Choroby i zaburzenia psychiczne — siedem głównych syndromów

Choroby i zaburzenia psychiczne

Artykuł powstał jako podziękowanie dla Profesor Doroty Probuckiej, wybitnej filozofki, etyczki, znawczyni natury ludzkiej — autorka dziękuje Mistrzyni za skierowanie ku prawdzie egzystencjalnej naszego życia. Post powstał na podstawie badań własnych w metodologii jakościowej.

Obraz syndromu psychologicznego w badaniach klinicznych

Zaburzenia psychiczne przybierają czasami formę syndromów. Syndrom oznacza więc zespół objawów chorobowych, w wyniku którego rozpoznaje się chorobę lub zaburzenie psychiczne, przybierające formę rozmaitych problemów, którym mogą towarzyszyć zaburzenia depresyjne i lękowe, czy też depresyjno-lękowe oraz szereg innych dolegliwości, w tym somatycznych.
Syndromy prowadzić mogą do zaburzeń: snu, odżywania, osobowości i nastroju. Zaburzenia syndromowe różnią się objawami, ich nasileniem, treściami doświadczeń traumatycznych i sytuacjami je powodującymi.

Katarzyna Lisowska -- choroby i zaburzenia psychiczne
Zdaniem psychiatrów najczęstszym zaburzeniem wśród Polaków jest problem z używaniem substancji psychoaktywnych, w tym alkoholu. Kolejne są zaburzenia lękowe związane ze stresem, a następnie zaburzenia nastroju, głównie depresja i choroby psychiczne, jak schizofrenia czy choroba afektywna dwubiegunowa. Żródło: Wikipedia

W niniejszym artykule w przystępny sposób zwracam uwagę na zespół objawów, prowadzących do kształtowania się określonych syndromów, jakie wpływają na nasze wzorce zachowań, reakcje, co z kolei wpływa na historię naszych wyborów, a w konsekwencji życiowych doświadczeń i intymnych relacji.

Syndrom (poobozowy) Snów w Snach

Odkryłam ten syndrom na początku XXI wieku w rozmowie z Józefem Rosołowskim, byłym więźniem obozu koncentracyjnego Mauthausen, młodym powstańcem warszawskim, sąsiadem poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
Niestety po wojnie nie dysponowaliśmy wiedzą, aby pomagać ludziom ocalonym z Holokaustu. Do dziś spotkać można nierozpoznane syndromy poobozowe. Najbardziej znany jest syndrom głodu, bo łatwo go dostrzec. Niemniej istnieją inne, nieznane dotąd syndromy, jak dotyczące snów obozowych.

Syndrom Snów w Snach polega na tym, że człowiek śni, że jest w obozie koncentracyjnym, budzi się — nadal jest w obozie — to głębsza faza snu, w czasie jednego snu można mieć ich wiele. Człowiek odczuwa paraliżujący lęk, jest przekonany, że znowu jest w obozie. Dzieje się to, co działo się w obozie w czasie II wojny światowej. Często nie mogą się obudzić, a cierpiąc w tych snach, eksploduje trauma (odczuwają silny lęk przed śmiercią). Gdy człowiek jest w stanie krzyczeć w czasie snu, choć nie zawsze — bliscy członkowie rodziny wybudzają go z traumatycznej spirali snów — po przebudzeniu człowiek jest w szoku — tak się boi i nie może uwierzyć, że to był tylko sen — jest w stanie ze strachu wyskoczyć przez okno, jak tłumaczył Józef Rosołowski. Przed ujawnieniem traumatycznych dolegliwości powiedział, że ludzie, którzy przeżyli obóz koncentracyjny, nie są normalni i już nigdy tacy nie będą.

Zapytałam Halinę Birenbaum, jakie zdarzają jej się sny. Pisarka ocalona z Holokaustu, która do obozów zagłady trafiła jako dziewczynka wyjaśnia, że śni się jej rzeczywistość obozowa — bardzo wtedy krzyczy. W panice chowa dzieci po kryjówkach, by nie zostały stracone. Halina Birenbaum straciła w obozie niemal całą rodzinę, najbliższych krewnych, w tym oboje rodziców. Trauma oderwania dziewczynki od matki była szczególna. Halina Birenbaum, już jako dojrzała matka, w snach przeżywała lęk o własne dzieci, o ich życie.
Zbieram wspomnienia obozowe od ponad 10 lat. Współpracuję z Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Wiem, że sny obozowe wracają do końca życia, regułą są bardzo silne emocje strachu, paraliżu sennego. Ten bardzo silny stres ekstremalnie wpływa na zdrowie i jakość życia oraz funkcjonowania ludzi — dziś seniorów. To objawy zespołu stresu pourazowego. Niestety i dziś byli więźniowie obozów koncentracyjnych z wieloma syndromami musza mierzyć się sami, czasami wstydzą się do nich przyznać.

Chciałam poświęcić uwagę tej problematyce, nota bene nienależycie zbadanej, gdyż społeczności historycznie doświadczone — choćby Polska — stykają się z tego typu problemami nieustannie. Od stuleci ludzie zmagają się z podobnymi dolegliwościami, zespołami objawów, które nie zostały profesjonalnie zdiagnozowane, często zdarza się, że pozostają nieleczone. Moim celem jest, by niniejszy artykuł, opracowany na podstawie moich autorskich badań, pomógł ludziom, zmagającym się z syndromami psychicznymi, określić problem i uzyskać pomoc.
Syndromy ewoluują, pojawiają się nowe, w zależności od tego, czego doświadczamy. Te zmiany dzieją się z reguły na skutek długotrwałego doświadczania silnych emocji, stresu, doznania uszczerbku na zdrowiu psychicznym, który przekłada się na funkcjonowanie OUN.

Syndrom dziecka niekochanego

Znamy syndrom dziecka odrzuconego —pozbawionego uczuć i opieki najbliższych mu osób. Niemniej uważam, że problem trzeba poszerzyć, pogłębić.
Syndrom dziecka niekochanego powstaje poprzez doświadczanie w okresie dzieciństwa i dorastania obojętności ze strony swoich opiekunów, ich często bardzo dużych wymagań — nieadekwatnych do emocjonalnego rozwoju dziecka. Dziecku okazywane są jedynie emocje negatywne, ewentualnie całkowita obojętność wobec jego potrzeb intelektualnych i emocjonalnych. Ten szczególny rodzaj odtrącenia skutkuje u dziecka cierpieniem z całkowitego braku miłości lub przez jej istotny niedostatek. Otrzymuje sprzeczne komunikaty, trudno mu stwierdzić, że zainteresowanie rodzica to miłość. Na pierwszy plan w relacji rodzic dziecko wysuwa się ostra, zimna krytyka wraz z przelewaniem na dziecko potrzeb rodziców i ich wygórowanych ambicji (traumatyczna atmosfera, labilność emocjonalna rodziców). To stan bardzo destruktywny i obciążający psychicznie młody organizm. Dziecko postawione w takiej sytuacji często „zanurza się” w akcjach eskapistycznych (czuje potrzebę zerwania więzi — to olbrzymi dysonans). Młody człowiek może szukać relacji, w których — w zamian za odrobinę uwagi i tymczasowe uczucie — łatwo go wykorzystać. Może sięgać po środki odurzające czy uciekać w świat wirtualny, co służy mu jako znieczulacz i zagłuszacz atawistycznych potrzeb — poczucia bezpieczeństwa, przynależności, akceptacji czy wreszcie miłości.

Syndrom dziecka niechcianego

Nierzadko zdarza się, że dziecka nie było w planach — jest przeszkodą na drodze do samorealizacji. Dziecko niechciane dostaje taki komunikat poniekąd już w łonie matki. Trudno stworzyć więź z dzieckiem, gdy jest niechciane. Ten przekaz jest w rodzicu i kierowany jest wciąż do dziecka, co może objawiać się choćby przez ciągłe zdenerwowanie. Dziecko przeszkadza na co dzień, bo po prostu jest; odciąga uwagę rodzica, zajmuje jego czas, dopomina się o emocje, czułość, zabawę, wspólne spędzanie czasu… Ta sytuacja dla niektórych rodziców jest nieznośna — być może nigdy nie zdobędą się na tolerowanie małego intruza, nie mówiąc już o akceptacji — jednakże w przypadku dziecka owocuje trudną do przepracowania traumą wynikającą z obojętności, cynizmu i ostatecznie — nie bójmy się tego słowa — nienawiści rodziców.

Wybitna pisarka i psycholog kliniczny Barbara Rosiek, autorka kultowego Pamiętnika narkomanki, powtarzała mi: „Pamiętaj, 11 przykazanie to kochaj swoje dziecko”. Autorka wymienionej lektury szkolnej intensywnie poszukiwała w swoim życiu miłości, sięgnęła po narkotyki, samookaleczanie oraz realizowała inne zachowania autoagresywne. Zmarła przedwcześnie w wieku 60 lat — opiekunka dzieci zagubionych, zbuntowanych, potrzebujących w życiu oparcia i pomocy, także w zrozumieniu samych siebie. Wyznała mi w Piwnicy pod Baranami, gdzie czuła się dobrze, że w końcu u kresu życia jej matka powiedziała, że jest z niej dumna, docenia jej pracę artystyczną, ale nie przeczyta jej książek, bo są dla niej za trudne. To był dobry czas funkcjonowania Basi — pierwszy stabilny na dłużej, ale jej mama niedługo odeszła, a zaraz po niej — Basia.

Tylko miłość chroni nas przed śmiercią,

Może zawrócić ze zgubnej drogi, może nas zatrzymać. Profesor Dorota Probucka celnie zdiagnozowała problem — są matki, które zajmują się dziećmi, opiekują, nie można im tu niczego zarzucić, ale w tej postawie względem dziecka nie ma przekazywanej miłości, nie ma słów, które dziecko budują, słów uznania, docenienia, gestów bliskości, uczuć, rozumnej troski, o które każdy walczy w swoim życiu — to wartości nas tworzą jako istoty społeczne i dają nam siłę do życia, wiarę w sens naszego istnienia i wiarę w siebie, w naszą sprawczość. Nie chodzi o zagarnianie dziecku przestrzeni do życia, nadopiekuńczość, pozbawianie go autonomiczności, chorobliwe uzależnienie od siebie — to nie miłość, a forma dotkliwej przemocy, która sprawia, że człowiek popada w zależności od innych i staje się ofiarą. Trwa to dopóty, dopóki nie uświadomi sobie bolesnej sytuacji, swojego pokrzywdzenia i potrzeby terapii, bądź autoterapii.

Dziecko niechciane dostaje przekaz, że ma umrzeć. Łatwo o powstanie i rozwój zachowań autodestruktywnych — najskrajniejsza sytuacja to śmierć, samobójstwo (potwierdzała to Barbara Rosiek w czasie spotkań autorskich i ta wiedza ludzi szokowała, była trudna do przyjęcia). Dzieci umierają, ale nie widzimy dlaczego (nie doświadczają uznania, nie czują się wartościowe, nie ma dla nich czasu, jest osamotnienie — największy dramat człowieka). Matka potrafi dać dziecku przekaz o tym, że go nie chce (rodzic walczy ze swoimi uczuciami, generuje dysonans na dziecko, czyniąc je emocjonalnie zagubionym). Dziecko to odbiera. Tu odzywają się dwa instynkty — miłość lub śmierć. Człowiek niekochany nie jest w stanie żyć. Najlepszą profilaktyką zachowań samobójczych jest poczucie bliskości emocjonalnej z drugim człowiekiem, więzi. Niestety rodzice często zabezpieczają potrzeby fizyczne i bytowe, kosztem osłabiania relacji emocjonalnych. Osamotnienie to stan bliski śmierci, niewiele się w nim dokonuje. Człowiek czuje się oderwany od innych, umiera społecznie, a w konsekwencji — biologicznie. Nie czuje motywacji do realizacji życiowych potrzeb, nie czuje się potrzebny, kochany, chciany.
Trzeba zdać sobie sprawę, że karmimy się swoją rozumną i rozumiejącą miłością, wzajemną troską, odpowiedzialnością za siebie, w których to wartościach nie tracimy autonomii i decyzyjności.

Syndrom człowieka bezdomnego

Jak wynika z moich badań, rozmów prowadzonych z osobami bezdomnymi, zrealizowanych wywiadów pogłębionych — ludzie bezdomni często mają rodziny (większość z nich), ale doznali traumy w bliskich relacjach, czują się bardzo pokrzywdzeni, nie są w stanie zaufać, zbliżyć się do innych (czasami nawet mają dom, ale nie chcą wracać do relacji z innymi). To często ludzie bardzo wrażliwi, uciekający na ulicę, by nie doznawać nowych cierpień. Człowiek bezdomny jest człowiekiem dotkliwie osamotnionym i trzeba w terapii otworzyć go na innych, nauczyć funkcjonować w relacjach tak, by nie pozwolił się krzywdzić i by nie uciekał w destruktywne formy życia (ludzie bezdomni nierzadko rozwijają przez doznane urazy fobie społeczne).
Mierzymy się też z bezdomnością duchową. Tylko drugi człowiek może w nas zapełnić pustkę — drugi człowiek to dom, jego dobre emocje, delikatność, przytulenie. To wartości, które są za życiem. Bezdomność ma różne twarze — jest i bezdomność jako zjawisko kulturowe, które podobnie nas gubi, gdy nie zaszczepiono w nas korzeni dobrych wartości, pielęgnujących pozytywną naturę człowieka — empatii, wrażliwości, życzliwości, solidarności, ofiarności. Bezdomność sprowadza się do pustej egzystencji.

Syndrom dziecka w związku

Często spotykamy sytuację, że mężczyźni widzą w swojej partnerce matkę. Nawet profesor literaturoznawstwa przyznał na zajęciach, w których brałam udział, że ceni swoją żonę za to, iż jest jak matka — opiekuńcza, wymagająca, stanowcza — prowadząca w życiu (nawet decydująca o ubiorze partnera). Oszukiwał ją, palił papierosy w pociągu, w drodze na konferencje. Wstawał wcześniej, by wypić dodatkową kawę i zapalić. Z tym syndromem wiąże się syndrom dziecka. Dojrzały archeolog podczas rozmowy mówił mi, że ma w sobie wewnętrzne dziecko — ono płacze jak niemowlę, wręcz kwili — to boli — bardzo łaknie dużej dozy miłości. Domaga się czułości, miłości, troski, opieki, przytulania do piersi, czułego głaskania, delikatności i emocjonalnej intymności, bezpieczeństwa (które kształtuje się na początku życia w relacji z rodzicami, którzy uczą intymności, zaufania do innych poprzez dawanie bezinteresownej miłości). Ta opieka ze strony kobiety jest rodzajem dominacji, kierowania związkiem i drugim człowiekiem (który się poddaje i czuje bezpiecznie, spełniony, nieco masochistycznie dla siebie — rezygnacja z wolności to zazwyczaj olbrzymi dyskomfort dla człowieka), odgrywanie roli rodzica. Jest to patologiczna forma relacji. Wynika z tego, że nie odcięliśmy pępowiny, by móc stworzyć w pełni świadomie własny układ ról w związku. To nie jest nawet problem braku dojrzałości, ale głodu emocji, miłości, o którym krótki wykład zrobiła mi Profesor Probucka. Uznała, że człowiek może nakarmić się dobrymi emocjami, uczuciami i w końcu wyzwolić się z tej roli osoby żebrzącej o emocje, uczucia, co skazuje go zazwyczaj na złe traktowanie przez innych, nadużycia czy zwykły brak szacunku (relacje traumatogenne).

Syndrom Hamleta

Uważam, że główny problem Hamleta stanowi jego przekonanie, że choruje z powodu własnej śmiertelność — jest przejęty faktem, że kiedyś umrze, swoją kruchością. W społeczeństwie można spotkać wiele problemów tego typu — ukrytych, maskowanych. Badani wskazywali, że uruchomił się w nich panicznych lęk przed śmierci. Stale myślą o tym, że odejdą, boją się pustki, że umrą, nie mając pewności co do kontynuacji życia po śmierci. To rodzaj obsesji śmierci jak u Hamleta — poczucia bezsensu, pustki, głębokiego cierpienia, duchowego paraliżu. Tanatofobia jest bardzo wyraźnie zaznaczona we wszystkich dziełach Szekspira, dlatego też zdecydowałam się w taki sposób nazwać ten syndrom. To są problemy egzystencjalne (hamowane przez mechanizmy obronne), skuteczna jest terapia behawioralno-poznawcza by rozbroić lęki, dotrzeć do ich istoty, treści traumy, oswoić je, wypracować pozytywną postawę względem życia, która pozwoli człowiekowi się rozwijać i czerpać satysfakcję z trwającego życia. Trzeba ukazać wartość czasu (siłę kreacji w nim dla bytu) jaki nam jest dany. W każdym okresie życia mamy zadania rozwojowe i spełniamy się poprzez ich realizację. Przestajemy być wątli i bezbronni. Nabieramy odporności, oswajamy wstydliwe czasem pragnienia i obawy, zaczynamy je rozumieć (zyskujemy dojrzałość w ich realizacji w sposób nie destruktywny). Odnajdujemy przestrzeń duchową, oparcie w sobie i siłę, by udzielać go innym. Duża w tym zasługa relacji, zdolności zbliżenia się w tejże relacji do drugiego człowieka, gdzie daje i dzieli się emocjami po równo, a nie tylko nastawia się na ich branie. Nie uzależniamy się, lecz tworzymy więź.

Syndrom twórczych zachowań adaptacyjnych

Cały świat zmalał w pandemii. Ludzie w skali globu musieli przeorganizować swoje życie i struktury psychiczne. Obserwuję bardzo duży wzrost zachowań twórczych. Twórczość pozwala pracować nad traumą. Stwarza szansę rozwoju nowych kompetencji, jakie powstają w obliczu szeroko pojmowanego kryzysu.

Ogólnoludzka potrzeba zwrócenia się do własnego wnętrza, poszukiwania w sobie odpowiedzi i próba znalezienia siły, by przetrwać, pokazują, że wytworzyliśmy kulturę indywidualizmu. Już nie uciekamy się do zachowań stadnych, solidarności. Mamy środki by się samorealizować. Ludzie zechcieli zainwestować w siebie, poszukać w sobie oparcia. Wyczuli osobiste zasoby, które rozwijają. Uczą się funkcjonować ze sobą. Człowiek jest wartością. Niemniej jednak wartość człowieka nie polega na tym, by realizować się dla siebie i w sobie. To rodzaj destruktywnego i patologicznego zamknięcia, które w dłuższej perspektywie rodzi dotkliwe cierpienie i osamotnienie. Przypominam, że trudno, by w stanie osamotnienia działo się coś konstruktywnego.

Zmagamy się z syndromami niezdiagnozowanymi. Czasami jeden człowiek z większą ich ilością. Często nie pozwalamy zbliżyć się do świata swoich intymnych, traumatycznych doświadczeń, bo zrodziły się w bliskich relacjach i dlatego najbardziej bolą oraz zawstydzają. Uchybiają naszemu poczuciu godności (to fałszywe wyobrażenie). Niemniej zaufanie do drugiego człowieka, szczera rozmowa z nim i z sobą, bycie w prawdzie, o które postuluje Profesor Dorota Probucka, może zmienić bardzo dużo. To krok do uczenia się najpierw szacunku do siebie, a potem przyjmowania go od innych — nie na zasadzie żebractwa emocjonalnego — a relacji opartych na partnerstwie i poszanowaniu siebie. Wyzwolenie jest możliwe. Możliwe jest zerwanie z patologicznym realizowaniem wzorców wtedy, gdy przepracujemy swoje ukryte syndromy. Kiedy przyznamy się do ich istnienia i zaczniemy zapełniać pustkę, złe emocje i braki rozumnymi formami nieszkodliwego spełnienia.

Ja też żebrzę, żebrzemy o ludzkie spojrzenie na siebie
i żebrzę u siebie, by patrzeć wokół i dostrzegać
prawo wzajemne łaski dla nas — najpierw życzliwości

Katarzyna Lisowska (1990) — pedagog, filolog, absolwentka Uniwersytetu Pedagogicznego, studentka studiów II stopnia — filozofii z elementami psychologii w Uniwersytecie Papieskim w Krakowie. Redaktorka czasopisma naukowego „Edukacja Etyczna”, miesięcznika „Kraków” i innych pism.

Pacjent szpitala psychiatrycznego — oddziałowa redukcja praw i godności osobistej. Stan alarmujący

Barbara Rosiek

Barbara Rosiek była osobą, która zszokowała Polskę, opowiedziała w Pamiętniku narkomanki o problemie narkomanii wśród dzieci. Zrobiła znacznie więcej, można ją także uznać za prekursorkę poczynań, które mają zmienić los pacjentów oddziałów zamkniętych. Pisała o tych problemach lata temu, jak odbierane są prawa człowiekowi na oddziale, jak ulegać musi demonicznym, pełnym władzy i woli lekarzom. Uznana psycholog kliniczna napisała jako ostatnią książkę w życiu Wybuch — ukaże się dopiero po jej śmierci. Cieszyło ją, że znowu zawalczyła o prawa pacjentów, z którymi jak się okazuje bezkarnie można zrobić wszystko. Barbara Rosiek była moją bliską przyjaciółką, relacjonowała mi te wszystkie fakty i prosiła, by udostępniać jej list, który opowiada o tym, jak przez nadużycia i zaniechania pracowników oddziału zamkniętego straciła sprawność, który to stan mógł zostać na stałe, bo doszło w szpitalu do złamania kręgosłupa (wybuchowego) i nie udzielenia pomocy. To przykład już bardzo tragiczny, ale zbadałam temat i dowiedziałam się, że na oddziałach zamkniętych nie brakuje przemocy, nie liczenia się ze zdaniem pacjentów. Prezentuję w tym miejscu list otwarty Barbary Rosiek na ten temat, prosiła, by go udostępniać, drukować, w celu zmiany losu pacjentów:

Barbara Rosiek — pisarka, poetka, psycholog kliniczny. List otwarty

Pragnę Wam opowiedzieć moją historię. 35 lat temu ukończyłam psychologię na Uniwersytecie Śląskim i podjęłam pracę w Szpitalu Psychiatrycznym w Lublińcu. Przepracowałam 1,5 roku i musiałam się zwolnić, bo stanęłam w obronie bitych przez personel pacjentów. Był to rodzaj mobbingu, wtedy jeszcze nie ścigany i karany. Zrobiłam to też dla dobra pacjentów, bo nastawiano ludzi chorych psychicznie przeciwko mnie. Obecnie jestem na psychologicznej emeryturze. Jednak doskonale poznałam wtedy mechanizmy tej instytucji i tajne prawa, jakimi się tam kierowano.

Dwa lata temu zostałam pacjentką tego szpitala na oddziale 0-5. Będąc w okresowej psychozie, miałam zaburzenia świadomości, jednak pamiętam dokładnie, że przy przyjęciu byłam kilkukrotnie wleczona po korytarzu. Wtedy musiało dojść do złamania kręgosłupa. Było to 27 lutego 2018. Niestety nie jestem w stanie tego udowodnić, w karcie wypisowej napisano, że nie wiadomo kiedy doszło do złamania. Pani ordynator Anna Zębik Siwaszczyk zleciła prześwietlenie kręgosłupa, co mnie zdziwiło, bo nie jest to rutynowe badanie na oddziale psychiatrycznym. Po czym wezwała mnie na rozmowę i lakonicznie stwierdziła — ma pani złamany kręgosłup i za tydzień wychodzi pani do domu.

Barbara Rosiek
Na zdjęciu: Barbara Rosiek w „Piwnicy pod Baranami”. Kraków. Listopad 2019

Cierpiałam okrutnie, ból był nie do zniesienia. Wprawdzie podano mi środki przeciwbólowe, lecz one nie łagodziły mego cierpienia. Nie pozwolono mi leżeć, co było wbrew zasadom właściwego leczenia, kiedy było mycie sal, przeganiano mnie z kąta w kąt, potęgując ból fizyczny. Sama też musiałam chodzić na posiłki. Rano do toalety szłam na czworaka, prosząc ich, by wcześniej mi dali środki przeciwbólowe, jednak się nie zgodzili. Konsultacja neurologiczna wyglądała tak, że lekarz nie zapytał mnie jak się czuję, nie zbadał mnie, tylko stwierdził – a chodzi i sobie poszedł.

Prosiłam ich o pomoc, jednak to lekceważono. W końcu zrozumiałam, że nie uzyskam od nich pomocy. Ze szpitala odebrał mnie brat przywożąc kule. Zejście do samochodu stanowiło poważne zagrożenie, ale nikt się tym nie przejmował.

W końcu w domu w Częstochowie dostałam od lekarza rodzinnego skierowanie do ortopedy i brat mnie do niego zawiózł. Lekarz ortopeda od razu zlecił tomografię komputerową i trafiłam na oddział neurologii w Częstochowie. Tam musiałam cały czas leżeć do operacji, każdy ruch mógł doprowadzić do przerwania rdzenia kręgowego. Po operacji uczyłam się chodzić i wróciłam do domu.
W lipcu 2018 na policji zgłosiłam przestępstwo, a prokuratura w Lublińcu zakwalifikowała tę sprawę z art. 160 par. 4 kk, jako nieudzielanie mi pomocy i zaniedbanie. Po przeprowadzonym śledztwie prokurator Jan Smyła umorzył śledztwo w grudniu 2019 r.
Mogłam zostać kaleką na wózku a nawet stracić życie przez postępowanie personelu oddziału psychiatrycznego. Jako psycholog kliniczny obserwowałam co się dzieje na takim oddziale obecnie, wprawdzie nie bije się już tam pacjentów, ale poza tym niewiele się zmieniło. Psychiatra ma ogromną władzę nad pacjentem, może z nim zrobić wszystko w imię jego dobra, skargi do dyrekcji przychodzą z wnioskiem, że nie stwierdza się żadnych uchybień. Praktycznie człowiek tam jest niewolnikiem systemu bez żadnych praw, zabiera mu się tylko wolność, ale i godność. Leczenie środkami psychotropowymi też daje wiele do myślenia.

Potraktowano mnie w sposób bezlitosny, nie zważając na moje skargi, kiedy już byłam w domu. Do dzisiaj pamiętam ten ból fizyczny, a także żal, że nie mogę przed sądem opowiedzieć swojej historii, o tym jak się traktuje człowieka poniżonego i skrzywdzonego. Nie rozumiem decyzji o umorzeniu śledztwa przez prokuraturę. Nie wierzę już w żadną sprawiedliwość. Bo cóż może pojedynczy człowiek wobec całego systemu. Zwłaszcza człowiek z etykietą pacjenta psychiatrycznego.
Proszę wydrukujcie mój list. Niech ta sprawa nie zostanie ostatecznie i całkowicie zamieciona pod dywan. Niech moje okrutne cierpienie nie pójdzie na marne.
 
Barbara Rosiek
Częstochowa. 13 lutego 2020

* * *

Rozmawiałam z pielęgniarką, pracuje na oddziale zamkniętym dla dzieci. Przyznaje, że są stosowane „szybkie”, niewłaściwie rozwiązania, nadużywa się leków, by obezwładnić pacjenta, by nie sprawiał problemów. Również dzieci są unieruchamiane, nawet jeśli nie trzeba tak postępować. Niewiele liczy się głos pacjenta, ma etykietkę chorego. Więc wszystko można zrobić wbrew jego woli. Nie ma się wpływu na leczenie i dyskusję o chorobie. Lekarze nie rozmawiają z pacjentami. Jedyną „terapią” na wielu oddziałach psychiatrycznych są tylko duże dawki leków. Skala nadużyć jest rażąca i sytuacja wymaga pilnej zmiany. Sądzę, że list Barbary Rosiek jest w tej sprawie bardzo silnym dowodem. Chcę jej pomóc zmienić rzeczywistość, jak mówiła — dla ludzi najbardziej bezbronnych, poniżanych, których prawa i godność się depcze. Tym bardziej, że odeszła kultowa autorka, która poruszała bez kompromisu trudne tematy — potrzebą jej wesprzeć dzieło jej życia i je kontynuować. Ona wyszła od Kotańskiego, mnie wyznaczyła ciąg dalszy…

Koszmarem dla Barbary Rosiek był szpital w Lublińcu. Stąd pochodzą jej doświadczenia. To było miejsce, do którego już nie chciała wracać w żadnej roli. Rozmawiałam z pisarką gdy toczyła się jej sprawa przeciw szpitalowi. Wiedziała, że nikłe są szanse, iż wygra z lekarzami. Niemniej zareagowała, podjęła kroki jakie mogła, by nikt nie musiał przechodzić przez to co ona. Sądzę, że szpital był osaczony jej reakcjami, książkami, że mieli się na baczności, ale wciąż popełniali rażące błędy i zmuszali autorkę do opisywania koszmarnej rzeczywistości oddziału zamkniętego. Wykonała dużą pracę i wierzyła, że swoimi książkami zmieni psychiatrię, że pisząc o tym wszystkim możemy doprowadzić do skutecznej zmiany.

szpital psychiatryczny w Lublińcu
Na zdjęciu: Wojewódzki Szpital Neuro-psychiatryczny w Lublińcu. Foto: Krystian Pyka. Marzec 2017

Szpitale psychiatryczne znajdują się niemal w każdym województwie w Polsce. Uczestniczyłam w konferencji dotyczącej prewencji samobójstw. Ustalono, że w jednym województwie w Polsce nie działa tylko szpital psychiatryczny. Brakuje oddziałów dziennych, to na pewno lepsza alternatywa niż izolować człowieka całodobowo, kiedy najbardziej lecznicze są dla nas kontakty z innymi. Są sytuacje, które wymagają szczególnego nadzoru, jak ostre objawy chorobowe czy stany zagrożenia zdrowia i życia. Niemniej zapomina się o tym, że człowiek w każdym stanie ma swoje niezbywalne prawa. Na konferencji poruszono temat dramatycznego braku łóżek dla pacjentów, ludzie nawet z chęciami samobójczymi muszą oczekiwać długo na przyjęcie. Dostawiane są łóżka na korytarzach. Pacjenci tłoczą się na oddziałach, nie mają żadnej intymności (wyzwala to agresję i przemoc personelu — w ruch idą igły i kaftany). Trudno zagwarantować poczucie bezpieczeństwa. Rozmawiałam z młodym mężczyzną, był w szpitalu psychiatrycznym w Krakowie. Widział nadużycia seksualne. To kwestie powszechne. Pacjenci są zalekowani, bierni, nie mogą się skutecznie chronić. Oddziały są mieszane, mężczyźni tłoczą się z kobietami (czasami i dzieci są na takich oddziałach — a tu narkomanii, przestępcy, symulanci chcący uniknąć kary. Toczy się również handel wymienny wszystkim).

Oczywiście modelem idealnym jest pomoc środowiskowa, wypracowanie modelu wsparcia. I problemem jest to, że nawet pacjent, który nie musi być hospitalizowany, nie ma ostrych objawów psychicznych lub w ogóle nie klasyfikuje się do przyjęcia — za namowami jest przyjmowany. Wytwarza się wokół niego atmosferę uległości, to nie jest zgodne z prawami pacjenta (można trafić na takich lekarzy, to realne przykłady i trudno je wyjaśnić). Co więcej, jeśli lekarze uznają, że pacjent ma zostać w szpitalu, bo jest chory — jest niewolnikiem, więźniem szpitala (nawet jak wpisał się dobrowolnie na oddział i jego stan jest dobry — a zajmuje miejsce tym, którzy potrzebują pilnej pomocy. To absurd i wyraża skalę rażących zaniechań). A często chodzi o to, że taki pacjent to nowe finanse dla upadającego szpitala (może zdrowszy jest mniej kłopotliwy?). Studentka opowiadała mi, że dostała wypis ile oddziaływań podjęto — były wymienione na karcie wypisowej, całe mnóstwo. W rzeczywistości nie było żadnej terapii na oddziale (nawet diagnozy, rzeczywistej obserwacji, badań, ale zastosowano ostrą farmakoterapię, dziewczyna opuszczała szpital w stanie skrajnym, wyniszczona), pacjenci zażywają i po garści leków (zazwyczaj trzy razy na dobę), mogą nimi wymiotować. Ciągle śpią. To jest leczenie? A jak się przeciwstawiają, to lądują w kaftanie lub w najlepszym razie siłą jest im wbijany zastrzyk, są w tym celu rozbierani na korytarzach. Widziałam osobiście takie miejsca, jako pedagog. Dużo tu udawania na pokaz, a za ścianami dzieje się wszystko co najgorsze. Co więcej wykorzystywane jest to, iż pacjentowi się nie wierzy, bo łatwo stawia się mu diagnozę. Często się mu ją zmienia stale. Jak człowiek traci prawo głosu — skazany jest na samowolę innych, bez możliwości skargi. To powszechne, może są odstępstwa od tej strasznej reguły. Co to jednak za rzeczywistość, w której można trafić do kaftanu, bo chodzi się po korytarzu i denerwuje tym personel? Spotkałam taką pacjentkę, niewidomą… Jej los był szczególnie trudny w tej dżungli bez zasad, norm, wartości.

Sytuacja psychiatrii w Polsce jest dramatyczna, alarmująca. Dostępne są raporty o dostępności lecznictwa psychiatrycznego w Polsce dla dzieci i młodzieży [raport NiK] — niemniej nie ukazano w kontrolach tego, o czym piszę. Dzieci i młodzież często potrzebują pomocy, skala samobójstw w tej grupie i w Polsce jest zatrważająca. Jak młodzi ludzie mają zaufać personelowi, kiedy efektem może być umieszczenie w placówkach gdzie jest taki tragiczny standard opieki. Jest wiele opowieści ludzi, których mależy wysłuchać. Jest bardzo źle. Pytanie, po co rozwijać system, który godzi w prawa człowieka? Jak zreformować psychiatrię?
Polecam książki Sary Romskiej o dzieciach psychiatryka — takie dzieci wymagają kompleksowej pomocy, przede wszystkim życzliwości, wsparcia emocjonalnego. Emocje leczą, dobre dzieci doznały dużo krzywd, lądują na oddziale o zaostrzonym rygorze. Tymczasem nie mogą liczyć na zwykłe objawy dobra, nie jest to standard. Opieka pychiatryczna w Polsce domaga się pilnych reform.
Postulaty specjalistów, pacjentów, społeczeństwa są jawne, jest tak źle ponieważ jest przemoc na oddziałach — zmiany są konieczne i sa one pilne [Konferencja prasowa RPO przed Pierwszym Kongresem Zdrowia Psychicznego] — nasilają się problemy psychiczne ludzi i przed nimi staje widomo zagrażające poczuciu bezpieczeństwa, godności, podstawowych praw.

Katarzyna Lisowska (1990) — pedagog, filolog, absolwentka Uniwersytetu Pedagogicznego, studentka studiów II stopnia — filozofii z elementami psychologii w Uniwersytecie Papieskim w Krakowie. Redaktorka czasopisma naukowego „Edukacja Etyczna”, miesięcznika „Kraków” i innych pism.

Milena Morajda — poezja transcendentna

MILENA MORAJDA eprawda

Filozofia najmłodszego pokolenia poezji polskiej — Mileny Morajdy poezja transcendentna

Rodzi się w Polsce poetka, jestem przekonana, że jej debiut to już bardzo mocna zapowiedź nowego zjawiska artystycznego. Najlepszą zapowiedzią tych narodzin poetyckich są słowa samej artystki, która opowiada osobiście o swoim debiucie, zwracając uwagę na wybitnie opracowaną, bardzo ważną okładkę do tomiku Esencja (dzieło sztuki), która została stworzona z prac profesor Bogusławy Bortnik-Morajdy z krakowskiej ASP (wyboru grafik dokonała Milena), mamy młodej, utalentowanej poetki, która jako pierwsza dostrzegała talent córki i go wsparła:
esencja… słowo interpretowane wieloznacznie, w tym kontekście chciałam, aby oznaczało głównie kwintesencję moich myśli, emocji, a także obserwacji otaczającego nas świata, pokazując w ten sposób, iż poezja zawarta w tomiku jest ową najbardziej istotną i prawdziwą częścią mojej tożsamości. W kwestii grafiki (wykonanej przez profesor związaną z Akademią Sztuk Pięknych w Krakowie, Bogusławę Bortnik-Morajdę), symbolizuje ona przede wszystkim kobietę zagubioną, dążącą do głębszej percepcji rzeczywistości.

MILENA MORAJDA — poezja transcendentalna
Na zdjęciu: okładka tomu wierszy „Esencja” Mileny Morajdy

Jednak nie tylko — piasek pustynny znajdujący się w prawym górnym rogu oznacza miejsce, gdzie choć teoretycznie wszystko wymiera, znikają bariery służące jako więzienie dla ludzkiej osobowości. Motyl oznacza połączenie człowieka z naturą. Linie w środku ciała kobiety ukazują złożoność ludzkiego wnętrza. Wszystko to tworzy jednolitą całość, piękną w swoim zagubieniu i braku granic. Zarówno tytuł książki jak i grafika są niejednoznaczne, zostawiają duże pole do indywidualnej interpretacji, co było posunięciem celowym — chciałabym, aby odbiorcy czytając ten tomik, odkryli cząstkę siebie, którą bali się oswobodzić lub jeszcze jej nie ujrzeli, na swój własny sposób. 

Trzeba przyznać, że mamy do czynienia z bardzo świadomą artystką, choć Milena Morajda ma zaledwie 16 lat. Poetka wykonała tytaniczną pracę, aby rozwinąć w ekspresowym tempie swój talent. Jej twórczość ma swoją filozofię, jak każda nieprzeciętna twórczość. Jest to filozofia transcendentna, przekraczająca, jednocząca ludzkie doświadczenia i wyzwalająca je.

Człowiek, który tak głęboko wszedł w poezję, najlepiej sam swoim życiem objaśnia nam poezję — mając 16 lat — zbudował swoją tożsamość jako literat. Mamy oczywiście do czynienia z literatką o ponadprzeciętnej przenikliwości. Osobą, oczytaną, erudytką.

Zadziwia to, że mamy do czynienia z fenomenem twórczym u osoby, która ma dopiero przed sobą etap wkraczania w dorosłość. Ona już odnalazła swoją wrażliwość, ubrała ją w kreacje najsubtelniejsze, bo liryczne i filozoficzne. Jest to filozofia, która wnika w istotę i w swoich metaforach zgłębia naturę bytu.

Świt,
płomienny rozbłysk światła,
szmer porannej rosy
– klepsydra odmierza czas od nowa.
Pojawia się architekt,
projektuje ornamenty świątyni,
na prowincji, z dala od hałasu.
W ogrodzie stoi wierzba płacząca,
długowieczna,
zniosła więcej cierpienia niż słowa.

Zaprezentowane pierwsze wersy wiersza poetki pt. Wierzba ukazują nam świt. Jest to nowy świt dla poezji, pełen światła. Milena Morajda jest architektem, który wyszedł przed szereg i nie boi się budować naszej wrażliwości. Jest uderzające, że bardzo młoda osoba potrafi tak oddziaływać na naszą wrażliwość, tworzyć relacje podmiotowe, jakby znała problemy ludzi bardzo dobrze. Nie mogę sobie odmówić zacytowania drugiej część omawianego wiersza:

Nadchodzi zima,
usychają błyski obietnic
i wierzba ginie w zamęcie samotności,
ogląda gwiazdozbiory, znikając,
krusząc wspomnienia ataków barwnych motyli,
wyrzeka się ruin tożsamości,
zawzięcie pływa w pustynnych strumieniach
i prosi o litość,
zbawienie zagubionego piękna.

Poetka pisze o kwestii piękna i cierpienia. Posiada równowagę. Nadaje wymowę estetyczną swoim wierszom, które mogą nam dać poczucie wyższych uczuć w świecie — dobra, delikatności i wrażliwości, ale zarazem głębokiej prawdy egzystencjalnej. Katarzyna Lisowska (1990), redaktorka miesięcznika „Kraków” i pisma „Outro”, filolog, pedagog

 

Asymetria kobiecości

Stłuczone kieliszki ciał
w nocnych ariach,
melancholijne oddechy żywiołów
otoczone intymną barierą miłości,
błądzą,
poszukują niebiańskich otchłani.

Zagubiona w pajęczej sieci przeznaczeń
walczę
szponami śpiewu ptaków o świecie,
pocałunków o zachodzie słońca,
szumu morza sekretów.
Walczę cudzą bronią
przeciwko omdleniom moralności.
 

Tam, gdzie nie kwitną róże

Tam, gdzie nie kwitną róże
wpatrzone w obiektywy zagiętych perspektyw…
Tu wszystko się zaczęło
– niewinne dusze błądzące w czyśćcu,
definicje piękna,
osądy fałszywych wspomnień
i promienie słońca oślepiające prawdę
od narodzin, aż po kres pamięci.

Pytać, pisać
i żyć tylko pozostaje,
omijać te posłuszne litery,
rozdzierać skórę piórem.
Wszędzie schematy, nudne struktury,
kreatywne bagatelki.
 

Trucizna

Napiłam się trucizny
z pustych szklanek,
była gorzka,
jak płytkie oddechy
na kamiennej posadzce.
Widziałam je
– prawdziwe zjawy
mówiące,
bym została przy nich
na zawsze.
Posłuchałam,
zauroczona odcięciem od rzeczywistości,
chciałam być kimś,
kim nigdy nie byłam,
musiałam spowolnić puls
– odkryłam, że zostałam zabita
przez coś, co sprawiało, że żyłam.

Milena Morajda — urodzona 17 sierpnia 2004 w Krakowie. Laureatka Małopolskiego Konkursu Humanistycznego 2017, laureatka Małopolskiego Konkursu Języka Angielskiego 2018. Od roku 2019 uczennica V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowie. Laureatka II miejsca Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Skaner Literacki” organizowanego przez Humanistyczny Uniwersytet Młodzieży w kategorii eseju. Debiutuje tomikiem poezji pt. „Esencja”, opłaconym przez Regionalny Program Stypendialny finansowany ze środków własnych województwa małopolskiego.

Emoralni*