii i kościołom zawdzięczamy większość wojen i nienawiści w świecie. Spójrzmy na Bliski Wschód. Na prześladowania Żydów, innowierców. Kiedyś przynajmniej budowano piękne kościoły jako budynki. Dziś to są koszmarki.

    Karlheinz Deschner w swojej głośnej książce Opus Diaboli porównał papieży i cały kościół do wcielonego diabła. Chyba jednak nie jest aż tak źle. Są w kościele katolickim ludzie, którzy niosą pomoc potrzebującym, np. Caritas. Czy obwinianie kościoła katolickiego o całe zło tego świata nie jest przesadą?

    Akurat Caritas prowadził domy dla dzieci, w których działy się — i być może dzieją — okrutne rzeczy. Miałem przez ostanie kilka lat do czynienia z prowadzonymi przez kler ośrodkami pomocy i nic dobrego o nich nie mogę powiedzieć. Skoro, wedle kościoła, cierpienie jest wartością, to jak oni mogą łagodzić cierpienie? Matka Teresa nie zgadzała się na paliatywy dla najbardziej cierpiących.

    Zadam Ci teraz, jako filozofowi, jedno z najważniejszych pytań świata [uśmiech – przyp.red.]. Jaki jest sens życia?

    Życie to kategoria ściśle ludzka, podobnie jak sens. Zatem nawet jak życie wydaje nam się bez sensu, to zawsze w tym „bez sensu” najważniejszy jest sens. Od sensu nie uciekniemy.

    Zejdźmy z chmur na ziemię. Kogo byś zaprosił, gdybyś miał taką możliwość, na rozmowę przy kieliszku koniaku?

    Interesuje mnie Tadeusz Rydzyk, chciałbym go zapytać wprost o to, dlaczego pomieszał modlitwę i różaniec z agresywną, pełną jadu polityką i czy zdaje sobie sprawę, że przez to tylko zbrukał stare piękne modlitwy. Bo w religiach modlitwy, mantry są często piękne.

    Wydaje mi się, że Tadeusz Rydzyk i jemu podobni reprezentują obraz statystycznego obywatela naszego kraju. Jacy są Polacy? Jak postrzegasz swoich rodaków?

    Rydzyk nie jest przykładem Polaka, on jest wybitnym specjalistą od wyciągania tzw. wdowiego grosza, co z punktu widzenia chrześcijaństwa jest naganne. Z drugiej strony interesując się zapomnianymi obywatelami, daje im właśnie poczucie sensu. Zatem jego działalność jest anielsko-diaboliczna. Polacy potrafią być wspaniali, jak i też plugawi. Jak każdy inny naród. Nie są wyjątkowi. Raczej nasze miejsce w kulturze świata jest poślednie. W tej chwili się odradzamy i to się może zmienić. Wierzę w Polaków.

    Jakiej słuchasz muzyki?

    Ostatnio słucham: Pole, Moondog, Satie, Cage, Neil Young, Szalonek.

    Czy była w Twoim życiu sytuacja, decyzja, której żałowałeś, lub też musiałeś się wstydzić?

    Oczywiście, że zrobiłem wiele rzeczy, których się wstydziłem. We wstydzie własne istnienie bardzo namacalnie się manifestuje. Zatem trzeba w nim ujrzeć jego potencjał.

    Czy jesteś szczęśliwym człowiekiem?

    Jestem dobrej myśli.

    Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

    Z Kamilem Sipowiczem rozmawiał Andrzej Syska Szafrański
    08.05.2015 Warszawa

    Andrzej Syska Szafrański — artysta malarz. Należy do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie. Jedyny w powojennej Polsce twórca panoram. Autor dwunastometrowego obrazu “Panorama Świętokrzyska”, ukazująca wydarzenia związane z pobytem Marszałka Józefa Piłsudskiego w Kielcach w 1914 roku. Panorama była prezentowana w oddziale Panoramy Racławickiej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, oraz w Muzeum Historii Kielc. Jego pasją jest pisarstwo. Autor książek “Żółta czapka”, „Tango z rudzielcem”. „Złodziej snów”, a także sztuki teatralnej „Bal samobójców”. Prowadzi bloga, w którym zamieszcza krótkie opowiadania i dorobek malarski.

    Kamil Sipowicz (ur. 23 lipca 1953 w Otwocku) — polski historyk filozofii, dziennikarz, poeta, rzeźbiarz i malarz. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Tytuł magistra uzyskał na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (1974–1979). Studia doktoranckie realizował na Uniwersytecie Ludwiga Maximiliana w Monachium (1980–1982) i Wolnym Uniwersytecie Berlina (1982–1988). Posiada stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie filozofii. Tytuł rozprawy doktorskiej: „Zagadnienia nieautentyczności i degeneracji w filozofii Martina Heideggera”. Zajmuje się rzeźbieniem w drewnie i metalu, grafiką komputerową, malarstwem – akryl i gwasz. W latach 70-tych XX wieku związany z Galerią Repassage. Jest autorem cyklu obrazów Arki Przymierza, Bogowie i Archetypy i Totemy. Jego prace były wystawiane w Monachium, Berlinie Zachodnim, Krakowie i Warszawie np. wystawa Transmandale w Galerii Bocheńska w Centrum Kulturalne Koneser w październiku 2013 roku. Publikuje w czasopismach o tematyce muzycznej (Jazz – od 1975, Jazz Forum, Magazyn Muzyczny, Tylko Rock) i filozoficznej (Philosophia Christianae, Życie i Myśl, ExLibris) a także w Playboyu, Polityce, Warsaw Voice, Razem – od 1984 i MAXIE (redaktor naczelny w 1999). W 1991 roku wystąpił w teledysku Wyjątkowo Zimny Maj zespołu Maanam.
    Więcej: Portfolio|Facebook
    Foto: materiały prywatne autora
    Na stronie głównej: Dominik Separek (Fotorzepa)

    Emoralni*