Polacy potrzebują przebudzenia

Zbigniew Sajnóg

Jesteśmy przewalcowani historią w prawo i lewo, przemożnymi siłami miażdżącymi naszą wolę. Czy gdyby nie kolaps imperium nie bylibyśmy do dziś w jego władzy? Jak odzyskać — jak stać się podmiotem? Jak na nowo stać się z bycia krwawym łachmanem, z bycia pomiotłem i donikąd, bo tylko w oczekiwaniu na łaskę lub przemarsz potęg?

Zbyci podmiotowości. Nawet nie tyle i nie tylko chodzi o kwestię suwerenności politycznej — etc., ale o suwerenność myśli, o świadomość, o czucie i postrzeganie siebie. Tak, w 39 było szlachetne trwanie przy wartościach, bez precedensu i bez porównania, ale przecież i było to wystawieniem przez aliantów i i tak skutkiem była czynna pogarda. Hitlery i sowieci zmełli ówczesnych Polaków w niewolników, ordynowali, przemieszczali, używali, dręczyli i mordowali do woli. A potem ponownie użyci przez „aliantów”: krwawiący ochłap — opłata za ich spokój. I przemieszczony nawet cały kraj — choć na zachód, to do używania przez wschodnich patologicznych morderców i ich walec: nieszczęśników-zbrodniarzy, samogonnych.

Ogłupiani, dotknięci przymusową niemotą, ubezwłasnowolnieni. Poniżani po obu stronach kurtyny. A po jej zerwaniu nadal: używani. Używani i na łasce.

Dramat duszy zranionej, poniżonej i poniżanej. Bolesna kwestia — pytanie o podmiot.

I teraz chwytają się — używani podsuwanym wspomnieniem: naturalnego lidera międzymorza. Tylko że kiedyś, to było stąd, tutejsze. A dzisiaj — czy jest z nas, czy to my jesteśmy rozgrywającym w okolicy, czy to jest nasze wyciągnięcie ręki, czy to jest z naszej siły, czy to jest z naszej myśli? Z nas to jest 100 000 samobójców — to jest nasza siła, polską siłę reprezentuje armia stu tysięcy mężczyzn, którzy popełnili samobójstwo od czasu kolapsu imperium. Prawda o nas jest taka: 100 000 samobójstw na sto lat Niepodległości. To jest wierna Rzeczpospolita. Tym jesteśmy: sponiewierany zwitek tkanki, rozdarta, zabrudzona, drżąca rana po podmiocie, dotknięta koncertem pogardy tego świata, trwająca warunkowo, zawieszona u klamek w ucieczce przed rozwartą, kapiącą śliną mordą. Trwająca dzięki łasce interesu, żebrząca o podmiot — co za paradoksy!

ZBIGNIEW SAJNÓG „Łaknienie podmiotu”
Mapa obrazująca obszar i ogólną koncepcję Międzymorza (Intermarium) — europejskiego supermocarstwa. Źródło: www.rd.al

Gdzie jest podmiotowość Polaków — w jakiej sferze? Czym jest, czym może być we współczesnym świecie? Jak jest możliwa, jak ją odzyskać — czy może: uzyskać? Uleczyć polską duszę — co jest jej chorobą, co jest przyczyną jej choroby. Etiologia. Łagodzimy objawy, leczymy paliatywnie?

Międzymorze mieliśmy, z siebie, i utraciliśmy. I pierwszy krok — to zrozumieć, dociec dlaczego. Bez tego ani kroku, bo skończy się źle.

Pierwsza Rzeczpospolita rozłożyła się i została rozebrana.

Teraz to nie my sięgamy po międzymorze — to nami się sięga po zbudowanie bariery przeciw Rosji. To nie jest endogenne, tu w Polsce nie ma propozycji, nie ma idei i siły. To, co konsoliduje to strach przed Rosją i czyjaś, bieżąca wola polityczna, zbudowana na bieżącym politycznym interesie. Nie jest etyczne składać komuś propozycję w oparciu o coś tak niepewnego. W takim kształcie to jest droga katastrofy.

Czego w Polsce naprawdę potrzeba — to otwartej, profesjonalnie zorganizowanej, poważnej narodowej Rozmowy — a akurat to jest ze wszystkich stron niszczone i ukrócane. Skandaliczny stan mediów.

Sajnóg-baner

Sens sztuki. Sens życia


Znów obłędne: pokonani, ale zwyciężyli — napędza nową skrzywioną dumę ten bolesny oksymoron. Nie, zostali zamęczeni, wymordowani a my z płaczem wydobywamy ich ciała z kloacznych dołów, aby ukoić ranę porażonej godności. Znów bijemy w ten dzwon, jakoby to jest droga, jakoby to miał być nasz szlachetny, hieratyczny dziejowy narodowy paradygmat. Nie — jesteśmy w klęsce, skutki tamtych klęsk nosimy do dzisiaj, odwrócone miary szacunku, całkowicie zwichrowana kultura, pomiotło kreowane i przeganiane przez innych. To jest klęska, która trwa — czy w ogóle jest możliwe wyjście z niej? Nasz podmiot został zmiażdżony ponad trzy wieki temu — i to trwa. Za drugiej Rzeczpospolitej mieliśmy nie oddać ani guzika — i patrz, zostały doły pełne guzików. Ciężar tego strasznego muzeum już ledwo jest do udźwignięcia. Ale: placówki muzealne miały służyć nauce, edukacji. Ciągłość II RP została ostatecznie zerwana stanem wojennym.

Polskość jest ogłupiała, jest zwitkiem cierpienia.

Tyle razy wytarzana w prochu, przewalcowana, jedna obolałość i rana, nieustanne pośmiewisko i spluwaczka, 10 w skali pogardy, skupiona na łaknieniu jakiegoś słówka pochwały, z czyichś ust — co nas stworzy, ukonstytuuje, uistnieje — czego pragniemy chłepnąć jak oddechu, jak życia. Jakiegoś światowego słówka, jakiegoś ogłoszenia, że jesteśmy na siódmym miejscu w czymś — co tam siódme, ale: jesteśmy!

Pokrzepiamy się paradoksem: wymordowani, ale zwyciężyli — to już staje się nieznośne. Zostali wymordowani a ciała wrzucone do kloacznych dołów, a naród został poddany sowieckim wykładom o życiu, szyderczemu sponiewieraniu. Wolność odzyskaliśmy przez kolaps imperium, zapadło się. Bo i czy tego nie widać? Gdzie jest ta siła samouwolnienia Polaków, która po wywalczeniu wolności miała wytrysnąć twórczością i odbudową, gdzie ta siła? Objawiła się czym: grabieżą, mafią, łowcami skór? Czym błysnęła? Epidemią depresji?

Polacy niezbędnie, natychmiast potrzebujący przebudzenia, uleczenia — kurczowo trzymają się swoich paradoksów. Nie chcą dać się przekonać o Prawdzie. Ściskają kurczowo niedorzeczne bawidka. Krnąbrni, uparcie nie chcący otworzyć oczu. Jak to ktoś powiedział: zaszczepieni przeciw Ewangelii.

Zbigniew Sajnóg (1958) — współzałożyciel, uczestnik działań i autor założeń teoretycznych Tranzytoryjnej Formacji Totart (1986-1992). Współautor i współredaktor wydawnictw grupy (m.in. Przegląd Archeologiczny Metafizyki Społecznej „Higiena” — nagroda prasowa „Solidarności”). W drugiej połowie lat osiemdziesiątych współpracował z Ruchem Społeczeństwa Alternatywnego, Ruchem Wolność i Pokój, z Pomarańczową Alternatywą. Współpracował z Brulionem, był współautorem i prowadzącym Brulion TiVi. Na początku lat dziewięćdziesiątych redagował dział w Tygodniku Literackim. Aktualnie współpracuje z portalem Się myśli. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Wolne miasto: Gdańsk

Zbigniew Sajnóg

ZBIGNIEW SAJNÓG „Brązowa skarpeta. Felieton o katastrofie”

Pan Witold Gadowski w którejś z telewizji mówił wczoraj o publicznej telewizji, opowiadał jak to po 1989 władali nią ludzie, którzy owszem mieli ładne, nowe, granatowe garnitury, ale spod ich nogawek wyglądały brązowe skarpety z sortów mundurowych, które donaszali, bo żal było wyrzucić. I do dziś, mówi pan redaktor, do dziś się to nie zmieniło, tyle, że dziś miejsce tamtych panów zajmują ich dzieci.

Można sobie dworować, figlować, ale zaiste nie do figlów mi jest — im bardziej w latach, im więcej odchodzi przyjaciół, im więcej bezsensownie marnowanych talentów — tym bardziej, tym wyraźniej widzę kulturową katastrofę w jaką naród nasz popadł i z której nawet zdaje się nie widzieć potrzeby wydostawać się, bo nawet nie wie o tym swoim dramatycznym, żałosnym położeniu.

Lud wdrożony, przyzwyczajony do pojednawczego współtrwania z ludobójstwem, utarty w sowieckim bagnie, zaraz załaknął i wyszukał znajome chomąto — co znalazło swój wyraz przerażający w głosowaniach na pana Kwaśniewskiego, w wybieraniu do władzy SLD. Koszmar, niedorzeczność — do jakiego stanu zostali doprowadzeni Polacy, do czego przywykli i bez czego jakby nie wyobrażali sobie życia. Ta telewizja, ten stan mediów odegrał w tym ważną rolę. Bardzo ważną.

Witold Gadowski
Na zdjęciu: Witold Gadowski — publicysta i dziennikarz związany ze środowiskami prawicowymi. Od 10 maja 2010 do 12 października 2010 dyrektor TVP1. Foto: Gadowskiwitold.pl

To przesądzało jak ukształtowana zostanie kultura „nowej Polski” — by ująć to w formę myślowego skrótu w odwołaniu do sytuacji roku 1989 — nie przez Pomarańczową Alternatywę, ale przez pana Owsiaka. Zamiast tego, co autentyczne, żywe, samorodne, twórcze, patriotyczne — dalej wędzidło i prowadzenie. Tym razem była to przemoc posiadaczy – w jakich przeistoczyli się mordercy i pałkarze, przepoczwarzyli się z decydentów w decydentów. Ani chwili, ani skraweczka miejsca na Rozmowę, zakaz wstępu dla życia i mądrości.

Jak bardzo była to przetracona szansa, jak wielki zmarnowany potencjał, jak bardzo ciąży do dzisiaj, to mało kto wie, mało kto w ogóle zdaje sobie z tego sprawę. Odpowiedź nie jest prosta, czy raczej: nie jest łatwa. Bo też i niestety Polacy — mając na myśli sekwencję historii od drugiej wojny światowej — po dziesiątkach lat poddania dwóm dogmatykom, okazali się niezdolni do Rozmowy, zablokowani w rozpoznawaniu prawdy. Jedna dogmatyka — ludobójczej ideologii, druga Kościoła Katolickiego/syndromu oblężonej twierdzy. Jakże łatwo Polacy stali się łupem dogmatyki kolejnej — całkowicie bezrefleksyjnie przyjęli dogmat ewolucjonistycznej definicji wolnego rynku – świętego egoizmu. Zrobili tak jak mówią: wierząc w Boga. To wstrząsające, a do dzisiaj nie ma o tym dogłębnej rozumnej rozmowy.

Czytałem wywiad z panią Olgą Krzyżanowską, córką Aleksandra Krzyżanowskiego — Wilka, komendanta Okręgu Wileńskiego ZWZ-AK. Wywiad świeżo opublikowany przez Portal Miasta Gdańska. Pani Olga była wicemarszałkiem sejmu kontraktowego i sejmu drugiej kadencji. Prowadząca wywiad dziennikarka zapytała o ocenę ówczesnych standardów parlamentarnych. — Jeśli mówimy o standardach, to chcę przypomnieć sytuację, która miała miejsce podczas prowadzonych przeze mnie obrad sejmowych. Przemawiał Bronisław Geremek, przewodniczący OKP. Wdał się w jakąś polemikę z siedzącym na sali obrad posłem Cimoszewiczem. Powiedziałam do Bronisława Geremka, wówczas przecież szefa mojego klubu: „Proszę przerwać tę dyskusję!”. Odpowiedział tylko: „Bardzo przepraszam” i zakończył wystąpienie. Jakie to smutne, nawet osoba o takim wychowaniu, o takich rodzinnych tradycjach nie rozpoznaje, że brała udział w taniej komedii? Polemika pana Geremka z panem Cimoszewiczem? Podłe widowisko dla ogłupienia nieszczęsnych, udręczonych peerelem ludzi. Pani Krzyżanowska postawy jego uczestników podaje nam za wzór kultury? I to dzisiaj, po 25 latach od tamtych wydarzeń, gdy naprawdę każdy już miał czas i aż nadto przykładów, by rozpoznać ich prawdziwą naturę?

* * *

Patrzę na kulturę i to, co tu się dzieje jest nieznośne. Po Sylwestrze, a właściwie po wojnie telewizyjnej między stacjami — fanfarami zwycięstwa wybrzmiewały programy telewizji publicznej. Mimo pewnego krytycznego wzburzenia opamiętałem się, przecież ludowe zabawy mają swoje prawa i nie ma tu czym się zajmować. Ale wśród laudacji usłyszałem też wypowiedź pana Romana Mańki z fundacji FIBRE, który chwalił, że dzięki PiS na scenę wszedł nowy gatunek — disco polo. Nie wiem, jak można myśleć patriotycznie i uważać taką sytuację za sukces. Przypominam, że pan Kwaśniewski używał przed laty disco polo, by pozyskać głosy wyborców. Skutecznie. Zatem zdaje się, że jedną z głównych trosk osób zarządzających instytucjami kultury powinno być takie działanie, by ludzie, by Polacy nie stawali się w przyszłości łatwym łupem. To jest zdaje się patriotyczne, jeśli już trzymamy się tej kategorii.

Ale gdybyż przynajmniej, powiedzmy ten wypracowany kapitał popularności, czy środków był pożytkowany — czy mówiąc inaczej, gdybyż ten ukłon w stronę niskiego był powetowany mądrze prowadzonym budującym programem telewizji publicznej — gdyby chociaż jeden jej kanał, na przykład TVP Kultura rzetelnie realizował przemyślaną misję, może to jakoś by się broniło.

Niestety TVP Kultura jest programem nieużytecznym. Przede wszystkim nie jest miejscem Rozmowy o najpilniejszych kwestiach — a najpierw: nie jest programem uczenia Rozmowy.

Współcześnie są po temu znakomite możliwości, można w różnych wariantach takie rozmowy organizować, z różnymi formami uczestnictwa widzów. Obok funkcji edukacyjnej i informacyjnej, obok wydobywania wiedzy o polskiej kulturze (przedstawiania zjawisk, postaci etc.) — powinna być TVP Kultura organizatorem wielkich dysput, na przykład o Uniwersytecie, o przyczynach nieszczęść spadających na Polaków od ponad 300 lat, o tym czemu jesteśmy wciąż na krawędzi i wciąż zmuszani walczyć o podstawy, o upadku Cywilizacji, o kwestiach: rewolucja LGBT — a wolność słowa, o poezji: skoro polskość przetrwała w literaturze, w poezji, to co to dla nas znaczy, czym jest, o teorii ewolucji i jej konsekwencjach, o tym, co nadciąga, jak spoi się, czym będzie system, który staje się (w ogóle) i co w związku z tym robić… Można jeszcze długo, tematów, pilnych, najpilniejszych jest wiele, wystarczy się rozejrzeć, ale dlaczego zatem nie są podnoszone? Być może komuś na tym zależy, ale czemu nie zależy na nich ludziom? Polakom? Wielki sen, niepokojący, zdumiewający. Wielki sen w huku fajerwerków.

Jest też coś, co mnie zdumiewa — patologia wtórnika — coś, co nie wiem, czy można spotkać gdziekolwiek indziej. To jest jakaś cecha narodowego charakteru, jakieś genetyczne schorzenie — deptać to, co swoje, pomiatać, ścierać to z powierzchni ziemi, ale łasić się do tego, co obce, zaciągać, przyoblekać. Druga Japonia, druga Irlandia, małe Niemcy, Budapeszt w Warszawie, druga Szwajcaria — ciągle jakiś brak kształtu, wtórnik.

Miasto Gdańsk organizuje konkurs Europejski Poeta Wolności, odbyło się już pięć edycji, co dwa lata. Nominowani są twórcy europejscy, zwycięzca otrzymuje 100 000 złotych, tłumacz 20 000. Ale, to jest chyba rzecz nieznana, Gdańsk to swoiste zagłębie poetyckie, ilu tutaj żyło i tworzyło, ilu żyje poetów — to chyba trudno zliczyć. Proszę mi powiedzieć — dlaczego miasto Gdańsk nie ufundowało opracowania antologii gdańskich poetów? Czy encyklopedii? Dlaczego nie wydało jej w wersjach po niemiecku, po angielsku? No bo jeśli miasto Gdańsk chce przyznawać poetycką nagrodę o skali europejskiej to radzi byśmy wiedzieć, jakie ma Gdańsk kompetencje, czy ma tytuł do tego, prawda? Czy Gdańsk ma jakiś kształt? Kim jest fundujący i wręczający nagrodę?

Europejski Poeta Wolności
Na zdjęciu: osiem godzin rozmów, spotkań, poezji i muzyki, trzynaście języków narodowych, ponad dwudziestu gości – tak wyglądał pierwszy dzień festiwalu Europejski Poeta Wolności. 18.03. 2016. Źródło: materiały prasowe

Ale nie może tak być, bo tutaj, u nas, w Polsce nie ma kultury Rozmowy. Przecież Gdańsk nie ma nawet swojego pisma artystycznego — i nie może mieć. Nie może mieć bo miałoby ono dobrą kolczatkę i byłoby trzymane krótko, więc 1) nie byłoby pismem artystycznym, 2) w ogóle nie byłoby pismem — byłoby narzędziem załatwiania spraw, narzędziem propagandy, jak jest nim na przykład oficjalny portal miasta Gdańska, na który zresztą miasto łoży 3,5 miliona złotych rocznie. Za taką sumę można byłoby wydawać i pismo artystyczne i tygodnik miejski, i prowadzić portal i kto wie co jeszcze — jak widać nie jest to kwestia pieniędzy. A więc w Gdańsku pismo artystyczne jest niemożliwe! A to dopiero. I takie miasto przyznaje swoją nagrodę poetycką: Europejskiego Poety Wolności! Ale tupet.

Patrząc nieco inaczej, skoro prowadzący miasto nie umieją poradzić sobie z tutejszym kapitałem poetyckim — na poziomie elementarnym, jeśli nie umieją tego zjawiska ogarnąć, nie umieją zorganizować nawet jego podstawowego uporządkowania — jak mogą aspirować do wyznaczania standardów w tej dziedzinie w skali kontynentu? Dzieci z przedszkola muzycznego nie posyła się na konkurs Chopinowski, to jest niedorzeczność. Ale zatem takie działanie prowadzących miasto wskazuje, że chodzi o coś innego, bo nie wyrasta ono z przekonania o wadze poezji, o jej znaczeniu w kulturze, a szczególnie polskiej, skoro Polska lata zaborów przetrwała w poezji, w literaturze. Przecież w naszym kraju poetów chowa się z królami. Mówi się o duchowym królestwie, pod postacią którego Polska trwała pod nieobecność państwa. Te kwestie zatem powinny być w ogóle w centrum refleksji Polaków, a że cały czas sytuacja kraju i narodu jest, mówiąc kolokwialnie, niewesoła, to przecież powinno tu wrzeć. I przecież tak na logikę — właśnie szczególnie w Gdańsku, który tak dużą rolę odegrał we współczesnej historii walki o niepodległość. Ale prowadzący miasto w ogóle nie są tym zainteresowani, choć nie można wykluczyć, że w ogóle nie mają pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, co to jest za sprawa i w czym w ogóle jest problem. Zdaje się, że chcą miastu nadawać międzynarodowy polor i status, ale jak można nadawać status i polor czemuś, co się unieobecnia. Ile wysiłków i środków wkładane w tworzenie wydmuszki-pisanki.

Ale odrzućmy już ubolewanie nad tym, co stało się z Gdańskiem, z przesławnym miastem, które samo anihiluje swoje skarby i swoją legendę, a zastanówmy się jak to jest możliwe, że Polacy na tego rodzaju rzeczy się godzą, że nie tylko wytrzymują to, ale jakby im to pasuje po prostu. Spod nogawek garniturowych spodni muszą być widoczne skarpety o określonym kolorze, takim czy innym. Każdy, kto obejmuje władzę ma postępować właśnie tak — wszystko, co ma we władzy ma dawać swoim i trzymać krótko. Lud ma do tego zrozumienie. Z lekcji dogmatyki? Gdzie jest Rozmowa? Przecież prawda jest — pardon — w interesie nas wszystkich.

Bibliografia:
http://www.gdansk.pl/historia/Nie-znosze-uproszczonych-czarno-bialych-ocen,a,96367
http://europejskipoetawolnosci.pl/wp-content/uploads/2015/10/URM_2017_7_1092.pdf

Zbigniew Sajnóg (1958) — współzałożyciel, uczestnik działań i autor założeń teoretycznych Tranzytoryjnej Formacji Totart (1986-1992). Współautor i współredaktor wydawnictw grupy (m.in. Przegląd Archeologiczny Metafizyki Społecznej „Higiena” — nagroda prasowa „Solidarności”). W drugiej połowie lat osiemdziesiątych współpracował z Ruchem Społeczeństwa Alternatywnego, Ruchem Wolność i Pokój, z Pomarańczową Alternatywą. Współpracował z Brulionem, był współautorem i prowadzącym Brulion TiVi. Na początku lat dziewięćdziesiątych redagował dział w Tygodniku Literackim. Aktualnie współpracuje z portalem Się myśli. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Był. Żył. Antoni hr. Kozłowski

Zbigniew Sajnóg

1. Międzymorze.

Oczekiwaliśmy, że znajdziemy się wreszcie w rodzinie – jak powracający z niewoli, po dawnej wojnie? Że rodzina nas przywita, zajmie się, pomoże dojść do siebie? Mieliśmy ciche przekonanie, że po tych naprawdę aż nadto wielu zdradach, niejako spłacą swój wobec nas dług? Zachowają się przyzwoicie?

Liczyliśmy, że ci którzy dopracowali się dobrobytu, którzy zatem wiedzą jak ten dobrobyt osiągnąć – zechcą nam pomóc? Uznaliśmy, że należy im zaufać?

Ale przecież było to oczekiwaniem, że nauczą nas metod manipulowania i eksploatacji, że nauczą nas skutecznego zwyciężania – zwyciężania także ich! I mieli to zrobić altruistycznie – tego oczekiwaliśmy?

Oczekiwaliśmy pomocy? Ale w tym systemie zasadą jest wykorzystanie. Bezwzględne wykorzystywanie przewagi. Myśleliśmy, że nauczą nas tego? Że nas do tego wdrożą?

Nie zrozumieliśmy, że ten system – ewolucjonistycznie zdefiniowanego wolnego rynku – jest po prostu wojną?

Ufnie otwarty nasz arsenał przepatrzyli, unieszkodliwili potencjalnie groźne wojenne machiny. Przekupując, demoralizując i oczywiście ani w głowach mając wydobycie nas z sideł zdrajców i spod agenturalnych wpływów – pozbyli się ewentualnej konkurencji, zyskali rynek zbytu i zapewnili sobie dopływ fachowej siły roboczej. Siły po europejsku ukształtowanej, która zna łaciński alfabet, która nie podkłada bomb i nie rozstrzeliwuje dziennikarzy.

Antoni hr. Kozłowski
Zmarł Antoni Kozłowski (na zdjęciu) — poeta, eseista, publicysta, performer, autor filmów, fotografik. Foto: Zbigniew Sajnóg

Tak po ludzku patrząc – trudno sobie wyobrazić, aby tak wyrafinowanym, bezwzględnym, przemożnym siłom, biedni, zdezorientowani, zniszczeni i udręczeni peerelem Polacy mogli dać skuteczny odpór. Po ludzku patrząc wydaje się, że sytuacja była (u początku przemian) i jest – beznadziejna, że przemożne działające siły, wielka polityka, nowa ideologia, banksterka, zdrada, ukryte wpływy i zmasowana manipulacja – układają się w sytuację, z której wyswobodzić się nie sposób, z której nie ma już wyjścia.

Tak na prostą logikę, wydawało się, że w interesie Zachodu powinno być powstanie tutaj silnego kraju by w sytuacji konfliktu ze Wschodem mieć tu redutę, zaporę, choćby solidny bufor. A chcąc budować ze Wschodem most – by mieć dla niego pewny, stabilny przyczółek. I pokazową zachętę. Czyż zatem Zachód nie okazał się sam – niewolnikiem? Ideologii i chciwości – którymi kierowani zadziałali przeciwko swoim istotnym interesom?

Ale wiadomo, z czasem sytuacja się zmieniła, agresywne działania Kremla (co jeszcze więcej?) sprawiły, że USA zainteresowały się ideą Międzymorza. Stratfor, ośrodek analityczny CIA – jak pisano: wystąpił ze swoistą radą dla Europy Środkowej, w tym Polski (…). W jednym z ostatnich tekstów analitycy tej instytucji wzywają do powrotu polityki Józefa Piłsudskiego. (…) Ze względu na ponowne pojawienie się rosyjskiej siły, w najbliższym czasie nieunikniony będzie powrót do idei Międzymorza jako sojuszu, któremu wsparcie zapewnić będzie miała nie tyle Francja, jak w pierwotnej koncepcji, lecz Stany Zjednoczone. (…) Obszar, w którym rozlokowane będą poszczególne jednostki, od państw bałtyckich, przez Polskę, a następnie Rumunię i Bułgarię, aż do Morza Czarnego, jest jasnym sygnałem dla Rosji, że to, co dzieje się na Ukrainie powoduje zacieśnienie współpracy i scementowanie sojuszu Międzymorza — tłumaczy Stratfor. (Stanisław Żaryn)

Zaszczepili nam ewolucjonistycznie zdefiniowany wolny rynek i traktowali nas według wytycznych tej definicji. Nasza słabość była radością ich portfeli. Usidlenie, uniemożliwiające nam zadbanie o swoje interesy, było dla nich jak słodki prezent. Skorumpowanie i niemożność dobicia się podmiotowości – stanem najwłaściwszym. Grzbiety ugięte niewolą zamiast, jak tego oczekiwaliśmy, pomóc wyprostować, uznali za dobrze przysposobione do założenia nowego chomąta. A oto teraz chybcikiem klecą tu jakąś potęgę. Śmiechu co niemiara.
Ale przez te lata wolności, przez ten długi czas wydarzyły się rzeczy od których uśmiech spełza z twarzy. Gdy zliczyć oficjalne dane, przez te 25 lat wolności, średnio ponad 4 000 mężczyzn rocznie popełniało w Polsce samobójstwa.
Gwałtownie zwiększyła się dysproporcja między liczbą samobójców a liczbą samobójczyń. Tych pierwszych zawsze było więcej, ale teraz ta różnica aż zanadto daje do myślenia.
W ubiegłym roku – jak wynika z policyjnych statystyk – życie odebrały sobie 903 kobiety, a mężczyzn z własnej ręki zginęło 5 193. – Tak dużych dysproporcji nie ma nigdzie na świecie – podkreśla prof. Maria Jarosz.
(Małgorzata Święchowicz, Ewelina Lis, Mężczyźni wybierają śmierć.)

Armia rozpaczy.

2. Genotyp.

Tak myślałem o tym międzymorzu i dostrzegłem pewną prawidłowość. Zauważyłem pośród swoich znajomych całkiem sporo potomków polskiej szlachty – osób, co ciekawe, bardzo twórczych i co bardzo znaczące – żyjących na obrzeżach rzeczywistości. Pomyślałem – cóż to za prawidłowość, warto jej się przyjrzeć, trzeba o tym nakręcić film. Film pod tytułem Międzymorze. Akcja jest taka: przyjeżdżamy z Pawłem Mazurem wykonać portret, Paweł rysuje, ja rozmawiam.
Odwiedzamy ich kolejno w domach. I to co z pozoru nie ma związku – bo co ma wspólnego ten czy ów człowiek, ci ludzie mieszkający w blokach, skromnie – z międzymorzem, z wielkim programem politycznym i militarnym? – to stopniowo odkrywa się, bo oto są ludzie, których przodkowie zbudowali największe w swoim czasie państwo Europy, byli twórcami jego Złotego i Srebrnego Wieku, rycerze, gospodarze, myśliciele, politycy, poeci. Oto widzimy genotyp Rzeczypospolitej, genotyp międzymorza. Ale i dostrzegamy tę zdumiewającą prawidłowość – owo zepchnięcie ich na obrzeża życia.

Zbigniew Sajnóg
Na zdjęciu: Antoni Kozłowski i Andrzej Awsiej (po prawej). Foto: Zbigniew Sajnóg

Film, łatwo powiedzieć, weź tu nakręć film. Ale otworzyła się pewna ścieżka – złożyłem propozycję państwowej rozgłośni radiowej, projekt cyklu audycji pod tytułem: A co o tym sądzi szlachta Rzeczypospolitej? W założeniu byłyby to krótkie rozmowy na temat jakiejś bieżącej, albo akurat ważnej kwestii; na rozmówców wytypowałem wstępnie panów: Antoniego Kozłowskiego, Krzysztofa Dowgiałło, Władysława Zaporowskiego… a więc żyjących gdzieś pośród nas potomków starych szlacheckich rodów.
Prawdziwą treścią tych rozmów, nie wyrażanym expressis verbis sensem tej audycji byłoby przywoływanie myślenia ludzi, którzy dawniej na tym obszarze zbudowali i prowadzili przez wieki I Rzeczpospolitą. Jako że przywołane osoby mają żywy stosunek do tej tradycji i w znacznym stopniu przenoszą jej specyficzny charakter, sposób myślenia, temperament – owe dawne pokolenia są słyszalne w ich wypowiedziach.
Byłoby to swojego rodzaju wprowadzaniem do współczesnej debaty – tamtego myślenia, zapoznanego, zepchniętego w cień i na margines życia Polaków, ale nie tylko myślenia – a właśnie owego „genotypu międzymorza”.

Co do radia – odprawiono mnie z kwitkiem, a właściwie zbyto milczeniem. Ale myśli o filmie nie zarzuciłem, rozmawiałem o wersji amatorskiej, ale też z reżyserem Bartoszem Paduchem, planując jakieś podejście do tego projektu, gdy uda nam się inny, zamierzony pierwej.

Do udziału w Międzymorzu chciałem zaprosić jeszcze panów Piotra Wyszomirskiego, Teda Dziewanowskiego i Lecha Przychodzkiego. Wymieniam te nazwiska, by wskazać na owe wspomniane prawidłowości, zdumiewające, każdy z nich bywał lub jest poetą, uprawia jakąś dziedzinę twórczości – lub wiele. Są to ludzie angażujący się społecznie, są to umysłowości ciekawe. Większość z nich czynnie przeciwstawiała się komunie, także bohatersko. I – jakże to znamienne – wszyscy funkcjonują na obrzeżach kultury, na obrzeżach życia. Nie ujrzymy ich w telewizjach, nie usłyszymy – lub z rzadka – w radio, nie rozmawiają z nimi dziennikarze takich czy owych periodyków.

Taka to zdaje się kultura tego czasu: walić się kłonicami, albo odczytywać dyktanda – to tak, ale żeby myśli szukać naszej, tożsamości, po prostu dowiadywać się – siebie, po tych tak wielu latach? A przecież to, co ostało się, powinno być jak skarb otoczone szczególną uwagą, badane. Tak się wydaje.

Z jednej strony jest to rzecz znana, że specjalnie nie przeprowadzono tzw. reprywatyzacji, że ziemianom nie oddano ich majątków – ale to znaczy nawet i dworów, chociaż ich zabór był bezprawny nawet według komunistycznych przepisów. Zresztą wiele z tych dworów zniszczało właśnie w latach po roku 1989. To było działanie celowe, z premedytacją, z przyczyn politycznych. Jak to wprost oświadczył pan Geremek: to jest niecelowe, by odtwarzać siłę majątkową środowisk, na których tradycyjnie opierały się partie prawicowe.

Ale z drugiej strony – naród nie oponował. Naród żuru się opił, klął i stosując się do instrukcji – wyjeżdżał, opuszczał swoje ziemie.

I teraz – to komedia, doprawdy – teraz nam z zewnątrz organizują nasz wielki mit, teraz nas instruują, że mamy międzymorze robić, zza oceanu organizują nam międzymorskość. To jest jakaś koncepcja wojskowo-ekonomiczna? W każdym razie – jakaś wydmuszka, jakaś nasadka, nalepka przecież, bo co to ma wspólnego z międzymorzem tamtym, z jego nerwem, treścią. To jakiś implant, coś co nie wyrasta stąd – a jeśli stąd nie wyrasta, to nie będzie tym. Bo czym będzie – Biedronki od morza do morza?

3. Antoni.

I o co tyle rwetesu – wracam do filmu, wracam do audycji – następny pomysł (modnie mówią: projekt) – do kosza, następny na dolne półki, do niepamięci. Tutejsza zwyczajność. Ale tym razem jednak jest inaczej, tym razem projekta odchodzą z bólem, nawet chwilowo przymroczone pasemkiem goryczy. Bo odkładają się projekta te w: ad acta – ostateczne, z tą jasnością, że do nich już nie wrócę, bo w zeszłym tygodniu Antoni zmarł.

Był mi żarliwym Przyjacielem – zawsze sekundantem, stającym w potrzebie i wiele razy stającym publicznie w obronie mojego, nie istniejącego, honoru. Przyjaciel świetny – ale i denerwujący, gdy obiecywał odbierać telefon – będąc chorym – i obietnicy tej nie wypełniał. Gdy miał niefrasobliwość gubić telefony i długimi okresami ich potem nie mieć. Nie wypominam, tylko opisuję.
Może nie dostawał ode mnie tego, co chciał, tego, czego oczekiwał, gdy zajęty zmaganiem, dociskany odpowiedzialnością – na nich się skupiałem, i choć mówiłem Mu o tym, to cóż jest mówić, kiedy jest potrzeba?
Ale też – jak dać temu wszystkiemu radę?

Odbyliśmy tego lata wyprawę do Lublina, na sprawozdawczo-wyborcze zebranie lubelskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Było ciepło, nawet i gorąco. Ruszałem w tę podróż jednak z pewnym marginesem drżenia, mając świadomość co może się zdarzyć – gdy towarzysz mój miał tętniaka gdzieś w okolicy serca. Ale to była jednak piękna podróż – nie miała jakichś atrakcji potocznie wymaganych od podróży o standardzie: pięknych. Była bezatrakcyjna, i rozmawialiśmy, o ile pamiętam, miarowo. Po trzydziestu latach znajomości, po dość dynamicznych zwrotach i nasileniach jej intensywności mieliśmy pewne strefy do not touch, które omyskaliśmy jeno, dość oględnie, wiedząc o co chodzi. I jeśli czego miałbym dziś żałować, to że jednak nie umiałem dotrzeć do Niego z tym, czego pragnąłem dla Niego najbardziej.

Antoni, dotknięty w dzieciństwie chorobą Heinego-Medina, miał jedną nogę znacznie krótszą i słabszą – mówił o niej: sucha noga. Ale był mężczyzną postawnym i silnym, umiejącym zademonstrować swoje przewagi. Żarliwie antykomunistyczny, wolnościowy, mimo swojej ułomności w demonstracjach i walkach ulicznych grał pierwsze skrzypce, na co nawet pewien człowiek zwrócił mu uwagę – panie Antoni, pan nie musi tak się tu narażać, pan ma cenną głowę, pan jest potrzebny w innych formach, powinien pan pisać – etc. No ale, można powiedzieć nieco paradoksalnie, prócz czynienia zadość rycerskiej tradycji, Antoni właśnie parł do walki – poniekąd – z powodu swojego inwalidztwa, mając w sumieniu swoim przekonanie, że skoro jest na rencie, więc ma tym bardziej obowiązek jakoś się względem tego społeczeństwa szczególniej wywiązać.

Antoni był odważny – i tyle, poprzestańmy na tym. Oprócz różnych terminów, w których stawał, pewnego razu na budynku obleganego komisariatu MO – przy ulicy Piwnej w Gdańsku – wymalował równanie: sierp i młot = Hakenkreuz. Ale też pewnego razu, w stanie wojennym, przechwycony z kolegami przez patrol ZOMO – nie szczędząc im słów dotkliwych – został bardzo dotkliwie pobity, tak że stracił wzrok w jednym oku i przetrącono mu kręgosłup. Jednemu z kolegów Antoniego zomowiec przykładał pistolet do głowy, grożąc, że go zastrzeli – to działo się w środku miasta, na skrzyżowaniu Hucisko, przed budynkiem, dawną siedzibą Klubu Studentów Wybrzeża Żak.

Antoni był poetą, eseistą, autorem scenariuszy, dziennikarzem, publicystą, performerem, fotografem, malarzem/autorem instalacji. Był typem fantastycznym i zarazem klasycznym polskiego szlachcica, o wielkiej fantazji i inwencji, o niepohamowanym talencie i zapale ku erygowaniu przeróżnych krotochwil, każdej chwili gotowym do przygody, ale zarazem był osobą wielkiego serca i niezwykłego społecznego zaangażowania, żarliwej troski o Rzeczpospolitą, człowiekiem biegłym w historii, człowiekiem kultury, umiejącym lotne pomysły ujmować w formę konkretnych projektów, którymi nie omieszkiwał monitować władz. Zdaje się z uwagi na te swoje umiejętności – starając się o mieszkanie komunalne – został zesłany do dalekiej i pośledniej dzielnicy Gdańska, nieopodal śmietniska.

Gdyby Antoniego chcieć opisywać idiomem sienkiewiczowskim – zaiste nie mieści się w nim – bo byłoby to wiele z Zagłoby, choć przecież trzeba by dodać intelektualizm, poezję i odwagę, ale i rubaszność – ale i nieco kmicicowania – choć raczej gotów w łeb uwalić każdą zdradę czy kretyństwo – czy może wypłazować na goły (choć przecież werbalnie), ale znów gdy kto się z tumaństwa otrząśnie – gotów go w jednej chwili uścisnąć i dom i serce otworzyć mu na oścież. Szlachcic, ale i szlachciura nieraz, kulawy, jednooki powinien by był grać w każdym filmie, gdzie mowa o polskiej szlachcie! Ile, po prostu: obserwując Go, mogliśmy się dowiedzieć o nas, o naszej historii, o Polsce, o Rzeczpospolitej.

Niby to jakąś bajkę opowiadam, niby spełniam funeralny obowiązek, i może zdać się to mało ważne, a już zupełnie marginalne w świecie seriali do zawieszania reklam – ale przypomnijmy sobie raczej tę armię zrozpaczonych desperatów, to wypróżnienie Polaków z tożsamości i tę implantowaną nam wydmuszkę międzymorza, z którą nie wiadomo co zrobić, czym toto napełnić (pitbulami?) – a wtedy zobaczymy, że nie jest to bajka, wtedy pojawią się naprawdę uczucia i łzy.
Antoni powtarzał, że zawołaniem polskiej szlachty było: kochajmy się!

Jaką miał swoją nikczemną rację pan Geremek i – jakże skuteczne jej zastosowanie. Antoni hr. Kozłowski przywrócony do rodowych włości nie musiałby latami zabiegać o wydanie tej czy owej książki, zapewne stworzyłby żywy ośrodek refleksji – myśli i Rozmowy. A ile innych, podobnych dzieł zaistniałoby w Polsce, jaką odegrałyby rolę?

Jeszcze tak pilnie chciałbym o czymś tu napisać, o sprawach najważniejszych, o najsmutniejszych. Ale dzisiaj, w tej okoliczności – zatrzymam się.

Żegnaj Panie Bracie!
Żegnaj Mości Hrabio!
Żegnaj Przyjacielu.

Od redakcji: Pogrzeb Antoniego Kozłowskiego odbył się w sobotę (16.12.2017) na cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku-Wrzeszczu.

Zbigniew Sajnóg (1958) — współzałożyciel, uczestnik działań i autor założeń teoretycznych Tranzytoryjnej Formacji Totart (1986-1992). Współautor i współredaktor wydawnictw grupy (m.in. Przegląd Archeologiczny Metafizyki Społecznej „Higiena” — nagroda prasowa „Solidarności”). W drugiej połowie lat osiemdziesiątych współpracował z Ruchem Społeczeństwa Alternatywnego, Ruchem Wolność i Pokój, z Pomarańczową Alternatywą. Współpracował z Brulionem, był współautorem i prowadzącym Brulion TiVi. Na początku lat dziewięćdziesiątych redagował dział w Tygodniku Literackim. Aktualnie współpracuje z portalem Się myśli. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Cyfryzacja. Formatowanie społeczeństwa

Cyfryzacja. Formatowanie społeczeństwa.

Zbigniew Sajnóg „Cyfryzacja”

Pod koniec kwietnia pani minister Anna Streżyńska będąc gościem Radia Zet udzieliła wywiadu panu Konradowi Piaseckiemu. Wypowiedziała kwestie, które stały się przyczyną pewnego politycznego i medialnego zamieszania. Oto fragment z tej rozmowy:

Pani minister, jeden z polityków opozycji, siedzący w tym studiu powiedział mi niedawno: gdybyśmy kiedyś przejęli władzę, a oby stało się to jak najszybciej, mówił mi, minister Streżyńska powinna pozostać w naszym rządzie.

To miło.

Ale miło do tego stopnia żeby pani sobie coś takiego wyobraziła?

Nie myślałam o tym.

Ale nie, czy wyobraża sobie pani, że w takim świecie, w którym jedni o drugich mówią, że to oszołomy i wariaci, a ci drudzy tym pierwszym odmawiają patriotyzmu, będzie ktoś taki, jak Anna Streżyńska, która z rządu Beaty Szydło przeszłaby na przykład do rządu Grzegorza Schetyny i stałoby się to ot tak, po prostu.

Ja dużo świadomego wysiłku włożyłam w to żeby pokazywać, że jestem ponad tymi sporami, które uważam, za niepotrzebne i odwracające naszą uwagę od celów głównych, czyli od rozwoju i od tego żeby obywatelom stworzyć wygodne warunki życia w ich własnym państwie.
Czyli wyobraża pani sobie taką swoją linearną historię?
Wyobrażam sobie współpracę z każdym, kto jest uczciwym człowiekiem, ponieważ sama jestem po prostu technokratą, fachowcem do wynajęcia
.

Rządowy program

W dalszym ciągu rozmowy pani minister wyznała, że równie często zdarza jej się nie zgadzać fundamentalnie z opozycją, co z rządzącymi a jako przykład wskazała programy socjalne rządu.
Wśród licznych komentarzy tej wypowiedzi znalazły się głosy znanych publicystów. Pan Robert Mazurek prostował aspekty ekonomiczne dość pozornie przewrotnym zdaniem: Streżyńska nie mogłaby zarabiać żadnych pieniędzy, gdyby ich Rafalska wcześniej nie wydała. Tak, taka to kolejność. Idzie o to, że właśnie między innymi program 500+ jako wyborczy postulat umożliwił pani Annie Streżyńskiej pracę na stanowisku ministra.
Dalej pan Robert Mazurek zwięźle odniósł się do powyżej cytowanej wypowiedzi pani minister: choć Anna Streżyńska wolałaby uchodzić za całkowicie apolitycznego fachowca, to zasiadając w rządzie jest politykiem po uszy. Nieco ogólniej, bo w ogóle z koncepcją rządów fachowców rozprawił się pan Stanisław Janecki: Pojawią się oczywiście argumenty, że przecież każdy w rządzie powinien być przede wszystkim fachowcem, specjalistą, zawodowcem, bo wtedy „wespół w zespół” można zrobić wiele dobrego. To wyjątkowa naiwność, bo fachowe czy zawodowe ambicje można spełniać w roli prezesa czy dyrektora firmy. Jak nie patrzeć na rząd, nie jest on jednak firmą i ma inne cele niż firma. Jeśli ktoś nie rozumie tej różnicy, po prostu nie nadaje się do rządu, bo nie rozumie polityki.

Anna Streżyńska
Na zdjęciu: Anna Streżynska — minister cyfryzacji w rządzie PiS. Foto: PTWP (Piotr Waniorek)

Matka Kurka w swoim blogu krytycznie wyraził się o rewolucjach pani minister: słyszę o dwóch „rewolucjach”. W końcu zaczęły działać serwery ePUAP, a w planach jest dowód w telefonie. Bądźmy poważni, portal od tego jest, żeby działał, dowód w telefonie, jako projekt, ma w sobie więcej z gadżetu, niż rzeczywistej pomocy dla obywatela. Jedynym sprawnym konkretem, który widzę, jest przeniesienie części funkcji ePUAP na serwery bankowe, głównie chodzi o profil zaufany i wnioski 500+. Tyle, jak na razie, w temacie rewolucji cyfryzacji (..) to co [pani minister] zrobiła do tej pory jest w stanie wykonać średniej klasy pracownik z branży informatycznej. Nie słucham bajki o bidulce technokratce, która nie ma pojęcia, jak ci brzydcy politycy funkcjonują w przestrzeni publicznej. Streżyńska to polityk, w dodatku doświadczony i na pewno nie głupi. Pani minister doskonale wiedziała, że podważając program rządu w kluczowych punktach i oświadczając, że może pracować z każdym, bo bardzo często zgadza się z opozycją, wywoła polityczną burzę. Wiedziała też, że takich słów i deklaracji nie może tolerować żaden dyrektor w byle korporacji, nie wspominając o premier rządu. Pozostaje ustalić, jaki cel polityczny chciała osiągnąć minister Streżyńska swoim politycznym działaniem, które sprzedała naiwnym, jako bezideową fachowość.

Z kolei pan Paweł Lisicki napisał, iż pani Anna Streżyńska jest symbolem sukcesów tej ekipy. A pan Łukasz Warzecha w programie „Salonik polityczny” stwierdził: [Ministerstwo Cyfryzacji] to jedno z niewielu ministerstw, które jest bardzo eksperckie. Oraz: cyfrowe spięcie kraju to jest rzecz niekontrowersyjna politycznie.

Ostatecznie szum ucichł, gdy po groźnie zapowiadanych obradach rządu ogłoszono, że została przyjęta strategia cyberbezpieczeństwa: rząd, przyjął w trybie obiegowym tzw. strategię cyberbezpieczeństwa. Przygotowywany z mozołem przez resort cyfryzacji dokument ma uspokoić nastroje wokół minister Anny Streżyńskiej, której ostatnie wypowiedzi krytykujące niektóre pomysły socjalne rządu, spotkały się z ostrą reakcją szefowej rządu i wielu przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości. (wPolityce).

Mamy być spokojni. Ale wypowiedzi pani minister i całe to wywołane nimi zamieszanie przypomniały mi sytuację z zeszłego roku, gdy szumnie zapowiadano rewolucyjne przekształcenie Polski z papierowej w cyfrową. – Ogłaszam koniec Polski papierowej – tak dobitnie wypowiadała się pani minister. Prezentując rewolucyjny program mówiła: tworzymy Polskę bez gotówki, bez papieru i bez kolejek. Bardzo poruszyły mnie te deklaracje. Bowiem wcześniej miałem jednak wrażenie, że dochodzący do władzy PiS, a więc ludzie deklarujący wiarę w Boga, będą w tych kwestiach postępować uważnie i odpowiedzialnie, że rozumieją co te rozwiązania przyniosą, ku czemu to prowadzi, i że będą raczej szukali możliwości alternatywnych, możliwości opóźniania tych procesów, że rozpoczną o tym publiczną dyskusję. Niestety. Stało się dla mnie jasne, że bez względu na to, jaka opcja polityczna jest u władzy – ten program jest wdrażany, a polityczne wojny, jeszcze owo wdrażanie przesłaniają, powodują, że umyka ono uwadze, nie ma swojego – przecież oczywistego, niezbędnego miejsca w publicznej Rozmowie. I tak owe groźne procesy realizowane są bez uświadamiania ich znaczenia, ich dalekosiężnych konsekwencji, bez pytania społeczeństwa. Te kwestie, tak poważne, idą swoim torem w cieniu spektakli odgrywanych na politycznej scenie. Utożsamione są z rozwojem, przedstawiane jako osiągnięcie, jako sukces cywilizacyjny, coś z czego powinniśmy się cieszyć – a nie jako przecież procesy niosące wielkie niebezpieczeństwa, o których powinniśmy pilnie rozmawiać.

Z programem Ministerstwa Cyfryzacji można zapoznać się, jego prezentacja dostępna jest na rządowych stronach, nie będę go zatem referował. Generalne założenia na dziś to cyfryzacja kluczowych usług publicznych, zwiększenie obrotu bezgotówkowego i wdrożenie inicjatywy tożsamości elektronicznej. W perspektywie wszystko ma się – zgodnie z planem rządu – sprowadzać do wygodnej i wielofunkcyjnej karty krajowej. Docelowo ma się w niej znaleźć niemal wszystko, książeczka pacjenta, legitymacje, dowód, karta biblioteczna, prawo jazdy, bilet komunikacyjny, karta opłat za autostrady… Funkcje można mnożyć. (Przemysław Ciszak, Money.pl).

Sajnóg-baner

Sens sztuki. Sens życia


Jakimi argumentami przekonuje się nas do tego programu? Generalnie według słów pana premiera Mateusza Morawieckiego cyfryzacja pomoże wzmocnić fundament realizacji Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju – jakim jest sprawne państwo. W kwestiach szczegółowych, ograniczanie płatności gotówkowych motywuje się: wygodą (szybsza obsługa w punktach kasowych; dostęp do płatności online 24/7 bez wizyty w urzędzie / punkcie sprzedaży, brak potrzeby czekania na przekaz pocztowy lub obsługę w punkcie kasowym); wyższym poziomem bezpieczeństwa (w przypadku utraty / kradzieży instrumentu płatniczego możliwość zablokowania i uzyskanie ochrony przed nieuprawnionymi transakcjami, eliminacja ryzyka przyjęcia fałszywych banknotów, minimalizacja ryzyka związanego z kradzieżą gotówki); możliwością lepszego zarządzania budżetem domowym; niższymi kosztami obsługi kasowej – wszystko to podaję za programem Ministerstwa Cyfryzacji. Omawiając program pan premier podkreślał zwiększenie wpływów podatkowych, zmniejszenie szarej strefy, obniżenie kosztów transakcyjnych w gospodarce, łatwiejszy dostęp do informacji publicznych i wzmocnienie internetowego kanału komunikacji z administracją oraz nowoczesny wizerunek. Ogólnie ma on przynieść zapewnienie warunków dla rozwoju innowacyjnej i konkurencyjnej oraz cyfrowej i bezgotówkowej gospodarki.

Jakieś osiem lat temu, pracując nad książką pt. „Odzyskiwanie rozumu”, rozważałem jakie zmiany przyniesie, jakie konsekwencje spowoduje likwidacja gotówki i – nazywając roboczo – „chipowanie” ludzi. Wyobrażałem sobie także jakich używać się będzie argumentów w celu przekonania ludzi do poddania tym rozwiązaniom. Przywołam je, by pokazać jak kwestie te są przewidywalne, wystarczy myśleć o tym i rozmawiać.

Zatem łatwe do przewidzenia były motywacje z zakresu oszczędności, ułatwień, sprawności i bezpieczeństwa. Ale to jest zaledwie naskórek, zewnętrzna politura. Bo za tymi wdrażanymi programami idą zjawiska o wiele poważniejsze, o wiele większej wagi, a bez ich zważenia nie można przeprowadzić bilansu opłacalności, bez ich rozpoznania i oceny skutków nie można twierdzić, że ich wdrożenie będzie dla nas dobre, korzystne.

Kompresowanie wiedzy o człowieku i zmierzanie do likwidacji pieniądza w postaci gotówki, a także rozwój techniki, cybernetyki, biochemii, łączności etc. w końcu zośrodkują się razem w rozwiązanie o ogromnej doniosłości dla ludzi, dla człowieka w ogóle, dla wszystkich sfer ludzkiego życia, dla cywilizacji. Po pierwsze – dość oczywiste – powstanie sytuacja w której o każdym grosiku będzie wiadomo skąd wyszedł i dokąd poszedł – którędy, w jakich okolicznościach i w jakim celu. Kto będzie miał dostęp do wiedzy z tego systemu, kto będzie miał możliwość używania go – będzie mógł robić pewne interesy, podejmować działania o trudnej w tej chwili do ocenienia skali, zasięgu i doniosłości.

Patrząc od strony ekonomii – nastąpi zmiana systemu, powstanie sterowana gospodarka post-rynkowa, gospodarka planowa 2.0, czyli system precyzyjnego planowania gospodarczego w oparciu o ścisłą przewidywalność i możliwość kreowania sytuacji. Zaś w wymiarze społecznym będzie to oznaczało precyzowanie systemu kastowego – aksamitnego, bezdotykowego niewolnictwa.

Tak jak dziś używa się pojęcia szklany sufit, tak powstanie inna jego wersja – inna sytuacja: szklana bańka. Człowiek nawet nie będzie zdawał sobie sprawy np. dlaczego jego życie układa się tak, a nie inaczej, będzie funkcjonował w zamkniętej sferze nawet nie widząc, że jest określany – lub: do jakiego stopnia jest określany.

W takiej sytuacji należy się spodziewać zwiększenia selekcji negatywnej, jaki bowiem człowiek sumienia chciałby odgrywać świadomie czynną rolę w tworzeniu i obsłudze takiego systemu?
Kwestie przestępczości i terroryzmu będą używane jako bardzo silne argumenty zarówno na rzecz zlikwidowania gotówki jak i „ochipowania” ludzi, bo to przyniesie bardzo poważne utrudnienia w spiskowaniu, w organizowaniu się złoczyńców (zawsze wiadomo kto-gdzie-kiedy jest). Usprawni odnajdywanie zaginionych i uprowadzonych, a trudno będzie uzyskać okup, czy sprzedać rzeczy pochodzące z kradzieży. Napady rabunkowe staną się nieomal bezprzedmiotowe. Wreszcie będzie można ukrócić narkomanię i handel narkotykami, przemyt – a w każdym razie ta możliwość będzie mocnym argumentem. Łatwiej będzie można zaprowadzać, kontrolować i utrzymywać porządek od organizacji państwa po uliczny wandalizm. Każde np. przekroczenie prędkości na drodze będzie zawsze ukarane. System utrudni dokonywanie przestępstw, ułatwi ich wykrywanie i chwytanie przestępców, będzie efektywny, szybki i niedrogi. Wprost trudno wymienić wszystkie zalety w tym zakresie, to będą bardzo przekonujące argumenty. Któż mógłby nie chcieć, by taki system wprowadzano – chyba tylko przestępcy?

Kadr z filmu "1984" w reżyserii Michaela Radforda opartego na powieści George'a Orwella, opisującej wizję totalitarnego reżimu kontrolującego każdy aspekt życia obywateli. Źródło: Dailykos.com
Kadr z filmu „1984” w reżyserii Michaela Radforda opartego na powieści George’a Orwella, opisującej totalitarny reżim kontrolujący każdy aspekt życia obywateli. Źródło: Wikipedia

Tylko – kto będzie decydował, co jest przestępstwem? Przecież przeżyliśmy takie doświadczenie – „kradzież pierwszego miliona” stała się jawnie głoszonym prawem ekonomii w procesie transformacji, eufemistycznie nazywanym przekształceniami własnościowymi. Nadto następuje podmiana wartości i zmiany definicji pojęć, klasyfikacji zjawisk. Może się okazać, że ci co argumentują ukróceniem przestępczości mówią o czymś innym niż to, co rozumieją pod tymi pojęciami ci, których te argumenty mają skłonić do opowiedzenia się za wprowadzeniem „systemu chipowania”. Nadto niejako z natury rzeczy, nieuchronnie, proces układania całego świata w jeden system oznacza działanie zmierzające do spasowania poglądów, wyznań, progów moralnych, wartości… Na przykład stopniowo prostytucja zostanie uznana za zwykły zawód.

W tym kontekście niepokojąco zabrzmiały wypowiedziane w jednym z wywiadów słowa pani minister o związkach partnerskich: – One istnieją. Pewnie jest to wyzwanie, z którym przyjdzie się prędzej czy później zmierzyć, bo dotyczy to bardzo istotnych spraw ludzkich. Podważanie i rozchwiewanie małżeństwa w działaniach zmierzających do ciasnego spasowania społeczeństw ma swoją ważną rolę.

Tu małe rozwinięcie, przyjrzyjmy się tej kwestii uważniej: ktoś dokonuje takiego wyboru – ma taki pomysł, chce żyć w tak zwanym związku partnerskim. Ma taki pomysł i chce go sobie realizować – i tak robi, tak sobie żyje. Ale w następnym kroku chce aby ten jego pomysł wyposażyć w regulacje prawne przynależne rodzinie. Tyle, że to już nie jest sprawa wolności tych ludzi, podejmujących taką decyzję, to już jest narzucanie i ingerencja dokonywane w imię tego swojego pomysłu na życie. To jest w imię tego pomysłu dokonywanie destrukcji pojęć i żądanie takiej destrukcji w ogóle, w skali społeczeństwa. Dlaczego ci ludzie chcą coś, co przynależy do innego porządku zabrać i – niszcząc ten porządek – używać według swojego pomysłu? Dokonujecie eksperymentu – miejcie odwagę dokonywać go na swoje konto, nie wystawiajcie rachunku innym, nie ściągajcie na innych konsekwencji swoich wyborów. Bo – dlaczego zmuszasz wszystkich, by się pod tym podpisali, by uznali równorzędność rodzin i tych związków, by wzięli za to odpowiedzialność (w sensie duchowej odpowiedzialności). I tu ujawnia się jedno z niebezpieczeństw owej chłodnej fachowości, która patrzy na fakty życia – są małżeństwa, są związki partnerskie – i chce matematycznie opisywać na tym stanie społeczeństwa spajający cyfrowy system, nie czytając, że owe związki i małżeństwa są zupełnie czymś innym. I nie bacząc zupełnie na dalekosiężne konsekwencje takiego działania.

W Piśmie czytamy, że mąż i żona są jednym ciałem. Czy „relację” ze swoją ręką lub nogą, czy którąkolwiek z części swego ciała opisałbyś jako związek? Tak zwany związek partnerski jest czymś zupełnie innym niż małżeństwo.

W procesach formatowania społeczeństw rozstrzygające będą argumenty naukowe – choć przecież z doświadczenia wiemy, że nauka często błądzi i jest wciąż w drodze. Poza tym – pamiętamy naukę nazistowską, pamiętamy naukowy światopogląd – komunizm – i nieprzebrane morza ich ofiar. Albo przykład Tomasza Roberta Malthusa, który wyliczył matematycznie, że istnieje nieunikniona dysproporcja między przyrostem ludności, a ilością żywności, a stąd wywiódł postulat zmniejszania zarobków ludziom biednym, aby ich zmusić do zaniechania rozmnażania się. Pod wpływem jego teorii wprowadzono w Wielkiej Brytanii tzw. prawa ubogich (Poor Law, 1834) na mocy których likwidowano pomoc w naturze i pieniądzu dla bezrobotnych i innych, pozostających bez środków do życia. Oczywiście naukowiec ów kompletnie nie przewidział skokowego rozwoju cywilizacji – technik uprawy, mechanizacji, rozwoju przemysłu spożywczego, nawozów sztucznych, komunikacji etc. – a ilu ludziom za przyczyną jego teoryj wyrządzono straszną krzywdę? Nie przypadkiem przywołuję ten przykład, bo współcześnie malthuzjanizm, teoria depopulacji, znów jest przywoływana. I mimo tak niedawnych, tak strasznych doświadczeń wzrasta dzisiaj znowu przyzwolenie dla „eutanazji” – etc.

Należy też poczynić tu niezwykle ważną obserwację, mianowicie a n i m a l i z a c j a człowieka jest naukowym błędem i widać to nie mniej, ale właśnie coraz wyraźniej w miarę rozwoju nauki i różnych wynikających z niej niezwykłych możliwości. Ewidentnie rozwój nauki nie kieruje do materializmu ale wskazuje na Boga. Nie widzimy, by którekolwiek ze stworzeń świata zwierzęcego miało tak kształtować swoje życie i rzeczywistość, ta różnica między człowiekiem a zwierzętami jest ewidentna i w miarę rozwoju nauki, ludzkich możliwości, coraz bardziej się unaocznia. Nie widzimy, by w ciągu ostatnich 200 lat szympansy porównywalnie posunęły się w produkcji Bentley’ów i we wzorach z fizyki.

Zatem – wracając do omawianego programu cyfryzacji – system na pewnych warunkach będzie wprowadzany, na pewno takich, które będą możliwe do przyjęcia dla większości – ale kto i w jaki sposób będzie potem decydował o kierunku zmian, i czy nie będzie już ten kierunek z góry zaplanowany na wiele posunięć? I wreszcie: jaka będzie interaktywność owych „chipów” i ludzi, oraz: co będzie jawne – a co będzie wprowadzane bez wiedzy „chipowanych” albo w postaci uśpionych możliwości – i tak dalej.

Przy pełnej wirtualizacji pieniądza władza niejako naturalnie przejdzie w ręce właścicieli instytucji finansowych.

Czyż nie znaczy to, że wyjdzie w ogóle poza nasz kraj, w ogóle z polskich rąk? Więc będzie to władza której działania są niewidoczne i na którą Polacy nie będą mieli jakiegokolwiek wpływu – nie mogąc jej wybrać, zmienić, sprawdzić. A w dodatku przecież mówimy jednak o czymś innym niż jest teraz – mówimy o okolicznościach bezpośredniej kontroli i zapewne – w perspektywie – także bezpośredniego sterowania ludźmi. Już dzisiaj jest na przykład zwykłą rzeczą tłumienie natrętnych myśli za pomocą oddziaływania przez wszczepione elektrody. To nie są kwestie z obszaru fantasy – to jest realna rzeczywistość już dziś.

Myśląc o bliższej perspektywie uformowanie elektronicznego systemu spinającego państwo i jego obywateli – państwo takie jak nasze, czyli nie ze szczytu technologicznego, a więc kupujące elementy tego systemu u innych – potencjalnie jest otwarciem się na zagrożenie szpiegowskie ale może i na jakiś rodzaj „wrogiego przejęcia” – na przykład blokującego czy zaburzającego życie kraju. A czemu mogą posłużyć zabezpieczenia biometryczne – zbieraniu wiedzy? W perspektywie – oddziaływaniu na ludzi? A nawet jeśli dziś są bezpieczne – czy będą takimi nadal za kilka lat?

Gdy mając te rzeczy na uwadze przyjrzymy się projektowi Ministerstwa Cyfryzacji, gdy z tej perspektywy spojrzymy na użyte argumenty – zaiste ogarnia zdumienie. Widzimy myślenie na krótkim dystansie, zmierzające do załatwienia bieżących spraw – jak ograniczenie szarej strefy – ale co z celami i konsekwencjami dalszymi? Co z tak poważnymi niebezpieczeństwami? Jak można ocenić czy przedstawiane projekty są korzystne – jeśli się tych spraw nie przemyśli, nie zważy? Przy takiej skali możliwych zagrożeń, w takiej wagi kwestiach argumentuje się wygodą (!), przyspieszeniem procedur, zabezpieczeniem przed przyjęciem fałszywego banknotu, czy wizerunkiem?

Powinniśmy – obywatele kraju – otrzymać zestawienie korzyści i niebezpieczeństw, rzetelnie opracowany dokument wyjściowy do przeprowadzenia ogólnonarodowej, jak kto woli: ogólnospołecznej dyskusji – co w tej sytuacji zrobić? To nie są kwestie wygody, to nie jest rodzaj unowocześnienia – jak nowe wyposażenie samochodu czy nowy rodzaj sprzętu AGD, który przyjmujemy właściwie już mechanicznie jako zwykłe dobrodziejstwo rozwoju pozwalające zaoszczędzić trochę czasu w pracach domowych albo czym niektórzy „poprawiają sobie wizerunek”. Takie myślenie o tych akurat sprawach jest pomyleniem pojęć, bo zlikwidowanie gotówki i „chipowanie” to są kwestie o zasadniczym, dalekosiężnym znaczeniu, o wielkiej wagi konsekwencjach.

Przed laty zapisałem myśl taką: by nakłonić ludzi do zgody na powszechne „chipowanie” będą używane różne motywacje i zachęty. Wymieniając cały wachlarz walorów wmawiać się będzie ludziom, że to jest samo dobro, jednocześnie bagatelizując, pomniejszając wagę tego, co ludzi niepokoi, co uważają za zagrożenia, a najważniejsze cele i powody – ukrywając. Niestety tak właśnie te sprawy są prowadzone. Tak to wygląda.

Teraz inna kwestia. Przytoczę dwa fragmenty z wywiadów z panią minister Anną Streżyńską. Fragment pierwszy:

Sebastian Ogórek, WP money: Jeszcze rok temu mówiliśmy o dowodzie przez komórkę. Dziś już szykujecie się do startu. Kiedy nawet tego dokumentu nie będę musiał nosić, bo będzie nim moje oko lub ręka?

Jeśli chodzi o mDokumenty to planujemy w połowie roku testy w kilku miastach, a następnie wdrożenie. Natomiast rozwiązania biometryczne to przyszłość, biometria dziś nie może być stosowana np. wobec pracowników. Orzecznictwo sądowe jest takie, że zostawienie śladu biometrycznego nie może być wymuszane stosunkiem pracy. O jakichkolwiek datach trudno tu mówić. Chcemy pokazywać, że tego typu rozwiązania nie kradną duszy i z powodzeniem funkcjonują w wielu miejscach, np. w bankach. Jednak widząc, jakie emocje wzbudziły u niektórych nasze mDokumenty, przez zwykle niezrozumienie i niedopytanie, wiem, że nie będzie to łatwe.

Potrzeba zmiany pokoleniowej?

Ona się już dokonuje, a ponadto w przypadku wielu osób ta samoochrona ma charakter pozorny. To jest paradoks, ale idąc do centrum handlowego, ludzie masowo oddają do skanowania swój dowód, np. chcąc wypożyczyć wózek dla dziecka. I nikt nie podnosi alarmu, że pracująca tam pani ma bazę dowodów połowy Warszawy. Z drugiej strony, boimy się zeskanowania naszego palca, którego nikt nam nie ukradnie.

Fragment drugi:

Konrad Piasecki, Radio Zet: Czyli kto chce mieć tekturowy dowód, czy plastikowy, ten pozostaje w plastiku, a kto chce mieć smartfonowy ten będzie miał smarfonowy?

Ten będzie miał i tak, rolą administracji jest zapewnienie obsługi każdego obywatela, również takiego, który ma fantazję mieć dowód plastikowy do końca swoich dni.
Czyli takie ostańce i relikty pozostaną, chociaż będą coraz bardziej reliktami.
Będą relikty, niecałe jeszcze 50 proc. społeczeństwa jest zwolennikami tradycyjnych dokumentów i nosi je przy sobie, choć już nie ma takiego obowiązku.

W pierwszym z fragmentów pani minister stwierdza, że samoochrona ludzi ma charakter pozorny, ale zdaje się nie zauważać, że w kwestii biometrii najwyraźniej chodzi nie o lęk przed ujawnieniem danych a przed tym rodzajem systemu kontroli. Nie twierdzę, że jest to wyraźnie uświadomione – ale tu chodzi o to: nie chcę aby ktoś grzebał w mojej biologii. Moje nazwisko mogę podać, to tak jakbym się przedstawiał – biometria to jednak coś innego, to jednak ma właśnie coś wspólnego z ingerencją w duszę – nawet jeśli nie dzisiaj jeszcze, to w niedługiej perspektywie po prostu tak.

Jest w tych wypowiedziach pani minister wyraźne ominięcie kwestii naprawdę ważnych, a argumentowanie wymianą epok i tak naprawdę choć delikatnym, to jednak obraźliwym i stygmatyzującym użyciem kategorii „wady pokoleniowej”. Widać to jakże wyraźnie w drugim z cytowanych fragmentów. Padają określenia: ostańce, relikty. Pani minister mówi o fantazji posiadania plastikowych dokumentów. To jest sprowadzanie bardzo poważnego problemu do kwestii uwiądu starczego, przyzwyczajenia, pewnej staromodności – ludzie ci nie muszą nosić tych dowodów, ale jak chcą niech sobie noszą. By the way, z mojego doświadczenia wiem, że w Polsce dowód jest potrzebny, wielu spraw bez dowodu załatwić nie sposób. W zeszłym tygodniu okazywałem u dentysty. Telefonia komórkowa wymaga dowodu, policja na ulicy.
Jeszcze jedną rzeczą, na którą zwróciłem uwagę jest uspokajający ton słów pani minister. Mówi: mogą sobie ci ludzie spokojnie legitymować się plastikowym dowodem osobistym – do końca życia. Z jednej strony – to dobrze, że nie ma naporu, ale z drugiej sytuacja nie jest bynajmniej tak spokojna, a w zależności od tempa jej rozwoju – może właśnie i ci ludzie będą zmuszani do przejścia do postaci elektronicznej.

Póki trwa zmierzanie do celu – jakim jest likwidacja pieniędzy tradycyjnych (3D) – rzeczywiście nie ma naporu, bo i tak to są procesy, które wymagają czasu, organizacji, stworzenia infrastruktury etc. Ale owszem nastąpi moment wielkiego naporu i to z kilku stron naraz. Państwo będzie chciało pozbyć się wydatków związanych z utrzymaniem pieniędzy 3D – kosztów druku, zabezpieczeń, przechowywania, transportu, ochrony, kontroli i czego tam jeszcze. Biznesmeni – handlowcy zapragną pozbyć się kas i kasjerów, ochrony, i kosztów transportu etc. Ale też będzie presja ze strony ludzi upojonych imitacją wolności – sprzedawane w sklepach rzeczy będą elektronicznie oznakowane, ludzie „ochipowani” będą wchodzić, wybierać i wychodzić – skaner przy wyjściu piśnie, impulsy przepłyną z konta na konto. I tak wszędzie – w komunikacji, w kinie, w kawiarni – dziecinna ułuda wolnego świata.

Oczywiście, o czym już była mowa, ciśnienie ku „ochipowaniu” będzie także wywierał terroryzm – zapewne i specjalnie w tym celu generowane napięcia. A w takich okolicznościach ludzie zostaną postawieni w sytuacji: albo – albo, nie będzie tego klimatu dowolności i swobody o jakim mówi pani minister, owego: jak chcą to mogą sobie chodzić z plastikowymi dokumentami do końca życia. Co bowiem będzie oznaczała odmowa, co będzie oznaczało powiedzenie: nie zgadzam się na pieniądz wirtualny, nie przyjmuję „chipa”? – Brak zdolności załatwiania podstawowych spraw, robienia zakupów, opłat, korzystania z komunikacji, wejścia do miejsca pracy, brak ubezpieczenia, utrata mieszkania, niemożliwość korzystania z usług medycznych, utrata głosu – praw obywatelskich, niemożność wpływania na sytuację – po prostu wystawienie poza cywilizację, może w sensie dosłownym – poza bezpieczne strefy. Ludzie ci będą obciążani winą jako aspołeczni, nie chcący się integrować, niszczący społeczeństwo – dla własnych dąsów i fantazji – a więc osoby nie warte współczucia. Będzie im się odbierało dzieci. Może będą gdzieś dogorywać na peryferiach – relikty, ostańcy, którzy nie chcieli takiego dobra, takiej fajnej społeczności, wreszcie po ludzku zorganizowanej.

Zbigniew Sajnóg
Szwedzka firma Epicenter planuje wszczepić swoim pracownikom czipy do celów kontrolnych. Na zdjęciu: czip sterowany falami radiowymi przeznaczony do implantowania w ludzkim ciele. Źródło: News.com.au

Bo, na przykład będzie się tłumaczyć emerytom, ludziom starszym – „o, tu przykleimy pani taki o plasterek i, widzi pani, tam w centrali będzie ktoś dyżurował i w razie jakby pani się coś stało, gdyby pani zasłabła albo gdyby pani skoczyło ciśnienie, zaraz będziemy wiedzieć i będziemy reagować, zaraz ktoś przyjdzie samotnej pani z pomocą, widzi pani jakie to dobre, jakie szlachetne!” Telewizje pełne będą pięknych, wzruszających i przekonujących przykładów, rozumnych argumentów i debat o konieczności. Będą wyrazy podzięki od uratowanych staruszek ze łzami wdzięczności płynącymi po twarzy i obrazy ślicznych, ciepłych pań z centrali – ach! I tylko jakieś nieodpowiedzialne oszołomy będą coś bredzić przeciwko temu. No każdy chyba będzie widział, że to nienormalni i trzeba ich usunąć. Gromadzenie, przetwarzanie informacji przez sprawujących władzę będzie rozumiane jako przecież właśnie jakże pożyteczne, a nie: groźne – zamykające w szklanych bańkach. Przecież nareszcie wiele rzeczy będzie można obliczyć, przewidzieć, racjonalnie zorganizować, zaplanować, nie będzie marnotrawstwa… Kto może nie chcieć tych rozwiązań, kto może się temu sprzeciwiać – wiadomo: oszołomy, sekciarze, notoryczni pieniacze, nury, ludzie asocjalni, denerwujący… Sami sobie winni.

Tak, tak – jeszcze przecież się to nie zaczęło, a już słychać wprost publicznie wypowiadane słowa o reliktach, o pokoleniu które musi odejść… Słowa te są już teraz, jawnie, publicznie wypowiadane.

Nadchodzące niebiezpieczeństwo

Pani minister deklaruje się jako fachowiec do wynajęcia, technokrata. Ma być to dla nas uspokojeniem, zapewnieniem, że naszymi sprawami zajmuje się człowiek odpowiednio przygotowany, o odpowiednich kompetencjach. Tak się nam to kojarzy – skomplikowanymi sprawami technicznymi zajmuje się technokrata. Ale gdy wejrzymy na wyżej poruszone kwestie związane z likwidacją pieniądza 3D i z „chipowaniem” widzimy, że akurat technokracja nie jest w tych okolicznościach tym rodzajem fachowości – takim jej rozumieniem, czy definicją – jakie mogłyby nas uspokoić. Przekonać, że sprawy idą we właściwym kierunku, że są we właściwych rękach. Bowiem szczególnie w tych okolicznościach, w tych tak wrażliwych kwestiach – znów – potrzeba nam nie, nazwijmy to: „zimnej” fachowości – myślenia matematycznego, technicznego, ale właśnie szczególnie „gorącej” i „wizyjnej” czyli wyczulenia na niebezpieczeństwa, empatii, żarliwości, umiejętności rozpoznawania dalekosiężnych skutków i uprzedzania zagrożeń.

Potrzeba jasnego rozpoznania i świadomości niezwykłego dramatyzmu tej sytuacji, świadomości, że nie dotyczy to tylko Polski, ale cywilizacji i w ogóle ludzkości. Dramatyzm wynika stąd, że procesy te są owszem niezwykle pożyteczne, ale i niezwykle groźne, a zarazem też – nieuchronne. Co zatem robić? Czy są jakieś alternatywny? Czy istnieją jakieś możliwości zabezpieczenia się przed skupieniem wszystkich aspektów życia w mocy właścicieli instytucji finansowych, ewentualnie – na wypadek takiego skupienia? Czy zatem w tej sytuacji powinniśmy się spieszyć, czy właśnie wdrażanie tych programów opóźniać? I czy zatem właściwą osobą do prowadzenia tych tak doniosłych a wrażliwych spraw, do rozstrzygania w tych sprawach jest technokrata sprawnie wdrażający programy?

Jedno jest pewne – o nadchodzących niebezpieczeństwach należy głośno mówić, przygotowywać do ich nadejścia, ostrzegać, uprzedzać i organizować o tych kwestiach publiczną Rozmowę, szukać wspólnie jakichś rozwiązań. Ale, no właśnie, w prezentacjach programu przemiany Polski z papierowej w cyfrową nie ma wezwania do debaty, nie ma ostrzeżeń – są kuriozalne zachęty (wygoda, wizerunek). I to poważnie daje do myślenia.

Do poprowadzenia tych spraw potrzeba ludzi mających świadomość sytuacji, rozpoznających ją, umiejących badać, nazywać, wyciągać wnioski, formułować zadania. W tych sprawach, w tej sytuacji chłodny technokrata sprawnie działający na poziomie kwestii technicznych – to jest poziom wykonawczy. Fachowość rozumiana jako zdolność obliczeniowa w tych okolicznościach – to jest grubo za mało, jest niewystarczająca do roli prowadzącego. Rzekłbym – jest alarmująco nie na miejscu. Do poprowadzenia tak wielkiej wagi spraw raczej chcielibyśmy nie fachowca do wynajęcia, ale jednak kogoś zaangażowanego, żarliwego, współczującego z nami.

Pani minister powiedziała: jestem ponad tymi sporami, które uważam, za niepotrzebne i odwracające naszą uwagę od celów głównych, czyli od rozwoju i od tego żeby obywatelom stworzyć wygodne warunki życia w ich własnym państwie. Cóż, cywilizacje rozwijały się – ale i zwijały, i bywały niszczone. Dlaczego mielibyśmy a priori wszystkie cywilizacyjne nowości uważać za rozwój? Czy historia nie dostarcza nauki, że należy się nowościom pilnie przyglądać? Powinna być stała o nich Rozmowa, monitorowanie i refleksja. I w tym sensie stawianie za cel główny rozwoju i wygody życia, a uznanie politycznych sporów za niepotrzebne znów daje do myślenia. Oczywiście rozumiemy, że pani minister chodzi o rodzaj sporu z jakim mamy do czynienia teraz, ale jednak – określiła, co uważa za cel główny.

Przy głębszym wejrzeniu dostrzegamy w tej wypowiedzi pani minister odwrócenie – bo nigdy wygoda nad sensem życia. Bo Rozmowa jest bardzo ważnym narzędziem, sposobem organizowania naszego życia. A chodzi przecież o to, co z nami będzie, z życiem pokoleń, z naszym domem. Nie można stawiać wygody i procesów apriorycznie uznawanych za rozwój – nad Rozmową. Problem w Polsce jest ten, że nie ma rozmowy, a wojny, i w tę stronę powinno iść rozpoznanie i działanie: co zrobić aby wojny zastąpiła Rozmowa, bo jest niezwykle pilnie potrzebna – a nie w odwracanie porządku życia. Niestety tu właśnie pani minister jako polityk zajmujący się tak wrażliwymi kwestiami – zawodzi. Jako technokrata widzi się ponad sporami, chce realizować program.

Pani minister wypowiedziała także taką kwestię: wyobrażam sobie współpracę z każdym, kto jest uczciwym człowiekiem. Znów wymaga to uważniejszego przyjrzenia się, bowiem owo pojęcie: uczciwość, wymagałoby tu dookreślenia, ale i tak jest ono w tych okolicznościach niewystarczające. Bo rozumiemy, że chodzi o ludzi, którzy nie kradną, nie dają się korumpować, którzy pracują uczciwie, rzetelnie… Powoływanie się na uczciwość brzmi szlachetnie, ale przecież można być nieświadomym – rzetelnym, uczciwym podwykonawcą oszustwa. A przecież w tej omawianej sytuacji, w tej omawianej kwestii, jak już wspomniałem idzie o dużo więcej – potrzebna jest świadomość rzeczy, rozpoznawanie, rozumienie zagrożeń – i to prawdopodobnie przeprowadzanych z premedytacją, wyszukanych działań wymierzonych w obywateli i kraj. Człowiek uczciwy w tej sytuacji to mało – potrzebny jest świadomy rzeczy, o przenikliwym myśleniu, odważny człowiek sumienia.

Celowo rozpocząłem ten artykuł od zacytowania większej ilości komentarzy znanych, poważnych publicystów. Chciałem w ten sposób zilustrować tezę, iż rozmowa w naszym kraju nie jest na poziomie zjawisk, procesów jakie się dokonują, wagi spraw z jakimi mamy do czynienia. W mediach publicznych na przykład kwestie poruszone w niniejszym artykule są nieobecne. Jak i zresztą wiele innych poważnych problemów. Również sam poziom rozmowy, sposób, są dramatycznie nieadekwatne do powagi sytuacji. Są w stylu popkulturowych wymian – a powinny być głęboko merytoryczne, nastawione na referowanie zagrożeń i wspólne szukanie rozwiązań. Media publiczne rozmijają się dramatycznie ze swoim posłaniem i obowiązkiem.

Problemy, o których mowa w tym artykule obecne są raczej w publikacjach internetowych, w portalach raczej niszowych i kojarzonych raczej z teoriami spiskowymi, co już samo wzbudza pewną rezerwę, podczas gdy są to kwestie niezwykle poważne, o niezwykle ważnych konsekwencjach, a w dodatku teraz właśnie, w tym czasie postępują w tych kwestiach decydujące procesy, jeśli społeczeństwo miałoby zabierać głos, chciałoby jakoś wpłynąć na to, co się wydarzy – właśnie ten czas jest najodpowiedniejszy.

Tymczasem, jak widzimy, te poziomy analizy i refleksji są w ogóle nieobecne w wypowiedziach publicystów, raczej mają one charakter analiz politycznych, i to raczej bieżących. Z wypowiedzi pani minister nie zostały wyłuskane rzeczy ważne, których wyłuskanie, oprócz oczywistego wywiązania się z obowiązku dostarczenia społeczeństwu wiedzy, z obowiązku ostrzegania, uprzedzania zagrożeń, mogłoby być pomocą także dla rządzących. A taka jest zdaje się właściwa, najszlachetniejsza rola pracowników mediów – nie występy w rolach szermierzy wyprowadzających sztychy w potyczkach opcji politycznych. Szczególnie w Polsce i teraz, w tym czasie wymóg najwyższej merytoryczności ma wagę nie do przecenienia, ogromną.

Tylu mamy – ach! – lewicowo wrażliwych i prawicowo prawych publicystów, i tyle serc uczonych gorejących – ale gdzie jest poważna rozmowa na temat tak drastycznie doniosły, tak dramatyczny, jak likwidacja pieniądza 3D i „chipowanie”? W świetle powagi tych spraw akurat kwestia lojalności wewnątrz rządu czy stronnictwa politycznego jest wagi trzeciorzędnej, owa – brzydko mówiąc – obrotowość ministra zajmującego się tymi sprawami jest w najwyższym stopniu niepokojąca z zupełnie innych względów, co starałem się przedstawić. A porywanie ludu w bieżące polityczne bitwy i utarczki jest w tej sytuacji właśnie nieceniem zamieszania przesłaniającego to, co tak ważne.

Także rozważanie różnic między fachowością biznesmena, a fachowością polityka nie dotyka istoty problemu. W tej sytuacji bowiem potrzeba fachowca, który widzi do czego procesy te prowadzą, myśli w tej perspektywie bezkompromisowo służąc społeczeństwu. A więc referuje sytuację, proponuje właściwy sposób rozmowy i rozstrzygania, proponuje rozwiązania poddając je pod dyskusję. Bo albo trzeba te procesy, o których mowa możliwie odsuwać w czasie przygotowując społeczeństwo na ich możliwe negatywne skutki, uświadamiając i szukając jakichś sposobów obrony, albo trzeba szukać alternatyw. Fachowiec – odpowiedzialny polityk, mniej więcej tak powinien postąpić w tej sytuacji, ale w ogóle nie ma o tym mowy. Podaje się nam jak dogmat: likwidujemy Polskę papierową – będzie wygodnie i bezpiecznie. No to jest skandal.

Naprawdę przejawy świadomości rzeczy znajdowałem w kilkuzdaniowych komentarzach internautów. Przykłady:

~Res: (…) Likwidacja obrotu gotówki śmierdzi na kilometr pomocą dla banków w doliczaniu marży do każdej transakcji. Nienawidzę Banków, uważam że jesteśmy przez nie okradani. Dlaczego Rząd zmusza mnie do współpracy z nimi ?

~sw: (…) „Cyfrową Polskę” można będzie realizować dopiero wtedy, gdy banki będą w polskich rękach.

Rozczochrany: Jeśli umieścimy kartę ubezpieczenia zdrowotnego na karcie bankomatowej to banki będą miały wgląd w nasze dane medyczne. Dane dotyczące zdrowia i leczenia są bardzo wrażliwe i (…) dla instytucji finansowych są bardzo wiele warte. Na tyle cenne by stworzyć odpowiednie oprogramowanie do sczytywania tych danych obywateli bez ich wiedzy.

Ale właśnie nie sięga się po ten możliwy potencjał, nie organizuje się publicznej debaty na ten temat – debaty z intencją szukania rozwiązań. Najwyraźniej plan jest taki, aby Polakom zaaplikować owe rozwiązania bez konsultacji i stawiając społeczeństwo niejako pod ścianą, przedstawiając te rozwiązania jako oczywisty etap rozwoju, bezdyskusyjny, do zaaplikowania.

A niestety, uważam, że żyjemy nadal w długim cieniu PRL – w kulturze ominięcia. PRL był sowiecką okupacją, Polacy byli przez te dziesiątki lat pozbawieni normalnej Rozmowy i kształtowani byli przez kulturę przemilczenia, kompromisu, kulturę ułomną, omijającą to, co naprawdę – żywotnie ważne. A kultura III RP jest tego stanu rzeczy kontynuacją. Niestety także społeczeństwo jest do tego wdrożone, nie upomina się o Rozmowę, nie upomina się o poważne media, w których sięga się do meritum, informuje ale i wypracowuje sposoby działania. Po 1989 roku media zostały ponownie ukradzione, Polacy nawet nie mają ogólnie wyobrażenia jak mogłyby wyglądać, jakim mogłyby być narzędziem społecznej komunikacji i załatwiania wspólnych spraw. Niestety publiczne media zajęte są na przykład produkcją usypiających seriali. Miliony ludzi śnią swój sen, kompletnie nie rozumieją, że za chwilę wsadzi im się jak byczkom kółka w nosy. Utrzymują media, które nie wypełniają swojego zobowiązania.

W PRL właśnie szczególnie tępiono charakter – bystrość, umiejętność rozpoznania, co jest ważne, rozmowy o tym, reagowania. Zarazem to były dziesięciolecia poczucia bezsilności, beznadziejności, przyzwyczajenia do tego – w tym sensie – bezruchu.

Społeczeństwo raczej jak za komuny skłonne jest psioczyć po kątach – temu przyzwyczajeniu współcześnie odpowiada charakter internetu – anonimowych komentarzy.

I tu rola mediów jest ważna, szczególna, właściwie jedyna, bo jak trudno jest szybko przestawić cały system kształcenia, te rzesze ukształtowanych peerelem, wdrożonych do tego biernego trybu nauczycieli, i przez nich ukształtowanych następnych – tak poprzez media stosunkowo nieduża liczba ludzi może zrobić wiele. No ale przecież wiedziano o tym – i mediów i kultury starannie przypilnowano.

Owo wdrożenie Polaków, ukształtowanie przez totalitaryzm widać dobrze na przykładzie właśnie dowodów osobistych. Nawet nam, jako społeczeństwu przez myśl nie przeszło i nie przechodzi, że dowodów mogłoby nie być – w ogóle. Mamy wdrożoną konieczność dowodu, przekonanie o oczywistej niezbędności dowodu, mamy to głęboko „zracjonalizowane”. Każdy produkt musi mieć metkę.

Na przykład w Wielkiej Brytanii dowody osobiste wprowadzono na czas II wojny światowej – z oczywistych względów bezpieczeństwa, ale po wojnie społeczeństwo nie życzyło sobie tej szykany – zniesiono obowiązek posiadania dowodu. Ponownie wprowadzono w 2006 motywując zagrożeniem terrorystycznym, ale w 2010 znów zniesiono. Niestety my nie mamy takiej wyobraźni, że przecież można żyć bez dowodów. Czemu mamy w swoim kraju, w swoim domu przymus legitymowania się – że my to my? Czemu mamy być opieczętowani, sztorcowani, stawiani do pionu? Podobnie przez jakże wiele lat utrzymywane jest „przywiązanie chłopa do ziemi” obowiązek posiadania stałego zameldowania – absurdalnie, wbrew tak zasadniczym i głębokim zmianom w życiu ludzi – podróżom, zmianom miejsc pracy, pobytu (wynajmy), emigracji etc. – ciągle ten obowiązek. Przecież każdy dobrze wie, że tam, gdzie potrzebne jest podanie adresu – na przykład do korespondencji w sądzie – jest w jego interesie ten adres podać i korespondencję odbierać – bo jak nie to poniesie konsekwencje. Wysilone są również inne argumenty – rozliczenia podatkowe czy głosowania – po prostu obywatel zgłasza z prawnie ustalonym wyprzedzeniem gdzie się rozlicza – i to jest jego sprawa, żeby się z tego wywiązać. I gdzie głosuje. Po co ta meldunkowa biuralicja, jakie są jej koszty – ale przede wszystkim: cóż to jest za obyczaj, co to za feudalne traktowanie? Dlaczego ten przymus? Czy obiecywane od lat zniesienie tego obowiązku przeciągane jest do momentu, kiedy będą chcieli ludzi „chipować”? Wtedy powiedzą: znosimy obowiązek meldowania się, jesteście wolni?

Nawyk z policyjnego państwa i „racjonalizowanie” tego nawyku pozornymi argumentami. Ja, osobiście nie mam problemu z obowiązkiem posiadania dowodu osobistego, nie wadzi mi. Jeśli miałoby to ułatwiać organizację życia – niech sobie będzie. Ale, niestety, problem jest w tym, że Polacy jako naród, jako społeczeństwo, z powodu tego przyzwyczajenia do wymogów policyjnego państwa mogą dać się bez refleksji, bez zdania racji – „ochipować”, przyjmując to jako oczywistość. I jako oczywistość przyjmując ten tryb, w jakim się nam to przygotowuje – bez pytania, bez konsultacji, bez jakiejkolwiek o tym rozmowy. To jest niebywałe.

Naprawdę, do znudzenia powtarzane jest przysłowie o Polaku mądrym po szkodzie – ale, proszę Państwa – tym razem już tej możliwości nie będzie – by być mądrym po szkodzie. Mądrym można być w tym przypadku wyłącznie przed szkodą. Po tej szkodzie już to nie będzie możliwe.

Zbigniew Sajnóg (1958) — współzałożyciel, uczestnik działań i autor założeń teoretycznych Tranzytoryjnej Formacji Totart (1986-1992). Współautor i współredaktor wydawnictw grupy (m.in. Przegląd Archeologiczny Metafizyki Społecznej „Higiena” — nagroda prasowa „Solidarności”). W drugiej połowie lat osiemdziesiątych współpracował z Ruchem Społeczeństwa Alternatywnego, Ruchem Wolność i Pokój, z Pomarańczową Alternatywą. Współpracował z Brulionem, był współautorem i prowadzącym Brulion TiVi. Na początku lat dziewięćdziesiątych redagował dział w Tygodniku Literackim. Aktualnie współpracuje z portalem Się myśli. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Emoralni*